Piekielny dramat Faustyny

Moje wątpliwości co do autentyczności objawień św. Faustyny zaczęły się wtedy, kiedy bez powodzenia próbowałam przebrnąć przez jej Dzienniczek. Lektura ta była dla mnie przerażająca. Jezus objawiający się Faustynie ma niewiele wspólnego z Jezusem Ewangelii, a teologia Faustyny nie zawsze zgadza się z chrześcijaństwem. Ogólne przesłanie o miłosierdziu jest ze wszech miar słuszne, choć można mieć wątpliwości co do jakości tego miłosierdzia. Postać Faustyny wyłaniająca się z Dzienniczka to osobowość niedojrzała, żyjąca na dwóch przeciwstawnych biegunach: wielkości i nicości. Spróbuję to zjawisko wyjaśnić odwołując się do argumentów psychologicznych i teologicznych.

Nasze prawdziwe „ja”

Jedynie człowiek mający kontakt ze swoim prawdziwym „ja” może się rozwijać, żyć w pełni. Autentyczne „ja” jest żywotnym, niepowtarzalnym jądrem nas samych. Jeśli z jakichś powodów człowiek porzuca swą autentyczna osobowość, skazuje się na wwenętrzny konflikt i nieustającą walkę. Jakie mogą być przyczyny takiego odsunięcia się od samego siebie? Psychologowie szukają ich w doświadczeniach dzieciństwa, które musiało obfitować w negatywne przeżycia, które nie zostały w wystarczającym stopniu skompensowane przez pozytywne. Wrażliwe dziecko, doświadczając brutalności, upokorzeń, drwin, zaniedbań i chcąc to jakoś przetrwać, „utwardzało” swe serce, nie pozwalając mu na żadne „miękkie” uczucia.  Jeśli jego wysiłki w celu zapewnienia sobie komfortu psychicznego wielokrotnie spełzały na niczym, dziecko tłumiło w sobie wszelkie emocjonalne potrzeby. Zaczynało myśleć, że nie zdoła zaskarbić sobie nigdy przyjaznego uczucia i przestawało go pragnąć. Traciło nadzieję na szczęście bycia kochanym. Męka niezasługiwania na miłość jest ogromna. Dlatego człowiek próbuje stworzyć w sobie zafałszowane, nieautentyczne dumne „ja”, kwintesencję swoich aspiracji, wyraz zupełnej doskonałości i wielkości. To prosta droga do neurotycznego konfliktu, który ma dla człowieka tragiczne konsekwencje.

Co wiemy o dzieciństwie i młodości Faustyny? Z jej Dzienniczka niewiele. Zajrzyjmy zatem do jej biografii pióra Ewy Czaczkowskiej. Faustyna (naprawdę Helenka) jako dziecko żyła na wsi w wielkiej biedzie. Ukończywszy trzy klasy szkoły podstawowej pomagała rodzicom w gospodarstwie. Miała kilkoro rodzeństwa. Dzieliła z siostrami  jedną sukienkę nadającą się do pójścia w niedzielę do kościoła. W szkole dzieci wyśmiewały się z jej lichego przyodziewku. Była zdolną uczennicą. W domu chętnie czytała pobożne książki i lubiła opowiadać. Była wrażliwa na cierpienie zwierząt. Ojciec był srogi, bezwzględny i wymagający – tak zapamiętali go synowie. Nie liczył się z innymi – wyśpiewywał od świtu Godzinki nie zważając na to, że inni członkowie rodziny chcieli odpoczywać. Był pobożny (w sensie rytualnym), co nie przeszkadzało mu zachowywać się egocentrycznie. Kiedy pewnego wieczoru Helenka z siostrą wróciły późno z potańcówki, dostały mocną reprymendę. Ojciec twierdził, że córki przyniosły mu wstyd i hańbę. Musiało być naprawdę gorąco, skoro Helenka od tamtej pory postanawia, że „ojcu wstydu nie przyniesie, ale sławę i pociechę”. Dzieci chyba bały się ojca, zwłaszcza że nie stronił od bicia. Helenka chciała zadowolić ojca, zwłaszcza że była jego ulubienicą, najgrzeczniejszym dzieckiem. Rodzeństwo biło ją i dręczyło, „że ma łaskę u tatusia i mamusi”. Helenka radziła dzieciom, by były posłuszne, to i je tak samo ojciec będzie kochał. Posłuszeństwo pełniło w życiu Heleny ogromną rolę jako sposób na zdobycie miłości. Raz pokonała swe nadmierne skłonności do posłuszeństwa: poszła do zakonu wbrew woli rodziców. Na tym etapie nie do końca była jeszcze niewolnicą posłuszeństwa. Dopiero w zakonie jej wewnętrzne konflikty rozwinęły się na podatnym gruncie.

Wrażliwe i uzdolnione dziecko nie miało łatwego życia w takich warunkach. Przeciążona pracą od najmłodszych lat Helena pragnęła jakiejś ucieczki, jasnego punktu w swoim życiu. Być może gdyby dano jej takie możliwości, uczyłaby się dalej, studiowałaby Pismo Święte, zdobyła jakiś zawód. Niestety, te czasy były okrutne dla uzdolnionych dzieci z nizin społecznych. Helena mogła liczyć tylko na zawód służącej, piastunki do dzieci, źle opłacany i nie spełniający jej ambicji. Taką też pracę podjęła, gdy w wieku 16 lat opuściła dom rodzinny. Pracowała ciężko. Zawsze pociągały ją sprawy duchowe, myślała, że w zakonie będzie miała więcej czasu na poświęcanie się modlitwie i kontemplacji. Jednak jako siostra tzw. drugiego chóru większość dnia poświęcała na pracę fizyczną, a jej potrzeby duchowe pozostawały niezaspokojone. Nie stała się w życiu tym, czym mogła się stać. Czuła, że ma jakiś potencjał, ale nie umiała go zrealizować. Możemy przypuszczać, że miała w sobie na początku dużo wesołości i fantazji, współczucia i ciekawości świata. Dobrze pokierowana mogłaby stać się pisarką, wychowawcą. Kilka lektur i trzy klasy, a napisała jednak Dzienniczek, świadectwo o wielkiej sile wyrazu. Jedni widzą w Dzienniczku obraz świętości, inni obraz tragicznego konfliktu wewnętrznego, ale nie można mu odmówić wyrazistości.

Biorąc pod uwagę jej doświadczenia z dzieciństwa i młodości, jest możliwe, że Helena porzuciła swe autentyczne „ja” i całe życie zmagała się z tragicznymi konsekwencjami tego kroku.

Pogoń za wielkością

Osoby, które z różnorakich powodów nie mogą uzyskać pewności siebie oraz brak im poczucia własnej tożsamości, zaczynają tworzyć w wyobraźni wyidealizowany obraz samych siebie. Będą mogły wtedy być kimś znaczącym dla siebie samych i pomimo wewnętrznej słabości uzyskają poczucie siły i znaczenia. „W procesie tym (idealizacji) jednostka wyposaża siebie w nieograniczone moce i wybitne uzdolnienia. Staje się istotą bohaterską, geniuszem, najwspanialszym dawcą miłości, osobą świętą, bogiem. Idealizacja samego siebie zawsze pociąga za sobą samogloryfikację, dając jednostce bardzo jej potrzebne poczucie własnego znaczenia i wyższości nad innymi” (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka[i], s. 16-17)

„Samoidealizacja gwarantuje nie tylko uwolnienie się od bolesnych i nieznośnych uczuć (od uczucia zagubienia, niepokoju, od poczucia mniejszej wartości i od wewnętrznego rozdwojenia), ale na dodatek oznacza w cudowny sposób osiągnięte poczucie spełnienia, obejmujące ją samą i jej życie”. (Horney, s. 19)

„Samoidealizacja nieuchronnie rozwija się w zespół dążeń o szerokim zakresie, co proponuję nazwać terminem dostosowanym do ich natury i rozmiaru – pogoń za wielkością”. (Horney, s. 20)

Wielkość tę można pragnąć osiągnąć w wielu dziedzinach, na przykład w sporcie, polityce, biznesie czy na polu religijnym. Pragnienie osiągania perfekcji równa się ambicji zostania wielkim świętym. Tragizm pogoni za wielkością tkwi w tym, że idealna postać, do której człowiek aspiruje, jest tworem jego wyobraźni. Neurotyk traci kontakt ze swoim prawdziwym „ja”, dąży do wielkości nie bacząc na własne dobro i interes. Droga do perfekcji skazana jest  z góry na porażkę, a pogoń za wielkością łączy się z ogromnymi kosztami psychicznymi. Jakże trudno bowiem utrzymać o sobie mniemanie, że jest się „osobistością o boskiej wszechmocy i wszechświatowym znaczeniu”.

„Cechą charakteryzującą wszelkie aspekty pogoni za wielkością jest wybitna i specyficzna rola wyobraźni, która jest ważnym narzędziem w procesie samoidealizacji”. (Horney, s. 28) Osoba goniąca za wielkością używa wyobraźni na każdym kroku, traktuje urojenia jak rzeczy realne. Niekiedy wyobrażenia te przyjmują formę wyimaginowanych rozmów z innymi osobami. „Najbardziej uderzającą cechą pogoni za wielkością jest to, że operuje ona w kategoriach fantastyki i nieograniczonych możliwości”. (Horney, s. 33)

„Wszelkiego rodzaju dążenia do gloryfikacji samego siebie odznaczają się wspólnym rysem sięgania po większą wiedzę, cnotę lub władzę, niż to bywa udziałem ludzkich istot. Są to dążenia do wartości absolutnych, nieograniczonych, nieskończonych. To, co byłoby poniżej absolutnej odwagi, mistrzostwa czy świętości, nie może pociągnąć neurotyka powodowanego obsesją pogoni za wielkością. Jest on tedy przeciwieństwem człowieka prawdziwie religijnego, dla którego tylko Bóg dysponuje nieograniczonymi możliwościami. Wersja neurotyka zaś brzmi: dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Jego siła woli osiąga rozmiary magiczne” (Horney, s. 33)

Pokusa wielkości wynika z dążenia człowieka do tego co nieograniczone, najwyższe, a z drugiej strony z poszukiwania łatwego wyjścia z trudnej sytuacji. Karen Horney pisze, że Jezus i Budda doświadczali takich pokus, ale będąc silni duchowo, potrafili je odrzucić.

Czy mamy jakieś podstawy sądzić, że Faustyna cierpiała na pogoń za wielkością?

Faustyna fantazjuje na temat swej rzekomej wielkości. Czuje się wyróżniona przez jakąś tajemnicę, która ją „łączy z Panem”. Nie wie o niej nikt, nawet aniołowie. „Ta tajemnica wyróżnia mnie od innych dusz tu na ziemi i w wieczności” pisze Faustyna. Umie ona także wielbić Boga najlepiej na świecie: „wielbię Boga Ojca naszego tak, jak Go jeszcze żadna dusza nie wielbiła”. Na jej skromnych barkach spoczywa los świata: „w tych chwilach zdaje mi się, że cały świat ode mnie zależy”. Uważa się Faustyna za Hostię miłą Ojcu, która jest „ochłodą dla udręczonego serca” Jezusa. Jest pewna, że osiągnie świętość, a raczej już ją osiągnęła. Jezus zapewnia ją, że „ma wyłączne prawo do Jego miłosierdzia”. Ponadto Faustyna to władczyni świata: „są chwile, kiedy wszystko, cokolwiek istnieje na ziemi jest mi na usługi”, „wszystko, czy chce czy nie chce, służyć mi musi”. Faustyna potrafi również z pomocą koroneczki uciszyć burzę.

Jest także poetką, niemal wieszczką. Oto próbka jej poezji wychwalającej samą siebie (Dz 1735):

O dziewico, śliczny kwiecie,

Już niedługo pozostaniesz na tym świecie,

O, jak piękna śliczność twoja,

Ty – czysta oblubienico Moja.

 

Żadna liczba cię nie zliczy,

Jak jest drogi twój kwiat dziewiczy.

Twoja jasność niczym nieprzyćmiona,

Jest odważna, silna, niczym niezwyciężona.

 

Sam blask słońca południowego

Gaśnie i ciemnieje wobec serca dziewiczego.

Ponad dziewiczość nie widzę nic wielkiego,

Jest to kwiat wyjęty z Serca Bożego.

 

O, cicha dziewico, wonna różo,

Choć na ziemi krzyżów dużo,

Ani oko nie widziało, ani wstąpiło w myśl człowieka,

Co dziewicę w niebie czeka.

 

O dziewico, śnieżna lilio biała,

Ty żyjesz tylko dla Jezusa cała,

A w czystym kielichu serca twego

Jest przyjemne mieszkanie dla Boga samego.

 

O dziewico, hymnu twego nikt nie zaśpiewa,

W pieśni twojej miłość Boża się ukrywa,

Sami aniołowie nie pojmują,

Co dziewice Bogu wyśpiewują.

 

O dziewico, twój kwiat rajski

Przyćmiewa wszystkie tego świata blaski,

A choć cię świat pojąć nie może,

Jednak chyli swe czoło przed tobą w pokorze.

 

Choć droga dziewicy usłana cierniami,

A życie jej najeżone różnymi krzyżami,

Lecz któż tak mężny jak ona?

Nic jej nie złamie, jest niezwyciężona.

 

O dziewico, ziemski aniele,

Wielkość twa słynie w całym Kościele

Ty przed tabrnakulum trzymasz straż

I jak Serafin cała w miłość się zmieniasz.

 

Wiele tutaj mamy odniesień do rzekomej wielkości Faustyny. Jest ona piękną dziewicą, nieskończenie cenną z powodu swego dziewictwa. Jej dziewicze serce przyćmiewa blask słońca. Dziewiczość to coś najlepszego, poza nią nie ma nic wielkiego. Dziewicę w niebie będzie czekało coś wspaniałego. Czy Faustyna sugeruje tutaj, że nie-dziewice aż takich wspaniałości nie zaznają? Hymnu dziewicy nie mogą pojąć ani zaśpiewać nawet aniołowie, ponieważ tylko ona tak pięknie chwali Boga. Cały świat chyli przed nią czoło, choć pojąć jej nie może (prawdopodobnie dlatego, że takiej wielkości pojąć śmiertelnikom nie sposób). Mimo cierpień jest mężna, odważna, silna, niezwyciężona, nic jej nie złamie. Wielkość jej słynie w całym Kościele. Hymn ten jest chyba kwintesencją pogoni za wielkością i samogloryfikacji. Faustyna jest tutaj przedstawiona jako osoba stojąca znacznie powyżej ludzi i aniołów. Mówiąc, że zamienia się w miłość, porównuje się do Boga, który wszak jest miłością. Faustyna wywyższa się, aby się pocieszyć, aby nie załamywać się swoim prawdziwym „ja”, gdy nie dorasta do swego ideału: „O mój Jezu, Ty wiesz, że są chwile, gdzie nie mam ani myśli wzniosłych, ani polotu ducha; znoszę cierpliwie samą siebie i przyznaję, że to właśnie ja jestem, bo wszystko, co piękne jest łaską Bożą. Wtenczas upokarzam się głęboko i wzywam Twojej pomocy, a łaska nawiedzenia nie ociąga się z przyjściem do serca pokornego”. (Dz 1734)

Faustyna charakteryzuje się też wielką siłą duchową, ma moc krępowania karzących rąk Jezusa! Ona zatrzymuje Go w wymierzaniu kar i oto bezsilny Jezus „nie może już dochodzić sprawiedliwości”. Faustyna to prawdziwa siłaczka. Sam Jezus jej ulega.  Faustyna słyszy takie oto słowa Jezusa: „Gdybyś nie krępowała rąk moich, wiele kar spuściłbym na ziemię; córko moja, spojrzenie twoje rozbraja mój gniew; choć usta twoje milczą, wołasz do mnie tak potężnie, że jest poruszone niebo całe. Nie mogę uciec przed prośbą twoją, gdyż mnie nie ścigasz dalekiego, ale we własnym sercu swoim” (Dz 1722) Zatem Faustyna jest przekonana, że to jej zasługą jest miłosierdzie Jezusa dla biednych grzeszników.

Faustyna świadomie dąży do bycia wielką świętą „na ołtarzach”. Śni jej się św. Teresa z Lisieux, która mówi jej, że będzie w niebie. Faustyna dalej pyta, czy będzie świętą. Teresa potwierdza. Faustyna drąży dalej: ale czy taką świętą jak ona, na ołtarzach. Teresa potwierdza. W ten sposób Faustyna potwierdza słuszność obranej przez siebie strategii dążenia do wielkości.

Faustyna czerpała też poczucie wyższości z faktu bycia zakonnicą. Jej wizje świadczyły o wyższym statusie duchowieństwa w porównaniu z osobami świeckimi. Jezus mówi jej, że dusze zakonne są jak księżyc, a dusze wiernych chrześcijan jak gwiazdy. (Dz 424) Teraz musimy się zastanowić, czy Jezus miał na myśli wielkość księżyca i gwiazd widoczną z ziemi, czy też rzeczywistą. Jezus prawdziwy z pewnością wie, że gwiazdy są większe niż księżyc okrążający Ziemię. Ale Jezus Faustyny każe jej patrzeć w niebo i porównywać, co widzi. Faustyna nie miała chyba pojęcia o astronomii, więc zrozumiała, że porównanie do księżyca jest korzystne dla stanu duchownego.

Jezus traktuje Faustynę wyjątkowo. Dla niej błogosławi ziemi. (Dz 431). Dla niej chce stworzyć nowy świat, piękniejszy od tego istniejącego, w którym mogłaby zamieszkać. (Dz 587) Jezus z miłości ku niej zstąpił z nieba, dla niej żył, umarł i stworzył niebiosa! (Dz 853) A więc wcielenie, odkupienie i stworzenie nieba cały świat zawdzięcza Faustynie! Doprawdy fantazja przeogromna i irytująca.

Jezus mówi Faustynie, że jest świętą, kiedy tą ogarnia ją rozpacz i łka z powodu braku świętych w jej zgromadzeniu. (Dz 1650) Jezus chce poślubić Faustynę. (Dz 911) Czy lepszy narzeczony mógłby się jej przytrafić? Nie tylko Jezus ją wielbi, ale cała Trójca Święta ma w niej szczególne upodobanie. (Dz 955) Dalej zobaczymy, że z Trójcy wyłamuje się jednak Ojciec, przeciwko gniewowi którego walczy Faustyna. Chyba, że Ojciec upodobał sobie walkę z Faustyną, co jest bardzo prawdopodobne biorąc pod uwagę Jego skłonność do agresji.

W całym Dzienniczku są dziesiątki fragmentów świadczących o wielkim poczuciu wyższości siostry Faustyny nad całym światem oraz o jej samogloryfikacji. Zachęcam do lektury. Zapewniam, że jej fantazje o wielkości są nie do przebicia.

Konflikt między idealnym obrazem siebie a własną „nędzą”

Nieuniknione doświadczenie niedorastania do narzuconego sobie wyśrubowanego ideału jest przyczyną wewnętrznego rozdarcia i konfliktu. W którymś momencie człowiek rozpoznaje, że jego realne odbicie w lustrze nie jest takie, o jakim zwykle fantazjuje. Ta sprzeczność jest źródłem nieustających cierpień, napięć i frustracji.

Po pierwszym roku nowicjatu Faustyna zaczyna przeżywać wewnętrzne konflikty, które nazywa ciemnością duszy. Te cierpienia będą trwać przez półtora roku. Faustynie wydawało się, że w zakonie jej kontakt z Bogiem ulegnie pogłębieniu, że będzie tam naprawdę szczęśliwa. Tymczasem jej oczekiwania nie spełniły się W zakonie pracowała tak samo ciężko, jak w życiu świeckim. Miała mało czasu na zagłębianie się w modlitwie. Myślała, że potrzebny jest jej zakon bardziej kontemplacyjny. Ogarniał ją niepokój, że dokonała niewłaściwego wyboru. Nie miała odwagi sama podjąć decyzji. Bolesne oblicze Jezusa, które pojawiło się na firance, stało się dla niej odpowiedzią. Jezus stwierdził, że będzie bardzo cierpiał, jeśli Faustyna odejdzie z zakonu. Tę samą myśl potwierdził jej spowiednik. Faustyna była zadowolona, że to nie ona musiała podejmować decyzje, ale ktoś zrobił to za nią. Jest to typowe neurotyczne unikanie wysiłku i odpowiedzialności. Gdyby poszła za swoją intuicją, musiałaby stanąć twarzą w twarz ze swoim dlaszym życiem, podjąć trudne decyzje, skonfrontować się z wątpliwościami. Wolała złożyć odpowiedzialność na innych: Jezusa i spowiednika. Faustyna twierdzi, że od momentu podjęcia decyzji o zostaniu w zakonie czuła się zawsze szczęśliwa i zadowolona (Dz 18). Z dalszych jej notatek wiemy, jak bardzo była to nieprawda.

Czas ciemności duchowych był czasem szansy danej Faustynie na to, by nawiązała kontakt z samą sobą, spróbowała odnaleźć właściwe proporcje w swym życiu i przejąć za siebie odpowiedzialność. Tej szansy nie wykorzystała. Kto odmawia poznania siebie, skazany jest na cierpienie. I właśnie na cierpienie skazała samą siebie Faustyna. Nie chcąc jednak przyjąć tego do wiadomości, uznała, że to cierpienie jest czymś wielkim, jej wzniosłą misją, darem od Boga. Na czym polegały te ciemności duszy? Modlitwa nie dawała jej pociechy, ćwiczenia duchowe były dla niej wysiłkiem, ogarniał ją lęk. Zaczęła widzieć siebie jako „wielką nędzę”, co było powodem ogromnej frustracji, gdyż porównywała siebie do świętości Boga. Bała się perspektywy złożenia ślubów. Nie mogła skupić się na lekturze. Czuła się odrzucona od Boga. Przychodziły jej myśli o tym, że umartwienia i staranie o cnoty są bezużyteczne. Ogarniała ją rozpacz i śmiertelny lęk. Siły fizyczne opuszczały ją. Przeżywała męki na podobieństwo mąk piekielnych.

Przełożeni nie byli całkiem bez winy w utrzymywaniu złudnych przekonań Faustyny. Oto odpowiedzią przełożonej na te wszystkie cierpienia biednej mniszki było pocieszenie, że „Bóg przeznacza siostrę do wielkiej świętości. Jest to znak, że Bóg chce mieć siostrę w niebie bardzo blisko siebie” (Dz 23) Takie pocieszenie zaowocowało przekonaniem, że cierpienie jest planem Boga wobec Faustyny.

Udręki duchowe Faustyny były wielkie. Taka jest cena neurotycznego dążenia do wielkości. Faustyna czuje, że jej dusza kona, a Bóg sprawuje nad nią sąd sprawiedliwy, czuje, że jest ona „przedmiotem jego zapalczywości” (Dz 24) Za cóż to Bóg gniewa się na nią? Za to, że w swoich oczach nie dorasta do ideału świętości. Wszak w zakonie powinna czuć obecność Boga, powinna stawać się wzorem świętości. A tu nic – mroki i pokusy, poczucie niegodności i braku wartości. Zarówno jednak przekonanie Faustyny o swej wielkości, jak i o rzekomej nędzy, nie są prawdziwe. Faustyna po prostu nie dała sobie szansy znalezienia prawdziwej siebie. Dlatego przez całe życie przeżywała boleśnie obsesyjny konflikt między dwiema imaginacjami: wielkością i nędzą. „Piekło jakoby sprzysięgło się przeciwko mnie. Nienawiść straszna zaczęła wdzierać się do mojej duszy, nienawiść do wszystkiego, co święte i Boże. Zdawało mi się, że te udręki duszy mają być stałym udziałem mojego istnienia”. (Dz 25) I tak się stało. Udręki duszy i ciała towarzyszyły Faustynie do końca życia.

„Kiedy człowiek zawiera pakt z diabłem obiecującym mu wielkość i chwałę, musi się godzić na piekło – piekło we własnym wnętrzu”. (Horney, s. 197)

Oto dobitny przykład, jak przejawiał się ten konflikt w życiu Faustyny: oto przygotowuje się ona do odnowienia ślubów. „Nagle dusza moja została wtrącona w tak wielką ciemność wewnętrzną. Zamiast radości dusza moja napełniła się goryczą, a serce przebił mi ostry ból. Czułam się tak nędzną i niegodną tej łaski, i w uczuciu tej nędzy i niegodności nie ośmieliłabym się zbliżyć do stóp nawet najmłodszej postulantki, aby je ucałować. Widziałam je w duchu piękne i miłe Bogu, a siebie widziałam jako otchłań nędzy. Po skończonej nauce rzuciłam się do stóp Boga utajonego – wśród łez i bólu; rzuciłam się w morze miłosierdzia Bożego i tu dopiero doznałam ulgi i czułam, że cała wszechmoc Jego miłosierdzia ogarnęła mnie”. (Dz 1108)

Poczucie nędzy, niegodności, bycia kimś gorszym od innych powoduje u Faustyny chęć upokarzania się, łzy i ból. Ona po prostu nie dorasta (bo nie może) do swego ideału świętości. Ratuje ją przeczucie Bożej miłości ku niej. Jednak nigdy nie porzuci swej podwójnej osobowości i będzie na przemian raz świętą i doskonałą, a raz grzesznicą zasługującą na upokorzenia i karę.

Faustyna jest przewrażliwiona do granic możliwości na punkcie swej niedoskonałości. Oto dostrzega w sobie cień samowoli, rzuca się więc w proch przed majestatem Jezusa i sercem rozdartym przeprasza Go. (Dz 560) Nawet niewielkie uchybienia, cienie niedoskonałości rozdzierają jej serce i musi rzucać się i kajać straszliwie przed Jezusem. Ileż On musiał mieć do niej cierpliwości! Chodziła do Niego z każdym najmniejszym drobiazgiem, sama z siebie nic nie umiała załatwić, żadnej podjąć decyzji. Poczytywała to sobie za zasługę, gdyż uważała, że w ten sposób wyzbywa się swojej woli, a dzieje się tylko wola nieba.

Sam Jezus utwierdza ją w przekonaniu, że jest słabością i nicością. Jezus mówi do Faustyny: „Powiedz, że dałem mu poznać (spowiednikowi) słabość twoją w spowiedzi, czym jesteś sama z siebie”. (Dz 498) „Miłość wyrównuje przepaść, jaka jest między wielkością moją a nicością twoją”. (Dz 512) Jezus z Nazaretu nie był takim zarozumiałym bufonem, który zrównywał ludzi z błotem wywyższając siebie. Nie poniżał nikogo.

Tymczasem Faustynę poniża notorycznie: „Widzisz, czym jesteś sama z siebie, ale nie przerażaj sie tym. Gdybym ci odsłonił całą nędzę, jaką jesteś, umarłabyś z przerażenia. Jednak wiedz o tym, czym jesteś. Dlatego, że tak wielką nędzą jesteś, odsłoniłem ci całe morze miłosierdzia mego”. (Dz 718)

Faustyna umarłaby z przerażenia, gdyby dowiedziała się, kim jest. Tak naprawdę jest to jej głos wewnętrzny, który odzwierciedla jej lęk przez tym, kim w istocie jest. Boi się, że jest nikim. Nie ma odwagi zaprzestać gry w świętą Faustynę i spojrzeć na siebie relaną.  Ten lęk przed poznaniem siebie jest śmiertelny. Trzymał ją będzie w swych objęciach przez całe życie. Jakże Jezus mógłby uważać za nicość i nędzę dzieło Boga, jakim jest człowiek? Wszak jesteśmy Bożym stworzeniem, w które sam Bóg tchnął życie. Jesteśmy warci dla Boga nieskończenie wiele, skoro z miłości ku nam posłał na ziemię Syna swego. Faustyna jak zwykle ze strachu unika zastanawiania się nad sprzecznościami teologicznymi. Analiza jest niebezpieczna: „Matka Najświętsza mówiła mi, żebym wszystkie żądania Boże przyjmowała jak dziecko małe, bez żadnych dociekań, inaczej nie podoba się to Bogu”. (Dz 529)

Nienawiść i pogarda dla siebie

„Łatwa droga do supremalnej gloryfikacji prowadzi zarazem nieuchronnie do piekła pogardy dla samego siebie i do samoudręki”. (Horney, s. 39)

Fałszywa idealna tożsamość staje się dla neurotyka miarą oceny własnej osobowości. „Ale właśnie owo „ja” realnie funkcjonujące, gdy się nań spogląda z perspektywy absolutnej perfekcji, jest czymś tak żenującym, że jednostka musi nim gardzić.  … „ja” prawdziwe nieustannie przeszkadza, i to poważnie, pogoni za samogloryfikacją. Stąd jednostka musi nienawidzić swoje „ja” prawdziwe, czyli musi nienawidzić samą siebie”. (Horney, s. 135)

„Nienawiść do samego siebie ujawnia pęknięcie osobowości spowodowane powołaniem do życia wyidealizowanego obrazu własnej osoby. Jest sygnałem toczącej się wojny. W istocie stan wojny z samym sobą to podstawowa cecha charakterystyczna każdego neurotyka”. (Horney, s. 137)

Jakież podobieństwo mamy tutaj z Klimakiem i jego obsesją wojny z ciałem i demonami. Faustyna również doświadczała życia jako wojny. Żadne trudności nie przerażają duszy, „jak rycerza, który jest ustawicznie w boju, nie przeraża huk armat” (Dz 145) Faustyna zachowuje czujność, nadsłuchuje, skąd idzie atak nieprzyjaciela. Czasem dusza musi walczyć na śmierć i życie, wtedy pomocą jest zwrócenie się do rany Serca Jezusa. W czasie pokoju dusza robi wysiłki takie, jak w walce. Musi się ćwiczyć, aby odnieść zwycięstwo. Widać tu więc, jak słownictwo wojenne jest przydatne do określenia walki duchowej, która toczy się nieustannie i bez wytchnienia. Obrazuje to dobrze wysiłek wewnętrzny, jaki Faustyna i Klimak wkładali w podtrzymanie swego dobrego mniemania o sobie. Konflikt bowiem trwa nieprzerwanie. Walka polega na czujności, czy dość skrupulatnie wypełnia się wewnętrzne nakazy oraz na tym, aby nie dać się skusić, nie dać się przywieść do sytuacji, w której na jaw mogłyby wyjść nasza niedoskonałość i mitomania.

Pomocne mogą wtedy być metody takie jak „Karta wewnętrznej kontroli duszy”, jaką stosowała Faustyna w ramach czujności. Karta taka miała wygląd tabelki, w której zanotowane były w kolumnach w podziale na miesiące, ilości zwycięstw i upadków, a w wierszach poszczególne cnoty, takie jak: ubóstwo, czystość, posłuszeństwo, miłość bliźniego, pokora, cierpliwość, cichość itp. Najwięcej upadków zanotowała Faustyna w wierszu „pokora” – 13. Generalnie jednak na ogólną roczną liczbę zwycięstw wynoszącą 1105, Faustyna upadła tylko 45 razy. Średnio odniosła ona 3 zwycięstwa na dzień, a mniej niż jedną klęskę na tydzień. Czy jest to wynik godny świętej i wielkiego wojownika? Statystycznie chyba tak. Tylko czy miłosierny Bóg tak nas buchaltersko podlicza?

Okrutna i mordercza walka, na jaką skazany jest neurotyk wynika z rozdźwieku pomiędzy tym, kim chciałoby się być, a tym, kim się jest. „Zdumiewająca jest siła i uporczywość nienawiści do samego siebie. … musimy zdać sobie sprawę z oszalałej wściekłości dumnego „ja”, które na każdym kroku czuje się upokorzone i poniżone przez aktualnie funkcjonującą realną osobowość”. (Horney, s. 140)

Nienawiść do siebie jest możliwa tylko wtedy, jeśli nie będziemy odczuwać swych własnych autentycznych uczuć. Nazywa się to w psychologii samoalienacją, brakiem poczucia autentycznego „ja”. Nienawiść do samego siebie jest przeważnie nieuświadomiona. Innymi słowy, nawet jeśli neurotyk zdaje sobie sprawę z efektów nienawiści samego siebie, takich jak poczucie winy, niskiej wartości, cierpienie, to nie jest świadomy, że sam na siebie sprowadził te doświadczenia. Niemal całość nieuświadomionej nienawiści wobec siebie ulega uzewnętrznieniu. Może to być bądź uzewnętrznienie czynne, bądź bierne. W czynnym nienawiść skierowana jest na zewnątrz, przeciw życiu, losowi, ludziom lub instytucjom. Jeśli jest to uzewnętrznienie bierne – neurotyk sam jest obiektem nienawiści, ale jej źródła odczuwa jako zewnętrzne. Zdaje się, że Faustyna tak właśnie traktowała odczuwane przez siebie cierpienie – jako pochodzące z zewnątrz, to znaczy bądź to jako rezultaty grzechów innych ludzi, bądź to jako cierpienie nałożone jej przez Jezusa. W przypadku cierpień otrzymanych od Jezusa dodatkową pociechą (oprócz pociechy, że sama nie spowodowała swoich cierpień) było to, że ich cel jest wzniosły i pochodzą one od doskonałej osoby, do jakiej sama Faustyna aspiruje. Cierpienie to miało uczynić ją świętą – przemienić całkowiecie w Jezusa, wprowadzić na ołtarze.

Odczuwane przez Faustynę pragnienie wywyższenia siebie, a z drugiej strony nienawiść do samej siebie traktowaną jako pochodzącą od ludzi dobrze ilustruje pewna wizja Faustyny. Faustyna przedziera się przez wrogo nastawiony do niej tłum zgromadzony przed kaplicą. Ma zająć miejsce w ołtarzu. Ludzie rzucają w nią czym popadnie: błotem, kamieniami, piaskiem. Faustyna jednak kroczy dzielnie za głosem każącym jej wejść na ołtarz. W tym gniewnym tłumie znaleźli się jej rodzice, siostry, przełożeni, wychowanki. Kiedy tylko Faustyna usiadła na ołtarzu, tłum zaczął błagać ją o łaski i usłyszała takie oto słowa: „Czyń, co chcesz, rozdawaj łaski, jak chcesz, komu chcesz i kiedy chcesz” (Dz 31). Widać tutaj pragnienie osiągnięcia doskonałej świętości i boskiej wszechmocy. Faustyna rozdaje łaski, staje się ważna, znacząca, silna, dobra. Osiąga swój ideał. Koszt osiągnięcia tego ideału to nienawiść i pogarda do samej siebie, uzewnętrzniona w reakcji tłumu, który ją poniża i zadaje jej ból.

Jezus występuje w Dzienniczku jako dawca cierpienia oraz ten, kto daje jej siłę wytrwania.  Faustyna nie może przyznać, że cierpienie jest wywołane jej neurotycznym konfliktem. Zatem zrzuca za nie odpowiedzailność na innych, najchętniej na Jezusa, a pośrednio na Boga, który rzekomo potrzebuje tego cierpienia dla zbawienia dusz.

„Podczas pewnej adoracji Pan zażądał ode mnie, abym Mu się oddała jako ofiara na pewne cierpienie, które sprawie Bożej będzie czynić zadość”. (Dz 190)

Jezus mówi: „Dziecię moje, najwięcej mi się podobasz przez cierpienie. W cierpieniach swoich fizycznych czy też moralnych – córko moja, nie szukaj współczucia u stworzeń. Chcę, aby woń cierpień twoich była czysta, bez żadnych przymieszek. Żądam, abyś się nie tylko oderwała od stworzeń, ale i sama od siebie. Córko moja, chcę się napawać miłością serca twego – miłością czystą, dziewiczą, nieskalaną, bez żadnego przyćmienia. Córko moja, im więcej ukochasz cierpienie, tym miłość twoja ku mnie będzie czystsza”. (Dz 279)

Cierpienie musi być czyste, bez przymieszek pocieszenia ze strony „stworzeń”. Miłość musi być czysta, to znaczy skierowana wyłącznie do Jezusa, bez „przyćmienia” jej miłością do stworzeń. Takie słowa miałyby rzekomo wyjść z ust Jezusa! Czy tak przemawiałby Jezus z Nazaretu, którego znamy z Ewangelii? Jezus wszak widział podobieństwo miłości Boga i bliźniego, nigdy nie nakazywał kochać tylko Boga, ale zarówno Boga, jak i bliźniego. Nigdy by mu nie przyszło do głowy uznać, że miłość do „stworzeń” zanieczyszcza miłość do Boga.

„Dziś powiedział mi Pan: Potrzeba mi cierpień twoich dla ratowania dusz” (Dz 1612)

Faustyna przyjmowała cierpienie jako pochodzące od Boga. Wyłaniała jej się tutaj pewna sprzeczność: dlaczego Bóg, który wszak powinien ją kochać, obarcza ją cierpieniem? Zatem postanowiła usprawiedliwić Boga twierdząc, że to cierpienie ma wartość, jest wzniosłe i koniecznie Bogu potrzebne dla realizacji światowego zbawienia. Oto Bóg tak ceni Faustynę, że robi jej ten zaszczyt, że może ona cierpieć dla Niego i ratować dusze przed piekłem. Bóg potrzebuje Faustyny, bez niej nie radzi sobie ze zbawianiem ludzi. Zatem cierpienie to nie oznaka nienawiści Boga, ale wielkiego wybrania, szacunku i miłości. Bóg daje jej cierpienie, bo tak ją kocha, tak ją docenia. Cierpienie zaczęła traktować Faustyna jako przejaw Bożej miłości do siebie, a więc coś cennego, czego bardzo pragnęła. Pozwoliło jej to uwierzyć w siebie, choć nie zdawała sobie sprawy, że wierzyła nie w prawdziwe „ja”, ale w to fałszywe, doskonałe i na pokaz.

„Powiedział mi Pan: Zabieram cię na cały Post do twojej szkoły, chcę cię nauczyć cierpieć. – Odpowiedziałam: Z Tobą, Panie, jestem gotowa na wszystko, i usłyszałam głos: Wolno ci pić z kielicha, z którego ja piję; ten wyłączny zaszczyt daję ci dziś”. (Dz 1626)

„Wtem mi powiedział Pan: Oblubienica musi być podobna do Oblubieńca swego”. (Dz 268)

Zatem Faustyna zaczyna zbawiać świat swoim cierpieniem. Czuje się z tym o wiele lepiej, niż gdyby całe to cierpienie było bezużyteczne. Cierpienie stanowi o jej poczuciu własnej wartości. Jest pożyteczna.

„Pragnę się wysilać, pracować, wyniszczać za dzieło nasze – ratowania dusz nieśmiertelnych. Mniejsza o to, jeżeli te wysiłki skrócą moje życie, przecież ono już do mnie nie należy, ale jest własnością Zgromadzenia. Pragnę być pożyteczna całemu Kościołowi przez wierność Zgromadzeniu”. (Dz 194)

Centrum życia Faustyny staje się zatem cenne cierpienie, wyniszczanie się niezbędne w jej misji zbawiania świata. Swą wyjątkową wartość upatruje ona w tym, że Bóg nakłada na nią wielkie cierpienia, a ona je przyjmuje i przetwarza na zbawienie grzeszników. W tej właśnie umiejętności przetwarzania cierpienia na zbawienie tkwi jej „wielkość”, oznaka szczególnego wybrania przez Boga. Im więcej cierpi, tym większe ma zasługi, tym lepsze ma o sobie mniemanie. Ponieważ tak naprawdę nie znała siebie, wydawało jej się, że cierpienie to jedyna wartość, jaką miała. Chciała za nie kupić swoje zbawienie (a tak naprawdę miłość). A przecież św. Paweł nauczał, że „łaską jesteśmy zbawieni przez wiarę”. Łaską daną darmo, nie za zasługi, nie za uczynki, a już na pewno nie za cierpienie.

„Szalone i niedościgłe są pragnienia moje. Pragnę zataić przed Tobą, że cierpię. Pragnę za swoje wysiłki i dobre uczynki nigdy nie być wynagradzana. O Jezu, Ty sam mi jesteś nagrodą, Ty mi wystarczasz, skarbie serca mego. Pragnę współczuć z cierpieniem bliźnich, swoje cierpienia taić w sercu, nie tylko przed bliźnimi, ale i przed Tobą, Jezu. Cierpienie jest wielką łaską. Przez cierpienie dusza upodabnia się do Zbawiciela, w cierpieniu krystalizuje się miłość. Im większe cierpienie, tym miłość staje się czystsza”. (Dz 57)

Dlaczego Faustyna chce taić przed Jezusem swe cierpienia? I czy to możliwe zataić coś przed Bogiem? Pisze, że nie chce być wynagradzana za wysiłki, ale przeczy temu wielokrotnie licząc na rajską nagrodę, jaką osiągnie krocząc wąską ścieżką.

Jezus jest bezlitosny w żadaniu ofiar. Oto jego przerażające słowa skierowane do Faustyny: „Chcę cię widzieć jako ofiarę żywej miłości … musisz być unicestwiona, zniszczona, żyjąca jakoby umarła … musisz być zniszczona w tej tajni, gdzie oko ludzkie nigdy nie sięga, a wtenczas będziesz mi ofiarą miłą, całopalną, pełną słodyczy i woni. Wszystkie cierpienia przyjmiesz z miłością”.  Faustyna dąży do samozagłady. Chce się wyniszczyć aż do śmierci. Znosi niebywałe cierpienia płynące z jej podstawowego wewnętrznego konfliktu, tłumacząc je sobie na swoją korzyść. Nigdy nie będzie w stanie spojrzeć prawdzie w oczy, aby zrozumieć jakie są rzeczywiste przyczyny jej cierpień. Wszak wzniosłe przyczyny lepsze są od przyziemnych. Faustyna jest w potrzasku. Będąc zakonnicą zmuszoną do posłuszeństwa, budując chwiejny system fantazji na swój temat, nie mając kontaktu z samą sobą, nie biorąc odpowiedzialności za swoje życie, nie spotkawszy nikogo, kto mógłby jej wytłumaczyć sprawy psychologii, jest skazana na pozostawanie w systemie ułudy i imaginacji. Znikąd nie może nadejść impuls do uznania przez nią prawdy o sobie.

Jezus nakłania Faustynę do podejmowania cierpienia lub też rozważania Jego męki. „Jedna godzina rozważania mojej bolesnej męki większą zasługę ma aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a mnie sprawia wielką radość”. (Dz 369) Jeśli rozważanie męki takie jest bezcenne, to dlaczego jeszcze w ogóle trzeba się biczować do krwi? Biczowanie się, jak wynika z powyższego zdania Jezusa, także ma swe pożytki. Generalnie Jezus mógłby zaproponować Faustynie zamianę paru godzin cierpień na minutę rozważań męki, ale znając Jego (i jej) entuzjazm, prawdopodobnie żądał obydwu. Nigdy dość, zważywszy na nikłą liczbę dusz czystych w porównaniu z tłumami idącym szeroką ścieżką do piekieł.

Jezus nie zawsze wygrywa z przełożonymi. Proponuje na przykład Faustynie noszenie włosienicy przez siedem dni. Gdy ta nie uzyskuje zgody przełożonej, Jezus uznaje, że posłuszeństwo jest ważniejsze od umartwień. Tak, posłuszeństwo jest najważniejsze, Faustyna nie mogłaby się zgodzić bardziej w tej kwestii z Jezusem.

Jezus mówi do Faustyny: „Staraj się, aby serce twoje upodobniło się do pokornego i cichego serca mojego. Nie upominaj się nigdy o swoje prawa. Wszystko, co cię spotyka znoś z wielkim pokojem i cierpliwością, nie broń się, gdy całe zawstydzenie będzie spadać na ciebie niewinnie; pozwól triumfować innym. Nie przestań być dobrą, gdy spostrzeżesz, że nadużywają dobroci twojej; gdy będzie potrzeba, ja sam się upomnę za tobą”. (Dz 1701) Widać tu dokładnie, do jakiego sposobu postępowania zachęca Jezus. Zaleca zdusić w sobie wszelkie agresywne, gniewne, ekspansywne reakcje na doznawane krzywdy i upokorzenia. Zawsze przegrywać, zawsze dawać się wykorzystywać. Stłumienie ekspansywnej strony osobowości i uległość na ciosy jest neurotycznym sposobem radzenia sobie z wewnętrznym konfliktem. Każdy człowiek ma w życiu pewne granice psychiczne, których przekroczenie przez innych rodzi zdrowe poczucie gniewu i chęć samoobrony. Nasuwa się tu porównanie ze słowami Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, oddawaniu płaszcza itp. Czy ma to oznaczać rezygnację z granic i asertywności? Jezusowi chodziło o wyraziste przekazanie nakazu nieszkodzenia innemu człowiekowi, siły wybaczenia oraz hojności. Co innego, jeśli te zasady są owocem duchowej dojrzałości i oświecenia, a co innego jeśli wynikają z wewnętrznych dyktatów.

 

Wewnętrzna dyktatura

Ponieważ neurotyk nie ma kontaktu ze swoim autentycznym „ja”, nie reaguje na swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Nie umie zachowywać się autentycznie, „być sobą”. Musi jednak jakoś odnajdywać się w świecie i nań reagować. Ustala sobie zatem system wewnętrznych nakazów, które mają charakter przymusu i tyranii. Ta wewnętrzna dyktatura pozwala człowiekowi zachować jakąś (pozorną) równowagę między idealnym obrazem siebie a „skrzeczącą rzeczywistością” swego nędznego „ja”. Nakazy wewnętrzne „zabezpieczają” człowieka przed doznaniem spontanicznych uczuć.  Z drugiej strony, uzmysłowienie sobie swojej niezdolności do sprostania tym nakazom wywołuje akty nienawiści pod własnym adresem. „Wszelkie formy samonienawiści są w pewnym sensie sankcjami z tytułu niespełnionych powinności. Można powiedzieć, że jednostka nie znienawidziałaby siebie, gdyby umiała być istotą ponadludzką”. (Horney, s. 153)

Oto jakimi wewnętrznymi dyktatami rządziła się Faustyna (na podst. jej modlitwy, Dz 163):

  • aby nigdy nie podejrzewawać i nie sądzić według zewnętrznych pozorów
  • upatrywać to co piękne w duszach bliźnich
  • przychodzić im z pomocą
  • by uszy jej nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich
  • by nigdy nie mówić ujemnie o bliźnich
  • dla każdego mieć słowo pociechy i przebaczenia
  • by tylko umiała czynić dobrze bliźniemu
  • na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace
  • zawsze śpieszyć z pomocą bliźnim
  • opanowywać własne znużenie i zmęczenie
  • współczuć wszystkim cierpieniom bliźnich
  • nikomu nie odmówić serca swego
  • obcować szczerze nawet z tymi, którzy nadużywać będą dobroci jej
  • milczeć o własnych cierpieniach

 

Na koniec Faustyna prosi Jezusa o przemienienie jej w Niego. Faustyna przedstawia tutaj swe ambicje bardzo wzniośle jako ideały miłości bliźniego. Widać od razu, że takiej idealnej osoby nie ma na świecie. Dobrze, jeśli traktujemy to jako modlitwę, a nie jako plan nakazowy wobec siebie. Wtedy bowiem ginie w tych nakazach nasza prawdziwa osobowość. Zostaje ona stłumiona, nie ma prawa objawić się żadne spontaniczne uczucie, jak zmęczenie, poczucie krzywdy, wykorzystania, gniew, sympatia itp. Faustyna widzi, że jej już tu nie ma, ona tak naprawdę nie żyje, dlatego potrzebuje identyfikacji zastępczej. Zatem chce zamienić się w Jezusa, który posiada wszystkie te przymioty, do których ona aspiruje. Faustyna nie chce być sobą, ponieważ uznała za siebie tą słabą, marną istotę, która nie jest w stanie spełnić wszystkich wymagań.

A oto kolejny opis wielkiego dyktatu:

„Unikać pozwoleń domyślnych. Opowiadać się przełożonym w drobnych rzeczach, o ile możliwe szczegółowo; wierność w ćwiczeniach; nie z łatwością biegać po zwolnienie z ćwiczeń; milczeć poza rekreacją; unkać żartów i słów dowcipnych, które prowadzą do rozśmieszenia innych i przerywania milczenia; cenić niezmiernie najdrobniejsze przepisy; nie dać się pochłonąć wirowi pracy; przerwać na chwilę, aby spojrzeć w niebo; mało mówić z ludźmi, ale wiele z Bogiem; unikać poufałości; mało zważać na to, kto za mną, a kto przeciw; nie zwierzać się ze swoich przeżyć; unikać głośnego porozumiewania się przy obowiązkach; w cierpieniach zachowywać spokój i równowagę; w chwilach ciężkich uciekać się do ran Jezusa – w ranach Jezusa szukać pociechy, ulgi światła, umocnienia” (Dz 226) Jest to tylko fragment wielu, wielu nakazów wypisanych przez Faustynę w Dzienniczku. Faustyna musi cierpieć, to przede wszystkim, cierpieć bez skarżenia się. Pocieszać innych. Zapomnieć o sobie, wyniszczać się, na spowiedzi upokarzać się, ćwiczyć się w żalu doskonałym, nie przerywać milczenia, nie wtrącać się do cudzych obowiązków, unikać szemrzących sióstr, uważać na swoje sumienie.

Niespełnienie tych oczekiwań grozi karą Bożą, pod postacią której ukryta jest nienawiść Faustyny do samej siebie. Oto Faustyna staje w swej wizji przed sądem Bożym. „Natychmiast ujrzałam cały stan duszy mojej, tak jak Bóg na nią patrzy. Jasno ujrzałam wszystko, co się Bogu nie podoba. Nie wiedziałam, że nawet z takich cieni drobnych trzeba zdawać rachunek przed Panem” (Dz 36) Jezus oświadcza jej, że winna jest jednego dnia ognia czyśćcowego. Daje jej do wyboru: czy cierpieć teraz jeden dzień w czyśćcu, czy przez krótki czas na ziemi. Faustyna rzecze z entuzjazmem i nadgorliwością: „Jezu, chcę cierpieć w czyśćcu i chcę cierpieć na ziemi, chociażby do końca świata największe męki” (Dz 36) Na to Jezus łaskawie zezwala jej cierpieć na ziemi krótko, lecz dotkliwie. Każe jej zaczerpnąć siły od Niego samego na te męki straszne.

Jak Bóg patrzy na Faustynę (a raczej jak Faustyna myśli, że jest postrzegana przez Boga)? Bóg widzi ze szczegółami jej grzeszność i nędzę, zasługujące na karę ognia czyśćcowego. A tak naprawdę to nie Bóg, ale Faustyna sama tak widzi swoje nędzne, godne pogardy „ja”.

Lęk przed karą i zakaz przyjemności (jako kara, którą sama na siebie nakłada za bycie niedoskonałą) manifestuje się także w innych wizjach Faustyny. „W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna droga szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki, i różnych przyjemności. Ludzie idą tą drogą, tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca nie spostrzegając, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść: jak szły, tak i wpadały. A była ich tak wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród, przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia, i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach”. (Dz 153)

Swą nadzieję na szczęście przenosi Faustyna w przyszłość i w zaświaty, bowiem wie, że teraz szczęścia osiągnąć nie może, nawet wiecej, przekonała siebie samą, że jest to dla niej szkodliwe. Natomiast cierpienie jest pożyteczne i warto cierpieć dla przyszłej nagrody. Ponadto widzimy pesymistyczne podejście Faustyny co do proporcji między potępionymi a zbawionymi. Potępionych zliczyć nie można. Wysiłki Faustyny podejmowane w celu zbawienia grzeszników jednak nie osiągają wielkiego sukcesu na skalę światową. Jednak Faustyna tego nie zauważa. Wie natomiast, że ona z pewnością idzie po wąskiej ścieżce, ponieważ bardzo cierpi i rozpacza. Przyjemności, taniec i zabawa są dla niej nieosiągalne. Uważa, że na nie nie zasługuje, nędzna grzesznica. Neurotykom, mimo ich samoalienacji, nie do końca odebrana jest możliwość przeżywania pozytywnych uczuć. Czasem pojawia się tęsknota za nimi, która jednak natychmiast jest odrzucana z powodu poczucia niegodności, niezasłużenia. Priorytetem staje się karanie siebie, nawet przy pomocy Boga. Karząca sprawiedliwość Boga jest uzewnętrznieniem nienawiści Faustyny do samej siebie.

„Samooskarżenia ogłaszają wyrok potępiający, uznając całą osobowość jako taką za nic nie wartą” (Horney, s. 164) „Fromm przeciwstawia sumieniu zdrowej jednostki sumienie „autorytarne”, które określa jako „zinternalizowany strach przed władzą” (Horney, s. 165)

Pocieszenia Faustyny

„Konsekwencją pogardy dla siebie jest potrzeba złagodzenia tego uczucia lub skompensowania go tym, że inni zauważają ją, szanują, doceniają, podziwiają lub kochają”. (Horney, s. 172)

Oczywiście Faustyna poszukiwała tych wszystkich pocieszeń w Jezusie.

Jezus traktuje Faustynę wyjątkowo, jak najdroższą sobie osobę, wybrankę swego serca, o którą jest zazdrosny. Nie może bez niej żyć. „Napawa się jej miłością”, „jest spragniony jej miłości”, „łączy się z nią ściślej niż z kimkolwiek innym”. Jest opiekuńczy: po nałożeniu jej odpowiednich cierpień, pociesza ją i ociera łzy. Przytula ją do serca mówiąc jednocześnie: „dam ci cząstkę męki mojej, nie szukaj ulgi, ale przyjmuj wszystko z poddaniem się woli mojej”. Miłość Jezusa wyraża się zadawanym przez Niego cierpieniem.

Jezus ukazuje się Faustynie tak często, że można odnieść wrażenie, że chce ją na każdym kroku kontrolować, nakazywać jej coś bądź zakazywać. Jezus przemawia do Faustyny nawet w kwestii tak banalnej, jak jej dieta: rozwiewa jej wątpliwości, czy zjeść pomarańczkę, czy też nie zjeść. Ewentualnie radzi jej, czy dobry to aby moment, żeby wrócić ze spaceru. Po prostu jest zastępczym towarzyszem życia. Faustyna nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo potrzebuje zwykłej ludzkiej obecności, przyjaźni, zwierzeń. Wszystko to odnajduje w Jezusie. Jeśli sama nie umie podjąć pewnych, nawet błahych decyzji, zrobi to za nią Jezus.

Jezus upodobał sobie najwyraźniej jedynie Faustynę. Inne dusze nie są mu tak miłe, napawają go często wstrętem. Jezus Faustyny mówi: „Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech”. To pierwsze zdanie jakby żywcem wzięte ze Starego Testamentu. Natomiast drugie nie wzięte z żadnego Testamentu, ale nie wiadomo skąd. Przecież Jezus przyszedł do grzeszników, ich właśnie kochał.  Ojciec nigdy nie przestał kochać syna marnotrawnego, ale oczekiwał z niecierpliwością jego powrotu. Poza tym, jeśli św. Paweł ma rację, że wszyscy zgrzeszyli, że nie ma sprawiedliwego, to Jezus Faustyny nie miałby w takim razie kogo kochać! Dusza idealnie czysta nie istnieje. Ale widzimy tu, jak bardzo Faustyna chce przekonać siebie samą co do swojej czystości i doskonałości. Skoro sam Jezus ją wybrał, z pewnością jest czysta i święta. Inni,  grzesznicy, nigdy tak blisko Jezusa nie będą przebywać. Ta własna wyjątkowość w oczach Jezusa daje Faustynie fałszywą pewność siebie.

Jezus mówi do Faustyny: „Twoje serce jest mi niebem” (Dz 238) Faustyna widzi „jakoby Jezus nie mógł być szczęśliwy bez niej, a ona bez Niego”. (Dz 244) Jezus wzrusza się widząc Faustynę „w strzępy poszarpaną od wielkiej boleści” (Dz 282). Daje jej pierwszeństwo między dziewicami. Jest ona chwałą i zaszczytem Jego męki. (Dz 282) Jej serce jest odpocznieniem i upodobaniem Jezusa. (Dz 339)

 

Jezus potrzebuje Faustyny, kocha ją, podziwia, podtrzymuje na duchu, szanuje, pociesza. Daje jej wszystko to, co mogła mieć na tym świecie od ludzi, ale co odrzuciła. Faustyna wierzy, że można kochać tylko istotę doskonałą. Nigdy nie uwierzyłaby, że mogłaby być kochana za to, kim jest naprawdę. Jezus bowiem kocha ją za bycie czystą dziewicą, posłuszną i pokorną, za cierpienie. To Faustynę wstrętem napawają grzesznicy, nie Boga.  Jaka Faustyna była naprawdę pod maskami wielkości i samopotępienia nie będziemy już wiedzieli. Wie to Bóg kochający jej prawdziwe „ja”, którego ona nie miała nigdy śmiałości odkryć.

Ograniczone miłosierdzie Boga

Faustyna nie mogłaby żyć z takim lękiem i obarczona takim cierpieniem gdyby nie jakaś ulga. Tą ulgą była myśl o szczególnych własnościach zbawczych znoszonego cierpienia oraz poczucie Bożego miłosierdzia. Jednakże miłosierdzie to w odczuciu Faustyny miało swe granice. Faustyna czuła się zawsze pomiędzy groźbą kary a nadzieją miłosierdzia. Jezus motywuje ją metodą kija i marchewki. Dlatego Faustyna skrupulatnie notuje w swoich rachunkach sumienia wszystkie swe zwycięstwa i upadki. Miłosierdzie nigdy naprawdę w niej nie zwycięża do końca.

Miłosierdzie z objawień Faustyny jest samo w sobie miłosierdziem bezsilnym. Może być zasilane jedynie modlitwą i poświęceniem, cierpieniem i pokorą. Bez tego „paliwa” mechanizm miłosierdzia nie będzie działał. Silniejsza jest bowiem sprawiedliwość.

Anioł Stróż zabrał Faustynę pewnego dnia do czyśćca – miejsca mglistego, napełnionego ogniem, pełnego dusz cierpiących. Płomienie paliły te dusze. Dusze modlą się o uwolnienie, ale bezskutecznie. Matka Boża je czasem odwiedza i przynosi ochłodę od żaru płomieni. Faustyna słyszy głos wewnętrzny, który mówi: „Miłosierdzie moje tego nie chce, ale sprawiedliwość każe”. (Dz 20) Jezus nie chce, ale musi! Zupełnie jak Faustyna.

Ta wizja przekonuje Faustynę, że tylko jej modlitwa i ofiara może pomóc biednym duszom. Wydaje się, że śmierć jest tą granicą, za którą człowiek zdziałać już nic nie może, nawet jeśli jest tylko w czyśćcu, a nie w piekle. Bóg pozostaje głuchy na modlitwy dusz czyśćcowych. Na szczęście wysłuchuje modlitw ludzi jeszcze żyjących i chętnie przyjmuje ich ofiary. Wtedy, gdy zbierze odpowiednią ilość modlitw i ofiar, wypuszcza z czyśćca duszyczki, za które ktoś złożył ofiarę lub odmówił „modlitewkę”. Po śmierci miłosierdzie już nie działa. Należy zatem sprawy takie jak nawrócenie i rozgrzeszenie załatwić choćby na minutę przed śmiercią. Śmierć to pierwsza granica, jaką Faustyna stawia Bożemu miłosierdziu. Drugą jest sprawiedliwość. Sprawiedliwość rozumiana jako nieograniczone kary (piekło) za ograniczone grzechy lub też jako niewysłuchiwanie modlitw cierpiących katusze ludzi (czyściec). Czy to jest Bóg chrześcijan?

Oczywiście Faustyna nie przyjmuje do wiadomości, że miłosierdzie, które wysławia jako niezgłębione, ma jednak w jej wizjach pewne granice. Jest ślepa na tego rodzaju sprzeczności, ponieważ gdyby się nad nimi zastanowiła, jej konstrukcja własnej wielkości duchowej runęłaby niechybnie. Analiza sprzeczności jest bardzo przydatna w rozwiązywaniu konfliktów neurotycznych. Jednak neurotycy bardzo się przed nią bronią z obawy przed wynikającą z nich koniecznością bolesnej przemiany swego życia i wyjścia ze świata ułudy.

Jaki jest obraz Boga Ojca w wizjach Faustyny? Wszak Faustyna przekonuje, że jest to Bóg miłosierdzia, że miłosierdzie jest najwyższym przymiotem Boga. Spójrzmy zatem na mnożące się w opowieściach Faustyny sprzeczności.

O Bogu Ojcu Faustyna nie ma do powiedzenia żadnego ciepłego słowa. Jest to Bóg mściwy, bezustannie grożący grzesznikom, zsyłający kary, kipiący gniewem. Sam z siebie nie czuje współczucia do biednej ludzkości, chyba że Go ktoś ubłaga. Musi to być dusza czysta i cierpiąca. Cierpienie jest tym, co Bogu podoba się najbardziej i co ceni ponad wszystko.  Cierpienie ludzi potrafi sprawić, że Bóg zaczyna czuć miłość do swoich stworzeń. Ale przede wszystkim cierpienie uśmierza Boży gniew. Przed tym słusznym gniewem zasłania nas Matka Boża bądź ewentualnie Faustyna, koniecznie z pomocą „koroneczki”. Męki piekielne są okrutne i nie ma im końca. Bóg będzie nimi karał przez wieczność, ale teraz daje nam jednak w swej łaskawości jakiś czas miłosierdzia, żebyśmy się zreflektowali i przestali marudzić, że nie możemy pokochać tego straszliwego Boga. Zaufajmy Mu! Bo jeśli nie…. otchłanie piekielne już buchają wielkim żarem przygotowanym dla takich grzeszników, którzy odrzucają Boże miłosierdzie.

Jezus mówi Faustynie: „Modlitwa duszy pokornej i miłującej rozbraja zagniewanie Ojca mego i ściąga błogosławieństw morze”. (Dz 319)

Uśmierzanie gniewu Boga lub Jezusa jest głównym celem modlitw Faustyny. Jezus nakazuje jej odmawiać koronkę do miłosierdzia za każdym razem, gdy wejdzie do kaplicy: „Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego.” (Dz 476) Dalej następują instrukcje co do tego, w jaki sposób ją odmawiać. Koronka ta składa się ze wstępu oraz wielokrotnie powtarzanych zawołań. Wstęp odmawiany na dużych paciorkach różańca: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata”. Zawołanie na małych paciorkach: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Modląca się osoba ofiarowuje Jezusa Bogu na przebłaganie za grzechy. Spodziewa się, że z powodu Jego bolesnej męki Bóg będzie miał miłosierdzie dla świata.  Ceną zbawienia jest męka i cierpienie. Dotykamy tutaj ważkiego problemu odkupienia ludzkości dokonanego przez Chrystusa. Dla Faustyny jedynym elementem odkupienia istotnym dla zbawienia jest cierpienie. Sprawą odkupienia i ofiary Chrystusa zajmiemy się później. Na razie powiem, że aspekt cierpienia nie jest jedynym, ani nawet najważniejszym aspektem odkupienia.

Na świecie jest niewiele dusz prawdziwie kochających Boga. „One są na obronę przed sprawiedliwością Ojca niebieskiego i na wypraszanie miłosierdzia dla świata. Miłość tych dusz i ofiara podtrzymują istnienie świata” (Dz 367)

Bóg Faustyny żyje w świecie walki, podobnie jak ona. Walka toczy się między sprawiedliwością a miłosierdziem. Jezus mówi o Ojcu jako kimś odmiennym od Niego, będącym daleko od Niego. Ojciec jest dalej od swego Syna niż Faustyna. Na Ojca zrzuca Jezus przeważnie odpowiedzialność za „sprawiedliwe” karanie ludzi. Faustyna, kilka dobrych dusz i Jezus są jakby w „drużynie miłosierdzia”, natomiast Ojciec gra w „drużynie sprawiedliwości”. Walka trwa na śmierć i życie, a raczej na niebo i piekło.

Inna kwestia to idea Faustyny, że świat podtrzymuje niewielka ilość czystych dusz. A ja myślałam, że to sam Bóg podtrzymuje świat mocą swej opatrzności. Nawet i tą funkcję Boga Faustyna bierze na siebie. Cóż zostaje do roboty Bogu? Rozliczanie grzeszników, sąd i potępienie. Zbawianiem zajmie się drużyna Faustyny. Co do utrzymywania świata, to zajmują się tym także dzieci cierpiące głód i zimno. Jezus odmawia Faustynie ze łzami w oczach pomocy dla takich dzieci, ponieważ są Mu one konieczne do utrzymywania świata. (Dz 286)

Bóg w swej łaskawości daje duszom ostatnią szansę: święto Miłosierdzia. „Dusze giną mimo mojej gorzkiej męki. Daję im ostatnią deskę ratunku, to jest święto Miłosierdzia mojego. Jeżeli nie uwielbią miłosierdzia mojego, zginą na wieki. Sekretarko mojego miłosierdzia, pisz, mów duszom o tym wielkim miłosierdziu moim, bo blisko jest dzień straszliwy, dzień mojej sprawiedliwości”. (Dz 965)

Zatem lęk przed „dniem straszliwym” ma skłonić ludzi do zawierzenia miłosierdziu? Tak, zapewne lęk jest wielką motywacją dla dusz neurotycznych. Natomiast miłość dla dojrzałego psychicznie człowieka nie kojarzy się nigdy z lękiem. Miłość leczy lęk. W świecie Faustyny sprawiedliwość walczy z miłosierdziem, lęk z miłością. Miłosierdzie teoretycznie wygrywa z lękiem, jest przecież święto Miłosierdzia, ale jest to jednak miłosierdzie ograniczone, niepewne i zagrożone.

 

Promienie wychodzące z serca Jezusa oznaczają krew i wodę, życie i usprawiedliwienie dusz. „Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca mojego”. (Dz 299) „O, jak bardzo mnie rani niedowierzanie duszy. Taka dusza wyznaje, że jestem święty i sprawiedliwy, a nie wierzy, że jestem miłosierdziem, nie dowierza dobroci mojej. I szatani wielbią sprawiedliwość moją, ale nie wierzą w dobroć moją. Raduje się serce moje tym tytułem miłosierdzia. Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowane miłosierdziem”. (Dz 300-301)

 

Dusze jednak mają powody do niedowierzania. Wszak Ojciec czyha tylko na grzesznika, który musi się chronić przed Jego zagniewaniem. Tak naprawdę Faustyna nie dowierzała temu miłosierdziu, ponieważ bardziej lękała się srogiego, oddalonego Boga, który był ciągle dla niej zagrożeniem. Szatani ponoć wielbią sprawiedliwość Bożą. Dlaczego? Może ma to oznaczać, że szatani cieszą się z nieudanych zbawczych wysiłków Boga. Sprawiedliwość zatem utożsamiana jest tu z piekłem. Czy o to naprawdę chodzi sprawiedliwemu Bogu chrześcijan?

 

Bóg Faustyny potrzebuje ofiar dla zaspokojenia swej sprawiedliwości, i to ofiar złączonych z ofiarą Jego Syna. „Moja ofiara jest niczym sama z siebie, ale kiedy ją łączę z ofiarą Jezusa Chrystusa, to staje się wszechmocną i ma moc przebłagania gniewu Bożego. Bóg nas miłuje w Synu swoim, bolesna męka Syna Bożego jest ustawicznym łagodzeniem gniewu Boga”. (Dz 482) Bóg jest ustawicznie zagniewany i ustawicznie należy Jego gniew łagodzić. Zdaje się, że bolesna męka Jezusa nigdy nie dobiega końca, gdyż nigdy nie zdołała do końca przebłagać zagniewanego Boga. Faustyna notorycznie nie pamięta o zmartwychwstaniu Syna Bożego. Jego męka jest najważniejsza i nieustanna. Faustyna nigdzie prawie w Dzienniczku nie wspomina też o życiu Jezusa, Jego nauczaniu. Całe swoje przemyślenia koncentruje wokół męki. Daje to w rezultacie bardzo wypaczony i okaleczony obraz chrześcijaństwa.

 

Oto jak „drużyna Jezusa” walczy z Bożym gniewem: „Celem twoim i twoich towarzyszek jest łączyć się ze mną jak najściślej przez miłość, jednać będziesz ziemię z niebem, łagodzić słuszny gniew Boży, a wypraszać będziesz miłosierdzie dla świata. Oddaję ci w opiekę dwie perły drogocenne sercu mojemu, a są to dusze kapłanów i dusze zakonne, za nich szczególnie modlić się bedziesz, ich moc będzie w wyniszczeniu waszym. Modlitwy, posty, umartwienia, prace i wszystkie cierpienia łączyć będziesz z modlitwą, postem, umartwieniem, pracą, cierpieniem moim, a wtenczas będą miały moc przed Ojcem moim”. (Dz 531)

 

Zatem te wyniszczenia działają tylko na mocy ich zjednoczenia z Jezusem. Jak należy jednak osiągnąć to zjednoczenie – Jezus milczy. Widocznie dla mistyczki Faustyny było to oczywiste. Wygląda na to, jakby Bóg nie miał zasobów energii, które mogłyby posłużyć wzmacnianiu mocy kapłanów i zakonników. Dlatego potrzebuje, żeby ktoś mu te zasoby oddał, a wtedy On je przydzieli innym. Taka zamiana. Bóg jest tu pośrednikiem: Faustyna zrzeka się swego szczęścia, łączy się jakoś tajemniczo z Jezusem, a wtedy Bóg zabiera jej szczęście i daje je komuś innemu. Tak to praktycznie wygląda. Faustyna nie zastanawia się, jak to możliwe, by Bogu wszechmocnemu, stworzycielowi świata nagle zabrakło energii na pomoc kapłanom. Bóg co jednym zabiera, to drugim daje. Taki z niego Janosik.

 

Bezradność i bezsilność Boga widać także w „smutku śmiertelnym” Jezusa, który boleje, że „nic pomóc nie może, choć Bogiem jest” (Dz 580) na to, że ludzie gardzą Jego łaskami i idą w przepaść piekielną. Bóg Ojciec triumfuje (może skutecznie okazywać swój gniew), a Syn boleje nad tym. Jezus używa tu znanego argumentu o rzekomej wolnej woli człowieka, na którą nie ma rady. Nawet sam Bóg nic nie może, jeśli człowiek się uprze i sam się z własnej woli rzuca w czeluście piekielne. Tak, Bóg jednak całkiem wszechmocny nie jest. Zaledwie jednak stronę dalej, Jezus mówi Faustynie coś zgoła przeciwnego: „Wiedz jeszcze o tym, córko moja, że wszystkie stworzenia, czy wiedzą, czy bezwiednie, czy chcą, czy nie chcą, zawsze pełnią wolę moją”. (Dz 586) Gdzie tu wolna wola jeśli czy chcą, czy nie chcą, pełnią wolę Boga? Czy zatem wolą Boga jest ich marsz ku piekielnej przepaści? Faustyna nie zastanawia się naprawdę nad wolną wolą i ignoruje (nie po raz pierwszy) sprzeczności, które słyszy od Jezusa.

 

W uśmierzaniu Bożego gniewu największe sukcesy (oprócz Faustyny) odnosi Matka Boża. Zdaje się, że jest ona silniejsza od samego Boga! „Wieczorem ujrzałam Matkę Bożą z obnażoną piersią i zatkniętym mieczem, rzewnym łzami płaczącą, i zasłaniała nas przed straszną karą Bożą. Bóg chce nas dotknąć straszną karą, ale nie może, bo nas zasłania Matka Boża”. (Dz 686) Obnażona pierś Maryi – może symbol kobiecości? Kobieta wygrywa z mężczyzną – Bogiem. Ma zatknięty miecz – czyżby Matka Boża walczyła z Bogiem? Myślałam, że mają wspólne interesy, ale widocznie są po innej stronie barykady. Dlaczego Maryja płacze? Bo nie może uchronić od kary tyle dusz, ile by chciała i wzywa pomocy Faustyny? Zaiste, objawienia Faustyny są zagadkowe.

 

Dopełnieniem obrazu Boga Faustyny musi być opis mąk piekielnych, na które sprawiedliwy Bóg skazuje grzeszników: „Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, którą stanowi piekło jest utrata Boga; drugie: ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie: nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bozym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka – jest ustawiczne towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczneia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to nie jest koniec mąk. Są męki dla dusz poszczególne, które są mękami zmysłów: każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie: jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą. Piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jako tam jest”. (Dz 741)

 

Czy piekło jest obrazem tego, jak Faustyna faktycznie się czuje, czego się lęka? Wieczność piekła jest dowodem na Bożą niemoc oraz ograniczenie Jego miłosierdzia, które nie ma wstępu za bramy piekielne. Faustyna, jak większość katolików do dziś, wierzyła niestety w Boga, który ogromnej części swych stworzeń zgotował katusze piekielne na całą wieczność. Bóg strachu wygrywa w tej wizji ostatecznie z Bogiem miłości.

 

Do Faustyny przebija się inna, pełniejsza wizja miłosierdzia, dlatego w wielu miejscach Dzienniczka mowa jest o miłosierdziu nieograniczonym, wiecznym: „Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski”. (Dz 699) Faustyna jednak nigdy nie pyta Jezusa, dlaczego daje jej sprzeczne wiadomości: raz – że ma wieczne, niezgłębione miłosierdzie dla grzeszników, a innym razem, że tylko ograniczoną jego ilość, której moc kończy się na granicy piekła. Faustyna nie mogła uwierzyć w ostateczne zwycięstwo Boga nad szatanem, ponieważ ta walka trwała w jej wnętrzu. Tak jak Bóg nie pokonuje szatana, tak jej „wielkość” nigdy nie pokona „nędzy” i „nicości”. Tylko osoba, która zna i akceptuje swe prawdziwe, acz ułomne „ja”, może uwierzyć w nieskończone miłosierdzie Boga. Dla Faustyny niestety Bóg pozostaje miłosierny tylko do śmierci, później już „na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno”. (Dz 1448)

 

Identyfikacja z pokonanym, słabym „ja”

Tendencja do minimalizownania własnej osoby jest jedną z metod rozwiązywania neurotycznego konfliktu. Człowiek identyfikuje się ze swoim słabym, niedoskonałym „ja”, pielęgnuje  w sobie bezradność i cierpienie, zaczyna uważać, że inni czują do niego pogardę i oskarżają go. Tłumi przy tym wszelkie postawy ekspansywne, zarozumiałość, agresję, egoizm. „Osoba z tendencją do pomniejszania własnej wartości, mimo że zakazuje sobie jakichkolwiek poczynań podejmowanych z myślą o własnej korzyści – ma pełną swobodę działania na rzecz innych, zgodnie zaś z wewnętrznymi nakazami powinna być właśnie wzorem uczynności, wspaniałomyślności, liczenia się z cudzymi uczuciami, ideałem zrozumienia, współczucia, miłości i poświęcenia. Miłość i poświęcenie są w jej odczuciu nierozerwalnie ze sobą związane. Uważa, że wszystko powinna poświęcić w imię miłości bliźniego, w jej bowiem pojęciu miłość to poświęcenie”. (Horney, s. 288)

Miłość to poświęcenie, ofiara. „Jądro miłości – jest ofiara i cierpienie”. (Dz 1103) Faustyna poświęca się miłości na ofiarę całopalną. Bezbronność, cierpienie i męczeństwo to cechy poszukiwane i dozwolone. Identyfikuje się z osobami podeptanymi i skrzywdzonymi.

„Za każde upokorzenie podziękuję Panu Jezusowi, szczególnie pomodlę się za osobę, która dała mi sposobność upokorzenia. Wyniszczać się będę na korzyść dusz. Nie liczyć się z żadną ofiarą, ścieląc się pod stopy sióstr jako dywanik, po którym nie tylko mogą chodzić, ale i swoje stopy mogą obcierać. Pod stopami sióstr jest dla mnie miejsce. Będę się o nie starać w praktyce w sposób niedostrzegalny dla oka ludzkiego. Wystarcza, że Bóg widzi”. (Dz 234)

Samoponiżenie. Pragnienie upokorzeń. Postrzeganie siebie jako „nędzy”. Ponieważ Faustyna utożsamia te uczucia z miłością, sprawiają jej one satysfakcję. „W tej chwili pogrążyłam się w wielkim upokorzeniu przed majestatem Bożym. Jednak im więcej się upokarzałam, tym więcej przenikała mnie obecność Boża”. (Dz 1605)

„Ja jestem nie tylko niedołężnym dzieckiem, ale nagromadzeniem nędzy i nicości” (Dz 298)

Faustyna cierpi z powodu sióstr, a w szczególności z powodu ich wątpliwości na temat faktycznego jej obcowania z Jezusem. Siostry zaczęły nazywać Faustynę histeryczką i fantastyczką po tym, jak oznajmiła im o poleceniu namalowania obrazu. Kiedy starała się milczeć, siostry dokuczały jej tym bardziej. Ona cierpiała „jak gołębica” i znosiła to ze spokojem. Przełożeni często upokarzali Faustynę i „napełniali ją wątpliwościami”. Jedna z matek wyzywała ją gniewnie od dziwaczek, histeryczek, wizjonerek. Faustyna załamuje się pod ciężarem tej pogardy, ale pociesza ją głos wewnętrzny, że Jezus jest z nią. Podnosi się „z nową odwagą do cierpień”. (Dz 129)

„Cierpienie wyrasta jakby spod ziemi” dziwi się jedna z matek. (Dz 138) Szczególnie detalicznie podchodzą przełożeni do uchybień Faustyny, nic jej nie ujdzie na sucho. Jest często upominana, że jest nieobowiązkowa, obojętna na wszystko. Faustyna jest traktowana gorzej niż inne siostry. Kiedy leżała w infirmerii z drugą siostrą, nikt nie przychodził jej odwiedzać (a drugą siostrę odwiedzali). Druga siostra miała do dyspozycji światło i słuchawki radiowe, a Faustyna leżała w ciemności i samotności. Dlaczego siostry tak się zachowywały wobec niej? Może z zazdrości o niezwykłe wizje, ale może też Faustyna sama nie była zbyt sympatyczna, może małomówna, chłodna? Nie wiadomo. W zakonie istniały praktyki oskarżania się z przewinień przed przełożonymi. Pewnego razu jakaś siostra kazała Faustynie czekać na matkę przełożoną na korytarzu i oskarżać się z pewnych rzeczy, których nie popełniła. Faustyna będąc posłuszną to właśnie zrobiła – skłamała. Konflikt między posłuszeństwem a prawdomównością rozwiązała na korzyść posłuszeństwa. Być posłuszną jest lepiej niż mówić prawdę – zdecydowła Faustyna.

 

Faustyna czuje się skrzywdzona: przez nieczułe siostry, surowe przełożone, księży dających sprzeczne sygnały (jedni nakzują jej wierzyć w wizje, inni je odrzucić). „Poczucie doznanej krzywdy ma dla tego człowieka (neurotyka) jakiś szczególny sens, spełnia jakąś funkcję. … Umożliwia mu bowiem hodowanie u siebie skrycie uczucia wyższości w stosunku do innych – dzięki męczeńskiej koronie” (Horney, s. 304) Utrzymujące się poczucie krzywdy wywołuje wrogą agresję, która nie zostaje jednak uświadomiona, ponieważ zagraża wyidealizowanemu wizerunkowi neurotyka. Ten stłumiony gniew wyraża się najczęściej jako cierpienie. Znajduje wyraz we wzmożonych dolegliwościach, przybiera formę objawów psychosomatycznych. U Faustyny widzimy zatem ciągłe pogarszanie się jej zdrowia, co należy też przypisać męczącej pracy fizycznej, brakowi odpoczynku, umartwieniom. Niemniej czynniki psychiczne mogły tu także odegrać wielką rolę. Gdy ktoś chce cierpieć, wyniszczać się, umierać, to w pewnym momencie to osiąga.

 

Tłumiony gniew i agresja mogły się także wyrażać u Faustyny w jej dziwacznych wizjach, tak jak u innych ludzi w snach. Faustyna miała kilkakrotnie wizję Dzieciątka Jezus łamanego na ołtarzu i zjadanego przez księdza:

 

„Wtem ujrzałam Matkę Bożą z Dzieciątkiem Jezus. Dziecię Jezus trzymało się ręki Matki Bożej; w jednej chwili Dziecię Jezus pobiegło na środek ołtarza z radością, a matka Boża rzekła do mnie: Patrz, z jakim spokojem powierzam Jezusa w jego ręce, tak i ty masz powierzać swoją duszę i być wobec niego dzieckiem. Po tych słowach dusza moja została napełniona dziwną ufnością. Matka Boża była ubrana w białą suknię, dziwnie białą, przezroczystą, na ramionach miała przezroczystą  niebieską, czyli jak błękit, zarzutkę, z odkrytą głową, włosy rozpuszczone; śliczna i  niepojęcie piękna. Matka Boża patrzyła z wielką łaskawością na ojca, jednak po chwili ojciec złamał to śliczne Dziecię i wyszła prawdziwie krew żywa; ojciec pochylił się i wniknął w siebie tego żywego i prawdziwego Jezusa; czy Go zjadł, nie wiem, jak się to dzieje. Jezu, Jezu, nie mogę podążyć za Tobą, gdyż Ty mi się stajesz w jednym momencie niepojęty”. (Dz 677)

 

Faustyna nie rozumiała tej wizji. Matka Boża każe jej zaufać księdzu. Faustyna ufa. Nagle staje się coś nieoczekiwanego i strasznego: ksiądz zjada dziecko, leje się krew. Jakże tu ufać komuś, kto zjada śliczne dzieciątko? Faustyna ma wątpliwościu co do tej całej ufności. Jezus jest przełamany, zjedzony, pochłonięty. Czyżby Faustyna tak naprawdę nieświadomie pragnęła, aby coś pochłonęło, unicestwiło Jezusa, przyczynę jej cierpień? Czy miała wobec niego skryty gniew, jak wobec kogoś, kto ją krzywdził? Myślę, że możliwa jest taka interpretacja tej wizji.

 

A oto kolejna dająca do myślenia wizja:

 

„Chwilę przed podniesieniem ujrzałam Matkę i małego Jezunia i starego Dziadunia. Matka Najświętsza rzekła do mnie te słowa: Córko moja, Faustyno, masz ten Skarb najdroższy – i podała mi maleńkiego Jezusa. Kiedy wzięłam Jezusa w ręce, dusza moja doznawała tak niepojętej radości, że nie jestem w stanie tego opisać. Ale dziwna rzecz: po chwili Jezus stał się straszny, okropny, duży, cierpiący – i znikło widzenie i był czas niedługo, aby iść do Komunii świętej”. (Dz 846)

 

Podobny wątek: najpierw radość z trzymania skarbu, potem nagle przerażenie. Jezus staje się straszny, okropny, duży i cierpiący. Faustyna czuje lęk, bo to co miłe i cenne zamienia się w straszne i przerażające. Faustyna bała się Jezusa nakładającego na nią cierpienia, uważała go podświadomie za strasznego i okropnego za to, co jej czynił. Ale to nie mogło przeniknąć do jej świadomości, więc tylko wyrażało się w wizjach. Nie chciała trzymać w rękach dużego, cierpiącego, strasznego i okropnego Jezusa. Chciała mieć tylko miłe przeżycia ze ślicznym Dzieciątkiem. Jednak jak zwykle widziała dwie strony medalu, jedną akceptowała, drugą chowała w podświadomości.

 

A oto kolejny przykład na to, jak uczucia wrogości, chęci zemsty, które nie przedostają się do świadomości Faustyny, przejawiają się w jej wizji. Faustyna ma wizję, że podczas nabożeństwa nad pewnymi siostrami zawisa miecz gniewu Pańskiego.

 

Identyfikacja z Jezusem

 

„Dla osobowości typowo zależnej, takiej, u której zdecydowanie przeważają tendencje do tłumienia własnego „ja” – kochać jest czyms równie cudownym, jak być kochanym. Kochać – oznacza dla takiej osoby zapamiętanie sie, utonięcie w uczuciach mniej lub bardziej ekstatycznych, zespolenie z drugą istotą, stanie się jednym sercem i jednym ciałem, znalezienie uczucia załkowitej jedności, jakiego próżno w sobie sukała. Tęsknota do miłości wypływa więc u niej z głębokich, potężnych źródeł: z marzenia o całkowitym poddaniu się i zespoleniu w jedności. … Poszukiwanie i dążenie do jedności jest jedną z najpotężniejszych sprężyn motywacyjnych kształtujących postawy ludzkich jednostek, u neurotyków zaś jest to jeszcze silniejsze ze względu na ich wewnętrzną dezintegracje. Potrzeba oddania się jakiejś istocie potężniejszej od nas jest wszak istotnym pierwiastkiem rozmaitych form religii.” (Horney, s. 316-317)

 

„Fascynująca siła pociągająca miłości nie ogranicza się do nadziei znalezienia satysfakcji, spokoju, zespolenia w jedność, ale polega również na tym, że wydaje się takiej osobie jedynym sposobem urzeczywistnienia idealnego obrazu swego „ja”. Kochając – może dać w pełni wyraz wszystkim cechom swego wyidealizowanego „ja”, które muszą jej zjednywać czyjeś uczucie. Będąc kochaną – uzyskuje najwyższe samopotwierdzenie”. (Horney, s. 317)

 

„Kochać kogoś mocnego, zespolić się z nim w jedno, prowadzić niejako życie zastępcze poprzez jego zycie – oznacza uczestnictwo we władaniu życiem bez obowiązku własnej do tego zdolności”. (Horney, s. 322)

 

Faustyna wielokrotnie podkreśla w Dzienniczku swe pragnienie całkowitej identyfikacji z Jezusem, swe całkowite zanurzenie swej małości w Jego wielkości i miłości.

 

„I wprowadził mnie w tak ścisłą łączność z sobą, i zaślubiło się serce moje z Jego Sercem w sposób miłosny, i odczułam Jego najlżejsze drgnienia, a On moje. Ogień mojej miłości, stworzony, został złączony z żarem wiekuistej miłości Jego. Wszystkie łaski ta jedna przewyższa swym ogromem. Troistość Jego ogarnęła mnie całą i jestem cała zanurzona w Nim, mocuje się niejako moja maleńkość z tym Mocarzem nieśmiertelnym. Jestem zanurzona w niepojętej miłości i niepojętej męczarni z powodu Jego męki. Wszystko, co się dotyczy Jego Istoty, i mnie się udziela”. (Dz 1056)

 

„Najsłodszy Jezu, rozpal moją miłość ku sobie i przemień mnie w siebie, przebóstwij mnie, aby czyny moje miłe ci były; niech to sprawi moc Komunii Świętej, którą codziennie przyjmuję. Jak bardzo pragnę być przeistoczona całkowicie w Ciebie, o Panie”. (Dz 1289)

 

„Pragnę, o Jezu mój, cierpieć i płonąć ogniem miłości przez wszystkie wydarzenia życia. Twoją jestem cała, pragnę się zaprzepaścić w tobie, o Jezu, pragnę się zagubić w Twej Boskiej piękności. Ścigasz mnie, o Panie, swą miłością, jak promień słońca przenikasz wnętrze moje i przemieniasz ciemność mej duszy w jasność swoją. Czuję dobrze, że żyję w Tobie jako jedna mała iskierka, pochłonięta przez żar niepojęty, w którym płoniesz, o Trójco niepojęta” (Dz 507)

 

„Ja chcę być podobna do Ciebie, Jezu, do Ciebie ukrzyżowanego, umęczonego, upokorzonego. Jezu, odbij na duszy i sercu moim swoją pokorę. Kocham Cię, Jezu, do szaleństwa. Ciebie wyniszczonego, takiego jak Cię wskazuje prorok, jakby nie mógł w Tobie dostrzec postaci ludzkiej dla wielkich boleści”. (Dz 267)

 

Ponieważ Faustyna czuła się nicością, szukała dla siebie jakiejś, najlepiej wyjątkowej, tożsamości. Chciała zamienić się w Jezusa. Niepojęta miłość i niepojęta męczarnia są z sobą całkowicie zespolone w przeżyciach Faustyny. Ponieważ Jezus kojarzy jej się przede wszystkim z męką – i ona się męczy. Nie ma ekstazy bez męki – taki jest mistycyzm Faustyny. Czy wszyscy mistycy płacili cenę męki za swoje ekstazy zjednoczenia z Bogiem? Nie wiem. Faustyna nigdy nie pisze, że łączy się z Jezusem w chwale jego zmartwychwstania, ani w chwilach Jego ziemskiego życia. Zjednoczenie jest wybiórcze – w męce. Im więcej cierpienia, tym więcej miłości, bo jak wcześniej pisałam, cierpienie jest utożsamiane przez Faustynę z miłością.

 

W ten sposób małe, mizerne i niedoskonałe „ja” Faustyny zostawało unicestwione przez ogień Boskiej miłości. Pozostawało tylko dumne „ja”, doskonałe, spełniające wolę Boga, święte, identyczne z Bogiem. Nadal jednak nie ma śladu prawdziwego „ja” Faustyny. Gra w wyobraźni Faustyny toczy się już na takich wysokościach, że zaprzeczenie jej realności spowodowałoby bolesny i być może śmierteny upadek. Mimo walki i cierpień, Faustyna nigdy nie podda w wątpliwość realności tej cudownej boskiej rzeczywistości, w której żyje. Za dużo ma do stracenia.

 

Odkupienie mocą cierpienia. Zbawcza moc cierpienia.

 

Św. Paweł, a za nim całe chrześcijaństwo wierzy, że dzięki Chrystusowi Bóg zgładził nasze grzechy, anulował je, odwołał ich konsekwencje. Sprawiedliwością Bożą nazywa Paweł usprawiedliwienie ludzi przez wiarę. Jest to nowa interpretacja sprawiedliwości, na której opiera się cała Dobra Nowina. Na tym polega Boża sprawiedliwość, żeby zapomnieć nasze winy, zmazać grzechy i o nich nie pamiętać. Usprawiedliwić, to znaczy też zrozumieć i wybaczyć. Zatem Paweł pojmuje sprawiedliwość nie jako karę, ale jako usprawiedliwienie i przebaczenie, które mamy przez wiarę w Jezusa Chrystusa.

 

Inaczej sprawę widzi Faustyna: „Zrozumiałam wielką sprawiedliwość Bożą, jako każdy musi się wypłacić aż do ostatniego szelążka” (Dz 1375). Odkupienie dokonało się według Faustyny jedynie przez mękę i śmierć Jezusa. Tymczasem św. Paweł pisze, że gdyby Chrystus nie zmartwychwastał, nasz wiara byłaby próżna. Zatem Paweł czyni zmartwychwstanie istotą odkupienia. Zmartwychwstanie oznacza przebaczenie, zmycie grzechów, które umożliwia naszą przemianę, przebóstwienie. Faustyna zapomina o zmartwychwstaniu, gdyż za bardzo pochłonięta jest walką. Ona nigdy nie uwierzy w ostateczny happy end. Ona pozostanie wiecznym wojownikiem, dla którego walka toczy się na krzyżu nieustannie, a zmartwychwstanie nie następuje nigdy. Tymczasem cierpienie Jezusa na krzyżu trwa wiecznie. Gdyby zmartwychwstał – nastąpiłby koniec walki. To było dla niej nie do pomyślenia. Dlatego Jezus Faustyny musi pozostawać na wieki na krzyżu i cierpień i umierać. Zmartwychwstanie oznaczałoby porzucenie konfliktu wewnętrznego i odnalezienie i zaakceptowanie prawdziwego „ja”. Taki jest sens psychologiczny zmartwychwstania.

 

Odkupienie w pojęciu Faustyny rozgrywa się nadal. Następuje ono za sprawą męki i śmierci Chrystusa, do której to męki ludzie mogą dobrowolnie się dołączać.

 

„Także w tej samej chwili widziałam pewną osobę, i w części stan jego duszy i wielkie doświadczenia, jakie Bóg zsyła na tę duszę; cierpienia te dotyczyły umysłu jego i w tak ostrej formie, że żal mi się zrobiło i rzekłam do Pana: Czemu tak z nim postępujesz? I odpowiedział mi Pan: Dla jego potrójnej korony – ale i dał mi Pan poznać, jak niepojęta chwała czeka duszę, która jest podobna do Jezusa cierpiącego tu na ziemi: będzie dusza taka miała podobieństwo do Jezusa w Jego chwale. Ojciec niebieski o tyle dusze nasze uwielbi i uzna je, o ile będzie w nas widział podobieństwo do Syna swego. Zrozumiałam to, że to upodobnienie się do Jezusa jest nam dane tu na ziemi. Widzę dusze czyste i niewinne, na które Bóg wywiera swą sprawiedliwość, i dusze te są ofiarami, które podtrzymują świat i uzupełniają to, co nie dostawało męce Jezusa; takich dusz jest niewiele” (Dz 604)

 

W innej konwersacji z Jezusem na podobny temat okazuje się, że potrójna korona, dla której pewien kapłan musi cierpieć oznacza dziewictwo, kapłaństwo i męczeństwo. Właśnie taką koroną chwały będzie on nagrodzony w niebie za dziewictwo – wyrzekł się seksu, za kapłaństwo – pełnił najbardziej zaszczytną rolę „zastepcy Jezusa”, męczeństwo – znosił cierpienia. Widzimy więc dobrze, jakie przymioty w pojęciu Faustyny wynagradza Bóg. Pojenie spragnionych? Karmienie głodnych? Odwiedzanie uwięzionych i chorych? Pocieszanie smutnych? Kochanie bliźniego? Powstrzymanie się od osądzania? Przebaczanie? Nie. Według Faustyny nagrodę osiąga się za dziewictwo, kapłaństwo i męczeństwo!

 

Faustyna uważała także, że tutaj na ziemi możemy upodobnić się do Chrystusa tylko przez cierpienie. Miała bowiem tak niskie poczucie własnej wartości, że nie przychodziło jej do głowy, że ktoś może być podobny do Jezusa w Jego zrozumieniu człowieka, przebaczeniu, uzdrawianiu, kochaniu. W Jego mądrości, umiejętności nauczania duchowego, w Jego modlitwie. Na to Faustyna czuła się za mała i za nędzna, ponieważ utożsamiała się tym razem ze swoim zdegradowanym, pogardzanym „ja”.

 

Jezus mówi do Faustyny: „Sam kieruję twoim życiem i wszystko tak urządzam, abyś mi była ustawiczną ofiarą, i czynić będziesz zawsze wolę moją, a dla dopełnienia tej ofiary łączyć się będziesz ze mną na krzyżu”. (Dz 923) „Każde nawrócenie grzesznej duszy wymaga ofiary” (Dz 961)

 

Ofiarę tę rozumie Faustyna jako znoszenie cierpień. Dlatego często „wije się w strasznych boleściach i łzach na korzyść grzeszników”. (Dz 1428)

 

„O Jezu, pragnę zbawienia dusz, dusz nieśmiertelnych. W ofierze dam upust sercu swojemu – w ofierze, której się nikt ani domyśli, będę się wyniszczać i spalać niepostrzeżenie świętym żarem miłości Boga”. (Dz 235)

 

Tak naprawdę Faustyna chciała, aby święty żar miłości Boga spalił jej nędzne „ja”, a dał jej w zamian „ja” chwalebne. Spalanie siebie w ofierze służyło też utrzymaniu idealnego obrazu swego wielkiego „ja”. A zatem konflikt się rozwiązywał: nędzne „ja” zostało spalone, unicestwione w ofierze i na korzyść wielkiego „ja”. Wielkie „ja” szczyciło się niebywałą zasługą ratowania grzeszników ze szponów Boskiej sprawiedliwości. Jeszcze jedno: gdyby Bóg nie czyhał tak ze swoim gniewem na grzeszników, ale okazałby im trochę więcej współczucia i cierpliwości, ofiary Faustyny straciłyby swą przydatność. Elementy układanki zatem bardzo dobrze do siebie pasują. Faustyna ma rozwiązany konflikt wewnętrzny, a Bóg musi zionąć gniewem, aby wielkość świętej była naprawdę wielka. Bóg nie może być nieskończenie miłosierny w fantazjach Faustyny, bo jej misternie skonstruowany system przekonań rozpadłby się z hukiem. Każdy element jest konieczny, bo na nim opiera się inny, i tak dalej.

 

 

Cierpienie to miłość

 

Jezus mówi Faustynie, że „innej drogi nie ma do nieba, prócz drogi krzyżowej” oraz „dusza cierpiąca jest najbliższa mojego serca”. „Bóg obarcza cierpieniem tych, których szczególnie miłuje”. „Cierpienie jest skarbem największym na ziemi – oczyszcza duszę…. Prawdziwą miłość mierzy się termometrem cierpień” (Dz 342). Jest to zachęta do poddania się cierpieniu, a wręcz do poszukiwania cierpień. Jezus z Nazaretu nie pochwalał takiej postawy. Przeciwnie, chciał zdejmować z ludzi ciężary cierpień, uzdrawiał, wskrzeszał, wypędzał demony, ocalał od potępienia społecznego. Gdyby myślał, że cierpienie służy zbawieniu, być może zachęcałby ludzi do znoszenia go ku chwale Boga. Nic takiego nie robił. Głosił Królestwo Boże, będące uwolnieniem od ziemskich cierpień, od zła dręczącego ludzkość. Współczuł i płakał nad niedolą ludzi. Pomagał im. Potępiał zadawanie cierpień. Owszem, sam poddał się złu tego świata, ale wcale tego nie pragnął. Bał się i unikał cierpienia, tak jak każdy zdrowy psychicznie człowiek.

Jednakże Faustyna utożsamia miłość z cierpieniem.  Czuje się szczęśliwa cierpiąc, im bardziej cierpi, tym bardziej jest w ekstazie.

 

„O Jezu mój, nie ma nic lepszego dla duszy jak upokorzenia. We wzgardzie jest tajemnica szczęścia; kiedy dusza poznaje, że jest nicością i nędzą sama z siebie, a wszystko, co ma dobrego w sobie, jest tylko darem Bożym, kiedy dusza widzi w sobie wszystko darmo dane, a jej własnością jest tylko nędza, to ją utrzymuje w ustawicznym korzeniu się przed majestatem Bożym, a Bóg widząc duszę w takim usposobieniu, ściga ją swymi łaskami. Kiedy dusza zagłębia się w przepaść swojej nędzy, Bóg używa swej wszechmocy, aby ją wywyższyć” (Dz 593)

 

Gardząc sobą, Faustyna czuje się sprawiedliwie ukarana za swe grzechy. Im bardziej karze siebie, im bardziej swój gniew skieruje porzecieko sobie, tym czuje się lepiej, lżej, swobodniej, tym czuje, że zasłużyła na miłość. Miłość, której może doświadczać tylko jako osoba doskonała. Zatem tylko cierpienie jest dla niej okazją do zaznania miłości. Pogarda siebie sprawia jej satysfakcję. Poniża sie, aby zostać wywyższoną. Dar Boży w interpretacji Faustyny nie jest dany całkiem darmo – wszak ceną jego jest cierpienie i upokorzenie.

 

Faustynę ogrania niepojęta tęsknota za Jezusem. Nie chce żyć już na tym świecie. Tą tęsknotę odczuwa jako ogrome cierpienie. Jej egzystencja na ziemi jest już tylko cierpieniem. „Miłość i cierpienie są razem, jednak nie zamieniłabym tej boleści spowodowanej przez Ciebie za żadne skarby, gdyż to jest boleść niepojętych rozkoszy, a zadaje te rany ręka miłująca”. (Dz 843) Ręka miłująca zadaje cierpienie – kto zrozumie takie podejście do miłości? Tylko ktoś, dla którego przejawem, istotą miłości jest cierpienie. Dlaczego nic nam nie wiadomo o rozkoszach męki przeżywanych przez Jezusa na krzyżu? Dlaczego Jezus po zmartwychwstaniu nie opowiadał o tym uczniom? Czy nie byłaby to istotna informacja? Powiedziałby: „Jestem wybrańcem Boga, który gładzi grzechy świata. Tak Bóg mnie kocha, że kazał mi cierpieć na krzyżu. Ale tak cierpiąc, doświadczyłem naprawdę niepojętych rozkoszy. Po cóż właściwie zmartwychwstałem, skoro na krzyżu było mi tak rozkosznie? Bóg zabrał cierpienie, zabrał i rozkosze… Nie rozumiem Go …” Takiego czegoś Jezus nie powiedział. Męka to męka, śmierć to śmierć. Czy naprawdę miłość Ojca przejawiła się w męce Jezusa, czy raczej w Jego zmartwychwstaniu? Czy gdyby Jezus opowiadał o sobie w zarozumiałym, egzaltowanym  i wyniosłym stylu Faustyny, ktokolwiek o zdrowych zmysłach uznałby Go za prawdziwego Syna Bożego?

„O, gdyby dusza cierpiąca wiedziała, jak ją Bóg miłuje, skonałaby z radości i nadmiaru szczęścia; poznamy kiedyś, czym jest cierpienie, ale już będziemy w niemożności cierpienia. Chwila obecna jest nasza”. (Dz 963)

To jak to właściwie jest: w piekle będziemy wiecznie cierpieć, czy nie? Kiedy ma nastąpić ten czas „niemożności cierpienia”?

Faustyna wie naprawdę, co wycierpiał Jezus. Świat tego jeszcze nie wie. Ona to bowiem „przeżywała z Nim w sposób szczególny wszystkie rodzaje mąk” (Dz 1054): w Ogrójcu, na krzyżu. Zaraz po tych bolesnych mękach Faustyna doświadcza ekstazy, zaślubienia z Jezusem. Jest najpierw zanurzona w Jego męce, by potem dostąpić Jego nieśmiertelnej miłości. Znów ceną miłości jest cierpienie. Dlaczego nigdy nie uczestniczy z Nim w zmartwychwstaniu?

Faustyna czuła się szczególnie umiłowana przez Boga dzięki swym cierpieniom. Wiedziała bowiem, że dusza ukrzyżowana wielkorakimi cierpieniami to dusza, która została nimi obarczona przez Boga, który chce w ten sposób okazać jej swą miłość. (Dz 1253) Bóg jest sprawcą cierpień ludzi i robi to z miłości.

Odrzucenie świata i małość stworzeń

Istotnym elementem taktyki Faustyny było unikanie kontaktu z ludźmi, do czego zresztą zachęcał ją zazdrosny Jezus. Dla neurotyka bliski kontakt z człowiekiem jest niebezpieczny. Po pierwsze może doprowadzić do zdemaskowania fałszywego wielkiego „ja”. Po drugie, może uświadomić neurotykowi, co naprawdę traci unikając ludzi i bliższych z nim związków. To byłoby zbyt bolesne. Dlatego Faustyna robi, co może, aby się odseparować. Naczelną zasadą, którą wyznaje jest zachowanie milczenia, nierozmawianie na tematy błahe. Po wtóre nakazuje sobie: „nie mieć z nikim poufałości”. (Dz 861) Faustyna chce tylko odczuwać Jezusa w swoim sercu, a „stworzenia kocham o tyle, o ile mi pomagają do zjednoczenia się z Bogiem. Wszystkich ludzi kocham dlatego, bo widzę w nich obraz Boży”. (Dz 373) Trochę jest Faustyna interesowna w tym podejściu do ludzi. A przecież tak cierpi dla ich zbawienia. Z jednej strony nie przypisuje im wartości dla nich samych, z drugiej tak ich wielce ceni, że poświęca im całe swoje szczęście. Kocha zatem wszystkich, bo jest w nich obraz Boży. Dlaczego zatem ci wszyscy ludzie z obrazem Bożym w sobie idą szeroką ścieżką na zatracenie?

 

Faustyna robi sobie wyrzuty, że za wiele myśli o ludziach. Wtedy ukazuje jej się strażnik Jezus przypominając, że to do niego należy się przytulać, a nie fantazjować bezproduktywnie i zdradziecko o „stworzeniach”. (Dz 960) Albowiem „Bóg jest zazdrosny o nasze serce i chce, abyśmy Jego tylko kochali”. (Dz 337) Jak przystało na prawdziwie oddaną Oblubienicę, Faustyna ma całe serce tylko dla jednego zaborczego wybranka – Jezusa: „Wiedz o tym, córko moja, że jedno spojrzenie twoje na kogoś innego zraniłoby mnie więcej niż wiele grzechów przez duszę inną popełnionych”. (Dz 588) Ależ ta Faustyna musi się pilnować nawet ze wzrokiem, nie tylko z mową. Chodzić ze spuszczoną głową i nie odzywać się do nikogo – tego pragnie jej Jezus. Czy dziwi nas zatem, że siostry nie pałały do Faustyny wielką sympatią?  Kto lubi gburów i odludków, którzy na dodatek wywyższają się opowieściami o mistycznych doznaniach?

 

Przebywanie ze „stworzeniami” to dla świętej prawdziwe męczeństwo: „W rannym rozmyślaniu odczułam niechęć i odrazę do wszystkiego, co stworzone. Wszytko jest blade w oczach moich, duch mój jest oderwany od wszystkiego, pragnę tylko Boga samego, a jednak żyć muszę. Jest to męczeństwo nie do opisania”. (Dz 856) Tak, ludzie ją męczą, ponieważ każdy z nimi kontakt uświadamia jej, jak daleko odeszła od rzeczywistości, jak boi się stawić jej czoła, jak bardzo nie chce żyć, jak bardzo jest nieszczęśliwa i spragniona czułości, kontaktu z życiem prawdziwym.

 

„Od stworzeń nie żądam niczego; o tyle z nimi obcuję, o ile konieczność tego wymaga. Zwierzać się nie będę – chyba wtenczas, że to bedzie konieczne dla chwały Bożej. Obcowanie moje jest z aniołami”. (Dz 1200) A więc Faustyna jest zbyt duchowa, aby obcować z ludźmi. Ona jest tak duchowa, jak anioły, z nimi tylko ma wspólny język. Ludzi toleruje z konieczności. Ten marny świat nic nie może jej dać. Dzieło Boga – stworzenie świata i „stworzeń” nie wprawia Faustyny w zachwyt, nie robi na niej wrażenia. A przecież wmawia sobie, że tak kocha dusze, że za nie cierpi i umiera w mękach. Czyli kocha dusze, ale już „stworzeń” nie bardzo? Dla Faustyny „dusza” i „stworzenie” to jakby pojęcia rozdzielne. Duszę można kochać, jest obrazem Boga. Natomiast stworzenia są raczej marne i niegodne miłości. Czyżby Faustyna czytała Platona?

Magiczne modlitewki

I na koniec sprawa modlitw, litanii, „koroneczki”, magicznej godziny trzeciej…. Zdaje się, że Bóg uzależnia udzielenie zbawienia od wypowiedzenia pewnych słów (jakoby zaklęć) w ściśle określonym czasie. Na przykład tuż przed śmiercią grzesznika. Bo zapewne „koroneczka” już po jego śmierci straciłaby swą moc. Także godzina trzecia wydaje się tu niezmiernie istotna. Wygląda to bardzo rytualistycznie, jak pogańska magia. Wystarczy o trzeciej wypowiedzieć określona liczbę słów, nie ważne czy ze zrozumieniem, z jakimś uczuciem, byle powiedzieć. I rezultat w postaci zbawienia dusz gotowy. Tymczasem wiemy, jak Jezus z Nazaretu sprzeciwiał się takiemu zafiksowaniu na rytuale. Wielokrotnie beształ faryzeuszy za poprzestawanie na zachowaniu formy, gdy potrzebna była miłość i współczucie.

Jezus daje często Faustynie szczegółowe instrukcje, jakie „modlitewki”, kiedy i w jakiej ilości należy odmówić, aby odniosły określony skutek. „Odpraw nowennę w intencji Ojca św., która ma się składać z 33 aktów, czyli powtórzenie tyle razy tej modlitewki, której cię nauczyłem do Miłosierdzia”. (Dz 341) „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby grzesznik był najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia mojego”. (Dz 687) Bóg mówi Faustynie: „Kiedy przy konającym odmawiają tę koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę, i poruszą się wnętrzności miłosierdzia mojego, dla bolesnej męki Syna mojego” (Dz 811)

Magiczna godzina trzecia jest godziną miłosierdzia. To znaczy właśnie o trzeciej trzeba o nie błagać i zagłębiać się w męce Jezusa. Jeśli dusza o trzeciej prosi o coś „przez mękę” Jezusa, On jej niczego nie odmówi. (Dz 1320) A jeśli dusza zrobi to o czwartej? No tu już widzimy pewne trudności ze spełnianiem życzeń takiej niepunktualnej duszy.

Widzimy tu wielką magiczną wartość jaką dostrzega Faustyna w rytuale.

Czy jest to wiara w modlitewki czy w Boga?

Szersze konsekewncje przyjęcia mentalności Faustyny

System Faustyny składa się z wielu powiązanych wzajemnie elementów. Te elementy to:

  • życie w dwóch osobowościach
  • walka dumnego „ja” z nędznym „ja”
  • nienawiść do siebie
  • uzewnętrznianie tej nienawiści jako pochodzącego z zewnątrz cierpienia
  • pragnienie poniżeń i pogardy
  • utożsamianie cierpienia z miłością
  • traktowanie cierpienia jako zasługi dla zbawienia
  • obraz groźnego „sprawiedliwego” Boga i walczącego z Nim miłosierdzia

 

Podstawą tej konstrukcji jest lęk. Lęk przed Bożym sądem, przed potępieniem, przed grzesznością, przed byciem niedoskonałym, przed poznaniem swego prawdziwego „ja”, przed karą, przed cierpieniem, przed ludźmi, przed wysiłkiem wewnętrznym, przed wzięciem odpowiedzialności za własne życie. Miłosierdzie proklamowane przez Faustynę musi mieć charakter ograniczony, aby pasowało do jej układanki. To ograniczone miłosierdzie wyrażające się wiecznością piekła, masą potępionych, niekończącymi się karami jest ważnym i niezbędnym elementem neurotycznej układanki. Jeśli zniknie lęk – na czym neurotyk oprze swe życie, jak wybierze zasady, którymi będzie się kierował? Bez sankcji wiecznej kary neurotyk będzie zagubiony w świecie, ponieważ nie mając kontaktu z samym sobą, nie ma on do kogo zwrócić się z pytaniem jak postępować, co myśleć. Dlatego zakazy i nakazy traktuje jako jedyne życiowe wskazówki.

Chrześcijaństwo ustanowione na neurotycznej podstawie lęku i kary musi się kurczyć wraz z rozwojem psychicznym społeczeństw.

Dlaczego jednak system Faustyny wydaje się dobrze działać? Miliony ludzi odmawiają koronkę, powtarzają o trzeciej „Jezu, ufam Tobie”, wpatrzeni w obraz Jezusa miłosiernego. Główne hasło jest chwytliwe. Mało kto wie, co się kryje w Dzienniczku. System ten jest do pewnego stopnia spójny, przynajmniej powierzchownie. Jeśli nie mamy tendencji do zbyt głębokiej analizy, nie znajdziemy tu niezgodności. Jednak jako system oparty na lęku, nie może mieć nic wspólnego z Dobrą Nowiną. Dopóki chrześcijanie naprawdę nie uwierzą, że w Bogu nie ma nic, czego należałoby się lękać, że jest On lekarzem, a nie oprawcą, system Faustyny będzie się dobrze trzymał.

 



[i] Karen Horney „Nerwica a rozwój człowieka”, Dom Wydawniczy Rebis, 2011, tłum. Zofia Doroszowa

 

91 myśli nt. „Piekielny dramat Faustyny”

  1. Bardzo podobał mi się ten artykuł. Dlaczego Watykan nie zauważył takich nieścisłości między Ewangelią, a tym co mówiła Faustyna?

  2. Właśnie tego nie rozumiem. Chciałabym dotrzeć do jakichś dokumentów zatwierdzających kanonizację Faustyny, ale nie wiem jak. Podobno papież Jan Paweł II gdzieś mówił, że nie czytał „Dzienniczka”. Jeśli czytał tylko wybrane urywki, to mógł zatwierdzić. Wszystko zależało od tego, kto mu to wszystko opisał i przedstawił. Zresztą może nawet jakby przeczytał dzieło Faustyny to by mu się spodobało, ponieważ papież wierzył w zbawczą moc cierpień ludzkich.

  3. Artykuł strasznie obszerny, więc na moment obecny jeszcze się z nim nie zapoznałem. Przejrzałem jedynie pobieżnie i to co zauważyłem, na gorąco komentuję:

    1. Bibliografia: proszę wybaczyć, ale odwoływanie się do jednej pozycji „krytycznej” (nie znam tego, więc stąd ten cudzysłów) i cytowaniem wyrwanych z kontekstu, bądź pomijając kontekst fragmentów Dzienniczka, wszystko trąci to raczej pewną dozą uprzedzenia, ubrania w wygodne ubranka teorii, którą się ukuło.
    2. Czy Szanowna Pani zapoznała się choćby pobieżnie z zagadnieniem mistycyzmu? Ton, jaki daje się zauważyć w Pani wypowiedzi zdaje się sugerować wiele niezrozumienia, trudności w przebiciu się przez słowa oraz wydarzenia. Widzi Pani, jest coś takiego, że w wielkich osobowościach mistycznych, po ludzku mówiąc, można dostrzec coś z szaleństwa; oni są przez większość nierozumiani. Jeśli jednak ci nierozumiani pociągają za sobą następców, jeśli to, co niezrozumiani zainicjowali – trwa nadal, i jeśli na to wszystko nakładamy „schemat” Ofiary Chrystusa, to nie pozostaje nam nic innego, jak się określić jako Chrystusowi, albo jako Jemu przeciwni. On bowiem też, po ludzku biorąc, był szalony: sam, dobrowolnie poddał się cierpieniu i śmierci, jakich nie życzy się najgorszym wrogom chyba…

    Postaram się w innym czasie nieco podyskutować z Pani przemyśleniami i podzielić się swoimi. Cieszę się, że są ludzie, którzy nie marnują czasu lecz wykorzystują go na wchodzenie w przestrzeń miłosierdzia Bożego. Bo wg mnie, nawet takie „po omacku” zmaganie się z treściami przekazanymi przez Św. Faustynę Kowalską, to na pewien sposób też czas miłosierdzia. (BTW: godzina 3, [w kulturze żydowskiej godzina 9.00] czyli 15.00 to godzina Miłosierdzia. O tej godzinie Chrystus umarł na krzyżu. Pogląd, iż jest to szczególna pora dnia, zwłaszcza w piątek, jest obecny w kościele katolickim od dawna. Jeszcze sprzed czasu Faustyny. Apostołowie już modlili się o 15.00…

  4. Ten artykuł to rezultat moich prób zrozumienia Faustyny i Dzienniczka. Wydaje mi się, że ją do pewnego stopnia zrozumiałam. Może rzeczywiście nie rozumiem mistycyzmu, więc będę wdzięczna, jeśli ktoś mi go wytłumaczy na przykładzie s. Faustyny. Wiara w objawienia prywatne nie jest obowiązkowa w naszym Kościele, więc chyba mam prawo pozostać przy swojej opinii. Bardzo chętnie jednak, powtarzam, przeczytam kontrargumenty i wezmę je pod uwagę. Takowych jednak na razie brak. Liczę zatem na Księdza pomoc, mówię całkiem serio, bo naprawdę jeśli chodzi o „noce ciemne”, „mistyczne zaślubiny” etc to sprawy dla mnie zbyt wzniosłe i niepojęte. Jeśli Ksiądz będzie miał cierpliwość przeczytać mój artykuł w całości, chętnie podyskutuję.

  5. Proszę Pani – z największą przyjemnością postaram się przekazać Pani to, co uważam za najistotniejsze w dziedzinie teologii mistycznej. Jednak proszę o wyrozumiałość i o cierpliwość. Tekstu jest wiele, tym samym też i mnogość wątków nie pozwala na szybkie odniesienie się.
    Dziś chcę tylko Pani jedno posunąć pod myśl: Ma Pani rację, że objawienia prywatne nie są nam do zbawienia koniecznie potrzebne lecz mają rolę swoistej podpowiedzi, wskazówki ale też i wypełnienia Bożego Planu zbawienia. To jedno. Drugie zaś to fakt, iż kanonizowani w Kościele Katolickim to już nie jest kwestia subiektywizmu: przyjmuję bądź nie przyjmuję, że ta, czy ów zostali wyniesieni na ołtarze. To jest nauczanie nieomylne, zobowiązujące w sumieniu każdego wierzącego. Tak więc wątpliwości w tej materii należałoby poddać sakramentalnemu wzmocnieniu i oczyszczeniu. Faustyna nie wyjaśnia Boga – ona Jemu wierzy, w Niego wierzy. Daje nam tym samym drogowskaz: nie wyjaśniaj sobie Boga, lecz daj Mu dostęp do siebie, daj Mu się zaskoczyć.
    I jeszcze jedno, pewna podpowiedź do rozumienia Św. Faustyny: jak Pani znajdzie czas, to zachęcam do lektury Ćwiczeń Duchownych, Ignacego Loyoli, takoż samo jak i Faustyna, wyniesionego na ołtarze.

  6. Jestem pod wrażeniem śmiałości i wręcz zuchwałości Pani dociekań. „Dzienniczek” czytałem tylko na wyrywki, ale moje odczucia są zbliżone. Jeśli chodzi o objawienia prywatne, to są one „tylko” i „aż” objawieniami prywatnymi. „Tylko”, bo osobiście nie musimy w nie wierzyć. „Aż”, bo jednak wiele z tych objawień powszechnie się przyjmuje i wywierają one duży wpływ na codzienną praktykę i przekaz Kościoła. Chylę czoło przed Pani trudem szukania większego rozumienia! Bo nasza wiara byłaby martwa nie tylko bez uczynków, lecz także bez odważnych pytań i ciągłych poszukiwań. Wierzę, iż rozum, intelekt to wielkie Boże dary dla człowieka, a więc, że wszelkie myśli nawiedzające nasze umysły, także największe wątpliwości, nie obrażają naszego Stwórcy. Osobiście bliżej mi do ludzi wątpiących a wrażliwych niż do „wszem i wobec” pewnych, ale zablokowanych na inne, nowe intuicje. Światło na drogę naszego życia Bóg może nam przekazywać przez kogo chce i jak chce, przez wszystkich. Jeśli naprawdę szukam Boga, to nie brzydzę się i nie boję zapoznać i zmierzyć z żadną ludzką refleksją.
    Czy zna Pani książkę „Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim”? Jeśli nie – polecam.

  7. Dziękuję za słowa poparcia i zrozumienia. Jerzy Nowosielski jest mi bardzo bliski jako teolog i malarz ikon. Nie mogłam znaleźć książki „Mój Chrystus”, ale wiele z niej było chyba przedrukowane w rozmowach ze Zbigniewem Podgórzcem wydanych w Znaku. Nowosielski jest świetny. Jego ikony są niedościgłe. Co do Faustyny to po prostu u mnie w głowie i sercu musi się wszystko w miarę zgadzać, tzn w tym przypadku objawienia świętych z Biblią i dogmatami chrześcijaństwa. Może to nawyk zawodowy, bo byłam kiedyś audytorem, tzn sprawdzałam czy sprawozdania finansowe zgadzają się z ustawą o rachunkowości. Więc może stąd to krytyczne podejście. Ale też z mojej intuicji oraz mąk wewnętrznych, które przeżywałam czytając „Dzienniczek”.

  8. Odpowiedź dla ks. Radomskiego:

    Jeśli orzekanie o świętości jest nieomylne, to ja nie mam nic przeciwko temu żeby uznać Faustynę za świętą czyli zbawioną. Mam co prawda kłopot z nieomylnością, ale nie twierdzę w tekście, że Faustyna nie jest zbawiona. Nie dyskutuję z kwestią jej zbawienia przez Boga. Dyskutuję z kwestiami niezgodności jej Dzienniczka z teologią chrześcijańską.
    Właśnie niedawno sobie kupiłam „Ćwiczenia duchowe” św. Ignacego, ale jeszcze nie przeczytałam. Czekam cierpliwie na Księdza argumenty.

  9. Ja należę do osób, u których treść Dzienniczka wywołuje przerażenie. Bywam czasem w Łagiewnikach, widzę co dzieje się na świecie w związku z kultem obrazu i koronką. Moje przerażenie, czy strach wynikający z tych objawień cały czas jest w konflikcie z tym, że miliony ludzi odnajdują się w tym, to chyba nie przynosi złych owoców. A przecież jest powiedziane w Ewangelii, że „poznamy po owocach”.

  10. Właśnie też tego nie rozumiem. Ale my tak naprawdę tych owoców nie widzimy chyba. Kult się szerzy, ludzie modlą się koronką etc. Gdyby sądzić owoce po znakach zewnętrznych to na przykład w Argentynie szerzą się ogromnie kulty tzw santos populares – świętych otoczonych kultem przez zwykłych ludzi, ale nieuznanych przez Kościół: kowbojów, bohaterskich kobiet. Nawet bez uznania Kościoła są wobec tego owoce w postaci zwiększenia gorliwości modlitewnej? Czym są prawdziwe owoce? I czy naprawdę można je poznać po tłumach w sanktuariach? Mam wątpliwości. Wydaje mi się raczej, że owoce można tylko poznać w bezpośrednim kontakcie z osobą, która temu kultowi się oddaje. Owoce nie są takie widoczne dla oczu i nieoczywiste chyba. Ci wszyscy ludzie odmawiający koronki, a przynajmniej większość z nich nigdy nie czytała Dzienniczka. Skoro nawet Jan Paweł II przyznał się, że nie czytał! Dla mnie Dzienniczek pozostaje lekturą przerażającą, a obrazy Boga i Jezusa wyłaniające się z niego – nie do zaakceptowania.

  11. Wielu znakomicie odnajduje się w kulcie, czy podziwie dla świętych, którzy gloryfikowali cierpienie( Faustyna, o.Pio i wiele wiele innych). Czasami jako katoliczka czuję się dziwnie, tak jakbym nie rozumiała jakiś spraw oczywistych dla ludzi, którzy w postawach mistyków i świętych, którzy uprawiali doloryzm widzą szczyt chrześcijaństwa i wielkie piękno. Nie uważam, że należy mieć jakieś nerwicowe podejście do cierpienia, udawać że go nie ma i uciekać przed nim nie wiadomo gdzie. Jednak kwestia nakładania przez Boga na ludzi cierpienia w postaci np. stygmatów wywołuje we mnie ogromny lęk. Jest w tym coś, co mnie przeraża, a z drugiej strony widzę choćby w sąsiedniej parafii wielki kult o.Pio i ludzie na prawdę nie mają takich wątpliwości jak ja…

  12. Mój sprzeciw budzi teza zawarta na samym wstępie Pani artykułu: „Jedynie człowiek mający kontakt ze swoim prawdziwym „ja” może się rozwijać, żyć w pełni”. A nawet nie z samym tym zdaniem, tylko z zastosowaniem go jako narzędzia weryfikującego wartość (prawdziwość?) tego, co przekazała św. Faustyna. Proszę zrozumieć mnie dobrze, jestem bardzo za rozwojem, także na poziomie psychologicznym. Moja duchowość i rozwój „samoświadomości” także jakoś idą w parze. Ale gdyby przyjąć, że Bóg może posługiwać się wyłącznie w pełni dobrze funkcjonującymi na jakimkolwiek poziomie osobami, to możemy wykreślić praktycznie całą Biblię i Tradycję i historię Kościoła, bo nawet o wcielonym Synu Bożym możemy wierzyć, że rozwijał się jako człowiek. Mnie także Faustyna nieraz złości, nieraz mi jej żal, jest, jaka jest, i właśnie taką, jak wierzę wraz z Kościołem, „użył” Bóg, aby nam pokazać coś o sobie. Na szczęście centrum wiary zawsze pozostaje Objawienie w Jezusie Chrystusie, ono weryfikuje inne formy „objawień”. Ale nie mogę zgodzić się z podejściem sprowadzającym dzieło Faustyny do tylko i wyłącznie jej niedojrzałej osobowości (jak zrozumiałam Pani tekst) i przez to zaprzeczające możliwości autentyczności objawień Jezusa.

  13. Dodam jeszcze, że sama bardzo długo trzymałam się od Faustyny, Dzienniczka i Koronki z daleka. Jestem przekonana, że nie wszystko jest dla każdego i nie dla każdego być musi. Ale nie negowałabym dzieł Bożych, które mogą być komu innemu potrzebne. Swoją drogą mi lektura Czaczkowskiej akurat pomogła z większą sympatią spojrzeć na Faustynę i od tamtej pory odmawiam Koronkę. Dzienniczka całego nie zmęczyłam dalej, ale fragmenty znam. Co do godziny 15 i tym podobnych quasi-magicznych praktyk, o których pisze Pani na końcu. Jeśli patrzeć taką optyką, to każda modlitwa (prócz kontemplacji wlanej) ma w sobie coś z magii: czemu te słowa, czemu ta pozycja ciała, to miejsce, ten czas. Ludźmi jednak jesteśmy, mamy ciało i funkcjonujemy w czasoprzestrzeni. Wiadomo, że Bóg nie jest związany niczym, prócz własnych obietnic:) I że nie chodzi o zwiększanie skuteczności przez modlitwę punkt o 15 (jeśli ktoś tak to widzi, to zgadzam się, że błądzi). To my, ludzie, potrzebujemy wspomnień, zdjęć, powracania do słów ukochanej osoby. Takich namacalnych znaków i godzinę 15 odczytywałabym w tym kluczu.

  14. ” „użył” Bóg, aby nam pokazać coś o sobie”. Tylko to co pokazuje Faustyna prowadzi niektórych wprost do nerwicy eklezjogennej. Czytając Ewangelię człowiek unosi głowę do góry, wzrasta na każdym poziomie, a czytając Dzienniczek niekiedy trzęsie się ze strachu przed tak wizją Boga (prócz miłosierdzia jest tam sporo o samounicestwieniu, umiłowaniu cierpienie itd.) Jezus z Ewangelii na nikogo nie nakładał takich obciążeń, uzdrawiał ludzi mentalnie i fizycznie. Dla mnie obraz Jezusa z ewangelii i ten z Dzienniczka nie jest tym samym obrazem 🙁

  15. Do Agnieszki: no tak właśnie uważam, że człowiek musi mieć kontakt ze swoim prawdziwym „ja”. Nie twierdzę przy tym, że dla każdego jest to zawsze możliwe i że jest to sytuacja idealna, bo zawsze bedzie jakiś element neurotyczny w każdym cżłowieku. tak więc nie ma idealnie pozbawionego neurozy człowieka, ale czasem wyraźnie widać, że jakieś normy są przekroczone i tak jest w przypadku Faustyny. Co do innych bohaterów Biblii to trudno mi powiedzieć, czy np prorocy byli neurotykami etc. ponieważ nie pisali oni takich wyznań psychologicznych jak Faustyna albo np św. Augustyn, którego można nazwać pierwszym chrześcijańskim neurotykiem, który maczał palce w kulcie cierpienia.
    Zresztą oprócz argumentów psychologicznych dałam też całą masę argumentów teologicznych pokazując gdzie tkwią niezgodności wizji Faustyny z NT. Tak jak i Estel widzę, że obraz Jezusa i Ojca jest niezgodny z chrześcijaństwem.
    Do Estel: tak, bardzo mnie męczy chrześcijańskie cierpiętnictwo. Starałam się zidentyfikować jego przyczyny i doszłam do następujacych wniosków (wielki skrót): chrześcijaństwo zaczęto już w starożytności interpretować w zgodności z filozofią grecką, zwłaszcza Platonem i neoplatonizmem. Platon oddzielił duszę od ciała, a neoplatonicy, jak Plotyn, zaczęli gardzić ciałem i je odrzucać szukając ekstazy dla swej zniewolonej duszy. Odtąd zaczęto gardzić ciałem w chrześcijaństwie. Nastepny krok: św. Augustyn, znany neurotyk pełen wstydu i winy miał specyficzną, zupełnie niezgodną z Ewangelią wizję Boga: karzącego, pałającego gniewem, zbawiającego tylko garstkę. Stąd wział się lęk w chrzescijaństwie. Następnie doszła interpretacja ofiary Chrystusa jako przebłaganie gniewnego Boga. Połączmy elementy: nienawiść do ciała i spraw jego, lęk przed karą, chęć bycia ofiarą całopalną na ołtarzu dla gniewnego Boga – oto źródła cierpiętnictwa. Tak jak ty, Estel (możemy być na ty, również z Agnieszką?) widzę, że ludzie przyjmują to jak jakiś aksjomat chrześcijański i nie widzą w tym nic strasznego. Ja przeciwnie – drżę z trwogi nie przed gniewem Boga, którego się nie boję, ale przed tekstami takimi jak Dzienniczek, Naśladowanie Chrystusa, dzieła Małgorzaty Marii Alacoque czy słowami ojca Pio i innych stygmatyków. Może napiszę coś więcej jak będę miała czas później. Agnieszko, proszę przeczytaj też moj tekst o porównaniu Faustyny z objawieniami założycielki mariawitów – Feliksy Kozłowskiej. Czy nie wydaje ci się dziwna taka zbieżność objawień?

  16. Agnieszko! Co do magicznej godziny i słów mam to zastrzeżenie, że wmawiają ludziom, że jeśli to będzie inna godzina, inne słowa to Bóg tego nie przyjmie tak chętnie. Tak wcale nie jest że Bóg oczekuje od nas najdrobniejszej wierności szczegółom, jak np w ST opisane jest, że dwaj synowie Aarona, który podłożyli niewłaściwy ogień pod stos ofiarny zostali zabici przez Boga. Koncepcja Boga się od ST zmieniła. Zwłaszcza u Jezusa, który nie dawał szczegółowych zaleceń oprócz „Ojcze nasz”. Nie kazał jej odmawiać o określonej porze, nie stawiał formalnych wymagań. Przeciwnie, krytykował za przedkładanie formy nad treść, rytuału ponad miłosierdzie. Ojcze nasz pełne jest ufności, koronka – strachu i cierpienia: podkreśla bolesną mękę i przywodzi na myśl groźnego Boga, ktoremu trzeba wynagradzać cierpieniem.

  17. Oczywiście nie ma potrzeby pisania „pani” 🙂
    Odnośnie tematu. Wiele osób, które stykają się w Kościele z kultem świętych z tego „rodzaju” (cierpienie, stygmaty, zadośćuczynienie, wynagradzanie, przebłaganie, zastępcza ofiara) po prostu boją się na prawdę zbliżyć do Boga, uważając, że kogo Bóg miłuje, tego krzyżuje, a na dowód i świadectwo mają życiorysy świętych. Im bardziej kochasz Boga i zawierzasz mu siebie tym bardziej należy spodziewać się chorób, broczących krwią ran itd? W tych objawieniach często występuje motyw wybrania danej duszy na szczególnie Bogu miłą ofiarę. Ja nie umiem tego pogodzić z chrześcijaństwem. Jednak jak już wiele razy tu pisałam, są rzesze, którzy nie mają z tym najmniejszego kłopotu. Może to ja czegoś nie rozumiem…

  18. Tak, masz rację, ja nie pomyślałam, że konsekwencją kultu cierpienia jest strach ludzi przed zbliżeniem się do Boga. To ważna rzecz.
    Druga sprawa to jak ludzie to gładko przełykają, że Faustyna będąc wybraną przez Boga, ulubioną dziewicą i oblubienicą była tak dręczona przez Jezusa cierpieniem? Albo ojciec Pio, który cierpiał niepomiernie? Oni chyba nie myślą, że sami są takimi wybrańcami i że coś takiego może ich spotkać. Uważają się za gorszych od Faustyny i ojca Pio, niegodnych. Czy chcieliby być wybrańcami Boga, jeśli Bóg wymagałby od nich cierpień? Nie wiem, czy myślą w ten sposób. Ale jest też część ludzi, którzy tak cierpią w życiu przez różne zrządzenia losu czy własne błędy i dla tych ludzi musi być coś pocieszającego w myśleniu, że przez te cierpienia upodobniają się do Jezusa, są wybranymi Boga, przyłączają się do zbawienia świata. Tylko wtedy jest niebezpieczeństwo, że wolą cierpieć przez resztę życia niż popracować nad tym, aby cierpienie zmniejszać.

  19. Dziękuję za odpowiedzi. Co do teologicznych aspektów porównań „Dzienniczka” z Biblią nie mam czasu mocno się wgryźć, przepraszam. Nie jest to mój temat aż tak. Jednakże trzeba pamiętać, że cierpienie jest obecne w Biblii, łącznie z cierpieniem Boga-Człowieka i tych, którzy jak Paweł dopełniają cierpieniem „braków” owej Męki. Tego się nie da wykasować. W chrześcijaństwo jest wpisany krzyż, a wiadomo, boimy się krzyża. Czy jednak można go rugować, żeby ludzie się nie zniechęcili? Jezus tak nie robił. Do Piotra powiedział: „Idź precz, Szatanie”, gdy ten chciał zagadać pustymi słowami zapowiedź Męki.

  20. W chrześcijaństwo jest wpisany Krzyż jako znak zwycięstwa, zwyciężenie świata i pojednania ostatecznego Boga z człowiekiem. Cierpienie samo w sobie jako akt nie ma chyba wartości zbawczej. Miała ją śmierć Chrystusa, która przemieniona została w Życie.
    Ponadto należy zauważyć, iż męka Jezusa trwała jeden dzień, wiadomo miała ona wymiar „kosmiczny”, człowiek zabijał Boga i nie da się tego przyrównać nawet z milionami przypadków stygmatów na świecie. Tu nie ma skali porównawczej! Jednak męka jako taka trwała jeden dzień, po 3 dniach nastąpiła eksplozja chwały i radości. Święci cierpiący, cierpią niekiedy całe życie. Tak jakby „pomijali” fakt, że nastąpiło Zmartwychwstanie i że Bóg odkupił człowieka raz na zawsze. Cierpienie należy przeżywać w sposób chrześcijański, oddawać je Bogu, aby przemienił je tak jak to zrobił na Krzyżu w jakieś dobro dla człowieka, jakąś lekcję, czy szansę na nawrócenie, albo zrewidowanie swojego życia. Samo w sobie jednak jest złem. Z opowieści świętych cierpiących wysnuwa się obraz Jezusa, który w niebie nie jest szczęśliwy razem z rzeszą zbawionych, tylko szuka na ziemi dusz, które oddałyby mu się w niewyobrażalnych cierpieniach. Czy nie może wystąpić lęk przed takim niebem? Gdzie cały czas jeszcze trwa męka?

  21. Oczywiście cierpienie jest obecne w Biblii ale jako zło konieczne. Cytat z Pawła o dopełnianiu cierpień jest naprawdę wyjątkowy i w zasadzie tylko on daje jakiekolwiek (marne) podstawy do przyjęcia koncepcji zbawczego cierpienia. Paweł cierpiał na jakąś chorobę, poza tym widział prześladowania członków swoich gmin i chciał ich jakoś podtrzymać na duchu. Generalny wydźwięk jego słów to pocieszenie i zachęta do wytrwania, bo wyzwoliciel jest blisko. Jego przesłanie całościowo ma na celu ukazanie krzyża jako symbolu zwycięstwa,jak pisze Estel. Krzyż u Pawła jest symbolem przemiany i przejścia, paschy ze śmierci do życia.
    Co do słów Jezusa „Idź precz szatanie” to wcale nie jest to nawoływanie do cierpienia. Chodzi tu o to, że Jezus wyrzekł się walki ze złem w postaci używania przemocy. Tymczasem jego uczniowie chętnie porwaliby za miecze, żeby ochronić swego mistrza. Jezus w tym sensie chce odeprzeć tą pokusę, żeby użyć broni i skrzywdzić kogoś. Także na przesłanie Jezusa trzeba spojrzeć całościowo, a nie na wyrwane słowa z kontekstu. Trzeba cytaty interpretować zgodnie z przesłaniem całościowym, a nie wyciągać parę małych fragmentów i na nich budować teorie o zbawczym cierpieniu. Trzeba przeczytać po pierwsze księgę Hioba i się nią zszokować. Po drugie zobaczyć., że Jezus w Ewangelii głównie uzdrawia, pociesza etc, czyli zajmuje się rugowaniem cierpienia z ziemi.

    Estel: ta wieczna męka kosmiczna mnie nie przekonuje, ponieważ jest powiedziane w NT, że Jezus raz umarł i jedna ofiara wystarczy. Jezusa cierpienie nie było tak istotne, jak Jego poddanie się światu i śmierć, które wprowadziły Go do nieba. Tymczasem świętym mistykom wydaje się, że odkupienie się jeszcze nie dokonało, tak jak mówisz. W tym są niestety niezgodni z NT, ale daje im to szansę być nowymi zbawcami, którzy pomagają Jezusowi. Zupełnie się z tobą zgadzam i cieszę się, że ktoś jeszcze tak samo myśli.

  22. To jest temat rzeka, przynajmniej dla mnie, bo jest to dla mnie bardzo istotny dylemat wiary. Spotkać katolika z podobnymi poglądami na te kwestie jest bardzo ciężko. Latami pozostawałam w poczuciu, że z moją wiarą, czy raczej rozumieniem pewnych spraw jest coś nie tak. Skoro tyle osób nie widzi żadnych wątpliwości, a stygmaty są wyrazem największego wybrania przez Boga i wierni podążają tym tokiem, czułam się bardzo „outsajdersko” z moimi intuicjami, bo przecież pewności w tych sprawach nigdy nie ma.

  23. Przypomina mi sie fragment wspomnien z powstania warszawskiego. Okrutna jadka: mordowanie rannych w szpitalu powstanczym (oszczedze szczegolow). Autorka konczy slowami: czy jest za to jakas kara ?
    Jest wiele zbrodnie po dzis dzien. Czy jest za to jakas kara ? Czy jest jakas sprawiedliwosc po smierci zbrodniarzy ?
    To jest pytanie o ostateczna sprawiedliwosc boza.

    Wazna uwaga: to nie Bog karze; On wypowiada wyrok, ktory zredagowala rada przysieglych. Lawa przysieglych sa nasze ofiary.
    Kare wymierza nie Bog Ojciec tylko my sami.
    Dziedziczymy konsekwencje naszych uczynkow.
    (JP II Dives in misericordia)

    Jesli jest milosierdzie to tylko przez Syna, ktory sam doswiadczyl cierpienia – mrokow tego swiata. On jest najlepszym specjalista i rzecznikiem cierpiacych.

    1. Zly swiat (zadna z pan nie podwazy, ze wiekszosc ludzi na swiecie zyje w nedzy i cierpi)
    2. Kara za wykorzystywanie czy nie pomaganie biednym jest w drodze
    3. przez zaslugi jedynego, rany Posrednika J.CH. niech nastapi zmilowanie

    To jest przeslanie wszystkich objawien (La Salette, Lourdes, Fatima, Faustyna-Kozlowska, Medugorie).
    Co w tym strasznego ?
    Obraz Boga nie jest tu straszny.
    Straszniejsze sa zle uczynki ludzie i ich wew. slepota.
    Na miejscu Boga sam bym sie „wkurzyl” widzac co sie na tym swiecie wyprawia.

    Sadze tez, ze wszelki psychologizm jest nieadekwatny do teologicznych rozwazan.
    Sigmund Freud uwazal generalnie religijne zachowania za rodzaj neurozy.
    W ten sposob mozna cale objawienie zanegowac i uznac za ogolna histerie, niedojrzalej, zakompleksionej osobowosci.
    Kazdy z nas moze miec wizje, objawienia.
    Kto moze ocenic ich autentycznosc ?

    Zjawiskiem typowym dla pierwotnego chrzescijanstwa byli tzw. widzacy, majacy dar glosolalli-dar jezykow.

    Dlatego konieczny byl rozwoj monarchicznego episkopatu (nastepcy apostolow – sucessio apostolica), ktory ten organizacyjny bezlad uporzadkowal.

    Rytualizm ?
    Nie ma zycia bez rytualow !
    Kazda religia jest rytualem.
    Krytyka rytualizmu nie jest rownoznaczna z jego obaleniem.
    Dla Zydow wypelnianie przepisow Tory jest uswiecaniem.
    Jezus nie zniosl rytualow !
    Kazal je wypelniac sercem.
    S.Carlo Borromeo poucza w tym duchu: jesli spiewasz w chorze, wiec co wypowiadasz ustami.

    Czesto mowimy: kocham cie, chociaz druga strona nie wie czy jest to teraz z serca, czy tylko bezmyslnie, z biegu. Zawsze maja jednak te slowa ta sama tresc i wartosc.

  24. Karę można rozumieć jako wyrok nie Boga, tylko własnego sumienia, które doznało takiego olśnienia, że nas oskarża za zło, któreśmy czynili. Kara ta jednak nie ma celu po prostu odpłacić nam za grzechy w sensie skoro ja krzywdziłem, to ja będę teraz krzywdzony. Do czego taka kara miałaby prowadzić? Wiemy, ze Bóg chce, żebyśmy się stali dobrymi, żebyśmy sie stali szczęśliwymi. Kara, której będziemy doznawać za nasze grzechy musi być bolesnym procesem przemieniającym zło w dobro, upodabniającym nas do Boga. Że będzie bolesna to pewne, skoro uświadomimy sobie cierpienie, które zadaliśmy. Ale też to, które nam zadano. Będzie to więc pojednanie z tymi, który ból nam zadali i tymi, którym ból zadaliśmy.
    Przemiana nie następuje bezboleśnie, ponieważ niełatwo dowiedzieć się prawdy o sobie. Jednak pomocą nam daną będzie przebaczająca miłość Boga, która nam pomoże i otoczy opieką.
    Oczywiście można to tak ująć ja pan, czyli zło, kara w drodze, zmiłowanie od Syna (ale nie od Ojca?), i dlaczego przez rany? Nie tylko przez rany. Podkreślam, nie chodziło o cierpienie Jezusa, tylko o poddanie się światu nawet gdyby miało dojść do cierpienia (i doszło).
    Nie znam tych objawień, o których Pan pisze (Lourdes, La Salette etc) oprócz Faustyny i Kozłowskiej rzecz jasna, więc nie mogę się o nich wypowiadać. Co jest straszne, to nie objawienie o przebaczającej miłości, ale domaganie się przez Boga ofiarowania się ludzi na ofiarę Jemu w postaci przyjmowania cierpień, które On narzuca! Bóg obarcza wybrańców cierpieniem! Przecież Bóg wyzwala z cierpień, ZBAWIA!
    Co do psychologii, to jak najbardziej trzeba ją włączać do teologii, ponieważ jest to nauka o człowieku. Żeby zrozumieć człowieka, potrzebna jest psychologia. Co do Freuda to rzeczywiście był krytykiem religii, ale to wcale nie znaczy, że jego tezy trzeba ignorować. Przeciwnie, trzeba się z nimi zapoznać.
    Oczywiście nie można w 100% ocenić, które objawienia są autentyczne, ale można stwierdzić, które są niezgodne z objawieniem biblijnym.
    Zresztą nie wiem po co szukać objawień, skoro Ewangelia jest taka pełna objawień i nikt się w nią nie zagłębia. Wolą chodzić na pielgrzymki do Lourdes etc. To łatwiejsze, przesłania pewnie prostsze i zgodne z wcześniejszymi mniemaniami..
    Religia nie jest rytuałem. Rytuał wyraża w pewien sposób religię. Religia jest przede wszystkim wiarą Bogu i systemem wierzeń.

    Estel: Ja przez długi czas starałam się przekonać do Faustyny. Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na jej chęć cierpiętnictwa. Bardzo mnie to dręczyło. Wreszcie pewna pani teolożka z KULu przysłała mi swoje przemyślenia na temat DZienniczka i wszystko zrozumiałam, całą tą mistyfikację. Doznałam wielkiej ulgi. Pociesz się Estel, ze jest parę osób które myślą jak ty: ta pani z KULu, ja, Andrzej Michniewicz (wcześniej pisał komentarz). Na pewno jeszcze ktoś. Nie musimy wszyscy myśleć tak samo. Może w skrytości ducha myśli tak wielu, tylko boją się wystąpić przeciw autorytetowi zatwierdzającemu Faustynę na świętą? Zwłaszcza, ze kanonizował ją JPII. A czytałam, że Wyszyński był przeciwny.

  25. Dzięki takim artykułom jak Twój, można odnaleźć inne spojrzenie, również pochodzące od katolika. Ja na swoje wątpliwości zawsze dostawałam odpowiedź”jak to nie widzisz ile uzdrowień, cudów za wstawiennictwem np.o.Pio). Jakby te uzdrowienia miały zaświadczyć o autentyczności objawień. Z resztą takie kryteria bierze się w kościele pod uwagę przy ogłaszaniu kogoś świętym (cud). Nie wiem, mój umysł jest za słaby na to wszystko. Wiem jedno-intuicyjnie od tego rodzaju objawień odrzuca mnie na niezliczoną ilość kilometrów. Nie umiem tego zmienić, i chyba nie chcę, po co walczyć z własną intuicją. Jak napisałaś, życia nie starczy na zgłębienie Ewangelii, która jest i powinna być chyba jedynym źródłem. Tradycja powinna wzmacniać to, co tam jest napisane. Czytając Ewangelię człowiek staje się człowiekiem, a czytając np Dzienniczek, ja osobiście kurczę się ze strachu przed takim obrazem Chrystusa.

  26. Objawienia terazniejczosci (Fatima/Lourdes) sa mistycznym tzn. pochodzacym od Boga darem, aktualizacja, dopelnieniem Ewangelii. To jest teolog. refleksja jak nasza dyskusja.

    Vat. II w Gaudium et Spes 16. glosi, ze sumienie jest glosem Boga, ktory krzyczy w naszym sercu, mowiac co dobre a co zle.
    Zawsze mozemy jednak zagluszyc ten glos. Mamy wolna wole, ktora Bog szanuje.
    Dlatego mozemy opowiedziec sie przeciw Bogu i czynic zlo.
    To jest zrodlem cierpienia. Cierpienia i kary.
    Grzech ma bowiem zawsze wymiar spoleczny. Nie grzesze dla siebie. Zawsze wciagam innych, takze Boga.

    Ktos moglby zapytac: co obchodzi Boga, gdy zdradzam zone/meza ? Dlaczego ma On sie tym przejmowac ?
    Modlimy sie: badz wola twoja.
    To jest ekosystem naczyn polaczonych.
    Ojciec cierpi gdy dzieci schodza na zla droge.
    W tym wypadku grzech cudzolostwa nie jest wola boza. w ten sposob obrazam Go, duchowo krzyzuje na nowo.
    Wtedy Bog cierpi. Ojciec i Syn cierpia. Ojciec cierpi w Synu, bowiem to Syn stal sie cialem.

    To nie ma nic wspolnego z pani sformuowaniem: „ofarowanie sie ludzi Bogu na ofiare Jemu w postaci przyjmowania cierpien, ktore On narzuca”.
    Kto cos komus narzuca ?
    Jesli przez moja wyplywajaca z wolnej woli decyzje jak np. zdrada malzenska, uczynilem duzo zlo, zranilem innych to ponosze konsekwencje swoich uczynkow w postaci kary (klotnia, rozwod).

    Np. wyzysk ekonomiczny w swiecie, ewidentne zlo.
    Bog nie jest sprawca tego cierpienia, tylko ludzie.
    Jesli mowi sie tu o krzyzu, to nie w sensie sadomacho tylko zla koniecznego, zadanego przez innych ludzi (nie przez Boga !).
    Jesli znowu utonela lodz przepelniona nielegalnymi uchodzcami, pisze latynomaerykanski teolog J. Sobrino, to nie sprawil tego Bog tylko my ktorzy zamykamy nasze granice albo jestesmy obojetni na los sasiada.
    Bog dal nam wolna wole i powierzy ten swiat.
    My karamy i wydajemy wyroki an innych i na siebie.

  27. Droga pani Anno !
    Jeszcze jedna uwaga.
    Napisala pani cyt. „Bog zbawia”.
    Chcalbym uscislic i uporzadkowac:
    REDEMPTIO – odkupienie
    SALVATIO – zbawienie

    REDEMPTIO: Chrystus czlowieka odkupil (umarl za nasze grzechy – gdysmy byli jeszcze grzesznikami / sw. Pawel).

    SALVATIO: Czlowiel zbawia sie sam (przyjmujac objawienie i/lub zyjac dobrze, sprawiedliwie, uczciwie wg. przykazan)

  28. Zgodnie z chrześcijaństwem to Bóg zbawia, a nie my się sami zbawiamy. Np w buddyzmie każdy zbawia się sam swoim wysiłkiem, a u nas jest łatwiej, bo Bóg nas zbawia. Imię Jezus znaczy właśnie „Bóg zbawia”.

    Przejrzałam objawienia z La Salette. Toż to jakaś apokalipsa czy księga gróźb! Same wojny, katastrofy, klęski, nieurodzaj, nadejście szatana. Myśl przewodnia to postraszyć ludzi. Szczegółowy opis kar dla niewiernej ludzkości. Konkretnie czym ta ludzkość grzeszy? Przeklinają, kiedy jest nieurodzaj ziemniaków, pracują w niedziele, nie poszczą w wielki post. Takie to grzechy sprowadzą na ziemię zagładę. Bóg oczywiście potrzebuje ofiary nieskalanej, która by Mu wynagrodziła za grzechy. Ile można powtarzać ten wytarty schemat? Księża są dołami nieczystości! Skłonni do zaszczytów i przyjemności. „Bóg będzie karcił w bezprzykładny sposób”. Na szczęście Maryja bezustannie się za nas modli, aby powstrzymać karzące ramię Syna. No tak, teraz Maryja jest miłościwsza niż sam Bóg! Generalnie Maryja w tym przesłaniu ciągle straszy, wyrzuca nam niewdzięczność i żąda ofiary. Przepowiada, że w roku 1864 wypuszczony będzie z piekła lucyfer z demonami. Te demony będą przenosić ludzi z miejsca na miejsce. Dokona się zmartwychwstanie zmarłych w bardzo dziwny sposób: zmarli przyjmą postać dusz sprawiedliwych, aby pod taką postacią ukryć diabła! Biada światu: „Za pierwszym zamachem Jego błyskawicznego miecza góry i cała natura zadrżą z przerażenia. Paryż będzie spalony, Marsylia pochłonięta.”Jezus rozkaże aniołom aby zabiły wszystkich Jego przeciwników (to ciekawe, bo za życia nikogo nie kazał zabijać). Narodzi się antychryst z zakonnicy hebrajskiej, rodząc się będzie pluł bluźnierstwa, urodzi się z zębami, czyli będzie to diabeł wcielony! A, na dodatek będzie wydawał straszliwe okrzyki, karmił się nieczystościami, ale dla równowagi uczyni trochę niezwykłych zjawisk. Będzie padał grad ze zwierząt! „Już czas: otchłań się otwiera!” Pozostaje nam tylko zmiękczyć Ojca przez ofiarę.
    Czy naprawdę ktoś może się zachwycić takim przesłaniem? Wszak to stek najzwyklejszych bredni!
    Proszę powiedzieć, czy ja mam dobrą wersję tych objawien? (strona http://www.zaufaj.com)

    Estel, możesz jeszcze przeczytać na Kleofasie moją całą serię cierpiętniczą: Tomasz a Kempis, Teresa z Lisieux oraz Drabina raju. Jeśli masz czas, bo dość długie artykuły. I nie, twój umysł nie jest za słaby na to wszystko! Te objawienia są słabe.

  29. Drogi panie Jacku !
    Napisał Pan powyżej:
    „REDEMPTIO: Chrystus czlowieka odkupil (umarl za nasze grzechy – gdysmy byli jeszcze grzesznikami / sw. Pawel).
    SALVATIO: Czlowiel zbawia sie sam (przyjmujac objawienie i/lub zyjac dobrze, sprawiedliwie, uczciwie wg. przykazan)”.

    A powinno być:
    „SALVATIO: Człowiek zbawia się sam (przyjmując objawienie i/lub żyjąc dobrze, sprawiedliwie, uczciwie wg przykazań / Jacek Artur Wesoły)” 🙂

    Salvator (łac.) – zbawca, zbawiciel
    Jezus (grec. Jesous, hebr. Jeszua) – Jahwe jest zbawieniem, Bóg zbawia

  30. Jeśli chodzi o Medjugorie, to jest masa wątpliwości czy to dzieło boskie czy szatańskie, czy po prostu ktoś się na tym dobrze wzbogacił. Przesłania „Gospy” banalne i mało przekonujące, nudne i powtarzają się.
    Lourdes i Fatima: wezwanie do modlitwy, pokuty, ofiarowania cierpień za grzeszników. Nie widzę tu nic ciekawego, moje serce nie jest poruszone. Teologicznie to mało inspirujące. Ale może na innych to działa. Mnie takie objawienia nie są potrzebne. Ludzie powinni zacząć czytać Biblię, a nie zachwycać się zachętami do różańca i postów i cierpień.

  31. Kochani !
    Rzeczywiscie mozna sie przestraszyc apokaliptycznych wizji !
    Szczegolnie tych zawartych w pierwowzorze jakim jest Apokalipsa sw. Jana. Tam tez katastroficzne wydarzenia i zionie smocza siarka.
    Rowniez w ewangeliach spotykamy podobne proroctwa , przestrogi Jezusa mowiacego o przyszlosci Jerozolim czy tego pokolenia.
    Dlaczego natchniony autor uzyl takiego jezyka ?
    Niewiedzial, ze bede to czytac pacyfistyczni, oswieceni Ludzie naszego wieku, ktorzy nie wierza w bajki i legendy (to slowo oznacza cos polecanego do czytnia – nie tresc mityczna!), ktorym te teksty nie pasuja di ich wizji historii i swiata.
    Dlaczego powstaly te teksty ?

    Natchniony autor chcal dodac przesladowanym, dyskriminowanym wspolwyznawcom otuchy. Miejcie nadzieje ten swiat nie bedzie trwal dlugo.

    Dokladnie tak samo jest z apokaliptycznym jezykiem objawien. Sczegolnie trudno jest o dokladna wykladnie (mowil Jezus o zburzeniu Jerozlimy w 70 r? Czy spalenie Paryza wg. La salette to robota prusakow czy komuny paryskiej w 1870?).
    Jest to nie istotne (tak jak niesitone jest czy pierwsze rozdzialy Genesis -prahistoria biblijna jest prawda historyczna).
    Nie o fakty i nie doslowna wykladnie bowiem tutaj chodzi !
    Chodzi o ducha przeslania. Jest to zawsze gleboko biblijne wolanie do nawrocenia !!!

    Zreszta:
    Poznacie ich po owocach.
    Jakie sa owoce La Salette, Medjguorie ?
    Pielgrzymki, modlitwa, spowiedzi (nawrocenia).
    I oczywiscie kalumnie.
    Co jest prawda ?

  32. Winny jestem panstwu wyjasnienia :
    celowo pokazalem rozroznienie miedzy redemptio i salvatio.
    Zbawienie jest celem. Rzeczywistoscia wtorna po odkupieniu. Owocem odkupienia.
    Zeby Bog mogl kogos zbawic, musial najpierw odkupic (w biblijnym sensie grzech zerwanego I przymierza; cien naduzytego zaufania ) – stac sie w Synu odkupicielem.
    Prosze zajrzec do koscielnej dogmatyki: mowi sie o tajemnicy odkupienia.
    Nawet JP II napisal encyklike Redemptor hominis w krorej jeden z pierwszych rozdzialow poswieca „tajemnicy odkupienia”.
    Zbawienie jest pojeciem zbiorczym (katechizmowa historia zbawienia).
    Kluczem jest odkupienie.

    Tak zgadzam sie pani Anno, to nie jest buddystyczne samozbawienie tylko przyjecie zbawienia od Boga, ktore przez odkupienie na krzyzu stalo sie faktem.

  33. Panie Jacku! Apokalipsa św. Jana była wizją mistyczną, którą przeżył i opisał Jan, natomiast w przypadku La Salette Maryja podyktowała komuś te słowa. To inna sprawa. Poza tym Apokalipsa kończy się szczęśliwie, natomiast w La Salette takiego happy endu nie widzę.

  34. Pani Anno, nie rozumiem roznicy, ktora pani widzi miedzy wizja na Patmos a La Salette.

    Widzacy z la Salette, tak jak Jan przezywaja wizje mistyczna.
    To jest ten sam apokaliptyczny (straszacy) jezyk.
    Zapisz co mowi duch do kosciolow. Placzaca Pani tez kazala dzieciom je dalej przekazac.

    La Salette jedank, to prawda, jest czasowo ograniczona i nie rosci sobie jak Apolkalipsa Jana przedstawienia wydarzen do konca swiata (z Happy endem).

    Takimi samymi wizjami sa np. prorostwa o papierzach Malachiasza (XII w.) czy Nostardamus (XVI w.).
    Niektorzy dopatruja sie ich spelnienia.
    Wierzcie, niewierzcie…

    „Nasze” objawienia (Biblia, La Salette, Fatima etc.) prowadza do przezycia wiary w kosciele i co najwazniejsze zostaly przez kosciol mniej czy wiecej autoryzowane !

    Powiem wiecej.
    Kazdy z nas ma czy moglby miec podobne wizje, gdyby sie zaglebil sie w intensywny dialog z Bogiem

  35. Droga pani Anno !
    Jeszcze o chrzescij. faust-kat-protest. cierpiennictwie.

    Sadze, ze jest ono nie przypadkowe i wbrew temu co pani mowi gleboko biblijne.

    Prosze przeczytac lekcje Izajasza czytanego w wlk. piatek (piesn o cierpiacym sludze Jahwe: Jes 52,13-53,12). Najwazniejszy Tekst ST dla chrzescijan !
    Przeciez to historia pasji Jezusa.

    On sam wielokrotnie mowil o tym, ze bedzie wydany na smierc, zeby sie wypelnilo pismo (Lk 18, 31-34).

    Podsumowuje przeslanie Jezusa:
    swoje zycie na tym swiecie trzeba rozdac innym; stracic J 12,24-26

    i chyba najwazniejsza jego wypowiedz, gdzie On przyrownuje swoj los do naszego:

    kto chce isc ze mna musi sie siebie wyrzec, wziasc swoj krzyz i pojsc za mna (Mk 8, 34-36)

    do tego wystrzegajac sie grzechu:
    Jesli twoja reka, oko prowadzi ci do rzechu utnij, wylup je (Mk 9, 43n).
    Tamze tekst o niekonczacych mekach i ogniu piekielnym !!!

    Dalsza kontynuacje tego przeslania znajdujemy u wiekszosci mystykow.

    Czy sa to dla pani Anny niewygodne ewangelie ?

  36. Nie, nie są to niewygodne ewangelie. Te cytaty można jednak interpretować inaczej, niekoniecznie jako zachętę do cierpień. W moich artykułach pokazałam alternatywne interpretacje wielu z nich, w tym o niesieniu krzyża, zaparciu się siebie, straceniu życia etc. Nie będę tu teraz powtarzać, ale w skrócie Jezusowi chodzi o to, żeby nie uciekać przez życiem i tym, co ono niesie, stawiać czoła przeciwnościom, przeżywać codzienność, koncentrować się na chwili obecnej, starać się wyjść poza rzeczywistość czysto biologiczną, uwierzyć w istnienie rzeczywistości duchowej oraz w tajemniczy rozwój królestwa w nas i wokół nas. Natomiast teksty o wyłupianiu oka są to hiperbole, chętnie używane w tamtej kulturze, polegające na przesadzie w celu zwiększenia wrażenia. Jak poeci barokowi przesadzali z określeniami, tak i ludzie czasów Jezusa też lubili przesadzać, aby coś podkreślić i uwypuklić.

  37. Jan widział te rzeczy w wizji, natomiat płacząca Maryja je podyktowała dzieciom. Dzieci spisywały jej słowa, a nie wizje, których same doświadczyły. To jest różnica.

  38. Droga pani Anno !
    Ma pani racje z hiperbolami.
    Nie sa one tam bez powodu.
    Maja one role przestrogi przed grzechem.
    Ale dlaczego mamy wystrzegac sie grzechu/zlego ?
    Czasem jest ono bardziej przyjemne od przestzegania przykazan dekalogu.

    Czym jest dla Pani grzech ?
    Czy i w jaki sposob czlowiek grzeszy ?
    Czy Bog przejmuje sie naszymi grzechami ?

  39. Slowa „nie wodz nas na pokuszenie i zbaw nas od zlego”, chyba najlepiej oddaja co chcialbym w pytaniu o grzech wyrazic.
    Sa bowiem przeciwienstwem „badz wola Twoja”.

    W konfrontacji z diabolos jest ucieczka (przed/od swiata – w rozumieniu janowym swiata, jako stojacego w mocy zlego !) uzasadniona ?

    Pytanie o grzech jest pytaniem o odkupienie/w konsekwencji zbawienie/ i rozgrzeszenie (przez Kogo i po co ?)

    Salvifici doloris JP II interpretuje rozne teksty cierpientnicze Biblii pod katem winy, kary, proby – bez jednoznacznego wypowiadania sie po ktorejs z interpretacji.
    misterium iniquitatis pozostaje tajemnica (nie, ze nie ma odpowiedzi – nie ma jednoznacznej odpowiedzi).
    Chrystus jednak przez swoje nie przypadkowe cierpienie uswiecil.
    Nie zaakceptowl czy pochwalil tylko wywyzszyl.
    To jest w kosciele jedna z prawd wiary !

  40. Wiadomo jednak, że człowiek rzadko kieruje się natychmiastową przyjemnością, ponieważ jest istotą myślącą i wie o ich konsekwencji. Mówiąc o grzechu i czym on jest wkraczamy na całe wielkie nowe obszary. Nie wiem, do czego pan zmierza z tym grzechem. Grzech dla mnie to zło, które człowiek wyrządza innym i sobie. Dlaczego mamy się go wystrzegać? Ponieważ ma on dla nas samych złe konsekwencje, odbiera nam bożą łaskę, stan szczęścia którego możemy doświadczyć, jeśli czynimy dobro, a nie zło. Zło nas dołuje, prowadzi w zasadzki, zabija. Oczywiście, że człowiek grzeszy. Jezus przyszedł do grzeszników i mówił, że Bóg jest dla nich dobry. Od grzechu nie ma ucieczki, bo jesteśmy ułomni i dalecy od doskonałości. Nawet święci są grzesznikami. Bóg jednak mówi: nie martwcie się swą grzesznością, kocham was tak samo grzesznikow jak i sprawiedliwych. Zawsze tak samo. Moja miłość nie zależy od tego, czy grzeszycie. Bóg przejmuje się naszymi grzechami i chce, żebyśmy porzucili zło, bo dobro jest takie piękne i dające szczęście i radość. Bóg się smuci, że ludzie tego nie rozumieją.

  41. To znaczy uważa Pan, że prawdą wiary jest to, że Chrystus uświęcił cierpienie? Co to znaczy? Ja nie znam takiej prawdy wiary, ze cierpienie jest święte czyli ma atrybut sacrum.

  42. Pani Anno
    Dziwie sie, ze pisze pani o grzech jako o objawie zla.
    Dla wielu ludzi zdrada malzenska albo oszukanie kogos jest zrodlem wielkiej przyjemnosci i zadowolenia.

    Dlaczego grzech ma byc grzechem, czyms zlym.
    Wielu – postepujac wedlu swojego sumienia (!) nie widzi w tym czegos zlego.
    Ulubiony temat Benedykta: relatywizm moralny.
    W wielu panstwach aborcja, eutanzaja (dla nas chrzescijan objektywne zlo) sa dozwolone w majestacie prawa panstwowego; staly sie obowiazujaca norma moralna – nie sa przestepstwem tylko prawem czlowieka (!) tak jak wczesniej przez chrzescijan kontestowane sluby cywilne czy rozwody.

    Pisze o tym grzechu, bo swiadomosc jego wiaze sie ze swiadomoscia leku albo kary za grzech.
    i tu ladujemy juz w calej problematyce cierpietnictwa (znam wasz blog dopiero od 2 Tyg. – fajnie – choc sie nie zgadzam – to pani opisala w Imitatio Christi a Kempisa, Dzeienniku duszy Lisieux i Faustyny).

    Jesli dopuszczamy istnienie grzechu jako czegos zlego i przeciwnego woli bozej to musimy wystrzegasc sie/bac sie grzechu (dlatego Jezus uzyl tych hiperboli).
    Czyzby obawy i patologiczny lek przed swiatem a kempisa, malej Teresy , Faustyny i Klimaka byly uzasadnione ?
    U Mistyczki z Norwich (tak jak u Adreinne v Speyer!!!) pieklo jest puste.
    Origenes uwaza w swojej apokatakstazie calkowitej, ze i tak wszyscy zostali juz odkupieni i zbawieni (Hitler, Pol Pot, Stalin i jakis dusiciel-pedofil w niebie?).
    Dlatego nie potrzebne jest cale koscielne moralizowanie/straszenie.
    Rubta co chceta ???

  43. Chrystus uswiecil cierpienie.
    W salvifici doloris JP II czytamy, ze cierpienie ma sens zbawczy.
    W tekscie rytualu sakramentu malzenstwa czytamy, ze Jezus przez swoja obecnosc na weselu w Kanie Gal. uswiecil malzenstwo i podnosl do rangi sakramentu.

    W Salvifici doloris czytamy, ze przez krzyz tzn. przez cierpienie dokonalo sie zbawienie.
    Jezus uswiecil wiec ta droge.
    Jest to tajemnica milosci.
    Z milosci jestesmy gotowi cierpiec dla innych.

    Nie jest to bowiem cierpiennictwo: cierpienie dla samego cierpienia, tylko cierpienie dla kogos w imie czegos. To ma calkiem inny sens.
    Cierpienie zostaje bowiem przezwyciezone przez milosc, wypala sie, niejako zatrzymuje sie na cierpiacym
    Np. sw. Masksymiliam M. Kolbe.
    „Jestem kaplanem katolickim , chcem przyjac kare( cierpienie) za tego czlowieka (ojca rodziny Franc. Gajown.) Chcesz za niego umrzec ? – zapytal zdziwiony ss-man.
    Czy jest dla pani postawa Maksymiliana pustym cierpiennictwem (Bog chce bysmy nie umartwiali lecz zyli i ratowali swoje zycie) ???
    Martyrologium 7 braci z ich matki z 7. rozdzialu 2. ksiegi machabejskiej ?
    Fundamentalistyczny fanatyzm ? Przyczynek do bestialskiej teologii cierpienia ?
    JP II powiedzal, ze jesli ktos gotowy jest umrzec za wiare to zmusza to do zastanowienia.
    Krew meczennikow, nasieniem wiary ? Janowe ziarno musi obumrzec by wydac plon ?
    Jak pani zinterpretuje cierpietnnictwo pierwszych meczennikow ?
    Czy tzw. lapsi (ci korzy poszli na kompromis) postapili lepiej, wedlug V. przykazania ?

  44. Panie Jacku,
    Pisze Pan na każdy temat, więc nie ogarniam już wątków, które Pan porusza. Bardzo proszę skoncentrować się na jednej dyskusji i wyrażać swe myśli w sposób bardziej staranny, ponieważ nie wiem już zupełnie, do czego Pan zmierza. W dyskusji musi być jakiś temat przewodni, a Pan skacze z kwiatka na kwiatek bez wyjaśnień. Jest mi trudno dyskutować z takim nieuporządkowanym nadmiarem myśli.

  45. Pani Anno caly czas pisze o sensie cierpiena.
    Tylko to mnie interesuje.
    Cierpienie moze miec sens.
    (JP II Sal. doloris szeroko to naswietla)

    Papiez Franciszek napisal, jeszcze jako Kardynal (ksiazka wywiad z S. Rubin i F. Ambrogettii 2009 – nie wiem czy jest po polsku) , ze „cierpienie nie jest wartoscia w sobie, ale moze byc cnota (zasluga) w rzeczywistosci, ktorej doswiadczamy. Naszym powolaniem jest pelnia szczescie, ktorego granice stanowi cierpienie. Dlatego trzeba zrozumiec sens cierpienia”.

    Podalem wczesniej kilku swietych ktorzy stali sie przez cierpienie.

    Dla pani, jak zrozumialem, cierpienie jest pozbawione sensu. Nawet pasja Chrystusa byla dla pani – jak zrozumialem – niekoniecznym przypadkiem.
    Franciszek pisze, ze „pelny sens cierpienia mozna zrozumiec tylko przez cierpienie Chrystusa”.

  46. Estel, dzięki Twoim tropom rozszerzyłam swoją listę przyczyn mistycznych aberracji. Do przyczyn psychologicznych i ideologicznych należy też dodać przyczyny fizyczne, takie jak choroby somatyczne bądź psychiczne. Św. Teresa z Avila i Katarzyna ze Sieny miały anoreksję. Być może też św. Teresa z Lisieux. Św. Faustyna i Teresa z Lisieux miały gruźlicę. Gruźlicę miał także Chopin. Oto co pisze o gruźlicy Adam Zamoyski w biografii Chopina: „Suchoty są chorobą fascynującą, dlatego że całkiem niezależnie od objawów fizycznych ma ona głęboki wpływ na charakter i zachowanie tych, których atakuje i wiadomo, że po pewnym czasie potrafi zmienić ich osobowość. Przede wszystkim skłania ich do odizolowania się i czyni z nich egocentryków, często w stopniu paranoicznym. Wyostrza wrażliwosć, a czasem apetyt i świadomość seksualną. Zaburza równowagę umysłową, prowadząc do przywidzeń i gwałtownych huśtawek nastroju, od depresji do euforii, od apatii do podniecenia, od lenistwa do gorączkowych ataków pracowitości. Symptomami zewnętrznymi są także nerwowość, niepokój, szaleństwo i napady wściekłości. Choroba wynagradza też czasem spustoszenia, które czyni, wywołując stan halucynacyjnego upojenia w okresie wielkich cierpień fizycznych i intensywne wybuchy energii twórczej w momentach, gdy pacjent zbliża się do śmierci”. Faustyna właśnie po okresach najwyższego cierpienia doznawała rozkoszy zjednoczenia z Jezusem. Św. Teresa na przemian noce ciemne pocieszenia. Jest to ogromny materiał do analizy.

  47. Bóg może wykorzystać i chorobę człowieka, by głosić swoją chwałę, mówi się, że św. Paweł cierpiał na epilepsję (nie wiem jednak czy jest w tym jakaś część prawdy, czy można to orzec na pewno).
    Kryterium tego, czy tak się dzieję powinna być chyba zgodność wizji, przeżyć z Ewangelią. Jeśli ciągłym motywem jest ukazywanie Jezusa skrajnie innego niż w Ewangelii, to można mieć poważne wątpliwości. Wiem, że każda epoka, wychowanie, kultura ma swój język, znam te argumenty. Ale nawet prostym, czy też egzaltowanym językiem można mówić prawdy, które nie są sprzeczne z tym co mówi Pismo Św.

  48. Bardzo ciekawy tekst. Mam identycznie wątpiwości i rozterki jak Autorka tej interesującej analizy. Problemu by nie było, albo byłby mały, gdyby to był jakiś tam lokalny kult, ale sprawa s. Faustyny (Heleny Kowalskiej) stała się już potężna i rozlała na cały Kościół. Niemal w każdym kościele obraz „Jezusa miłosiernego”. Problem: albo coś jest prawdą, albo nie jest. Jeśli to wymysły (bądź zwidy spowodowane chorobą), to… no właśnie, co z tym zrobić? Przecież sprawa nabrała wielkiej wagi i s. Faustyna stała się jedną z najbardziej znanych postaci. Chciałbym w Kościele tylko prawdyt…

  49. Danielu, mnie też to niepokoi. Ludzie traktują kult Faustyny bardzo powierzchownie, nikt się nie wczytuje w Dzienniczek. Ale czy całej naszej religii nie traktują powierzchownie? To jedna sprawa. Dlaczego Faustyna tak się spopularyzowała w Kościele? Bo główne hasło: miłosierdzie, jest bardzo potrzebne w Kościele, który głosił raczej karę i sprawiedliwość. Ten brak trzeba było jakoś załatać, tą dziurę win i grzechów zalać miłosierdziem. Dlatego przesłanie miłosierdzia tak się rozlało. Tak myślę. Co to miłosierdzie jednak znaczy na głębszym poziomie dla człowieka, tego wielu nie analizuje. A może dobrze, że ta idea miłosierdzia oderwała się niejako od samej osoby Faustyny i jako „osobna” może nabierać lepszych kolorów?

  50. Kurcze, może tak być. Są też podejrzenia, że cały kult miłosierdzia włącznie z Dzienniczkiem zostały sfabrykowane przez Kościół po wojnie w jakichś politycznych celach, potem celowo zakazano, a potem przywrócono. pisze o tym wojciechowska na blogu „manipulacje religijne”. np. scena z Piłsudskim który o mało co skończyłby w samym piekle mogła posłużyć komunistom do tego, żeby zdyskredytować całe rządy międzywojennej sanacji, a tym samym wylegitymizować powojenny nowy ład polityczno-społeczny w PRL, itd.

  51. Czytam i nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Po pierwsze w to, że dążenie do samodoskonalenia może mieć „tragiczne konsekwencje”. To, o czym piszesz, to nic innego jak superego. Dążenia i ideały, którymi człowiek pragnie się kierować w życiu. Jak chęć urzeczywistnienia tego, choćby w niepełnym stopniu miała być zła?
    Po drugie zaś w to, że można spierać się z faktami dokonanymi. Siostra Faustyna Kowalska została już uznana za świętą. Oznacza to, że jej poglądy, pisma i mowy zostały prześwietlone tak dogłębnie, jak rzadko ma to miejsce w normalnym życiu. Poza tym analiza ta nie została dokonana przez „fachowców” skrzykniętych na ulicy, lecz przez autorytety Kościoła.
    Możesz więc dalej uważać objawienia Faustyny za „piekielne”-pamiętaj tylko, że w ten sposób sprzeciwiasz się już uznanej prawdzie.

  52. Nie należy z góry akceptować autorytetów, ale myśleć samodzielnie. Ci, którzy potrafią i są zdolni do myślenia samodzielnego tworzą coś nowego i są wierni sobie. Czy z tego, że lubię filozofię i że np. Platona wychwalają za bycie wielkim filozofem oznacza, że ja mam się z Platonem zgadzać? Nie. Czy to, że jacyś ludzie przekopali się przez sterty dokumentów o Faustynie oznacza, że muszę się z nimi zgadzać? Nie. To nie jest matematyka ani nauki ścisłe. To moje osobiste zdanie, poparte argumentami. Więc jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia w sprawie obalenia moich argumentów to zapraszam do podzielenia się swoimi przemyśleniami.

  53. Warto też zapoznać się z uwagi o. Augustyna, co do oceny „O naśladowaniu Chrystusa”. Ja też uważam, że uwagi p. Anny więcej mówią o jej osobistym poszukiwaniach i wątpliwościach, niż o mistyce oblubieńczej, która trzeba interpretować, ze stosowną hermeneutyką.

    „Przy lekturze Tomasza a Kempis czytelnicy popełniają często dwa błędy. Pierwszy to zarzucanie Tomaszowi promocji cierpiętnictwa. Anna Connolly, publicystka zainteresowana duchowością, bardzo surowo ocenia O naśladowaniu Chrystusa. Uważa, że „jest ono jednym z najbardziej dominujących świadectw cierpiętnictwa w chrześcijaństwie”, które wiąże się z „zanegowaniem wartości człowieka oraz świata doczesnego, skrajnym odsunięciem się od ludzi i spraw «tego świata»”.

    Connolly w swym opracowaniu przytacza najpierw fragment książeczki, a następnie opatruje go własnym komentarzem. Oto przykład: „Wszystko masz znosić chętnie dla miłości Boga – i trudy, i bóle, i pokusy, i udręki, niepokoje, niedostatki, choroby, krzywdy, obmowy, zarzuty, poniżenia, upokorzenia, kary, lekceważenie. Wszystko to umacnia dzielność, wszystko to czyni żołnierzem Chrystusa, wszystko to splata dla ciebie wieniec zbawienia”11. „Jak by wyglądało nasze społeczeństwo zdominowane przez fanów Tomasza? – pyta Anna Connolly. – Dla chwały wiecznej chorzy umieraliby nieleczeni, smutni popadaliby w depresję, głodujący gniliby na ulicach Kalkuty, niesprawiedliwie oskarżani cierpieliby w więzieniu. Co by było, gdyby społeczności nie przeciwstawiały się cierpieniu? Wyginęłyby zapewne, osiągnąwszy po śmierci życie wieczne. Czy o to chodziło Jezusowi? Czy przechodził obojętnie wobec cierpiących?”.

    Tego typu komentarze dawane do wyrwanych z kontekstu zdań nie są tak naprawdę interpretowaniem tekstu, a raczej bezpodstawnym przypisywaniem autorowi własnych myśli, obaw i niepokojów. Gdy w duchowości lekceważy się wymiar wertykalny, czyli odniesienie do Boga, na rzecz wymiaru horyzontalnego, czyli odniesienia do bliźnich i rzeczywistości ziemskiej, książeczka De imitatione Christi staje się lekturą nie tylko zacofaną, lecz wręcz niebezpieczną i szkodliwą dla ludzkiego szczęścia na ziemi.

    O naśladowaniu Chrystusa to lektura mistyczna, która wzywa ucznia Jezusa do całkowitego oddania Mu wszystkiego. Jednak nie tylko nie odwodzi go to od bliźnich i rzeczywistości ziemskiej, ale wręcz przeciwnie – prowadzi go do nich. Wielcy mistycy, jak chociażby z ostatnich wieków: Mała Teresa od Dzieciątka Jezus, Ojciec Pio, Matka Teresa z Kalkuty, Siostra Faustyna Kowalska, Marta Robin, byli ludźmi wielkiego apostolskiego czynu. Uczeń naśladujący wiernie Chrystusa dostrzega Go bowiem spontanicznie w każdym człowieku ubogim, wykluczonym, głodnym, spragnionym, nagim. Miłość do Chrystusa nie gasi, ale potęguje i rozwija miłość do bliźnich. Ubodzy i odrzuceni stają się dla ucznia Jezusa Jego wcieleniem”.

    http://www.zycie-duchowe.pl/art-7536.de-imitatione-christi-tomasza-kempis.htm

  54. Tertium datur…

    Braki w refleksji p. Connolly to zresztą nie tylko nieobecność właściwego klucza hermeneutycznego i nieznajomość mistyki oblubieńczej, ale też redukcjonizm – próbuje kreślić integralną sylwetkę św. Faustyny na podstawie cytatów z dzienniczka. Tymczasem, choćby w procesie beatyfikacyjnym, zebrano mnóstwo świadectw towarzyszy jej życia, które rozwiewają wątpliwości i zarzuty p. Connolly. Nie była Faustyna taką, jak chce ją widzieć Autorka.

    Całość wywodu p. Anny przypomina analizę śp. prof. Strojnowskiego. Pamiętam, gdy ukazał się jego kontrowersyjny artykuł. Byłem wtedy nim poruszony, bo też źle mi się czytało dzienniczek, a moje ówczesne myśli oscylowały wokół tez stawianych przez p. Connolly. Dopiero całościowa i integralna lektura, bez przed-założeń w którąkolwiek ze stron, pozwoliła na przełom i zaprzyjaźnienie się z Faustyną. Tam znalazłem też niesamowitą teologię nadziei: „Dusza będzie potępiona tylko ta, która sama chce, bo Bóg nikogo nie potępia” (Dz 1452).

    Wracając jednak do Strojnowskiego… i posiłkując się książką Czaczkowskiej (s. 279 n.) Profesor postawił tezę o cyklofrenii Faustyny. Nawet to było jej zarzucane. Mimo tego, że badania psychiatryczne za jej życia wykazywały „doskonały stan zdrowia psychicznego”. Słynny francuski grafolog Trillat w 1966 opiniował: „Pracowita, z uśmiechem…. Uczuciowość znaczna, ale wielkie wyrównanie duchowe….. Wniosek: głębokie natchnienie, które przerasta rozum i zrozumienie ludzkie”. Strojnowski umarł tuż po publikacji artykułu i nie miał szans na polemikę, w którą wkroczyła doktor Henryka Machej, wieloletni pracownik krakowskiej kliniki psychiatrycznej, specjalista od cyklofrenii. Pani Machej stanowczo utrzymywała: „ani w piśmiennictwie, ani w linii życiowej Siostry Faustyny nie znajduję podstaw do przypisywania jej jakiejkolwiek psychopatologii, nie tylko ciężkiej. […] Była osobowością psychologicznie spójną”.

    Od strony naukowej polecam opracowanie:
    Doświadczenie mistyczne a norma psychiczna na przykładzie świętej siostry Faustyny Kowalskiej / Anna Maria Nicola Tokarska ; Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II.

    http://gloria24.pl/doswiadczenie-mistyczne-a-norma-psychiczna

  55. Czy ma Pan jakieś streszczenie tej książki „Doświadczenie mistyczne a norma psychiczna”? Albo artykuł na ten temat? Na temat artykułu o. Augustyna wypowiem się wkrótce.

  56. Tak to już jest ze specjalistami, dwóch lekarzy siądzie przy stole, każdy mówi co innego i skąd wiedzieć który ma rację. Ja się przy ocenie św.Faustyny a raczej jej dzieła nie kierowałam nigdy opiniami kogokolwiek, sama treść koronki kłóci się całkowicie z moim pojmowaniem chrześcijaństwa i idei ofiary Chrystusa, zwyczajnie przeszywa mnie coś niedobrego jak mam w koronce przebłagiwać Boga za pomocą ciała i krwi jego Syna. Faustyna cierpiała i taką drogą szła do Boga, ktoś kto mało cierpi i fizycznie i psychicznie będzie szedł do Boga drogą afirmacji i radości, a cierpienie uzna za przeszkodę w relacjach z Bogiem. Moim zdaniem Anna napisała to tak jak ona CZUJE i wytykanie czy był klucz hermeneutyczny czy nie wręcz nie pasuje do artykułu który głównie bazuje na własnych odczuciach a co za tym idzie ocenach dzieła Faustyny. Ja to tak przynajmniej rozumiem.

  57. Tak, dzięki, Estel. Nie interesował mnie klucz hermeneutyczny. Można by przyjąć, że mam osobisty klucz hermeneutyczny, a jest nim mój rozum i serce. Taki oto dziwny klucz. Moja praca opiera się głównie na Dzienniczku, ponieważ jest to jedyne dzieło, jakie zostawiła po sobie Faustyna. Książkę Czaczkowskiej czytałam również, ale Czaczkowska nie zajmuje się w ogóle teologią Dzienniczka. Czytając Dzienniczek czułam całą sobą wewnętrzny sprzeciw wobec zawartych tam myśli. Ale nie mam nic przeciwko temu, żeby inni stosowali swoje własne klucze hermeneutyczne. Każdy człowiek przepuszcza dany tekst przez własną wrażliwość i albo może go znieść, albo nie. Dzienniczka znieść nie mogę, nie chcę i jest on szkodliwy dla mojej duszy. O tym jestem przekonana.

  58. Daję tutaj swój wpis, ponieważ pod tym tekstem toczy się dyskusja, ale mój komentarz dotyczy Naśladowania Chrystusa.

    Polemika z artykułem o. Augustyna z „Życia duchowego”:

    o.Augustyn: „Tomaszowi a Kempis obca jest jakakolwiek przemoc. Autor szanuje wolność czytelnika, odwołuje się nie do jego lęków, a do miłości, jaką Chrystus go kocha i tej, którą on sam winien Go pokochać, by móc Go naśladować”

    Ja uważam, że Tomasz odwołuje się do lęków, przynajmniej czasami:
    „Grzmią nade mną Twoje wyroki, Panie, aż moje kości drżą ze strachu i lęka się we mnie bardzo dusza. Stoję struchlały i myślę, że nawet niebiosa nie są w Twoich oczach bez skazy”.

    o.A: „Wielu niesłusznie oskarża Tomasza a Kempis, że posługuje się stylem imperatywnym, który nie znosi sprzeciwu, stąd też budzi poczucie winy i naciska na ludzkie sumienia”.
    Ależ właśnie budzi poczucie winy: weźmy takie cytaty: „Nauczę cię – mówi Prawda – co jest słuszne i dobre w moich oczach. Uprzytomnij sobie swoje winy z wstrętem i żalem i nigdy nie dopuść myśli, że jesteś kimś przez to, co zdarza ci się uczynić dobrego. W istocie jesteś grzeszny, podległy namiętnościom i uwikłany w sobie.
    Sam z siebie nie osiągasz niczego, od razu się chwiejesz, od razu upadasz, od razu wpadasz w rozterkę, od razu rezygnujesz. Nie ma w tobie nic, czym mógłbyś się chlubić, jest natomiast wiele tego, co czyni cię nędznikiem, bo jesteś słabszy niż sam o sobie mniemasz”.

    o.A: „Tomaszowi a Kempis nie chodzi o gloryfikowanie cierpienia, poniżenia i trudu. Nie promuje on także pogardy dla ciała i codziennych radości życia, ale podaje mistrzowską receptę – jak podkreśla już sam tytuł – na wierne „naśladowanie Jezusa”, w centrum którego jest miłość”.
    Jakże to nie gloryfikuje cierpienia? Jakże nie promuje pogardy dla ciała i radości? Weźmy następujące cytaty:
    „Żal otwiera nas ku dobremu, co tracimy zwykle przez zobojętnienie. To dziwne, że człowiek może się tutaj tak świetnie weselić, skoro już zna i rozumie swoje wygnanie i wszystkie niebezpieczeństwa grożące duszy”.
    „Tylko przez wielkie cierpienie można wejść do Królestwa niebieskiego”.

    „Nic nie jest milsze Bogu i nic dla ciebie bardziej zbawienne na świecie niż chętne znoszenie cierpienia dla Chrystusa. A nawet gdybyś mógł wybrać, powinieneś pragnąć raczej cierpieć dla Chrystusa niż cieszyć się i radować, bo przez to upodobnisz się bardziej do Niego i do wszystkich Jego świętych. Nasze zasługi i doskonałość nie zależą od szczęścia i radości, ale raczej od umiejętności przyjmowania ciężarów i nieszczęść.
    Gdyby była jaka lepsza i skuteczniejsza droga dla człowieka niż cierpienie, Chrystus ukazałby nam ją słowem lub przykładem. A przecież idących za nim uczniów i wszystkich, którzy chcieli postępować za nim, wyraźnie zachęca do niesienia krzyża”.

    o. A: „Przy lekturze Tomasza a Kempis czytelnicy popełniają często dwa błędy. Pierwszy to zarzucanie Tomaszowi promocji cierpiętnictwa. Anna Connolly, publicystka zainteresowana duchowością, bardzo surowo ocenia O naśladowaniu Chrystusa. Uważa, że „jest ono jednym z najbardziej dominujących świadectw cierpiętnictwa w chrześcijaństwie”, które wiąże się z „zanegowaniem wartości człowieka oraz świata doczesnego, skrajnym odsunięciem się od ludzi i spraw «tego świata»”.
    Connolly w swym opracowaniu przytacza najpierw fragment książeczki, a następnie opatruje go własnym komentarzem. Oto przykład: „Wszystko masz znosić chętnie dla miłości Boga – i trudy, i bóle, i pokusy, i udręki, niepokoje, niedostatki, choroby, krzywdy, obmowy, zarzuty, poniżenia, upokorzenia, kary, lekceważenie. Wszystko to umacnia dzielność, wszystko to czyni żołnierzem Chrystusa, wszystko to splata dla ciebie wieniec zbawienia”11. „Jak by wyglądało nasze społeczeństwo zdominowane przez fanów Tomasza? – pyta Anna Connolly. – Dla chwały wiecznej chorzy umieraliby nieleczeni, smutni popadaliby w depresję, głodujący gniliby na ulicach Kalkuty, niesprawiedliwie oskarżani cierpieliby w więzieniu. Co by było, gdyby społeczności nie przeciwstawiały się cierpieniu? Wyginęłyby zapewne, osiągnąwszy po śmierci życie wieczne. Czy o to chodziło Jezusowi? Czy przechodził obojętnie wobec cierpiących?”.
    Tego typu komentarze dawane do wyrwanych z kontekstu zdań nie są tak naprawdę interpretowaniem tekstu, a raczej bezpodstawnym przypisywaniem autorowi własnych myśli, obaw i niepokojów. Gdy w duchowości lekceważy się wymiar wertykalny, czyli odniesienie do Boga, na rzecz wymiaru horyzontalnego, czyli odniesienia do bliźnich i rzeczywistości ziemskiej, książeczkaDe imitatione Christi staje się lekturą nie tylko zacofaną, lecz wręcz niebezpieczną i szkodliwą dla ludzkiego szczęścia na ziemi”

    Według mnie o. Augustyn nie zauważa, że sam podał tu wyrwany z kontekstu cytat, a przecież mój artykuł był podzielony na podrozdziały, z których jasno wyłaniała się moja interpretacja. Bezpodstawnie przypisuję autorowi własne myśli, obawy i niepokoje? W którym miejscu, proszę o przykład. Wydaje mi się, że każde moje zdanie ma swoją podstawę w tekście Tomasza. J. Augustyn zdaje się sugerować, że ignoruję wymiar wertykalny na rzecz horyzontalnego. Absolutnie się z tym nie zgadzam, natomiast uważam, że Tomasz ignoruje wymiar horyzontalny i to nagminnie. Czy występuje sprzeczność między wymiarem horyzontalnym a wertykalnym? W najgłębszym sensie duchowym chyba nie, ponieważ Tomasz jako mistyk powinien wiedzieć, że Bóg ma mieszkanie w sercu człowieka. Serce człowieka godzi sprzeczności.
    I zgadzam się ze stwierdzeniem, że książeczka De imitatione Christi jest „lekturą nie tylko zacofaną, lecz wręcz niebezpieczną i szkodliwą dla ludzkiego szczęścia na ziemi”. Chrześcijaństwo w wielu przypadkach winne jest takiej anty-ziemskiej, anty-ludzkiej perspektywy. Co nie znaczy, że błędów nie można naprawić.

    o. A: „O naśladowaniu Chrystusa to lektura mistyczna, która wzywa ucznia Jezusa do całkowitego oddania Mu wszystkiego. Jednak nie tylko nie odwodzi go to od bliźnich i rzeczywistości ziemskiej, ale wręcz przeciwnie – prowadzi go do nich”

    Jak to prowadzi do bliźnich i rzeczywistości ziemskiej? Proszę przeczytać poniższe cytaty!
    „Ci, którzy dla Twojej miłości wyrzekną się miłości ziemskiej, odnajdą dogłębną pociechę Ducha Świętego”
    „Uważaj za marność pociechę, która pochodzi od ludzi. Dusza miłująca Boga nie ceni tego, co mniejsze od Boga”.
    „Nic tak nie plami i nie oplątuje serca ludzkiego, jak niedobra miłość ziemska. Jeśli odejdziesz od zewnętrznych radości, będziesz mógł myśleć o rzeczach Bożych i cieszyć się szczęściem wewnętrznym”.
    „Szczęściem będzie ci porzucenie wszystkiego, co daje świat i odmowa wszystkich niskich zaspokojeń; a w zamian otrzymasz szczęście głębokie. A im bardziej odsuniesz się od radości, jakie dać mogą ci inni, tym potężniejsze szczęście odnajdziesz we mnie”.

    Gdyby o. Augustyn odniósł się do w.w. cytatów i wyjaśnił swoje stanowisko wobec siły argumentów Tomasza… Przecież ewidentnie Tomasz i o. Augustyn pozostają tu w sprzeczności!

  59. Nie uczciwiej będzie najpierw p. Anno przestudiować doktorat Tokarskiej, który koncentruje się na sprawie i obala kontrowersyjne tezy? Nie lepiej najpierw podjąć polemikę Henryki Machej, niż kurczowo trzymać się Strojnowskiego?

    Wywód śp. Profesora, jak i Pani, naukowo mają nikłą wartość, bo bazują na poważnym błędzie redukcji do wypowiedzi dzienniczka.

    W wolnej chwili postaram się odnieść do Pani interpretacji słów Faustyny, bo i ta jest niesprawiedliwa.

  60. Nie trzymam się kurczowo. Pokazuję tylko, że pewien profesor psychiatrii uważał, że Faustyna miała zaburzenia psychiczne.
    Książkę Tokarskiej dopiero sobie kupiłam, dzięki Panu. I jak ją przestudiuję to będę mogła coś napisać. Trochę to musi potrwać, bo ma 300 stron.
    I sprawa zasadnicza – ja nie pretenduję do naukowości.

  61. Ja wcale nie zakładam, że w dziele Faustyny nie ma bożej „ręki”, przecież z tych morderczych zmagań wewnętrznych w końcu wyłania się obraz Jezusa miłosiernego i ogrom ludzi zna tylko ten obraz i stwierdzenie, że Bóg wybacza ludziom wszystko, przecież w Dzienniczek wczytuje się niewiele osób, co może i dobrze bo pewnie sporo osób by się wystraszyło i dostrzegło, że spojrzenie miłości z obrazu zbytnio nie pasuje do opowieści Jezusa (z wizji ) jak to chciał wielokrotnie karać świat, ale dzięki jednej wybranej siostrze tego nie robi…Myślę, że jest tyle typów religijności, że dla wielu z nich treść Dzienniczka jest oczywistością i wyobraża to czego naucza KrK, dla wielu jednak te treści wieją grozą i nie zgadzają się z fundamentami postrzegania wiary i relacji z Bogiem. Bóg mógł działać przez Faustynę-dlaczego nie? Przecież nie każdy chrześcijanin wie co to klucz hermeneutyczny, czy redukcja do wypowiedzi Dzienniczka i mnóstwo wiernych nie zastanawia się nad treścią dzieła Faustyny bo albo go nie zna i znać nie potrzebuje albo zna i uważa, że przecież tak właśnie kropka w kropkę wygląda relacja Boga do człowieka. Uważam, że głosy takie jak Anny są potrzebne, żeby człowiek zastanowił się nad tym, że rzeczywistość wiary może być dużo bardziej złożona niż klękanie o 15 do wynagradzania Bogu za grzechy świata.

  62. Może są dwa rodzaje wiary: pierwsza typu „nie wdaję się w szczegóły, nie zadaję pytań i to mi wystarcza, co mówi autorytet Kościoła”, a druga typu „szukam dziury w całym, badam szczegóły, tropię niespójności”. Mnie dano ten drugi rodzaj wiary.

  63. Zaczęłam lekturę Tokarskiej. Praca ta wydaje się kompilacją cytatów z ponad 300 źródeł podanych w bibliografii na 16 stronach! Razi od początku ciężkim językiem żargonu naukowego, na razie nie budzi mojego zainteresowania. Ale brnę dalej…

  64. Oczywiście, że ta praca ma charakter naukowy Pani Anno, ale może trzeba wyrzec się przed-założeń, a w metodologii naukowej zobaczyć szansę na ewentualną weryfikację własnych poglądów? Zawsze istnieje ryzyko projekcji własnych „wizji” na wizję Boga czy świętych. Stąd warto dyskutować.

    Bardzo ważną jest deklaracja o statusie metodologicznym Pani wypowiedzi.

    Estel – dzięki za mądry głos.

    Powodzenia w lekturze Pani Anno.

  65. PS. Mankament jedyny Pani Anno, że choć nie pretenduje Pani do naukowości, to jednak tworzy takie wrażenie, choćby na zestawianie Faustyny z książką wielkiej Horney. Co bezpieczniejsze, która droga – przyłożenie jednej linijki czy konfrontacja z 300 pozycjami naukowymi :-)? Raczej to drugie.

  66. Pani Henryka Machaj zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż s. Tokarska, pisze lepiej i przejrzyściej, mówi od siebie. Jednak nie zgadzam się z nią w wielu sprawach. Tu link do jej artykułu:
    http://spch-krakow.pl/text/h_machej_mistyka.pdf

    Rozśmieszyło mnie, że można mieć „ruchy zakonne”! Czy ktoś mnie może oświecić, co to znaczy? Ale poważniejsze sprawy:
    1. Czy opieranie się na Janie od Krzyża jest „naukowe”? Czy był on psychiatrą?
    2. Pani Machej twierdzi, że „jedynym honorowym wyjściem dla psychiatry czy psychologa jest przyznanie przeżyciom mistycznym statusu wyjątkowości i zaniechanie zwykle stosowanych kategorii opisowych, diagnostycznych”. Dlaczego wobec tego i jej i siostrze Tokarskiej tak bardzo zależy na udowodnieniu dojrzałości psychicznej Faustyny w oparciu o te kryteria? Jak naukowiec może twierdzić coś takiego???
    3. H.M. twierdzi, że mistycy „dalecy są od przypisywania sobie nadzwyczajności”. W moim artykule udowodniłam, że Faustyna to właśnie robiła!
    4. Dalej pisze, że warunkiem uznania prawdziwości przeżyć mistycznych jest ich zgodność z nauką Kościoła – i jak powyżej z mojego opracowania wynika, że nauka Faustyny w wielu miejscach jest sprzeczna z nauką Kościoła.
    5. Kolejne kryterium – owocność dla dusz i wpływ pozytywny na innych – tu mnie Faustyna zawiodła na całej linni, od czytania jej Dzienniczka moja dusza umiera w mękach.

  67. Ad. 1. i ad. 2. Dobry naukowiec Pani Anno przykłada właściwą miarę metodologii. Pani tego nie robi, a oczywistym jest w wypadku mistyki klucz poprawnej interdyscyplinarności. Mistyką zajmuje się nauka, która nazywa się teologią duchowości i opiera się o słuszny rygor badawczy. No, chyba, że uznaje Pani jedynie scjentystyczne paradygmaty nauki. Tyle, że moim zdaniem nie jest Pani konsekwentna: nie pretendując do naukowości, zabiera się za jej ocenę.
    Ad. 3. Chciałbym napisać może jeszcze kiedyś o tym szerzej, ale klucz w tym, że wiele cytatów, którymi Pani się posługuje w argumentacji wcale, moim skromnym zdaniem, nie wzmacnia Pani tez. Personalistyczna duchowość, ba – dar chrztu świętego, bycie znanym po imieniu, dar Bożej Opatrzności („u was zaś nawet włosy na głowie są policzone”) sprawia, że każdy z nas w Bogu jest wyjątkowy, nadzwyczajny i cała rzeczywistość łaski oraz dzieł Bożych jest jemu darowana i dedykowana. Proszę wierzyć, ja – jak ośmielam się mniemać – stabilny duchowo i psychicznie, w prostej i w niczym nienadzwyczajnej duchowości, moją relację opisałbym takimi właśnie jej słowami. Jedną tylko (póki co) próbę przywołam: w każdym i dla każdego, kto kocha, Bóg błogosławi ziemi. (Dz 431). Dla każdego z nas miłujących chce stworzyć nowy świat, piękniejszy od tego istniejącego, w którym mogłaby zamieszkać. (Dz 587) Z miłości ku mnie zstąpił z nieba, dla niej żył, umarł i stworzył niebiosa! (Dz 853). To są cytaty, które Pani wybrała, a które każdy ochrzczony i kochający Boga człowiek może śmiało powtórzyć.
    Ad. 4. Upsss… Wie Pani, „z mojego opracowania wynika…”. Oczywiście z szacunkiem dla Pani zainteresować teologicznych. Znów musiałbym się jednak rozpisywać, a zaglądam tu ad hoc, ale proszę o uznanie prostego faktu, że teologię Faustynu badali wybitni ludzie, poczynając od śp. prof. Ignacego Różyckiego. Bp prof. Wejman zrobił habilitację, ks. prof. Andrzej Witko przed laty swój doktorat. Mnóstwo opracowań w innych językach. Ma oczywiście prawo Pani się z nimi nie zgadzać…
    Ad. 5 Owocność dla dusz. Ruch milionów ludzi na ziemi, których pobożność ożywił ten kult. Ciągłe znaki i cuda – odeślę do świadectw z książki „Cuda świętej Faustyny”. Mój przyjaciel pracuje w hospicjum, znam też tamtejszych wolontariuszy i słuchałem wiele świadectw o owocności koronki w godzinie śmierci, według złożonej obietnicy. Ośmielę się powiedzieć, że przełom w mojej duchowości osobistej zawdzięczam również Faustynie.

  68. Moja też umiera od czytania Dzienniczka, ale uwielbiam obraz Jezusa miłosiernego, stąd przyjęłam sobie założenie że może jej „objawienia” mogą w jakiś sposób prowadzić do Boga, ale nie każdego w ten sam sposób. Ktoś będzie się przerażał opisami domagającego się różnych duchowych ekwilibrystyk Jezusa, ktoś zatopi się w Dzienniczku i uzna że to co tam napisane to duchowa uczta, inny uzna, że Faustyna jednak miała jakiś rodzaj zaburzeń, który UWAGA! Bóg wykorzystał aby szerzyć w końcu potrzebną światu wieść o nieskończonym miłosierdziu. Ja sobie przyjęłam, że Faustyna bardzo dziwnie pisała i często przeszkadza mi pomieszanie uznania swojej wielkości z nędzą, od tego dosłownie mam duchowe mdłości- taka karuzela- jak ona mogła to wytrzymać?!, ale w efekcie powstał piękny obraz i to jest dobry owoc jej „misji”.

  69. Estel, mnie uznawanie wielkości i nędzy duchowo niesie. To prawda już Pawłowa o ciągłym napięciu między pneuma i sarks, między ciałem i duchem. Wszelka (prosta i codzienna) wielkość we mnie rodzi się z łaski, budzi nadzieję, umacnia optymizm, stymuluje do walki. Nędza w postaci grzechu, słabości, niewiedzy, broni przed pychą, uwrażliwia na tak samo słabych jak ja, każe schodzić z piedestału, uczy pokory, ale też stymuluje do walki i współpracy z łaską. To prawda o życiu.

  70. Ja to doskonale rozumiem aczkolwiek Pana opis daleki jest od przemyśleń czy doznań Faustyny, myślę że jeśli jednego dnia zasiada się na ołtarzach a innego czuje jak ścierka do zmywania brudnych podłóg, to wydaje się co najmniej ogromnym przejaskrawieniem. Chodzi mi o ekstremalny brak równowagi emocjonalnej który wręcz wylewa się z kart Dzienniczka. Jednak podkreślę raz jeszcze- jestem w stanie uwierzyć, że potencjał Faustyny choćby intelektualny (Dzienniczek napisany jest pięknym językiem) mógł wykorzystać Bóg, żeby to podstawowe przesłanie o miłosierdziu poszło w świat. I nie miałabym raczej wątpliwości gdyby nie odrzucała mnie treść koronki, która kłóci się z moim pojmowaniem Odkupienia.

  71. Estel – tej wskazywanej nierównowagi emocjonalnej w życiu codziennym nie odnotował z tego co wiem żaden ze świadków jej życia. Więc stany te mierzyć trzeba nie psychologią, a kategoriami mistyki.
    Treści teologiczne koronki i wątpliwości co do nich wyjaśniono w sporze wielkich dogmatyków: polemizował ks. prof. Granat, odpowiadał (kiedyś też przeciwnik Faustyny) ks. prof. Różycki. Myślę, że jest sporo opracowań na ten temat. Warto wspomnieć, że treść wezwania „Ojcze przedwieczny” (co odkryto po latach) była tożsama z modlitwą, którą podał do odmawiania dzieciom w Fatimie nawiedzający je anioł.

  72. Dla mnie nie jest to żaden argument „za”, że anioł coś podobnego rzekomo mówił dzieciom, zważywszy na to że objawień maryjnych raczej nie uznaję, poza tym sam Kościół zaleca ostrożność w pokładaniu wiary w tego typu zjawiskach i sam się wewnętrznie spiera/spierał co do uznania niektórych. Ja inaczej pojmuję ofiarę Chrystusa niż wynika z treści koronki i już. W ogóle w sumie to z modlitw „gotowych” uznaję jedynie „Ojcze nasz” i pozdrowienie anielskie, więcej mi jakoś nie trzeba i wolę modlić się własnymi słowami, w ogóle nie podchodzi mi też powtarzanie formułek bo nie widzę w tym sensu.

  73. Niestety książka s. Tokarskiej nie spełnia wymogów naukowości. Po pierwsze teza, którą ma udowodnić jest jasna od początku: Faustyna była chodzącym ideałem cnót. Inny wniosek nie wchodzi w grę, ponieważ wtedy nikt by pracy s. Tokarskiej nie zaakceptował i nie wydrukował. Po drugie, s. Tokarska nie ma do powiedzenia od siebie nic. Kompiluje teksty z wielu wielu źródeł, czasem mam wątpliwości, czy sama rozumie to, co pisze. Jest to panegiryk, a nie rzetelna analiza. Wszystkie wątpliwości są umniejszane, pokryte drętwą mową pochwalną. Tylko w przypisach dowiaduję się, jaki był powód zakazu kultu miłosierdzia przez poprzednich papieży. Ponoć było to złe tłumaczenie, z którego wynikało, że Faustyna żąda kultu swojego własnego serca! Ale s. Tokarska nie przytacza żadnych szczegółow tego błędnego tłumaczenia. Jakie części Dzienniczka były tak przetłumaczone? Czy był to jedyny powód zakazu? Brak argumentacji i dokumentacji! Książka ta jest drętwa i nudna. Nie polecam.

  74. Faustyna, żyła na „dwóch przeciwstawnych biegunach nicości i wielkości” ponieważ takie są uwarunkowania ludzkiego bytu. Człowiek powołany do istnienia „z nicości” jest „niczym” wobec absolutnego, doskonałego Bytu jakim jest pan Bóg. Tu nie chodzi nawet o moralną grzeszność. Wszyscy św. mistycy (Jan od Krzyża, Paweł od Krzyża) kontemplując Boga odkrywali tę prawdę. Z drugiej jednak strony odsłania się tajemnica Bożej Łaski – Bożego Miłosierdzia, wynosząca człowieka i udzielająca mu życia Trójcy Przenajświętszej. To również tajemnica uniżenia się Boga w Jezusie Chrystusie – Jego zejścia do człowieka. Wewnętrznej spójności ludzkiego „ja” nie szukajmy w psychologizowaniu. Przecież w Ogrójcu nawet to „Ja” Syna Bożego „chwiało się” kiedy Jego ludzka wola doznawała tajemniczego oddalenia od Woli Ojca od własnej Boskiej Woli Odwiecznego Słowa. Jesteśmy wewnętrznie rozbici i poranieni, taka też była Helena Kowalska. Jednak Bóg zna nasze prawdziwe „ja” lepiej niż my samych siebie. Jego Miłosierdzie jest podstawą naszej nadziei. Św. Faustyna po Niepokalanej Dziewicy jest moją najukochańszą świętą a jej Dzienniczek najpiękniejszą duchową lekturą.

  75. Czytałam ten tekst i częściowo znałam te które nie znałam zaskoczyły mnie. Te słowa o wielkim cierpieniu św. faustyny to z pewnością nic innego jak kara za własne grzechy pychy o swojej wyniosłości, wielkości to tagże przeciesz jest grzechem. Oczywiście można ubłagać za grzechy innych Boga, Dobry Bóg jest miłosierny i wszystko jest możliwe dla Boga dlatego też te cierpienia które znosiła św faustyna równie z pokorą za swoje grzechy chciała wyprosić o przebaczenie innych. Ja tagże nie raz tak się czuję uważam że z miłości do rodziny, znajomych zwykły człowiek ma takie pragnienia jeśli żyje i pragnie żyć w Bogu i łasce uświęcającej. św. Faustyna wiele chciała przekazać ale nie wszystko tak doskonale, myślę że i tak bardzo ładnie napisała dziennczek. Napewno nie jest wyjątkowa jak opisała. Napewno chodziło jej tylko o wyjątkowość duszy w stanie łaski wyzbycia się grzechu. To i wiele innych dobrych czynów jest oznaką pragnienia i bycie godnym świętości. Najidealniejszą dla mnie osobą jest Jezus i jego Najświętsza Matka wszystkich darzy miłością Jezus i Maryja i napewno nigdy nie odrzuci żadnego grzesznika. Bóg jest wielki, wszechmogący, najukochańszy Ojciec, gniewa się na grzechy które człowiek popełnia bo pragnie zbawienia najgorszego grzesznika i jego nawrócenia i przeproszenia za złe czyny które są sprzeczne z wolą i miłością najukochańszego Boga Ojca.

  76. Pani Agnieszko, po pierwsze uwaga na ortografię! Także, przecież, na pewno – tak się pisze!
    Jakże to Bóg wielki najmiłosierniejszy i najidealniejszy się może tak okropnie gniewać? A Faustyna była według Pani taka pyszna, że Bóg miłosierny tak ją ukarał tym cierpieniem? Więc potem jak zrozumiała swą pychę i już z pokorą prosiła o innych? I skąd ma Pani pewność, że na pewno nie chodziło jej o to, jaka jest wyjątkowa? Przecież tak sama pisze!! Ładnie napisała Dzienniczek? Co to znaczy ładnie? Według mnie w ogóle nie napisała go ładnie. Jest to dokument przerażający.

  77. Kiedy czytałam pierwszy raz Dzienniczek św. siostry Faustyny miałam wrażenie , że jej myśli i duchowość jest bardzo podobna do św. Teresy od Dzieciątka Jezus ( o której też wspomina w swoim dziele). To co jest zawarte w Dzienniczku – to wszystko co czuje i przeżywa w swoim sercu i swoim życiem Faustyna, to jej duchowość. Tą drogą zechciał ją poprowadzić Jezus do Siebie, a ona była Mu posłuszna. Podejrzewam, że i wten sam sposób w jaki tu przedstawiono portret psychologiczny siostry Faustyny, przedstawić można by też naszego Pana Jezusa:). Też pochodził z biednej rodziny, a Jego Matka Poczęła z Ducha Świętego o czym nie raczyła poinformować Józefa…. i ogólnie całą historię Jezusa można by tak prześwietlić. A Apostołowie???? Aż się boję pomyśleć, co by można było napisać o św. Piotrze, św. Janie i całej reszcie. Więc o co w tym wszystkim chodzi????? Kocham Świętych Kościoła, chociaż nie znam ich wszystkich, wierzę w Świętych obcowanie. Boli mnie tylko fakt, że są oni później, tzn. kiedy zostaną ogłoszeni już świętymi, dla nas śmiertelników nie do naśladowania czasami… Usuwa się jakby ich słabości z ich cudownych życiorysów, a w końcu to przecież MOC w nich się doskonali. Niech Jezus będzie uwielbiony w Swoim Miłosierdziu♥( z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy)

  78. Tak przeczytałam swoją powyższą wypowiedź i drugie zdanie: „To co jest zawarte w Dzienniczku…. to moja nowa myśl i powinna być od akapitu… wydajemi się, że wtedy będzie bardziej zrozumiałe co chciałam napisać…

  79. Zacznijmy od tego, że biblia o piekle nie naucza. Każdy uczciwy czytelnik, nie patrzący przez religijne okulary, bez problemu powinien to zrozumieć

  80. jakieś wyjątkowe czepianie się, Faustyna ze swoim „portretem psychologicznym” na pewno nie była wyjątkowa w swoich czasach, raczej z dziećmi na wsiach ogólnie się nie cackano, dziś też chyba zdarzają się dzieci podobnie zaniedbane emocjonalnie, może podobne przeżycia pozwoliły jej lepiej zrozumieć przesłanie, Jezus też przeszedł doświadczenia odrzucenia od ludzi, którym wszystko ofiarował, czy też pani psycholog stwierdzi, że go to mogło nieodwracalnie straumatyzować?; po lekturze dzienniczka raczej nie wydaje się osobą oderwaną od „swojego ja” a nie trudno znaleźć osoby zbyt mocno przywiązane do „swojego ja” i negatywne tego skutki

  81. Niezależnie od wszelkich dywagacji, faktem jest,że Watykan przez długi czas nie uznawał objawień siostry Faustyny i jasno to określił DWA RAZY. Dzienniczek zaś umieszczono na Indeksie ksiąg zakazanych.

  82. Pani Anno Connolly! Dużo lepsi od pani psychiatrzy badali siostrę Faustynę i nie stwierdzili neurozy. Myślę że po prostu cały artykuł powodowany jest zazdrością. Niestety, w odróżnieniu od zazdrości lepszego samochodu czy faceta, zazdrość o Łaskę Boga to jeden z grzechów przeciwko Duchowi Świętemu.
    I wbrew temu co pani pisze:
    „Zatem postanowiła usprawiedliwić Boga twierdząc, że to cierpienie ma wartość, jest wzniosłe i koniecznie Bogu potrzebne dla realizacji światowego zbawienia.”
    „Czuje się z tym o wiele lepiej, niż gdyby całe to cierpienie było bezużyteczne”
    Cierpienie MA naprawdę sens.

  83. Witam serdecznie,

    Po przeczytaniu Pani artykułu, pragnę zauważyć, że problem jaki Pani dostrzega w świętości siostry Faustyny, oraz jej Objawień, które zresztą poparte są „owocami”, dodam niemałymi.. Problem, tkwi w Pani. Problem z jakim się Pani boryka to ten sam problem, z jakim spotykał się Jezus ponad 2 tys. lat temu, gdy głosił Ewangelię i potwierdzał ją znakami. Wielu faryzeuszy i uczonych w Piśmie nie uwierzyło Jezusowi. Uwierzyły prostytutki, celnicy, łotrzy, złodzieje, poganie, gdyż ich serce było pełne pokory i mieli oni świadomość swojej grzeszności, czego brakowało faryzeuszom – wielkim, nauczycielom i uczonym w Piśmie. Jezus już w czasie Swojej ziemskiej misji Zbawienia człowieka, przestrzegał przed niedowiarstwem i doszukiwaniem się działania Demona w czynionych przez Niego cudach. Ostrzegał, iż taką samą drogą przejdzie każdy kto należeć będzie do Niego, drogą wyśmiania, oplucia, odrzucenia, niedowiarstwa, podejrzewania o opętanie diabelskie. Dodam, święty nie jest człowiekiem bez leków, bez emocji, bez walk wewnętrznych, bez konfliktów, gdyż musiałby być „robotem”, jeśli uważa Pani, że Jezus Bóg, w postaci ludzkiej zstępujący na ziemię, nie czuł, nie walczył, był wyzbyty wszelkich emocji, to nie zna Pani Pisma Świętego. Ponadto, łaska Boża wieje gdzie chce i kiedy chce, nie nam oceniać dlaczego Bóg wybrał do Swojej misji Zbawienia człowieka, tego a nie innego człowieka..Nikt sobie na to nie zasłużył, gdyż Łaską jesteśmy Zbawieni. Siostra Faustyna pomimo licznych wad jakie Pani u niej dostrzega, jest święta, gdyż uwierzyła, pokochała i wytrwała. Siostra Faustyna jest święta gdyż jako narzędzie Boże, pomimo trudności, walk i natarć szatańskich wytrwała w wierności i zaufaniu Bogu. I tego od niej się uczmy.

  84. Cierpienie: Przecież to wybór tych osób – jak św Faustyna, św O. Pio … Chcą oni się solidaryzować z cierpiącym Zbawicielem, którego przecież kochają!
    Osobiście cierpiałem (i jeszcze trochę cierpię) z powodu dawnych grzechów (mimo przemiany życia ciągną się ich skutki) ale gdy ofiaruję je Bogu (zwykle mija ileś godzin lub dni zanim na to wpadnę):
    1. Odczuwam niemal natychmiastową ulgę (problem trwa nadal ale sił przybywa, zmienia się perspektywa, mogę podnieść głowę do góry bo jestem już wyzwolony od starych przywar);
    2. Czasem doznaję niespodziewanych pocieszeń, które są tak zaskakujące i zachwycające, że uznaję je za pocieszenia od samego Ducha świętego. To taka czysta i wielka miłość, jakiej kilkukrotnie doznałem!
    3. (Ad 2) Raz nawet miałem wewnętrzne widzenie wielkiego bezpieczeństwa i miłości Boga – zachwyt niebywały i szczęście niepojęte. Gdy o tym opowiadam, cytuję słowa pror. Izajasza powtórzone przez św Pawła „ani oko nie widziało …”. Uważam to za realizację obietnicy św Faustyny „o dusze wątpiące […] uchylę wam rąbek zasłony nieba aby was przekonać o wielkim Bożym Miłosierdziu” (cytaty z pamięci).

    Wiele lat temu, wskutek przeszłej apostazji i błędnych poszukiwań oraz wskutek trwania w pospolitych grzechach śmiertelnych, miałem ciężkie przejście wewnętrzne: udrękę w takich głębinach duszy, jakich wcześniej ne znałem. I nikt pomóc nie zdołał a nawet pojąć co przechodzę. I po miesiącach bezskutecznych poszukiwań skutecznym ratunkiem okazała się nowenna do Miłosierdzia Bożego.

    Kolejne lata doprowadziły do wyplenienia chwastów (trwania w ww grzechach śmiertelnych oraz wreszcie do zupełnego wyplenienia tych grzechów śmiertelnych). A obecnie wyżej wspomnianą głębię duszy (którą poznałem jako siedlisko ciernia), dziś zamieszkuje radość z Najwięszego Skarbu – Boga i nadzieja życia wiecznego (nie tylko dla siebie ale i najbliższych oraz dla innych osób).

    Czy (subiektywnie oczywiście) wobec powyższych owoców mojej wiary mogę wątpić w posłannictwo świętej Faustyny?
    Czy nie zgrzeszył bym przeciw Duchowi świętemu gdy widząc co Bóg uczynił w moim życiu nazwał bym to wszystko błędem, lub jak chcą niektórzy – demonem? (spotkałem się z takim twierdzeniem u ŚJ na ulicy)

    Co do godziny 15-tej – zdaje się, że Pan Jezus wyrażał wolę aby św Faustyna odprawiała o tej godzinie Drogę krzyżową a nie koronkę. A o tej godzinie wg przeliczenia czasów dnia nasz Zbawiciel za nas skonał.

    PS Proszę nie mniemać, iż uważam się za już doskonałego. Wyżej mówiąc o grzechach mam na myśli określone pospolite i oczywiste grzechy, w których twałem. Nadal chodzę do spowiedzi św. Nadal miewam sobie to i owo do zarzucenia. Nadal walczę z pewnymi swoimi cechami.

  85. Oceniam, że napisała Pani taką samą prawdę, jak streszczenie historii II wojny światowej w jednym zdaniu: „biedni Niemcy, zginęło ich 7 milionów”. Prawda? Prawda, tyle że fałszująca Prawdę. Oczywiście, że Dzienniczek ma wiele ułomności. Ale Pani się koncentruje przede wszystkim na nich dobierając ich zestaw pod z góry założoną tezę. Jeżeli przeciętny człowiek poznaje Boga w 1%, a Faustyna poznała w 2%, to Pani wydziwia, że 98% to pomyłka. Chwała Panu, że tylko tyle! Zrozummy, że Faustyna była prostą dziewczyną, która o swoich przeżyciach mówiła językiem Kościoła ludowego lat 20. XX wieku, bo innego nie znała. Nie potrafiła lepiej oddać tego, co niewypowiadalne. A Pani czyni jej z tego zarzut. Znam angielski nie najgorzej, ale gdy raz przyszło mi powiedzieć do drugiego człowieka po angielsku o swoim przeżyciu, wyszedł bełkot. Całe szczęście, że ten drugi miał podobne przeżycia i zrozumiał jak lud Zachariasza, a nie jak Pani, pastwił się nade mną. Taka „dekonstrukcja” mogłaby zniszczyć każdego świętego, nawet Jezusa, gdyby Pani miała ku temu źródła, których można by się czepiać. Pani głos odbieram jako faktyczny, może nawet nieuświadomiony glos protestu przeciw temu, że Bóg może się obawiając ludziom prostym. Jak nie potrafisz estetycznie opowiedzieć o swoim przeżyciu, to znaczy, że go nie miałeś.

  86. Nie mogę zrozumieć, jak na blogu katolickim może pisać osoba tak wrogo nastawiona do św. Faustyny. To już jest drugi artykuł, który obraża św. Faustynę, jaki tu znalazłam i obydwa autorstwa tej samej osoby.
    Ja czytałam Dzienniczek św. Faustyny i to jest moja ulubiona książka – cudowna, dająca obraz Boga pełnego Miłosierdzia. Jeżeli Pani nie pasuje, to proszę chociaż publicznie nie obrażać św. Faustyny. Niech Pani lepiej pomyśli o swoim dążeniu do świętości, zamiast mącić.

  87. Ja też nie zgadzam się z artykułem. Przeczytałam i przerobilam życiem Dzienniczek. Nie jestem mistyczką ani dewotką. Pani uprzedzenie jest tu bardzo wyraźne. Pomogło to pani w życiu? Zniszczyć to, ile dobra wnioslo w zycia wielu ludzi? Pozdrawiam, z modlitwą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *