Te same pytania wciąż od nowa. Pytania podstawowe…

Jednym z najczęściej powtarzanych twierdzeń na temat dziejów duchowości chrześcijańskiej jest opinia, że duchowość początków Kościoła, nader często utożsamiana z okresem patrystycznym, została zastąpiona podporządkowaniem się systemowi prawa rzymskiego. Co ciekawe, przekonanie to podzielają zarówno osoby, które uważają to za coś pozytywnego i prawidłowy krok w rozwoju Kościoła, jak i ci, których niepokoi ten (prawdziwy bądź pozorny) formalizm.

Takie myślenie znajduję w książce Roberta Rynkowskiego Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem. I jest to dla autora z całą pewnością zjawisko bardzo negatywne. Pisze na ten temat bardzo kategorycznie:

Jeśli jurydyzacja chrześcijaństwa i teologii będzie dalej trwała, ani my sami z naszej wiary niczego nie zrozumiemy, ani nie pozwolimy czegokolwiek pojąć innym. (…) Prawo i moralistyka nie zastąpią autentycznej teologii dążącej do przezwyciężenia nieuchronnej różnicy między osobami ludzkimi i Boskimi w rozmowie, której szczytem jest modlitwa. (s. 39)

Autor – powołując się na Stinissena, Rahnera i Heschela –przeciwstawia formalizmowi i jurydyczności mistykę pojmowaną jako modlitewna więź z Bogiem. Zatem książka Roberta Rynkowskiego jest książką o modlitwie jako  sposobie rozmowy z Bogiem oraz o języku modlitwy i wiary.

Język, rozmowa, dialog to niecodzienne dary Boga. Jednak to przede wszystkim dzięki naszej pracy przyobleczonej pokorą będziemy w stanie je docenić i właściwie spożytkować w codziennej rzeczywistości. Jest to konieczne, jeśli chcemy zarówno zbliżyć swoje światy, jak i zbliżyć się do świata Boga. (s. 42)

Celem, jaki stawia sobie autor, jest uzdrowienie „słowa” – chodzi o nasz język modlitwy i poznania Boga. Słowo zamieszkało między nami, nie poniżajmy Go naszymi pseudosłowami. Jest to tym bardziej potrzebne, że Bóg jest Dialogiem, jedna z Jego Osób jest Słowem, a sposobem porozumiewania się jest miłość.

Rynkowski, wychodząc (przecież nie odchodząc), od słów Akwinaty o działaniu rozumu i woli w relacjach wewnątrztrynitarnych, stara się podążyć dalej, wskazuje teksty teologów XX wieku, ale przede wszystkim powraca do Heschela, i zdecydowanie obstaje przy pojmowaniu Trójcy jako Dialogu. Czy słusznie? Z całą pewnością tak, ale – i jest to wyraźne zagrożenie – nie może być to jedyny sposób pojmowania Niepojmowalnego Boga. Nie wątpię, że autor ma tego świadomość, lecz szkoda, że wyraźnie tego nie pisze.

Jest to zresztą jedno z wielu niedopowiedzeń w książce – oczywiście doskonale wiadomo, że nie da się napisać wszystkiego, jednakże gdy autor stawia taki obraz jako najdoskonalej prezentujący trynitarny charakter Ojca-Syna-Ducha, to musi to budzić istotne zastrzeżenia.

Z owego dialogicznego pojmowania Trójcy  wyprowadza Rynkowski szereg arcyciekawych wniosków, a właściwie należałoby napisać, że przeprowadza szereg ciekawych rozumowań.

Pierwszym jest odpowiedź na pytanie: Cur Deus Homo? Czemu Bóg stał się człowiekiem? Bo pytanie o Wcielenie w gruncie rzeczy należy sprowadzić do tego radykalnego – czyli podstawowego – zagadnienia. Rynkowski stara się odpowiedzieć, czy było ono odpowiedzią na grzech, czyli czy grzech był warunkiem koniecznym, aby Stwórca stał się jednym ze stworzeń. Jeżeli tak, to wina Adama była rzeczywiście błogosławiona. Ale autor zadaje pytanie inaczej: jak na gruncie owej dialogicznej teologii należy rozumieć konieczność tego, że Słowo stało się ciałem? Przy okazji warto zwrócić uwagę, jak interesujące wnioski eucharystyczne można wyciągnąć na podstawie  tego sposobu rozumowania.

Kolejnym pytaniem, na które stara się odpowiedzieć autor, jest pytanie o wolność. Czy dialog z Bogiem nas zniewala, czy czyni wolnymi? A skoro jest to dialog z Istotą wszechmocną, to chyba nie ma mowy o wolności, gdy stajemy wobec tak ogromnej dysproporcji sił. Stajemy także wobec ciekawego problemu logicznego: nasze decyzje, nasza wolność dokonują się w czasie, podczas gdy Bóg jest poza czasem, jest w wieczności. Czy czeka On na nasze decyzje, by potem zaledwie na nie reagować? Rynkowski stara się ten dylemat rozwiązać poprzez próbę odpowiedzi, czym owa wolność jest.

(…) wolność nie ogranicza się do konkretnych czynów, do aktów woli. Owszem, jest ona zdolnością do aktualizowania, ale nie tyle poszczególnych działań, ile wieczności. Jest to więc aktualizowanie spełnienia w Bogu, samourzeczywistnienia. Człowiek wolny może osunąć się w niespełnienie, które będzie jednak nie tyle wynikiem sumy poszczególnych wyborów (chociaż ich oczywiście w jakimś stopniu też), ile po prostu nieurzeczywistnienia się osoby, niezaktualizowania wieczności. W takim ujęciu wolność nie sprowadza się zatem do wyboru między kradzieżą w sklepie a jej zaniechaniem. Jest ona raczej aktualizowaniem w tym konkretnym czynie (kradzież – niekradzież) wieczności, spełnienia w Bogu. (s. 79)

Musi w tej książce paść także pytanie o obraz Boga. Bo kim jest Ten, z Kim rozmawiamy? W gruncie rzeczy od tego, jaki obraz Boga stoi przed oczyma wierzącego, zależy to, jaką teologię on uprawia. W tym miejscu Rynkowski pokazuje w pełni, że jego teologia oparta jest na fundamentach, które wybudował Wacław Hryniewicz i jego nadzieja powszechnego zbawienia.

Pytanie o obraz Boga i korony Jego stworzenia (czyli człowieka – jakby ktoś zapomniał) staje się zaledwie przedsionkiem do podstawowego pytania egzystencjalnego: Unde Malum? – Skąd Zło? A także do pytań ostatecznych. Teologia dialogiczna, chociaż ukazywana w sposób popularny, staje się teologią eschatologiczną w każdym tego słowa wymiarze. Padają pytania o Szeol, cierpienie, piekło, czyściec i Niebo. A skoro niebo, to musi pojawić się Świętych Obcowanie.

Cały tok rozumowania prezentowany w Zrozumieć wiarę w sposób konsekwentny i logiczny prowadzi nas do tej prawdy wiary. I jest to oczywiste, przecież nasze zbawienie, nasza obecność przed Stwórcą będzie niewątpliwie wspaniałym dialogiem, rozmową z Tym, Który Jest.

I właśnie pytanie o rzeczy ostateczne ukazuje wartość książki Rynkowskiego. Pozwala ona bowiem na rozwiązanie pewnego pastoralnego dylematu. Nie ukrywajmy, od początku głoszenia Dobrej Nowiny uczniowie Jezusa musieli odpowiadać (sobie i swoim uczniom) na podstawowe pytanie: po co być zbawionym? Czym jest zbawienie?

Trudność związana z tym pytaniem była rozwiązywana przez zdumiewającą w swej niekonsekwencji odpowiedź: idziemy do zbawienia, ponieważ chcemy uniknąć potępienia. Ta niekonsekwencja, połączona z nieumiejętnością zrozumienia Słowa (zarówno Wcielonego, jak i spisanego), skutkowała ową wskazaną na początku recenzji jurydyzacją chrześcijaństwa. Skoro istotą naszej molarności jest unikanie kary, to logiczną konsekwencją jest spisywanie grzechów i przewinień, wraz z odpowiednimi karami.  Unikamy kar, idziemy za Zbawicielem.

Książka Rynkowskiego jest natomiast doskonałą egzemplifikacją, jak można wyrwać się z tego błędnego koła. Dobro i zło, Zbawienie i Potępienie, Bóg i Człowiek wreszcie – są porządkowani we właściwym układzie i ukazywani we właściwych proporcjach. I to jest dobre…

Ale w swej antyjurydyczności poszedł uczony autor jednak mocno za daleko. A właściwie pomylił przyczynę ze skutkiem. To nie rzymski porządek prawny był przyczyną owego ujęcia wiary w paragrafy. On był tylko narzędziem. Należy chwalić Boga, że dał nam to wspaniałe narzędzie, jakim było prawo rzymskie. Ostatecznie odchodzenie od owego rygoryzmu prawnego skutkowało nieraz eksplozjami okrucieństwa.

Jezus przewidział sytuację niezrozumienia istoty zbawienia , bo  – jak mówi Pismo – pytał: „Czy Syn Boży znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.

Akurat w owym rozumieniu zbawiania omawiana książka może być przydatna. Autor, wykorzystując swoją dialogiczną teologię, naprawdę porządkuje nasze pojmowanie rzeczy ostatecznych.

Musimy więc dostrzec fakt, że podobnie wpływa na nas wyprawa na odkrywanie Boga w dialogu, na odkrycie słów, na przemienienie się w słowa. Nie musimy być wybitnymi intelektualistami, by wyruszyć na taką wyprawę, tak jak nie był na nią gotowy Bilbo Baggins.

Niebo może więc być rzeczywistością atrakcyjną i pożądaną, nawet jeśli nie będzie się ono składało z ogródków z grillami. Warunkiem jest znalezienie odpowiedniego sposobu mówienia o nim.

Teologia musi dokonać tego wysiłku, jeśli nie chce, by nasze wyobrażenia o niebie opierały się na różnej wartości literaturze w stylu „historia człowieka, który był w niebie”. Być może wtedy również nasi kapłani znajdą w sobie odwagę, by w kościołach mówić o niebie, a my nie będziemy z zakłopotaniem milczeć, gdy ktoś zwróci się do nas o uzasadnienie tej nadziei, która w nas jest (por. 1P 3, 15).  (s. 169)

Oprócz niezrozumienia – w moim przekonaniu – przyczyn i istoty jurydyzacji jest w książce Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem  jeszcze jeden watek, który budzi we mnie niezgodę. Chodzi oczywiście o kwestię czyśćca i piekła (a piekła przede wszystkim). Wspomniałem już, że teologia Rynkowskiego bazuje na nauce jego mistrza – Wacława Hryniewicza. I widać to bardzo wyraźnie w roztrząsaniu rzeczy ostatecznych. Ale nie wydaje mi się, abym w niniejszej recenzji mógł napisać coś więcej, niż tylko przypomnieć o wielkim sporze na temat tego, czym jest piekło i jak je pojmować, którego stroną niewątpliwie jest Hryniewicz. Robert Rynkowski nie powtarza jak papuga za swoim mistrzem, ale przejął od niego dużo. Czytelnik będzie sam umiał wyciągnąć wnioski oraz wskazać, w jakich momentach z autorem się zgadza, a w jakich należy spisać protokół rozbieżności.

W tym momencie powiem tylko tyle, że w moim konkretnym przypadku jest on naprawdę rozległy i pewnie jeszcze kilka razy odwołam się do tej książki i będą to teksty polemiczne. Być może wniknie z nich jakaś sympatyczna dyskusja. Niemniej nie mogę jednak nie polecić jej jako lektury odświeżającej. Zrozumieć wiarę jest dowodem na to, że polska teologia żyje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *