O grzechu pierwszych ludzi w świetle odwiecznej życzliwości Boga: perspektywa ekumeniczna

O tzw. grzechu pierworodnym napisano już całe biblioteki ksiąg i rozpraw naukowych. Tradycyjna doktryna spotyka się z coraz większym niezrozumieniem i uważana jest często za bajkę dla dzieci. Teorie i hipotezy teologów różnych wyznań chrześcijańskich noszą na sobie znamię większego lub mniejszego prawdopodobieństwa. Wciąż szukamy wyjaśnień bardziej wiarygodnych. Trzeba dzisiaj również pytać, czy i w jaki sposób dzieje początków ludzkości można ukazać w ramach ewolucjonistycznej wizji świata, która stała się dziedzictwem współczesnej nauki.

W przeżywaniu wiary wciąż uczymy się żyć z pytaniami, na które nie znajdujemy definitywnej odpowiedzi. Dlatego warto wsłuchiwać się w to, co o prawdach wiary mają do powiedzenia inni chrześcijanie – w tym także o najbardziej pierwotnym upadku ludzi, opisanym w Księdze Genesis.

 1. Słowo o narracji Księgi  Rodzaju

Księga Rodzaju opisuje postacie i wydarzenia, które w symboliczny sposób ukazują początki, upadek i grzeszną sytuację całej ludzkości. Postacie Adama i Ewy mogą mieć charakter indywidualny, a zarazem ukazują jedność i dzieje całego rodzaju ludzkiego, a nie tylko tych dwojga pierwszych ludzi. Samo użycie hebrajskiego słowa adām bez rodzajnika (człowiek, ludzkość) tchnie pierwotnym uniwersalizmem, gdyż odnosi się ono do wszystkich ludzi. Pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju dotyczą nas wszystkich, naszego pochodzenia i życia w obecności Boga. Jego dobroć powołuje do istnienia człowieka, Adama i Ewę, mężczyznę i kobietę, stworzonych na obraz i podobieństwo Stwórcy: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam” (Rdz 1,26; zob. 5,1-2).

W redakcji Księgi Rodzaju bibliści odróżniają tradycję kapłańską, późniejszą (Rdz 1,1-2,4a) oraz tradycję jahwistyczną, starszą (Rdz 2,4b-3,24). Jahwistyczna podkreśla fakt, że mężczyzna, „człowiek” (hā ’adām, z rodzajnikiem!), potrzebuje partnerki: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (2,18). Natomiast według wersji kapłańskiej, Bóg stwarza ludzkość jako całość, wspólnotę i wielką rodzinę oraz nakazuje: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (1,28). Tu słowo adam (bez rodzajnika) nie oznacza mężczyzny ani poszczególnej pary ludzi, ale całość rodzaju ludzkiego jako mężczyzn i kobiet, stworzonych na obraz i podobieństwo Boże.

Istota ludzka została w ten sposób określona w kategoriach relacji i dialogu z Bogiem. Ikoniczny status każdego człowieka mówi o jego wielkiej godności, a tym samym wyznacza jego specjalny stosunek do Boga, do innych ludzi i do przyrody. W późniejszej interpretacji tej godności pojawi się myśl, że kto zniszczy jedno życie to tak, jakby zniszczył całą ludzkość, a kto ocali życie jednego człowieka, to jakby ocalił cały rodzaj ludzki. Ludzie stworzeni na obraz Stwórcy, mają być w Jego imieniu troskliwymi i mądrymi zarządcami reszty stworzenia, a w ten sposób dopełniać Jego stwórcze dzieło. Ludzkość cieszy się uprzywilejowaną pozycją w stosunku do reszty stworzenia, ale zgodnie z wolą Stwórcy ciąży na niej odpowiedzialność za jego losy. W swoim istnieniu jest całkowicie zależna od Niego.

Opowieść Księgi Rodzaju odznacza się świeżością i sugestywną barwnością języka. Ukazuje, iż nieposłuszeństwo i grzeszny opór wobec nakazów Boga odbija się negatywnie na losie innych ludzi. Księgi Starego Testamentu mówią o wtargnięciu grzechu w świat wskutek winy człowieka i niewłaściwego użytku jego wolności. Akcentują powszechną grzeszność ludzi: „nie ma człowieka, który by nie grzeszył” (1 Krl 8,46), „nauczyliście się (!) postępować przewrotnie” (Jr 13,23). Nie wiążą jednak tego stanu bezpośrednio z pierwszą parą prarodziców. Tym bardziej myśl o przekazywaniu grzechu na potomnych przez fizyczne zrodzenie jest zgoła obca nauce Starego Testamentu. Nie sugerują tego również ani Ewangelie, ani Apokalipsa.

Doświadczenie upadku i utraty będzie stale rozwiewać nasze ludzkie złudzenia, pouczać za każdym razem jaka jest rzeczywista różnica między dobrem i złem. Nie kryjmy się jak Adam i Ewa (zob. Rdz 3,8-10) przed obecnością Boga i nie uciekajmy od Niego. I nie zrzucajmy instynktownie winy na innych lub na samego Stwórcę (zob. Rdz 3,12-13)!

Z natury swej jesteśmy istotami śmiertelnymi. Jedną z destruktywnych konsekwencji nieposłuszeństwa Bożym nakazom jest bolesne przeżywanie samego faktu śmierci jako nieuchronnego losu człowieka, niepewnego swojej pozagrobowej przyszłości: „wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Rdz 3,19). Nie jest to śmierć człowieka, który pełen pokoju ducha odchodzi do przodków „syty życia” (Rdz 25,7). Nie przeżywamy śmierci jako normalnego i spokojnego dopełnienia swoich dni w wierności względem Boga, lecz jako wydarzenie niepokojące, któremu tak często towarzyszy cierpienie i ból.

 2. Upadek w górę?

 Oto jak współczesny brytyjski fizyk, anglikański duchowny i teolog, John Polkinghorn, odczytuje dzisiaj biblijną opowieść o Adamie i Ewie, o ich upadku i jego konsekwencjach:

 Interesujące w tej mitologicznej historii jest właśnie między innymi (…): to był upadek w górę! To zdobycie nowej formy wiedzy. Grzeszny charakter tego czynu zawiera się w słowach wyszeptanych przez węża: „Daj mi ten owoc! Poznasz dobro i zło. Nie będziesz już potrzebować Boga”. Źródłem grzechu jest odmowa uznania, że jesteśmy istotami potrzebującymi naszego Stwórcy. Myślę, że chwila, gdy nasi przodkowie zyskali samoświadomość i świadomość Boga, była upadkiem w górę, ale potem odwrócili się oni od Boga, zwrócili ku sobie – i to był błąd. Oczywiście nie sprowadzili w ten sposób śmierci na świat, bo była ona obecna od milionów lat, a raczej coś, co nazwałbym śmiertelnością. Posmutnieli, bo stali się świadomi przemijania i nieuchronnej śmierci. Mit o Adamie i Ewie to potężna historia. Ale jeśli interpretuje się go przez gadające węże i tym podobne, to… to jest po prostu śmieszne.[1]

 Nie wolno zapominać, że wąż jest symbolem grzechu, śmierci i mocy zła. Przekleństwo rzucone na niego przez Boga (Rdz 3,14-15) sugeruje długie zmaganie między dobrem i złem, z którego ludzkość wyjdzie w końcu zwycięsko. W interpretacji Ojców Kościoła wątek ten nazwany został „Protoewangelią”, obietnicą zbawienia, które miało przyjść przez „niewiastę” (Maryję) i jej „potomstwo” (Chrystusa).

Skoro wspomniałem o anglikańskim teologu, to warto dodać jeszcze kilka słów o radykalnym poglądzie, który reprezentuje John Shelby Spong, emerytowany obecnie biskup anglikańskiego Kościoła episkopalnego w Stanach Zjednoczonych. Odrzuca on stanowczo samo pojęcie grzechu pierworodnego (original sin). Stwierdza m.in., że „nie było czegoś takiego, jak doskonałe stworzenie”, że „nie można upaść z pozycji doskonałości, jeżeli jej się nigdy nie posiadało”. Co więcej: „Nie można też być uratowanym z upadku, który nigdy się nie zdarzył…”. Dlaczego? „Rozmowa o uratowaniu człowieka z upadku, który nigdy nie miał miejsca, nie ma żadnego sensu w świecie, który poznał ustalenia Darwina. Myślę, że chrześcijaństwo znalazło się w takim miejscu historii, że potrzebuje intelektualnej rewolucji równej XVI-wiecznej Reformacji. (…) Musielibyśmy uciec od opowieści o chrześcijaństwie jako o ratowaniu przez Boga grzesznych ludzi z upadku”[2]. Jest to rzeczywiście stanowisko bardzo liberalne.

Powróćmy jednak do naszych rozważań. Uniwersalistyczna lekcja Księgi Rodzaju jest wyraźna: Bóg nie pozostawia nikogo samemu sobie w stanie upadku i zagubienia. Ewa pozostanie „matką wszystkich żyjących” (Rdz 3,20). Nieposłuszna para zostanie troskliwie obleczona „odzieniem ze skór” (Rdz 3,21). Nieposłuszeństwo nie udaremnia Jego troski, życzliwości i miłosierdzia względem ludzi, stworzonych na Jego obraz. Nawet Kain, pierworodny syn Adama i Ewy, morderca swego młodszego brata Abla, otrzymuje od Boga tajemnicze znamię, trwałą cechę przynależności do wspólnoty ludzkiej, żeby mógł uniknąć krwawej zemsty: „aby go nie zabił nikt, kto go spotka” (Rdz 4,15). To bardzo konkretny przykład życzliwości Boga, która rozjaśnia bezdroża i mroki ludzkiej winy. Fakt godny zapamiętania. A przecież chodzi faktycznie o winę większą niż nieposłuszeństwo prarodziców!

Pomimo upadku Bóg nie przestał miłować ludzi. Powszechna życzliwość Boga nadal będzie promieniować w dziejach ludzkości i każdej poszczególnej istoty ludzkiej. O niezwykłej godności człowieka przypomni później psalmista w swoim hymnie mądrościowym. Jego pełne zadumy pytanie przekazywane jest przez wieki pokoleniom ludzi wierzących:

Czymże (…) jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym jest syn człowieczy, że go masz w opiece?
Stworzyłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich,
uwieńczyłeś go chwałą i dostojeństwem.
Dałeś mu władzę nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś u jego stóp … (Ps 8,5-7).

 3. Życzliwość i przyjaźń Boga względem wszystkich ludzi.

 Za każdym razem, gdy ludzie opowiadać się będą przeciwko Bogu i sobie nawzajem, taka grzeszna sytuacja wymagać będzie oczyszczenia, naprawy i nowego początku, którego On sam będzie za każdym razem inicjatorem. Świadczy o tym przymierze z całą ludzkością i całym stworzeniem zawarte z Noem i jego synami po tym wydarzeniu, które Biblia nazywa potopem (Rdz 6-9). W przymierzu tym ma uczestniczyć na zawsze cała ludzkość. To kolejny wyraz troski i miłości Stwórcy do wszystkich ludzi. Przymierze „z wszelką istotą żywą (…) na wieczne czasy” ma charakter powszechny, trwały, prawdziwie kosmiczny (Rdz 9,9-10.12-13).

Obietnica dotyczy całej ludzkości, która stanowi jedną całość i ma uczestniczyć we wszystkich dobrodziejstwach, jakimi Stwórca obdarzać będzie swoje stworzenia. Późniejsze przymierza zawarte z Abrahamem (Rdz 17) oraz Izraelitami na Synaju (Wj 24) nie usuwają ani nie pomniejszają znaczenia pierwotnego przymierza Noego z Bogiem, a przez niego z wszystkimi ludźmi. W świetle tego wydarzenia należy odtąd rozumieć sytuację ludzi żyjących przed i poza wspólnotą Izraela jako narodu wybranego, który rozpoczął swoje dzieje wraz z powołaniem Abrahama. Specjalny wybór ze strony Boga w niczym nie pomniejsza powszechnej życzliwości i przyjaźni Boga względem wszystkich ludzi.

Pomimo przymierza z Noem dzieje upadku ludzkości nie ustały. Tekst biblijny nawiązuje do starej legendy o pochodzeniu różnych języków i opowiada o budowie wieży Babel (Rdz 11,1-9). Dumna próba przełamania ludzkich możliwości i ograniczeń prowadzi do zerwania więzi między ludźmi, ich rozproszenia i utraty wspólnego języka. Na tym tle głębszego sensu nabiera wybór Abrahama (i Sary!) do realizacji Bożego planu w dziejach ludzkości. Oboje staną się przodkami ”wielkiego narodu” (Rdz 12,2), ale wskutek ich szczególnego przymierza z Bogiem ”będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi” (w. 3). Pamięć o rodzinie Abrahama jako błogosławieństwie dla wszystkich narodów powracać będzie później jak echo, zwłaszcza w nauce proroków (zob. Rdz 28,14; Iz 19,23-25; Jer 4,2). Ci, którzy zostali wybrani mają służyć Bogu w doprowadzeniu także innych ludów do Niego. Ich odpowiedź na wezwanie Boga będzie wzorem dla wszystkich ludzi wiary na całej ziemi (zob. Hbr 11,8-12).

To ważny rys wczesnego uniwersalizmu Biblii. Intymna relacja ludzi z Bogiem nie ogranicza się jedynie do rodu Abrahama oraz jego potomków, rozpoczynających dzieje narodu wybranego. Bóg Izraelitów jest i pozostanie na zawsze Bogiem życzliwym dla wszystkich innych ludzi i troszczącym się o nich. Wspomniany już pierworodny syn Adama i Ewy, Kain, przeklęty przez Boga za zabójstwo swego brata Abla, prowadzi z Nim dialog i otrzymuje znak ochronny (Rdz 4,9-15).

W sumie jest to wczesna i pocieszająca wizja dziejów całej ludzkości, dająca nadzieję na przyszłe ocalenie winowajców. Powszechności ludzkiej winy przeciwstawiony zostaje uniwersalizm miłości i troski Boga, którego tradycja chrześcijańskiego Wschodu od wieków nazywa Bogiem miłującym ludzi (Philánthropos, Čelovekolubiec) niezależnie od ich grzeszności.

 4. Teologia prawosławna o tzw. grzechu pierworodnym

 W przeciwieństwie do teologii katolickiej i protestanckiej, teologia prawosławna odnosiła się zazwyczaj z rezerwą do poglądu o niezwykłej doskonałości człowieka przed upadkiem. Nie uczy ona wprawdzie o jakichś brakach pierwszego człowieka, z drugiej strony nie uważa go jednak za absolutnie doskonałego. Teologowie prawosławni zwracają uwagę na fakt, że człowiek, stworzony na obraz Boży, powołany został do realizowania w sobie podobieństwa Bożego; ze stanu bezgrzeszności i niewinności pierwotnej miał przejść do stanu cnoty i świętości, zdobywanych na drodze współpracy wolnej woli z łaską Bożą.

W konsekwencji, nie absolutyzując pierwotnej doskonałości człowieka, Kościół prawosławny od początku był mniej surowy w ocenie następstw pierwszego upadku. Teologowie prawosławni uczyli, że skażeniu uległa fizyczna i duchowa natura człowieka; jego umysł i wola zostały osłabione, jednakże nie został on całkowicie pozbawiony łaski Bożej. Obraz Boży w człowieku został zdeformowany przez grzech i zaciemniony, ale nie zniszczony. Niezniszczalność obrazu Bożego, jego obecność w samych głębinach ludzkiego upadku i grzechu, stanowi do dzisiaj jedną z najbardziej zasadniczych intuicji antropologii prawosławnej.

Trzymając się wiernie idei synergizmu (por. 1 Kor 3,9), prawosławie odrzuca wszelkie interpretacje grzechu pierworodnego, które naruszałyby tę podstawową prawdę i w konsekwencji nie zostawiałyby miejsca na naukę o wolności człowieka. Teologowie prawosławni z naciskiem podkreślają również kosmiczny zasięg skutków grzechu pierwszych ludzi. Wskutek upadku jednego człowieka, będącego cząstką kosmosu, nie tylko ludzkość, ale także całe stworzenie, zostało poddane śmierci i skażeniu (por. Rz 8, 19-22).

Różnice w interpretacji grzechu pierworodnego między Kościołem wschodnim i zachodnim zaznaczyły się już na początku V w., podczas kontrowersji między św. Augustynem i Pelagiuszem na temat zgładzenia grzechu pierworodnego oraz sensowności chrztu dzieci. Całe zagadnienie skoncentrowało się wówczas wokół tekstu z listu do Rzymian 5,12. Podczas gdy teologia zachodnia rozbudowała naukę o grzechu pierworodnym w oparciu o błędny przekład słów eph’ho pántes hémarton przez in quo omnes peccaverunt (w tym znaczeniu, że wszyscy w jakiś sposób uczestniczyli w grzechu Adama i ponoszą zań odpowiedzialność), Kościół wschodni nigdy nie odnosił eph’ho do Adama, lecz do śmierci: eph’ho (=thanato) pántes hémarton, z powodu której (=śmierci) wszyscy zgrzeszyli, albo: ponieważ wszyscy zgrzeszyli. Pierwszy wprowadził na Wschodzie tłumaczenie „eph’ho” przez „ponieważ” prawdopodobnie sam patriarcha Focjusz.

Obydwa gramatycznie poprawne rozwiązania występują de facto w greckiej tradycji patrystycznej. Wschodni Ojcowie Kościoła nie sprzyjali interpretacji tego tekstu w tym sensie, że wszyscy ludzie stali się winni grzechu Adama i że ponoszą zań odpowiedzialność. Stwierdzali przede wszystkim, że wszyscy dziedziczą skażenie i śmierć i że wszyscy popełniają grzechy osobiste. Jak przekonamy się na podstawie dalszych refleksji, jest to inna interpretacja myśli patrystycznej niż ta, którą w swoim teście przedstawiła w sposób chyba zbyt uogólniający i rezolutny Marta Przyszychowska („pokażę Wam teraz, co Ojcowie naprawdę mówili o udziale ludzkości w grzechu Adama”!).

Aktualne dyskusje wokół problemu grzechu pierworodnego, podejmowane przez teologów katolickich, nie znalazły głębszego rezonansu po stronie prawosławnej. Ogół teologów prawosławnych nadal odnosi się z dużą dozą nieufności do współczesnej krytyki historycznej, szczególnie biblijnej. Trzymają się raczej sformułowań tradycyjnych, usiłując przede wszystkim wniknąć głębiej w naukę Ojców greckich. W teologii prawosławnej można wyróżnić kilka grup interpretacji grzechu pierworodnego.

 a) Grzech pierworodny jako stan dziedzicznej winy

 Według nauki teologów prawosławnych, zwłaszcza dawniejszych, grzech pierworodny jest nie tylko stanem skażenia natury ludzkiej, lecz polega również na dziedziczeniu prawdziwej i rzeczywistej winy. Jakkolwiek Pismo święte nie wyjaśnia sposobu dziedziczenia grzechu pierworodnego, sam fakt dziedziczności stanowi, według tradycyjnej nauki prawosławnej, jedną z podstawowych prawd wiary chrześcijańskiej.

Grzech pierworodny dziedziczony jest nie tylko jako osobista wina Adama, lecz także jako grzeszny stan (katástasis hamartías, grechovnost’) natury ludzkiej, w którym i z którym człowiek przychodzi na świat. Stan ten staje się z kolei źródłem grzechów osobistych. O ile w przypadku Adama dobrowolny grzeszny czyn uprzedził stan grzechu, u jego potomków stan grzeszny uprzedza ich grzeszne czyny. Główną trudność w wyjaśnieniu istoty grzechu pierworodnego teologowie prawosławni widzą w tym, że nie występuje w nim element wolnej woli. Większość z nich unika wszelkich prób interpretacji uważając, że zaciemniają one jedynie samą prawdę, którą należy przyjąć aktem wiary.

Wśród poglądów tej grupy teologów prawosławnych na szczególną uwagę zasługuje sofiologiczna koncepcja grzechu pierworodnego wysunięta przez wybitnego teologa rosyjskiego Sergiusza Bułgakowa (1871-1944). Nie zadowala się on tradycyjnym ujęciem zagadnienia powszechności grzechu pierworodnego opartym na teorii dziedziczności tego grzechu, popełnionego przez Adama jako reprezentanta całej ludzkości. Według Bułgakowa, można uważać grzech Adama w pewnym sensie za osobisty grzech każdego człowieka, dobrowolnie przezeń popełniony. W tym celu należy oprzeć się na dwóch przesłankach: a) na antropologicznej doktrynie o ontycznej jedności całego rodzaju ludzkiego, nazywanej również nauką o wielojedności (mnogojedinstvo) i wszech-człowieku (vsečelovek); b) na prawdzie o swobodnej decyzji ludzkiego ja, będącej przejawem jego stworzonej wolności.

Wskutek odpowiedzialnej i kierowniczej pozycji człowieka w przyrodzie oraz ontycznej jedności rodzaju ludzkiego, grzech Adama posiadał nie tylko ogólnoludzki, ale wręcz kosmiczny zasięg. Zdaniem Bułgakowa, ludzkość stanowi wieloosobową całość, jedną w stworzeniu i w upadku, w odkupieniu i zmartwychwstaniu, w Adamie i w Chrystusie. Nie tylko wszyscy są za wszystkich winni, ale wszyscy stanowią jedno, tak iż każdy czyn poszczególnego człowieka jest równocześnie czynem całej, wielojednej ludzkości. Przekazywanie grzechu pierworodnego nie jest następstwem zjawiskowej dziedziczności urzeczywistniającej się w czasie, lecz wynikiem odwiecznej, ontycznej jedności natury ludzkiej, jej stworzonej współistotności (jedinosuščija). W ten sposób antropologiczny postulat jedności całego rodzaju ludzkiego wyjaśnia rozprzestrzenianie się grzechu pierworodnego na całą naturę ludzką. W stwierdzeniach tych dostrzec można pewne podobieństwo do poglądu teologów katolickich, o których będzie mowa w ostatnim punkcie rozważań.

Jeśli natomiast chodzi o osobiste uczestnictwo potomków Adama w jego grzechu (o którym świadczy ustanowiona przez Kościół praktyka chrztu dzieci), fakt osobistej grzeszności, winy i odpowiedzialności każdego człowieka da się wytłumaczyć jedynie przy pomocy idei tzw. priemirnogo grechopadenija, tj. upadku, który dokonał się w metahistorii, na granicy obecnego grzesznego świata. To zaskakujący i niełatwy do wyjaśnienia moment w wywodach rosyjskiego teologa. Upadek Adama miał miejsce w innym porządku świata, istniejącym jeszcze przed pojawieniem się czasu. Popełniając grzech pierworodny, Adam zgrzeszył jako wszech-człowiek (Ewa w tym rozumowaniu zostaje pominięta, nie był to bowiem jeszcze, w pierwszej połowie XX wieku, czas logiki inkluzyjności i języka inkluzywnego!). Każdy z ludzi współuczestniczył i współdziałał w tym grzechu metafizycznym, który na nowo realizuje się na samym progu życia, na granicy indywidualnej egzystencji ludzkiej, w momencie stworzenia duszy.[3]

Decyduje o tym sama ludzka wola życia w świecie skażonym przez grzech, mocą której dusza jednoczy się z ciałem, a w ten sposób, wskutek solidarności z Adamem, osobiście uczestniczy w jego upadku. Grzech pierworodny nie powtarza się, lecz na nowo realizuje się w każdej nowej osobie, należącej do jednej i tej samej natury ludzkiej. Ponieważ to uczestnictwo w upadku Adama dokonuje się na granicy czasu, a nie w czasie, dusza nie zachowuje o nim psychologicznego wspomnienia; zachowuje jedynie w sobie wspomnienie ontyczne, wyrażające się skażeniem jej natury, poczuciem grzeszności i odpowiedzialności za ten stan.[4]

 b) Grzech pierworodny jako dziedziczna śmiertelność

 Większość teologów prawosławnych, szczególnie współczesnych, nie przyjmuje nauki o stanie winy, wynikającym z grzechu pierworodnego. Uważają oni, że człowiek dziedziczy po Adamie skażenie i śmiertelność, a nie jego winę[5]. Potomkom prarodzica nie należy przypisywać grzechu jako aktu osobowego. Grzech pierworodny to dziedziczenie śmiertelności. Grzeszność człowieka jest jej skutkiem.

Niektórzy współcześni teologowie prawosławni dopatrują się podstaw takiej interpretacji w nauce Ojców Kościoła. Należy zwrócić specjalną uwagę na poglądy św. Cyryla Aleksandryjskiego, głównego przedstawiciela szkoły aleksandryjskiej w V wieku oraz Teodoreta z Cyru, typowego reprezentanta szkoły antiocheńskiej. Cyryl z Aleksandrii ujmuje grzech pierworodny nie w kategoriach indywidualnej, dziedzicznej winy, lecz jako sytuację powszechnego skażenia (phthorá) natury ludzkiej, którego kresem jest śmierć. Wszyscy ludzie uczestniczą wprawdzie w tej samej naturze, wywodzącej się od pierwszych rodziców, jednakże poszczególny człowiek nie ponosi, według Cyryla, odpowiedzialności za ich upadek ani nie dziedziczy ich winy. Grzech pierworodny jest jakoby zarazą śmiertelności i grzeszności, którą dotknięty jest cały rodzaj ludzki i od której wybawia go jedynie Chrystus[6].

Również Teodoret z Cyru nie interpretuje grzechu pierworodnego w sensie dziedziczenia winy pierwszych rodziców przez ich potomków, lecz w kategoriach dziedzicznej śmiertelności, będącej źródłem grzechów osobistych: „Śmierć, z powodu której wszyscy zgrzeszyli, przeszła na wszystkich ludzi; każdy człowiek podlega prawu śmierci nie przez grzech prarodzica, lecz z powodu swoich własnych grzechów”[7].

Myśl Ojców greckich o grzechu Adama oraz jego następstwach przebiega więc po linii innej niż myśl augustyńska. Zgodne świadectwo obydwu omówionych autorów z V w., współczesnych św. Augustynowi, jest tym bardziej doniosłe, że należeli oni do dwóch przeciwnych szkół egzegetycznych oraz do dwu różnych obozów podczas kontrowersji chrystologicznych. Ich zgoda w egzegezie tekstu do Rz 5,12 wskazuje, że mamy do czynienia z ogólnie przyjętym w V wieku na Wschodzie poglądem na grzech pierworodny[8].

Tradycja wschodnia, wyrażona w greckiej myśli patrystycznej, pojmuje go przede wszystkim jako dziedziczną śmiertelność, będącą następstwem upadku Adama, a która z kolei staje się przyczyną grzechów osobistych. Śmiertelność, czyli skażenie i zepsucie uważano w starożytności chrześcijańskiej za chorobę kosmiczną, która trzyma ludzkość w swym władaniu. Śmierć czyni grzech nieuniknionym. Koncepcja ta nie mówi o ponoszeniu dziedzicznej winy za aktualny grzech prarodzica.

Decydującą rolę odegrał w tej interpretacji grecki oryginał fragmentu Listu do Rzymian: „Dlatego, tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świat, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo/ponieważ [ze względu na śmierć, eph’ho] wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). Śmierć była „zapłatą za grzech” (Rz 6,23), jaką otrzymał Adam. Jest również odpłatą i karą dla tych, którzy grzeszą tak jak on. Tekst Apostoła Pawła nie stwierdza, że potomkowie Adama są winni tak samo jak on, jeżeli nie zgrzeszą podobnie jak on. Natura ludzka ponosi jedynie konsekwencje upadku Adama.

Grzech prarodziców można pojmować wyłącznie jako ich grzech osobisty. Bizantyjscy autorzy, z Focjuszem włącznie, widzieli w powyższym tekście Apostoła jedynie konstatację moralnego podobieństwa między prarodzicem a innymi grzesznikami. Między Adamem a jego potomkami istnieje solidarność w śmierci, tak jak istnieje solidarność w życiu między Chrystusem zmartwychwstałym a ludźmi: „jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostaną ożywieni” (1 Kor 15,22).

Tego rodzaju interpretacja grzechu pierworodnego posiada charakter egzystencjalny i jest bliska współczesnej refleksji nad śmiercią oraz instynktem samozachowawczym (S. Kierkegaard, M. Heidegger). Istnienie ludzkie jest ustawicznie zagrożone wskutek śmiertelności i stąd jednostka musi podjąć walkę o swą egzystencję. Walka ta staje się przyczyną egoizmu i grzechów osobistych, które z kolei prowadzą do śmierci[9]. W ten sposób usprawiedliwiony byłby gramatyczny sens tekstu do Rz 5,12; „śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli”. Umieramy więc nie dlatego, że ponosimy osobistą winę za grzech Adama. Konieczność śmierci pociąga za sobą wolę samozachowania, lęk i niepokój, które z kolei stają się głównymi przyczynami zamknięcia w sobie, egoizmu, nienawiści i zazdrości. Z powodu nich człowiek staje się indywidualistą, skłonnym do uważania swoich egoistycznych pragnień za normalny cel ludzkiego życia. Pragnienia te są jedynie konsekwencją perwersji spowodowanej przez śmierć i skażenie.

Prostota rozumowania i jasność myśli cechujące tę interpretację Ojców greckich czynią ją, według wielu współczesnych teologów prawosławnych, szczególnie doniosłą dla aktualnych prób pojmowania grzechu pierworodnego. W przeciwieństwie do koncepcji augustyńskiej, wyjaśniającej dziedziczenie winy prarodziców drogą naturalnego rodzenia, interpretacja Ojców greckich jest bardziej zrozumiała dla człowieka współczesnego. Wskutek jedności ludzkiej natury dziedziczymy jej upadły stan, podległy skażeniu i śmierci.

Idąc za myślą Apostoła Pawła ta grupa teologów prawosławnych mówi o dziedzicznej śmiertelności jako konsekwencji upadku pierwszych ludzi. Tymczasem, jak już wspomniałem, katolicka teologia współczesna podkreśla przede wszystkim fakt, że z natury swej jesteśmy istotami śmiertelnymi (twarde prawo ewolucji i zmiany pokoleń), a następstwem nieposłuszeństwa pierwszych ludzi jest natomiast bolesne przeżywanie samego faktu śmierci.

 c) Grzech pierworodny jako dezintegracja osobowości

 Rosyjski teolog prawosławny Wiktor Niesmiełow (1863-1920) uczył, że ulegając wpływom złego ducha prarodzice chcieli osiągnąć pełnię istnienia i rozwoju nie według porządku wyznaczonego przez Boga, lecz przez magiczne spożycie owoców z zakazanego drzewa. Nie dokonało się to z powodu ich pychy i złości, lecz wskutek tragicznej pomyłki podporządkowania ducha ciału i jego wymaganiom. Byli bardziej ofiarami niż sprawcami grzechu. Wskutek tego nie została wprawdzie zmieniona sama natura ludzka, lecz nastąpiła grzeszna modyfikacja zafałszowująca sposób istnienia człowieka i jego osobowości. Zakłócone zostały jego relacje do Boga, innych ludzi i całej przyrody, nacechowane odtąd lękiem przed prawem śmierci i koniecznością przemijania[10].

Tradycja prawosławna przekazuje ideał duchowej czystości, integralności, prostoty i jedności istnienia. W języku cerkiewno-słowiańskim określa się ją mianem scalającej mądrości (celomudrie, od gr.słowa sophrosýne). Według Pawła Florenckiego (1882-1937), grzech pierworodny jest wewnętrzną dezintegracją, rozkładem osobowości człowieka, brakiem ontycznej jedności i spoistości bytu, rozbiciem i fragmentaryzacją człowieczeństwa, która wyraża się wolą istnienia dla siebie samego. Ilustracją tego stanu jest opisany w Ewangelii fakt wyrzucania złego ducha z człowieka opętanego przez Jezusa. Na pytanie, jakie jest jego imię, czyli ukryta istota, zły duch odpowiada: „Na imię mi Legion, bo jest nas wielu” (Mk 5,9). Słowa te mówią o stanie wewnętrznego podziału, rozdrobnienia, perwersji i deprawacji.

W człowieku upadłym rozbita zostaje autentyczna świadomość osobowa. Nie polega ona jedynie na świadomości siebie samego, ale na otwartości względem innych, którzy podzielają jedną i tę samą naturę ludzką. Poprzez otwartość człowiek urzeczywistnia swoją osobową odrębność. Prawem życia nie jest opozycja w stosunku do innych osób, lecz dążenie do zjednoczenia. Człowiek wewnętrznie rozbity żyje w stanie skażenia (rastlënnost’, rastlenie), który jest przeciwieństwem czystej i „scalającej mądrości”. Stan skażenia pozbawia go wewnętrznej integralności i jedności, a tym samym skazuje na ustawiczną niestałość i brak równowagi ducha, zarówno w sobie samym jak i w relacji do innych ludzi[11].

Tego rodzaju koncepcja ma również charakter egzystencjalny. Ukazuje ona grzech pierworodny nie tyle jako dezintegrację w samej naturze człowieka, ile przede wszystkim jako zranienie w relacjach z Bogiem i ludźmi.

 d) Świadectwo antropologicznego optymizmu

 W sumie można stwierdzić, że w prawosławiu grzech pierworodny pojmowany jest jako coś przygodnego i akcydentalnego. Dlatego tradycja wschodnia skłania się od wieków ku myśli, że wcielenie Chrystusa dokonałoby się niezależnie od upadku człowieka, gdyż odkupienie nie jest jedynym celem Wcielenia; miałoby ono miejsce nawet wtedy, gdyby grzech nie zaistniał w dziejach ludzkości[12].

Prawosławna koncepcja grzechu pierworodnego nacechowana jest swoistym optymizmem antropologicznym. Wynika on przede wszystkim z podkreślenia przez teologów prawosławnych faktu niezniszczalności obrazu Bożego w człowieku, co z kolei wyjaśnia możliwość relacji pomiędzy Bogiem a człowiekiem nawet po upadku oraz możliwość odkupienia upadłej natury ludzkiej. Po upadku człowiek zachowuje nadal wolną wolę i pozostaje zdolny do pragnienia dobra.

Przezwyciężenie konsekwencji grzechu pierworodnego dokonuje się jednak nie o własnych siłach ludzkości, lecz dzięki Wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, nowego Adama. Według teologów wschodnich, formuła Credo o „chrzcie na odpuszczenie grzechów” odnosi się jedynie do chrztu dorosłych, który był normalną praktyką we wczesnym Kościele i który rzeczywiście „odpuszcza” grzechy. Zasadnicze znaczenie chrztu jako paschalnej tajemnicy „przejścia” jest pozytywne: dzieci są chrzczone nie po to, aby „odpuścić” ich nie istniejące grzechy, lecz by dać im nowe i nieśmiertelne życie, zapoczątkowane przez zmartwychwstanie Chrystusa – życie, którego nie mogą im przekazać śmiertelni rodzice. Właśnie ta perspektywa nowego i nieprzemijającego życia może uwalniać ludzi od lęku przed śmiercią oraz od konieczności grzesznej walki o byt.

 5. Czy poligenizm biologiczny da się pogodzić z nauką o grzechu pierworodnym?

 W kontekście ekumenicznych rozważań nad upadkiem pierwszych ludzi i jego następstwami nie mogę pominąć milczeniem jeszcze jednego ważnego zagadnienia. Obecny okres w teologii jest czasem intensywnego poszukiwania sposobu interpretacji tradycyjnej prawdy o grzechu pierworodnym, zwłaszcza w konfrontacji z osiągnięciami nauk przyrodniczych. Chodzi o dyskutowane przez wiele dziesięcioleci zagadnienie mono- i poligenizmu. Tradycyjna nauka opierała się przez stulecia na doktrynalnych założeniach monogenizmu biologicznego, czyli pochodzenia ludzkości od jednej pierwotnej pary ludzkiej. Ta nauka napotyka od lat szereg trudności wynikających z postępu badań egzegetycznych oraz z osiągnięć nauk przyrodniczych.

Nic dziwnego, że jesteśmy świadkami kształtowania się, zwłaszcza w teologii katolickiej, śmiałych prób pogodzenia poligenizmu z nauką o grzechu pierworodnym. Klasyczna teoria monogenizmu budzi poważne wątpliwości. Samo prawdopodobieństwo monogenizmu biologicznego zostało mocno zachwiane. Za wysoce prawdopodobną uważa się możliwość pochodzenia ludzkości – w obrębie jednej populacji – od więcej niż jednej pary. Widać to na przykładzie wybitnego teologa Karla Rahnera i ewolucji jego poglądów. Najpierw bronił on biologicznego i teologicznego monogenizmu, a po kilkunastu latach dowodził, że nie istnieje żaden motyw, który zobowiązywałby magisterium Kościoła do mieszania się w kontrowersje na temat poligenizmu. Podmiotem grzechu pierworodnego może być bowiem ludzkość prehistoryczna, humanitas originans, złożona z więcej niż jednej pary ludzkiej[13].

Faktem jest, że problemem poligenizmu zajmowali się niemal wyłącznie teologowie katoliccy. Trudno dopatrzyć się śladów żywszego zainteresowania tym problemem wśród teologów protestanckich, a jeszcze trudniej u teologów prawosławnych. Tymczasem zagadnienie to stało się jednym z głównych motywów skłaniających do nowej interpretacji grzechu pierworodnego.

Nie tutaj miejsce, aby szczegółowo zająć się tym pasjonującym problemem[14]. Ograniczam się do najbardziej charakterystycznych cech interpretacji wysuwanych w toczących się debatach. Prób tych jest wiele. Teolog nie musi za wszelką cenę bronić ani monogenizmu, ani poligenizmu. Uzasadnionym dezyderatem w odniesieniu do nauki o grzechu pierworodnym jest wszakże to, aby nie pojmować solidarności ludzi w grzechu w świetle założeń czysto biologicznych. W ten sposób podważalibyśmywiarygodność tej nauki, która ma charakter ściśle teologiczny, w gruncie rzeczy niezależny od różnych teorii homogenezy. Samo zagadnienie mono- i poligenizmu oraz jego rozstrzygnięcie należą przede wszystkim do kompetencji nauk przyrodniczych. Jak dotąd nie mamy jednoznacznych i wiążących danych o samych początkach dziejów ludzkości.

Z teologicznego punktu widzenia istotne znaczenie ma biblijna nauka o jedności rodzaju ludzkiego i niezmiennej życzliwości Stwórcy wobec wszystkich ludzi. Nawet zadowalające rozwiązanie problemu mono-i poligenizmu nie dodałoby tym samym egzystencjalnego znaczenia samej nauce o upadku pierwszych ludzi. Cieszmy się z faktu, że Sobór Watykański II (Konstytucja Gaudium et spes, 13) nie usankcjonował potrydenckiej koncepcji grzechu pierworodnego, pozostawiając zagadnienie otwartym dla dalszych dociekań i debat.

W swoim czasie interesowałem się sugestywnym, jakkolwiek kontrowersyjnym poglądem holenderskiego jezuity, Pieta Schoonenberga. On sam zaliczał swoją koncepcję do teorii poligenizmu biologicznego i teologicznego[15]. Według niego, przekaźnikiem grzechu pierworodnego nie jest biologiczne zrodzenie, lecz pośrednictwo historyczne jako rzeczywistość socjologiczna. Chodzi o stan grzechu, który należy pojmować przede wszystkim w świetle sytuacji spowodowanej przez grzechy popełnione w dziejach ludzkich. Pierwotny upadek nie wiąże się z jednym czynem grzesznym na początku dziejów, lecz jest historią grzechów ludzkich poprzedzających pojawienie się na świecie każdego z ludzi. Grzechy te determinują egzystencjalną sytuację każdego człowieka jeszcze przed jego narodzeniem i przed wszelką osobistą decyzją. W nawiązaniu do Ewangelii można powiedzieć, że w tym właśnie znaczeniu grzech pierworodny jest „grzechem świata” (J 1,29) – sumą wszystkich grzechów ludzkich, wzajemnie ze sobą powiązanych, które osiągnęły swój moment szczytowy w ukrzyżowaniu i odrzuceniu Jezusa Chrystusa. Fakt odrzucenia Chrystusa nieuchronnie pogrąża – przed wszelką osobistą decyzją – wszystkich ludzi w sytuacji grzechu. Grzech świata utożsamia się z egzystencjalnym, grzesznym usytuowaniem człowieka i aktualizuje się w każdym akcie jego grzechu osobistego. Grzechy osobiste są dobrowolną ratyfikacją tak pojętego grzechu pierworodnego, nieuniknioną z powodu grzesznego usytuowania człowieka w grzesznym świecie.

Rzecz godna uwagi: Schoonenberg nawiązał w tym kontekście do myśli, którą odnalazł u Orygenesa, iż grzech pierworodny realizuje się przez szeroko pojęty proces „edukacji” (motio educationis, w przeciwieństwie do motio generationis św. Tomasza z Akwinu)[16]. Każdy człowiek przychodzi na świat z brakiem łaski z tej racji, że z winy przodków przerwane zostało pośrednictwo największych wartości duchowych i moralnych. Pogląd tego jezuity jest wyciągnięciem ostatecznej konsekwencji z twierdzenia, że egzystencjalny proces swoistej „edukacji” każdego człowieka rozpoczyna się już nawet na kilka wieków przed jego narodzeniem.

Podsumujmy: w dotychczasowych próbach reinterpretacji początkowego upadku pojawia się podstawowe przekonanie, iż od początku dziejów ludzkich grzech pochodzi z wolnej woli ludzkiej i że określa tym samym zawiniony stan wszystkich ludzi przed Bogiem, uprzedzając wszelką osobową decyzję człowieka. Zasadniczy problem polega na wyjaśnieniu tej winy ludzkości, uprzedzającej osobiste czyny konkretnego człowieka. Nie muszą tego wysiłku usprawiedliwiania winy podejmować w takiej samej mierze ci teologowie prawosławni, którzy pojmują grzech pierwszych ludzi w sensie dziedzicznego stanu śmiertelności czy dezintegracji osobowości człowieka.

Teologowie katoliccy uciekają się natomiast do pewnych przesłanek współczesnej antropologii. W jej świetle każdy konkretnyczłowiek jest wewnętrznie, niejako pre-osobowo, zdeterminowany przez czyny innych ludzi wskutek „egzystencjalnego współistnienia” (das existenziale Mitsein der Menschen)[17]. Dzieje grzesznej ludzkości oraz historycznie uwarunkowane okoliczności determinują go w jego egzystencji i wolności. Istnieje pewnego rodzaju egzystencjalna zasada jedności całego rodzaju ludzkiego (pisali o niej, przypominam, także teologowie prawosławni!). Zasada ta naświetla sposób rozumienia wewnętrznej pre-determinacji człowieka przez całe dzieje ludzkości, jakkolwiek nie wiąże się ona z fizyczno-biologicznym pochodzeniem wszystkich ludzi od jednaj pary przodków ani z ich wyjątkową rolą w dziejach ludzkich.

Tak więc w refleksji współczesnej podkreśla się stanowczo tę właśnie zasadę jedności całego rodzaju ludzkiego – jedności niezależnej od biologicznej jedności pochodzenia genealogicznego, którą akcentował przez wieki monogenizm biologiczny i teologiczny. Debaty wokół poligenistycznych początków ludzkości pokazały, że nie musimy przyjmować istnienia jedynego sprawcy pierwotnego upadku.

*                      *

*

Nie dziwię się Annie Connolly, kiedy z pozycji osoby szczerze wierzącej wysuwa pod adresem tradycyjnej koncepcji pierwotnego upadku człowieka szereg pytań, wątpliwości i własnych sugestii. W takiej czy innej mierze wszyscy mamy podobne trudności. Bywa często tak, że tradycyjnie pojmowanym grzechem pierworodnym Adama i Ewy usiłuje się usprawiedliwić wiele spraw, które nie mają z nim nic wspólnego. Staje się on wówczas wygodnym alibi dla wielu codziennych sytuacji życiowych.

Kto zagłębi się w dzieje doktryny o upadku pierwszych ludzi ten dostrzeże z jednej strony ludzką bezradność w interpretacji tego pra-wydarzenia, a z drugiej ustawiczne i uparte poszukiwanie wyjaśnień bardziej wiarygodnych. Są one potrzebne zwłaszcza w czasach krytycznej mentalności kształtowanej przez osiągnięcia nowoczesnej nauki. Powstało już wiele teorii i hipotez. W przyszłości powstaną zapewne jeszcze inne, może bardziej zadowalające.

W swoich rozważaniach usiłowałem skoncentrować się na biblijnej idei jedności całego rodzaju ludzkiego oraz odwiecznej życzliwości Boga wobec wszystkich ludzi. Nie należy zapominać, że w gruncie rzeczy to nie ludzki grzech znajduje się w centrum dziejów ludzkości, lecz wszech-ocalające, zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa, którego nazywamy z tego powodu Zbawicielem świata. Kiedy Jan Chrzciciel zobaczył po raz pierwszy Jezusa do niego przychodzącego, wypowiedział znamienne i dalekowzroczne słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29: grzech w liczbie pojedynczej!). Jest nad czym się zastanawiać i  dyskutować!



[1] Upadek w górę. Rozmowa z Johnem Polkinghornem, „Polityka”  nr 51/52, 19-26 grudnia 2009, s. 102-106, cyt. 106. Wyróżnienie moje, W.H.

[2] John Shelby Spong, U katolików byłbym ekskomunikowany, „Tygodnik Powszechny” nr 51, 16 grudnia 2012, s. 18-19. Rozmowa z Piotrem Włoczykiem zatytułowana przez Redakcję: „Chrześcijaństwo ultraliberalne”.

[3] S. Bułgakow, Nevesta Agnca. O bogočelovečestve, čast’ III, Pariž 1945, reprint by Gregg International, Westmead 1971, s. 198-204; tenże, Kupina nieopalimaja. Opyt dogmatičeskogo istolkovanija nekotorych čert v pravoslavnom počitanii Bogomateri, Pariž 1927, s. 30-31, 47-50.

[4] Bulgakov zastrzega się, że jego nauka nie ma nic wspólnego z orygenesowską teorią o preegzystencji dusz. Upadek każdego człowieka dokonuje się na granicy czasu ludzkiego życia, a więc nie w wieczności i jeszcze nie w czasie.

[5] Konsekwentnie, wśród tych teologów prawosławnych, którzy nie ulegli wpływom myśli zachodniej, nie przyjął się pogląd, że dzieci zmarłe bez chrztu, a więc splamione grzechem pierworodnym, będą potępione lub umieszczone w tzw. limbus puerorum..

[6] In Rom. Commentarium, PG 75, 781-790, zwłaszcza zaś 788-790. Cyryl podaje również interpretację grzechu pierworodnego o zabarwieniu jurydycznym w sensie naśladownictwa winy Adama; śmierć jest karą za grzechy osobiste (PG 74, 784).

[7] Zob. jego komentarz do Listu do Rzymian (PG 82, 100). Podobną interpretację spotykamy u św. Jana Chryzostoma oraz Maksyma Wyznawcy. – Fakt, że śmiertelność przekazywana jest drogą dziedziczenia, nie może być, zdaniem Teodoreta, powodem do potępienia małżeństwa. Sama w sobie, śmiertelność nie jest grzechem, lecz konsekwencją upadku, za który nie jesteśmy odpowiedzialni. In Ps. 50, 7. PG 80, 1244. Przez małżeństwo nie przekazuje się winy, lecz jedynie stan śmiertelny, który z kolei pociąga za sobą grzechy osobiste.

[8] Zob. J. Meyendorff, Eph’ho (Rom 5, 12) chez Cyrille d’Alexandrie et Theodoret, „Studia Patristica”, vol. IV, Berlin 1961, s. 157-161, zwłaszcza s. 158.

[9] Por. bardzo charakterystyczny tekst Teodoreta (PG 82, 100).

[10] V. I. Nesmelov, Nauka o čeloveke, t. 2: Metafizika žizni i christianskoe otkrovenie, Kazań 1905, angielskie wyd. fototypiczne Westmead, Farnborough 1971, s. 242-258.

[11] P. Florensky, La colonne et le fondement de la vérité. Traduit du russe par C. Andronikoff, Lausanne 1975, s. 123-125 (Septième Lettre: Le péché).

[12] Zob. J. Meyendorff, Teologia bizantyjska. Historia i doktryna, przeł. J. Prokopiuk, Warszawa 1984, s. 185-191.

[13] Zob. co już w połowie ubiegłego wieku pisał Karl Rahner najpierw w obronie monogenizmu (Theologisches zum Monogenismus. W: Schriften zur Theologie, Bd. 1, Einsiedeln…1954, s. 253-322), korygując potem swój pogląd: Erbsünde und Evolution, „Concilium“ 3:1967, s. 459-465 (tekst polski: Grzech pierworodny a ewolucja, „Concilium” 2-3: 1966-67, nr 1-10, s. 288-295); Erbsünde und Monogenismus. W:  K. H. Weger, Theologie der Erbsünde, Freiburg i. Br. 1970, s. 176-223 (=ekskurs do książki Wegera).

[14] Zob. W. Hryniewicz, Monogenizm i poligenizm. Zarys problematyki teologicznej.  W: Zarys filozofii przyrody ożywionej, pod red. S. Mazierskiego, Lublin 1980, s. 321-338.

[15] P. Schoonenberg,  L’homme et le péché, Paris1967, s. 225-254.

[16] P. Schoonenberg, Der Mensch in der Sünde. W:  Mysterium salutis. Grundriss heilsgeschichtlichen Dogmatik, Bd 2, Einsiedeln 1967, s. 845-941, zwł. s. 933; tenże, Quelques remarques à propos de la discussion actuelle sur le péché originel, «IDO-C» 4: 1968, s. 1-17, zwł. s. 14.

[17] Określenie wprowadzone przez P. Schoonenberga oraz L. Borosa (przekład polski: Mysterium mortis. Człowiek w obliczu ostatecznej decyzji, Warszawa 1974, s. 132-150), a rozwinięte potem przez K. H. Wegera (zob. wyżej przypis 12).

86 myśli nt. „O grzechu pierwszych ludzi w świetle odwiecznej życzliwości Boga: perspektywa ekumeniczna”

  1. John Spong z powodu Darwina odrzuca całą chrześcijańską teorię wcielenia i odkupienia. Mówi: nie było upadku, więc nie ma z czego wybawiać, nie ma po co zstępować na ziemię. Ale jednak rozejrzawszy się po świecie Mr. Spong spostrzeże, że zło istnieje i cierpienie także. A więc jest z czego człowieka wybawiać. Chodzi więc o to, jak rozumieć upadek i jak pogodzić go z Darwinem. Upadek to poznanie dobra i zła. Teraz Darwin: byliśmy komórkami, potem zwierzętami, potem ludźmi. Zwierzęta żyły jakoś lepiej niż my, bez grzechu, a może bez świadomości grzechu? Na pewno w ich życiu było cierpienie i przemoc. Zwierzęta zadawały przemoc i zło z konieczności, nie mając świadomości grzechu. Człowiek poczuł, że czyni zło, wiedział, że nie czyni dobra i się tym zmartwił. To był upadek. I w dodatku zgodny z Darwinem, czy nie? To wiedza o grzechu odróżnia ludzi od zwierząt, i w tym sensie jest upadkiem w górę. Co będzie kolejnym stadium ewolucji? Może do jego osiągnięcia potrzebne jest wybawienie?

  2. Mnie również wciąż zastanawia idea „upadku w górę”, ów kierunek myślenia, który nazwano trudno przetłumaczalnym terminem „super-lapsarianizmu” (superlapsarianism). Kiedy w momencie hominizacji następuje jakościowy przeskok ewolucji, zjawia się PRAWDZIWY CUD ŚWIADOMOŚCI W ISTOCIE STWORZONEJ – coś zdumiewającego, nad czym się zazwyczaj mało zastanawiamy. Samoświadomość to jednak także zdolność poznawania i wyboru. Wyboru tego, co jest dobrem lub złem, co jest przykazane lub zakazane. POJAWIENIE SIĘ ŚWIADOMOŚCI TO RUCH KU GÓRZE, PROMOCJA, COŚ WYŻSZEGO, PRAWDZIWIE LUDZKIEGO. Z kolei BŁĘDNY WYBÓR, wybór zła, decyzja uczynienia czegoś zakazanego – to UPADEK, który nazywamy grzechem najbardziej pierwotnym, grzechem prarodziców. W sumie dar świadomości i wolności staje się powodem dramatycznego upadku, ale jest to mimo wszystko, patrząc na całość tego swoistego pra-wydarzenia – upadek w górę. To oczywiście paradoks! W górę można upadać tylko wtedy, gdy przestają działać prawa grawitacji (doświadczają tego astronauci w pojazdach kosmicznych). Język wiary jest z natury swej antynomiczny i paradoksalny.
    John Polkinghorn dostrzega błąd w tym, że oboje prarodzice zwrócili się ku sobie, ku własnej przyjemności i korzyści. Zauważmy pewną zbieżność w myśleniu. Rosyjski teolog Wiktor Niesmiełow widział tragiczną pomyłkę w podporządkowaniu ducha ciału i jego wymaganiom. Pierwsi ludzie stali się bardziej ofiarami niż sprawcami grzechu. Wskutek tego nastąpiła grzeszna modyfikacja zafałszowująca sposób istnienia człowieka i jego osobowości.
    Dlaczego ta modyfikacja udziela się innym? Dlaczego tak szybko zło owocuje zawistnym morderstwem Kaina, pierworodnego syna prarodziców? Dlaczego załamuje się dobry początek ewolucji, która z dobroci Stwórcy doprowadziła do narodzin świadomych siebie istot ludzkich? Dokąd to wszystko nas prowadzi?
    Oto pytania, które sobie zadajemy i szukamy różnych wyjaśnień od wieków. Wiara mówi, że nie jest to jednak sytuacja bez wyjścia, bo życzliwość Boga pokazała nam nowy wzór istnienia w postaci Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelii – osobowy wzór i osobową przyczynowość oddziaływania, które chronią przed dezintegracją ludzkiej osobowości. Jest w światopoglądzie chrześcijańskim miejsce na prawdę o wybawianiu i wyzwalaniu ludzi z egoizmu i koncentracji na sobie samych, do wzajemnego współistnienia w pokoju i zgodzie. Stąd tak ważną rolę w nauczaniu Jezusa mają międzyludzkie relacje i przykazanie miłości bliźniego. Z tego będziemy sądzeni (cf. Mt 25,35nn.).
    Kolejne stadium ewolucji? – Stopniowe dojrzewanie, w radości, bólu i trudzie, pomimo wszelkiego rodzaju upadków, dzięki boskiej pomocy – do ostatecznego spełnienia wszechrzeczy, gdy Bóg stanie się „wszystkim we wszystkich/wszystkim” (1 Kor 15,28).
    Bp John Shelby Spong nie widzi w dziejach świata upadku, lecz naturalny, ewolucyjny bieg rzeczy ku udoskonaleniu i pełni. Skoro nastąpiło uczłowieczenie, pojawienie się ludzkiej samoświadomości, to raczej sam Stwórca jest raczej winien, że obdarzył swoje stworzenia ciekawością poznawczą, zdolnością poznania oraz wyboru dobra i zła. To swoisty sposób myślenia, nie pozbawiony zresztą pewnej logiki.
    Uczymy się jedni od drugich jak lepiej rozumieć sens prawd wiary, jak KORYGOWAĆ własne błędy w myśleniu i szukać głębszych interpretacji. TO TRUD NA WIELE, WIELE POKOLEŃ. Dlatego stale powtarzam: trzeba uczyć się intensywnie żyć z pytaniami.
    Tych kilka myśli nasunęło mi się wieczorną porą, po lekturze komentarza Anny.

  3. Skoro moja wczorajsza, wieczorna odpowiedź Annie Connolly nie znalazła się w Kanale RSS z komentarzami, wysyłam jeszcze raz.
    *
    Mnie również wciąż zastanawia idea „upadku w górę”, ów kierunek myślenia, który nazwano trudno przetłumaczalnym terminem „super-lapsarianizmu” (superlapsarianism). Kiedy w momencie hominizacji następuje jakościowy przeskok ewolucji, zjawia się PRAWDZIWY CUD ŚWIADOMOŚCI W ISTOCIE STWORZONEJ – coś zdumiewającego, nad czym się zazwyczaj mało zastanawiamy. Samoświadomość to jednak także zdolność poznawania i wyboru. Wyboru tego, co jest dobrem lub złem, co jest przykazane lub zakazane. POJAWIENIE SIĘ ŚWIADOMOŚCI TO RUCH KU GÓRZE, PROMOCJA, COŚ WYŻSZEGO, PRAWDZIWIE LUDZKIEGO. Z kolei BŁĘDNY WYBÓR, wybór zła, decyzja uczynienia czegoś zakazanego – to UPADEK, który nazywamy grzechem najbardziej pierwotnym, grzechem prarodziców. W sumie dar świadomości i wolności staje się powodem dramatycznego upadku, ale jest to mimo wszystko, patrząc na całość tego swoistego pra-wydarzenia – upadek w górę. To oczywiście paradoks! W górę można upadać tylko wtedy, gdy przestają działać prawa grawitacji (doświadczają tego astronauci w pojazdach kosmicznych). Język wiary jest z natury swej antynomiczny i paradoksalny.
    John Polkinghorn dostrzega błąd w tym, że oboje prarodzice zwrócili się ku sobie, ku własnej przyjemności i korzyści. Zauważmy pewną zbieżność w myśleniu. Rosyjski teolog Wiktor Niesmiełow widział tragiczną pomyłkę w podporządkowaniu ducha ciału i jego wymaganiom. Pierwsi ludzie stali się bardziej ofiarami niż sprawcami grzechu. Wskutek tego nastąpiła grzeszna modyfikacja zafałszowująca sposób istnienia człowieka i jego osobowości.
    Dlaczego ta modyfikacja udziela się innym? Dlaczego tak szybko zło owocuje zawistnym morderstwem Kaina, pierworodnego syna prarodziców? Dlaczego załamuje się dobry początek ewolucji, która z dobroci Stwórcy doprowadziła do narodzin świadomych siebie istot ludzkich? Dokąd to wszystko nas prowadzi?
    Oto pytania, które sobie zadajemy i szukamy różnych wyjaśnień od wieków. Wiara mówi, że nie jest to jednak sytuacja bez wyjścia, bo życzliwość Boga pokazała nam nowy wzór istnienia w postaci Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelii – osobowy wzór i osobową przyczynowość oddziaływania, które chronią przed dezintegracją ludzkiej osobowości. Jest w światopoglądzie chrześcijańskim miejsce na prawdę o wybawianiu i wyzwalaniu ludzi z egoizmu i koncentracji na sobie samych, do wzajemnego współistnienia w pokoju i zgodzie. Stąd tak ważną rolę w nauczaniu Jezusa mają międzyludzkie relacje i przykazanie miłości bliźniego. Z tego będziemy sądzeni (cf. Mt 25,35nn.).
    Kolejne stadium ewolucji? – Stopniowe dojrzewanie, w radości, bólu i trudzie, pomimo wszelkiego rodzaju upadków, dzięki boskiej pomocy – do ostatecznego spełnienia wszechrzeczy, gdy Bóg stanie się „wszystkim we wszystkich/wszystkim” (1 Kor 15,28).
    Bp John Shelby Spong nie widzi w dziejach świata upadku, lecz naturalny, ewolucyjny bieg rzeczy ku udoskonaleniu i pełni. Skoro nastąpiło uczłowieczenie, pojawienie się ludzkiej samoświadomości, to raczej sam Stwórca jest raczej winien, że obdarzył swoje stworzenia ciekawością poznawczą, zdolnością poznania oraz wyboru dobra i zła. To swoisty sposób myślenia, nie pozbawiony zresztą pewnej logiki.
    Uczymy się jedni od drugich jak lepiej rozumieć sens prawd wiary, jak KORYGOWAĆ własne błędy w myśleniu i szukać głębszych interpretacji. TO TRUD NA WIELE, WIELE POKOLEŃ. Dlatego stale powtarzam: trzeba uczyć się intensywnie żyć z pytaniami.
    Tych kilka myśli nasunęło mi się wieczorną porą, po lekturze komentarza Anny.

  4. Podoba mi się także określenie „upadek w górę”, oznacza bowiem jakiś sens tego upadku, jakiś zamiar Boga, który do tego upadku dopuścił. Pierwotny raj nie musiał być wcale doskonałym miejscem, a Adam i Ewa nie musieli być doskonałymi ludźmi, którym niczego do szczęścia nie brakowało. Może wiedza dobrego i złego była im do szczęścia potrzebna i musieli przejść przez to bolesne stadium upadku, aby osiągnąć większą doskonałość. Juliana z Norwich dostaje od Boga odpowiedź na pytanie po co był grzech i dlaczego Bóg do niego dopuścił. Nie jest to odpowiedź satysfakcjonująca umysł człowieka logicznego i naukowego. Bóg powiedział, że grzech był konieczny. To wszystko. Bóg nie daje odpowiedzi w naszym ludzkim języku, zaspokajając nasze intelektualne dociekania. Ale Bóg chce, aby zadawać Mu niewygodne pytania, jak Hiob. Bóg przewidział, że na tych pytaniach trzeba czasem poprzestać, jak Ksiądz Wacław wielokrotnie powtarzał. Ale właśnie naszą drogą są te dręczące pytania i za ich zadawanie Bóg nas chwali. Przecież powiedział, że to właśnie Hiob mówił prawdę o Nim. A Hiob tylko stawiał pytania i hipotezy.
    Jeszcze jeden rosyjski filozof mi przychodzi do głowy: Lew Szestow. On opowiadał się za Jerozolimą, przeciw Atenom, w sensie za wiarą przeciw wiedzy. Dla niego zjedzenie owocu poznania równało się ludzkiemu dążeniu do wiedzy, które to dążenie identyfikował z grecką filozofią – Atenami. Natomiast duchem judaizmu jest wiara – Jerozolima. Pokonanie upadku polegałoby według Szestowa na przejściu od ubóstwienia wiedzy do żarliwej wiary. Wiedza stała się Bogiem w miejsca samego Boga – tak zdaje się argumentuje Szestow, którego już dość dawno czytałam, ale chyba istota jego myśli jest właśnie taka.

  5. Od dawna przekonywałem, że przesadzamy z tym rajem i z pierwotną doskonałością pierwszych ludzi. Wyposażano ich we wszystkie możliwe dary, aby potem pokazać bezdeń upadku. To wina teologów, nie pierwsza i nie ostatnia zresztą. Perspektywa ewolucjonizmu uczy nas zupełnie innej lekcji. Nawet papież Jan Paweł II oświadczył w jednej ze swoich wypowiedzi, że ewolucjonizm jest czymś „więcej niż hipotezą”. Słuchajmy więc głosu tych, którzy myślą inaczej niż tradycja teologiczna wielu wieków. Może to być głos chybiony, przesadny, ale on o czymś mówi, na coś reaguje, coś koryguje. Szukajmy mądrzejszego podejścia. My też korygujmy. Nie uprawiajmy jedynie „teologii powtarzania” (theology of repetition) i powielania (theology of multiplication). Może wtedy tzw. nowa ewangelizacja, o której tyle się mówi na okrągło będzie bardziej wiarygodna.

    Jeżeli Bóg pozwala na dokonanie się czegoś w dziejach świata, to ma to jakiś ukryty sens. Chyba przekonuje o tym także nauka o Bożej Opatrzności i życzliwej trosce Boga. Jezus zapewniał, że bez wiedzy czy wbrew woli Ojca (aneu tou Patros) żaden wróbel „nie spadnie na ziemię”. I być może z zamierzoną przesadą mówił, że u ludzi nawet wszystkie włosy na głowie są policzone. Wniosek: „Jesteście cenniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,2-31).

    A co dopiero mówić o „spadaniu” istoty ludzkiej! UPADEK UCZY! KRYJE SIĘ W NIM SWOISTA PEDAGOGIA. Trzeba nieraz przekonać się z własnego doświadczenia, co znaczy zły wybór. Ale to jeszcze nie tragedia. Jezus nawoływał do MYŚLENIA PO ZŁYCH DOŚWIADCZENIACH. Słowo „metanoia” przekładane jest zwykle przez „nawrócenie” czy „skrucha”, ale etymologicznie znaczy właśnie „myśleć po” (meta-noéō) po tym, jak się wcześniej postępowało. Prarodzice otrzymali swoją lekcję, która jest także naszą dziejową lekcją. Opis z Księgi rodzaju zastanawia: „Po czym Pan Bóg rzekł. «Oto człowiek stał się jak jeden z Nas: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki»” (Rdz 3,22). Chyba nie są to jedynie słowa gorzkiej ironii, że prarodzice chcieli dorównać samemu Stwórcy. To raczej pierwszy owoc post-rajskiej edukacji i ostrzeżenie, które ma iść przez wieki.

    Anna słusznie przytacza w swoim komentarzu słowa Julianny z Norwich („Revelations of Divine Love”), w których Chrystus zapewnia ją: „Sin must needs be. (…) But all shall be well, and all manner of thing shall be well” (XIII, shorter version). A więc: “Grzech musi koniecznie istnieć. (…) Ale wszystko będzie dobrze, I wszystko się dobrze skończy”. Tani i naiwny optymizm? Bynajmniej! To raczej wyraz dalekosiężnej mądrości przekazanej z góry: „Mądrość z wysoka jest (…) życzliwa, (…) pełna miłosierdzia i dobrych owoców…” (Jk 3,17).

    Odniesienie do Lwa Szestowa jest również pouczające. To człowiek wiary starotestamentowej, który obrał w swoim myśleniu filozoficzno-religijnym wiarę Abrahama i jego zaufanie do Boga, jako drogę pewniejszą w naszej intelektualnej i życiowej wędrówce niż bezpłodne rozumowanie. Stąd zaskakująca myśl, którą głosił, że trzeba być przygotowanym na brak oczywistości – na brak gruntu pod nogami (bezpočvennost’).

    Dyskutujmy zatem spokojnie, szukajmy cierpliwie, a jakieś światełko dla siebie i własnego rozumienia trudnych spraw wiary można wtedy odnaleźć. Choćby o tym „upadku w górę”.

  6. Skoro nie do końca posiadamy wolną wolę (jest ona cząstkowa), działamy pod wpływem podświadomości, na którą nie mamy wpływu, grzech zaś jest „nie trafieniem w cel”, dlaczego skutki grzechu (wolnej woli ?) są tak boleśnie „świadome”, realne i dotkliwe? Jest tu pewna nieadekwatność. Jeśli wolna wola miała tak wielki udział w grzechu pierworodnym ( a jest ona cząstkowa), to jak możemy mówić o świadomej i dobrowolnej decyzji z ową cząstkową wolą? Grzech pierworodny wprowadził na świat śmierć i złamanie, zerwanie więzi z Bogiem, jak to mogło się dokonać bez faktycznie całkowicie wolnej woli? Problem wolnej woli poruszał ks.Hryniewicz i Anna Connolly w kilku miejscach tu na blogu. Z zakwestionowaniem pełnej wolnej woli nie można pogodzić tradycyjnego pojmowania grzechu. Jak możemy grzeszyć dobrowolnie jeśli tyle kwestii wypływa z naszej podświadomości, która „robi co chce”. Nasuwa mi się absurdalna myśl, że przed upadkiem mieliśmy całkowicie wolną wolę, a zerwanie więzi z Bogiem doprowadziło do tego, że „pękliśmy” na świadomość i podświadomość. Tylko w takim układzie jaka jest nasza odpowiedzialność za to co robimy? Cały ten problem wolnej woli i odpowiedzialności jest największym problemem dla mnie w wierze…

  7. KILKA SŁÓW DLA ESTEL:
    Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania. Jestem tak samo jak wszyscy inni tylko człowiekiem wiary i zaufania Bogu, a nie widzenia. Każdy z nas musi przebijać się do światła także własnym wysiłkiem umysłu i serca.
    Rozumiem, że problem wolnej woli i odpowiedzialności może być dla kogoś dużym problemem w wierze. Czy największym? To zależy od każdego i każdej z nas. Nosimy w sobie różne skale ważności. Nie sądzę, że przed upadkiem mieliśmy pod każdym względem ”całkowicie wolną wolę”. Wielokrotnie podkreślałem, także w obecnej dyskusji, że przesadzamy z doskonałością pierwotnego wyposażenia ludzi, którzy znajdowali się u samego początku dziejów ludzkości. Perspektywa ewolucyjna nie pozwala na takie przesadne założenia. Nikt z nas nie wie jakie było owo „zerwanie więzi z Bogiem”. Przecież nie całkowite, bo wtedy inaczej traktowałby On wszystkich winowajców. Przykład z Kainem jest wielce pouczający (proszę uważnie czytać wcześniejsze komentarze).

    Wiele rzeczy pomniejsza naszą odpowiedzialność za to, co czynimy: gniew, złość, zaślepienie, niewiedza do końca, co naprawdę czynimy… Ot, choćby owa biblijna zawiść Kaina do młodszego brata, przychylniej traktowanego przez Boga, która zaślepia. Jakie to ludzkie uczucie, znane nam z codziennych doświadczeń! Obaj bracia przecież składali ofiary. Już tu pojawiają się nasze pytania. Dlaczego „Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę, na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć?” Dlaczego? Znamienne są dalsze słowa: „Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą” (Rdz 4,3-5). Być może to właśnie jest już owo wczesne „pęknięcie” na świadomość i podświadomość. Człowiek może sam siebie nie rozumieć. Zdaje sobie sprawę z tego, czego czynić nie powinien, a jednak uczyni to w odruchu złości kryjącej się w podświadomości. Z pytań Boga w biblijnej opowieści wynika, że Kain nie postępował dobrze. Otrzymał ostrzeżenie, że „grzech leży u wrót” (w. 7), że już czyha na niego i że trzeba nad nim panować. Nie zapanował. Zrobił to, z czym zmagał się chyba w swoich myślach. A jednak i on nie został całkowicie odrzucony przez Boga. Czytajmy uważnie dalsze wersety Księgi Genesis (Rdz 4,10-16).

    Dlatego właśnie w swoim tekście/wpisie stale powracam do motywu życzliwości Boga, która jest większa niż nasza odpowiedzialność za winę. Konający Jezus na krzyżu modlił się za swoich oprawców: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34: podobnie Szczepan). Usprawiedliwienie niewiedzy, i to jakiej! Dopiero po czasie, jeśli zastanawiamy się nad swoim postępowaniem (meta-noeō!), dotkliwie uświadamiamy sobie, co zrobiliśmy. Także pod krzyżem, „wszyscy, którzy się zgromadzili (…), gdy zobaczyli, co się wydarzyło, bijąc się w piersi, zawracali” (Łk 23,48). W tym kontekście radzę przeczytać także w końcowym punkcie mojego tekstu to, co holenderski teolog Piet Schoonenberg pisał o „grzechu świata” i ukrzyżowaniu Jezusa. Może wtedy będzie łatwiej zrozumieć, dlaczego skutki grzechu są, według sformułowania Estel, tak „boleśnie ‘świadome’, realne i dotkliwe”.

    W odniesieniu do grzechu prarodziców nie wiemy, w jakim stopniu była to w pełni świadoma i dobrowolna decyzja. Przesadą jest mówienie i w tym przypadku o pełnej wolnej woli i całkowicie pełnej wiedzy. Czy można takiej wymagać od dopiero co uczłowieczonych ludzi, w których obudziła się samoświadomość? Oni także nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co czynią. Ich nieposłuszeństwo można usprawiedliwiać na różne sposoby.
    Gdybyśmy wiedzieli z całą pewnością, jak pojmować ów „grzech pierworodny”, to nie powstałoby tyle teorii i domysłów. Jego tradycyjne pojmowanie nie musi być jedynie miarodajnym. A śmierci nie musiał ten grzech wprowadzać, bo ona istniała miliony lat wcześniej w dziejach przedludzkiego świata. Chodzi o śmiertelność i sposób jej przeżywania, jak o tym pisał anglikanin J. Polkinghorn, a o wiele wcześniej niektórzy Ojcowie Kościoła i prawosławni teologowie.
    Tyle moich uwag ku pobudzeniu własnej refleksji.

  8. Bardzo dziękuję za odpowiedź. Czytając ostatnie zdania Księdza wypowiedzi( odnośnie śmierci i śmiertelności), nasunęła mi się myśl o tym, jak widział to Tolkien, który przecież coraz częściej nazywany jest swego rodzaju teologiem. Pisał On, że śmierć była darem Jedynego dla ludzi, dopiero kłamstwa Saurona spowodowały, że ludzie zapragnęli nieśmiertelności i zerwali naturalny porządek stworzonego świata. Zawsze mnie ciekawiło skąd u Tolkiena taka koncepcja, był katolikiem, jednak tworząc literaturę fantasy umieszczał w niej dość „rewolucyjne” poglądy. Oczywiście piszę teraz nie na temat i nie liczę na rozwinięcie tego problemu w tym miejscu.

  9. Jedna myśl pobudza do kolejnych myśli. Interesujące jest to spostrzeżenie Tolkiena. Dziękuję. Nie czytuję „fantasy literature” więc nie wiedziałem, że tak patrzy na zjawisko śmierci. W podeszłym wieku często powracam do pogodnego rozmyślania nad DAREM ŚMIERCI. Oto kilka moich myśli, w których nawiązuję także do grzechu najbardziej pierwotnego.
    Jeżeli życie jest ogromnie cennym darem, to śmierć jawi się zazwyczaj w naszych oczach jako największy wróg i zatrważające zagrożenie. Doświadczamy jej jako niezrozumiałego, przerażającego i absurdalnego przerwania życia. Tradycyjnie wierzono, że to nie Bóg, który jest źródłem wszelkiego dobra sprawił, iż skazani jesteśmy na utratę istnienia. Pismo Święte zapewnia: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących” (Mdr 1,13). Przez wieki uczono, że śmierć jest skutkiem grzechu pierworodnego i karą za grzech (zob. Rdz 2,17; 3,19). Nawiązując do opisu upadku pierwszych rodziców, Księga Mądrości stwierdza: „A śmierć weszła w świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 2,24). Chodzi zarówno o śmierć duchową jak i fizyczną. Apostoł Paweł pisał: „tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świat, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). I nieco dalej dodaje: „Zapłatą bowiem za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

    Trudno bezkrytycznie podtrzymywać pogląd o związku śmierci biologicznej z grzechem pierworodnym. Jeżeli wziąć poważnie EWOLUCYJNĄ PERSPEKTYWĘ wyłaniania się gatunków i powstania człowieka, to śmierć była jeszcze przed jego pojawieniem się na świecie. To ona wyznacza wymianę pokoleń. Jest koniecznym elementem ewoluującego świata, prawem przyrody, warunkiem powstania nowego życia w jego różnych formach. Życie wolne od śmierci jest w tej perspektywie po prostu niemożliwe.

    W naszym obecnym świecie śmierć jest naturalną koniecznością i POWSZECHNYM PRAWEM BIOLOGICZNYM, którego nikt i nic nie może uniknąć. Wszystkie żywe istoty podlegają nieubłaganie temu prawu. Nie ma pieśni życia bez pieśni śmierci. Wiemy, że ona przyjdzie prędzej czy później. Wszystko co się rodzi umrzeć musi. Taki jest cykl życia. W każdych narodzinach kryje się już zapowiedź śmierci. Początek zapowiada koniec. Rodzaj ludzki nie jest tu żadnym wyjątkiem. Bez wzrostu i starzenia się nie byłoby następstwa pokoleń.
    Musimy odchodzić, żeby zrobić miejsce tej ogromnej ilości istot, które przyjdą po nas. Śmierć kładzie kres pewnemu etapowi istnienia, złym wyborom, czynieniu zła. Człowiekowi przygniecionemu cierpieniem śmierć jawi się jako wyzwolenie i dar, bo pragnie on już odejść z tego świata. Istnieje konieczność śmierci, która pozwala człowiekowi uczestniczyć w czymś większym. Tym słowem nadziei możemy sobie nawzajem dodawać otuchy. Oczywiście, jest to perspektywa wiary, której nie akceptują ludzie niewierzący.

    Tylko człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że czeka go nieuchronna śmierć, która zniszczy jego ziemskie istnienie. Boleśnie to odczuwamy. Trudzimy się, działamy, tworzymy, a śmierć kładzie kres dziełu naszego umysłu, serca i rąk. W dodatku często poprzedza ją choroba i towarzyszy cierpienie. Stąd lęk i obawy przed niepewną i nieznaną przyszłością. Każdy umiera swoją własną śmiercią. Tu nie ma zastępstwa ani wyręczenia. Śmierć wydaje się wrogiem życia, porażką i trudnym do pojęcia nonsensem, który rzuca cień na całość ludzkiego istnienia. Usiłujemy nadać jej sens. Nie wygasa w ludziach nadzieja przynajmniej na jakąś formę nieśmiertelności. Są dlatego tacy, którzy potrafili, jak Sokrates, przyjąć niesprawiedliwy wyrok śmierci z godnością i pogodą ducha.
    Ojcowie Kościoła nie bez racji uważali, że życie bez końca w doczesnych warunkach byłoby iście diabelskim koszmarem. Obecność grzechu i winy w życiu ustawicznie je kaleczy i zatruwa. Sama myśl o nieśmiertelności, zwłaszcza niektórych okrutnych postaci ludzkich, jawi się jak zwycięstwo piekła na ziemi. Miłując swe stworzenia Stwórca nie dopuszcza do uwiecznienia tego stanu życia, które prędzej czy później musiałoby okazać się nie do zniesienia. ŚMIERĆ JEST DOBRODZIEJSTWEM. WYZWALA OD KOSZMARU. Skłania do lepszego życia. Nadaje mu większą głębię. Trzeba widzieć w niej ZBAWCZY DAR BOGA: „czy świat, czy życie, czy śmierć, czy teraźniejszość, czy przyszłość – wszystko wasze, wy natomiast Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3,22-23).

    Śmierć jest koniecznością. Nie ma innego sposobu przejścia do innego świata – świata zmartwychwstania. Osoby duchowo bardziej dojrzałe potrafią przeżywać śmierć pogodnie. Nie łudźmy się jednak – nawet niektórzy wielcy święci wychowani w tradycyjnej nauce kościelnej odchodzili z tego świata z wielkim przerażeniem i bojaźnią. Jeżeli przed człowiekiem roztacza się wizję strasznego Sądu Ostatecznego i możliwości wiecznego potępienia, wtedy śmierć jest przerażająca.

  10. W końcu znalazłem czas, żeby przeczytać w całości tekst księdza profesora z komentarzami. Nasuwa mi się parę myśli – pierwsza trochę nie na temat przewodni: jak znaczący (negatywny) wpływ wywarła teologia Św. Augustyna na całe chrześcijaństwo zachodnie. Z jednej strony zachwycamy się tą postacią nie zdając sobie jednocześnie sprawy jak wiele ciąży nam do dziś z jego nauki. Może ksiądz profesor zainicjowałby pracę zbiorową na ten temat. A może coś już jest? – proszę o wskazanie.
    Żeby jednak być w temacie, chwycę się ostatniego wątku z komentarza tuż ponad – o śmierci. Pięknie ksiądz nakreślił ewolucję pojmowania śmierci: od śmierci-nonsensu po śmierć-dobrodziejstwo. Zawsze gdy pojawia się zestawienie śmierć – nieśmiertelność przypominają mi się słowa Achillesa (były już wspomniane Ateny, więc chyba nie popełniam zbrodni wspominając tego greckiego boga) wypowiedziane w filmie „Troja”: „Zdradzę ci tajemnicę, coś, czego nie uczą w świątyniach.(!) Bogowie nam zazdroszczą. Zazdroszczą nam śmiertelności. Bo każda chwila może być dla nas ostatnia. Wszystko jest piękniejsze, bo jesteśmy skazani. Nigdy nie będziesz ładniejsza niż w tej chwili. I nigdy się tu już nie spotkamy.”

  11. Słusznie! Św. Augustynowi zawdzięczamy wiele wspaniałych idei i komentarzy biblijnych. Z drugiej strony swoimi niektórymi poglądami zaciążył on bardzo mocno na wielowiekowym rozwoju myśli zachodniej. Do takich należy m.in. jego nauka o grzechu pierworodnym.
    Zbiorowych prac o Augustynie jest wiele w różnych językach (można spróbować zaglądnąć do wyszukiwarki w Google’u). Niemieccy augustianie od lat prowadzą badania nad jego nauką (zob. np. Augustinus-Lexikon, hrsg. von/edited by Cornelius Mayer…, Verlag/Publisher …Schwabe & Co. AG, Basel/Stuttgart 1986-). Polscy patrologowie też często się nim zajmowali. Nawiązują do niego również teologowie prawosławni, nazywając „blažennym Avgustinom”. Nie jestem patrologiem. To patrologowie niech inicjują dalsze prace krytyczne nad spuścizną wielkiego nauczyciela zachodniego chrześcijaństwa.

    Zastanawiające są słowa Achillesa, greckiego herosa, wojownika, pół-człowieka ze wspomnianego filmu. Dziękuję za przypomnienie. To jest właśnie ta druga, świetlana strona naszego odchodzenia z tego świata.
    Życzę wielu twórczych przemyśleń.

  12. Dostrzegam jakąś niekonsekwencję w próbach interpretacji biblijnej opowieści o grzechu pierworodnym (albo: o upadku człowieka). Przeczytałam z wielką ciekawością tekst Księdza i ta niekonsekwencja pojawia się właściwie we wszystkich próbach interpretacji, które Ksiądz przytacza. Tak, jakby wszyscy teologowie popełniali jeden i ten sam błąd. Chodzi mi o to, że opowieści o stworzeniu człowieka i o jego upadku (a także wiele innych starotestamentowych tekstów) przynależą do literackiego gatunku mitu. To znaczy, że opowiadają historie, które są wyrazem ludzkich poszukiwań odpowiedzi na pytania o sens istnienia świata i samego człowieka. Te opowieści są odzwierciedleniem tego, jak człowiek rozumie świat i siebie samego – i w tym sensie są prawdziwe. Ale te opowieści nigdy nie mówią o rzeczywistych osobach i wydarzeniach, które miały miejsce w jakimś konkretnym historycznym czasie i miejscu. To znaczy, że ten konkretny Adam, o którym opowiada Biblia, nigdy nie istniał. I niby to wiemy, a jednak w próbach zrozumienia „grzechu pierworodnego” ciągle pojawia się określenie ONI, ci pierwsi rodzice, to ONI kiedyś tam, dawno temu popełnili ten grzech. W konsekwencji zastanawiamy się nad tym, na ile my dzisiaj ten „grzech pierworodny” dziedziczymy czy też na ile jesteśmy za niego odpowiedzialni. Odnoszę wrażenie, że trochę się w tym zapętliliśmy. Dlatego pomyślałam, że gdyby konsekwentnie potraktować biblijną opowieść jako mit właśnie, czyli opowieść o człowieku (ludzkości) i świecie, to należałoby po pierwsze zaprzestać używania czasu przeszłego w interpretacjach tego fragmentu Księgi Rodzaju i, po drugie, zaprzestać używania dużej litery w słowach „adam” i „ewa”. Jakie to niesie następstwa? Otóż wydaje mi się, że wtedy przeczytamy ten tekst jako opowieść o sobie samym. Odpada wtedy obarczanie odpowiedzialnością za jakiś „grzech pierworodny” pradawnych ONYCH. Ta opowieść pokazuje, że KAŻDY człowiek taki właśnie JEST, to znaczy ma w swojej naturze tęsknotę za miejscem idealnym (rajem), ma w sobie tęsknotę za bliskością z Bogiem i ma też w sobie słabość, która sprawia, że czasem dokonuje złych wyborów. Wszystko to mieści się w naturze człowieka i jest dowodem na to, że człowiek (adam a nie Adam) jest wolną osobą. Chyba nie o to chodzi, żeby się zastanawiać, jacy byli Adam i Ewa zanim zgrzeszyli. Myślę, że nie ma żadnego „zanim”. Człowiek po prostu taki jest, że może być dobry i zły (w sensie moralnym) i nigdy nie był istotą idealną, bez skazy. Właśnie o tym, jak sądzę, jest ta biblijna opowieść. Ona stwierdza fakt, że każdy człowiek taki jest. Każdy rodzi się jako wolna istota, która w swoim życiu podejmuje różne decyzje, jedne z nich są dobre inne nie. I – co wydaje mi się szalenie ważne – to, że czasem nasze decyzje nie są dobre (czyli, że grzeszymy) nie jest wcale kluczowe dla sedna naszej relacji z Bogiem. Świadczy o tym choćby historia Kaina, który po zabójstwie brata zostaje co prawda wygnany, ale jednak otrzymuje od Boga znamię, które ma go chronić. Dlatego też jest mi bliska teologia prawosławna, która tak bardzo podkreśla niezniszczalny obraz Boży w człowieku. Może jest to mało profesjonalne (!) ale zaproponuję, aby zawiesić na chwilę informację o tym, że Biblia jest tekstem natchnionym i wyobrazić sobie człowieka, już w sile wieku, który pewnego letniego wieczoru siada zadumany pod drzewem, rozgląda się po okolicznych polach i łąkach i snuje opowieść o swoim życiu: o dzieciństwie, wieku niewinności; o pierwszej kobiecie, która pojawiła się u progu dorosłości; o sytuacjach, w których nie zawsze wybierał dobrze, o swojej nieustającej tęsknocie za Dobrem, Miłością. Życie każdego z nas przebiega tak samo, to jest refleksja uniwersalna. Chyba warto pamiętać, że Biblia to przede wszystkim historia życia człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Myślę, że takie spojrzenie na ten tekst wcale nie pozbawia go należnej mu świętości. Za to na pewno otwiera na nowo kilka pytań: dlaczego Kościół łączy chrzest z „grzechem pierworodnym”? Jeśli przyjąć, że „grzech pierworodny” jest cechą ludzkiej natury, czyli zdolnością człowieka do popełniania zła, to chrzest nie może go gładzić. Nie może, ponieważ po chrzcie nadal zdarza nam się grzeszyć, a więc chrzest nie usuwa cechy natury. Chrzest nie może gładzić tak rozumianego „grzechu pierworodnego” również dlatego, że cecha natury nie może być grzechem. Grzech, jak go rozumiemy, to czyn. Jezus dał się ochrzcić Janowi Chrzcicielowi. Skoro „grzech pierworodny” miałby być cechą ludzkiej natury, to jakże Jezus miałby go nie mieć, skoro jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym CZŁOWIEKIEM? Może w chrzcie należałoby widzieć raczej pierwsze TAK, jakie człowiek mówi Bogu i przyjęcie człowieka przez Boga? Obrzęd chrztu, to obmycie wodą, które w tradycji ma znaczenie oczyszczające. W chrześcijaństwie nawrócony człowiek godzi się na to, by Bóg uwolnił go od zła, które popełnił i prosi, aby przyjął go do swojej Bożej rodziny. Ale myślę, że chrzest to przede wszystkim wielkie TAK wypowiadane sobie wzajemnie przez Boga i człowieka. Chyba taki właśnie jest sens chrztu Jezusa. Skąd w ogóle wzięła się tak rozbudowana teologia o „grzechu pierworodnym”, skoro nawet samo określenie czym miałby on być przychodzi teologom z taką trudnością? Czy nie jest to jakaś ślepa uliczka, w której niepotrzebnie marnujemy czas? Używam tu określenia „grzech pierworodny” w cudzysłowie, ponieważ wydaje mi się, że jest ono mocno nietrafione (jak zauważyła Anna Connolly – któż urodził ten grzech?) no i właściwie nie wiadomo, co się w tym pojęciu mieści. Wydaje mi się też, że jeśli potraktować biblijną opowieść o „grzechu pierwszych rodziców” jako aktualną, ponadczasową opowieść po prostu o życiu każdego człowieka, to nie ma już problemu z darwinowską teorią ewolucji, to znaczy jedno nie przeczy drugiemu. Biblia powstała w czasach, kiedy człowiek był już człowiekiem, a nie bakterią. Chyba z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby opisywała świat widziany oczami bakterii, byłby on znacząco inny… 😉

  13. Od czego zatem dokonało się Zbawienie, od naszej naturalnej skłonności do złego?

  14. Otóż właśnie!
    Ani nie od skłonności naszej natury do złego dokonało się Zbawienie, ani też nie od grzechu, który gdzieś, kiedyś popełnili jacyś inni ludzie – czyli jakiś Adam i jakaś Ewa. Zbawieni zostaliśmy od naszych osobistych grzechów, które popełniamy, ponieważ mamy naturę do tego skłonną. Ale trzeba, myślę, przyjąć odpowiedzialność właśnie za swoje grzechy, a nie obarczać tą odpowiedzialnością prehistoryczne postaci. Trzeba po prostu uznać, że doskonali nie jesteśmy, że ja nie jestem doskonała, żeby móc przyjąć również swoje osobiste zbawienie, dar ofiarowany właśnie mnie. Bez uznania winy nie jest możliwe przyjęcie przebaczenia. Miłość Boga jest bezwarunkowa, dlatego On nas przyjmuje takimi jakimi jesteśmy, z naszymi grzechami, które nam wybacza. Problem w tym, że nam tak trudno jest w to uwierzyć. Myślę, że to właśnie kryje się w słowach, że jak w Admie wszyscy zgrzeszyliśmy, tak w Chrystusie wszyscy jesteśmy zbawieni. To jakby powiedzieć, że chociaż jako ludzie jesteśmy grzeszni, to jednak dzięki Bogu i jako istoty stworzone na obraz i podobieństwo Boga mamy w Nim udział i jesteśmy zbawieni. Z określeniem „grzech pierworodny” mam jednak problem, bo trudno mi do końca zrozumieć co się pod nim kryje. Sama nazwa sugeruje, że jest to grzech pierwszy, najwcześniejszy. Chyba, że rezygnując z tradycyjnego porządku czasu, uznamy na przykład, że chodzi nie o grzech najwcześniejszy, ale podstawowy, w sensie: najważniejszy?

  15. Sporo myślałam właśnie o czasie odnośnie grzechu pierworodnego. Myślę, że na Ziemi wszystko ubieramy w ramy czasowe, w wielu miejscach można znaleźć przypuszczenia, że w rzeczywistości nieba nie ma czasu, jaki znamy z naszego doświadczenia. W tym układzie na linii czasu, grzech popełniony na końcu czasów również mógłby być tym najważniejszym. To bardzo skomplikowane i ciężko w ogóle ubrać w słowa te kwestie…Ale rozumiem to co piszesz o czasie, bo też mi to od dawna chodziło po głowie.

  16. Joanna zaproponowała interpretację prowokującą do myślenia, w swoim radykalizmie podobną chyba do wypowiedzi anglikańskiego abpa Johna S. Sponga, któremu Robert Rynkowski poświęcił wiele uwagi w swoim wpisie. Jest to więc propozycja skierowana w sumie nie tylko do mnie jako autora wpisu biorącego pod uwagę ekumeniczne aspekty zagadnienia. Wszyscy są teraz zaproszeni do kontynuowania dyskusji. Dlatego nie wypowiadam swojego zdania już teraz, na gorąco, gdyż refleksje Joanny wymagają spokojnego namysłu (odpowiedniego dla mojego wieku!).
    Solidna debata mogłaby się dopiero rozpocząć – nie tylko zresztą o owym „peccatum originale”, grzechu pierwotnym (rzeczywiście dziwnie określanym jako „grzech pierworodny”, tak jakbyśmy my ludzie „rodzili” grzechy; może dlatego, że w świetle tradycyjnej koncepcji ów grzech pierworodny jest przekazywany przez zrodzenie, łac.: „generatione”). Byłaby to również debata o sensie chrztu. Credo nicejsko-konstantynopolitańskie mówi tylko tyle: „wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów”. Ani słowa o „grzechu pierworodnym”, w języku greckim określanym dzisiaj jako „to propatorikó hamártema”, czyli „grzech przodka/–ów” (ho propátor = przodek, praojciec).

  17. Nie sposób ustosunkować się od razu do wszystkich wątków poruszonych w komentarzu Joanny. Trzeba poddać je refleksji stopniowo, po kolei. Stąd kilka moich uwag wstępnych. Może pobudzą innych do dyskusji.

    Nie do przeoczenia wydają mi się pewne frapujące szczegóły biblijnej narracji. Tradycja jahwistyczna mówi o „człowieku” (hā ’adām, z rodzajnikiem!), który jako mężczyzna, mąż (hebr.: isz), potrzebuje partnerki, kobiety (hebr.: iszsza). Natomiast według wersji kapłańskiej, Bóg stwarza ludzkość jako całość, wspólnotę i wielką rodzinę. Tu słowo „adam” (bez rodzajnika!) nie oznacza mężczyzny ani poszczególnej pary ludzi, ale całość rodzaju ludzkiego jako mężczyzn i kobiet, stworzonych na obraz i podobieństwo Boże. Postacie Adama i Ewy mogą zatem mieć zarówno charakter indywidualny, a zarazem ukazywać jedność i dzieje całego rodzaju ludzkiego, a nie tylko tych dwojga pierwszych ludzi. Samo użycie hebrajskiego słowa adām bez rodzajnika (człowiek, ludzkość) odnosi się do wszystkich ludzi. W tym sensie opisy pierwszych rozdziałów księgi rodzaju dotyczą także nas wszystkich, naszego pochodzenia, życia w obecności Boga, zmagania ze złem.

    Pod tym względem Joanna ma rację. Tekst biblijny faktycznie jest opowieścią o człowieku, każdym człowieku, o jego naturze i skłonnościach do dobrego i złego: „Życie każdego z nas przebiega tak samo, to jest refleksja uniwersalna”.

    Czy jednak tylko to przekazuje nam mądrość Biblii? Czy rzeczywiście w próbach dotychczasowych interpretacji wszyscy popełniamy ten sam błąd? Czy zapędzamy się w ślepą uliczkę, na której tylko „niepotrzebnie marnujemy czas?”

    Ta opowieść biblijna jest chyba czymś więcej niż tylko starożytnym mitem. Nie bez powodu nazwano ją etiologią (gr.: aitía=przyczyna, we współczesnej wymowie: etíja), czyli poszukiwaniem przyczyny obecnego stanu rzeczy w świecie, wraz z jego złem i cierpieniem. Według Joanny, „te opowieści nigdy (?!) nie mówią o rzeczywistych osobach i wydarzeniach, które miały miejsce w jakimś konkretnym historycznym czasie i miejscu”. Innymi słowy, mówią tylko o archetypach ludzkich spraw i zachowań. Stąd moje pytanie: czy możemy być pewni, że naprawdę „nigdy” nie mówią? Po co zatem to literackie rozróżnienie między „adām” i „hā ’adām”? Ono nic nie znaczy? Według Joanny, „ten konkretny Adam, o którym opowiada Biblia, nigdy (!) nie istniał”. Mocne stwierdzenie! I znowu to „nigdy”!

    Jeżeli wiele biblijnych opowieści „nigdy” nie mówi o rzeczywistych osobach, to jak będziemy interpretować dalsze dzieje ludzi opisane w Księdze Genesis? Czy na przykład dalsze postacie, takie jak Abel i Kain, potem Abraham, Sara czy Noe też nie są rzeczywistymi osobami? Gdzie pociągnąć granicę między tym co rzeczywiste, a tym co symboliczne i archetypiczne dla człowieka jako takiego? Co znaczyłoby wtedy „zaprzestać używania czasu przeszłego” w interpretacji poszczególnych fragmentów Księgi Rodzaju?

    Na tym tego wieczoru poprzestaję.

  18. Widzę, że jestem na razie samotnym dyskutantem. Zgodnie z obietnicą dodaję kilka myśli w związku z komentarzami Joanny i Estel (moje uznanie dla twórczo myślących kobiet!). Pozbierałem swoje uwagi w ciągu dzisiejszego dnia. Pewne myśli dojrzewają w nas stopniowo. Potrzebują czasu. Trzeba je „ponosić” w sobie samym.

    1. W swoim tekście/wpisie podkreślałem, że opowieść Księgi Rodzaju jest przestrogą dla wszystkich ludzi przed nieposłuszeństwem i grzesznym oporem wobec nakazów Boga, które odbijają się negatywnie na losie innych ludzi. Nasze losy są wzajemnie ze sobą powiązane. To jeden z podstawowych faktów antropologicznych. Cenne intuicje przekazuje pod tym względem koncepcja P. Schoonenberga o „grzechu świata”, do której często i chętnie nawiązuję. Przychodząc na świat pogrążamy się w atmosferze zatrutej przez grzechy pokoleń z powodu zakłóconych ludzkich relacji. Jesteśmy wręcz skazani na istnienie w takim świecie ze względu na długi proces złej „edukacji” ludzkości, czyli zarażania siebie wzajemnie grzesznym postępowaniem. Znamienne są słowa z proroctwa Jeremiasza, które już wcześniej przytaczałem w jednym z komentarzy: „nauczyliście się (!) postępować przewrotnie” (Jr 13,23). Jakże znamienne jest owo „nauczyliście się”. Nie ma tu jednak mowy o bezpośrednim związku tego stanu z pierwszą parą prarodziców. Nie pojawia się myśl o przekazywaniu jakiegoś pierwotnego grzechu na potomnych przez fizyczne zrodzenie, jak głosi tradycyjna, augustyńska koncepcja grzechu pierworodnego. Zgoła obca jest ta myśl nie tylko nauce Starego Testamentu, ale również nauczaniu Jezusa. To bardzo ważne stwierdzenie. Jezus nigdzie nie powiedział, że przyszedł na świat po to, aby wybawić nas od skutków grzechu pierworodnego pierwszych rodziców. Mówił tylko, że „Syn Człowieczy przyszedł ODSZUKAĆ I ZBAWIĆ to, co zginęło” (Łk 19,10). Znamy również słowa Jana Chrzciciela: „Oto Baranek Boży, który GŁADZI GRZECH ŚWIATA” (J 1,29).

    2. Estel pyta, od czego w takim razie jesteśmy zbawieni. Czy tylko od naturalnej skłonności do błędnych decyzji i czynienia zła? Otóż doświadczenie uczy, że ta skłonność nadal w nas jednak pozostaje, pomimo tego, co już dokonało się w dziejach zbawienia dzięki Chrystusowi. Otrzymujemy co najwyżej pomoc do przezwyciężania złych skłonności. Zdaniem Joanny, zostaliśmy wybawieni od naszych osobistych grzechów, popełnianych ze słabości naszej natury i ponosimy za nie odpowiedzialność; dlatego nie ma powodu, aby tą odpowiedzialnością obarczać jakieś prehistoryczne postaci.

    Uważam, że jest to jednak tylko pewna część prawdy o tym, co nazywamy odkupieniem i zbawieniem (dwa pojęcia o różnych odcieniach). Wciąż przecież grzeszymy. Nie staliśmy się istotami podobnymi do bezgrzesznych aniołów i ponosimy odpowiedzialność za to, co czynimy (Nawiasem dodam: Stąd właśnie płyną trudności Żydów z uznaniem Jezusa za Mesjasza, który, jak wierzą, gdy przyjdzie odmieni oblicze ziemi i zapanuje powszechny pokój, szalom, między ludźmi; na razie świat jest nadal krwawą rzeźnią, miejscem mordu, cierpienia i zła, a więc Mesjasza trzeba dopiero oczekiwać).

    3. Głęboką intuicję odnaleźć można w tradycji chrześcijańskiego Wschodu. Nawiązuje ona do biblijnego rozumienia ZBAWIENIA JAKO UZDROWIENIA chorej wolności człowieka. Obce jest tej tradycji zacieśnianie pojęcia zbawienia do kategorii jurydycznych i moralnych (zadośćuczynienie Bogu, zasługa). Porzućmy dawne wyobrażenia o tym, że zbawcze dzieło Jezusa wyzwala ludzi od gniewu Boga, przebłaganego za cenę ofiary życia Jego Syna, złożonej za grzechy świata. Taka koncepcja wypacza obraz Boga.

    Hebrajskie słowo „jasza” znaczy wyzwolić, uchronić przed chorobą, uratować od niebezpieczeństwa lub śmierci, przywrócić poczucie bezpieczeństwa i wolności. A więc w sumie – uzdrowić sytuację życiową człowieka, aby zaistniała w świecie harmonia i pokój. Dodatkowe światło rzuca nowotestamentowe słowo „sōtēría”, czyli zbawienie, wyzwolenie, uwolnienie, zachowanie w stanie integralności. Wywodzi się ono od czasownika „sōzō” wraz z całym bogactwem jego znaczeń, a więc: zachować przy życiu, przywrócić zdrowie, uzdrowić, wyzdrowieć, przyprowadzić bezpiecznie, wyratować, wybawić, ocalić od śmierci. Z kolei przymiotnik „sōs”, „sōn” znaczy bezpieczny, zdrów i cały, nie uszkodzony. Chodzi więc o umożliwienie człowiekowi pełnego rozwoju, ocalenia i przeobrażenia jego człowieczeństwa. W samym pięknym słowie ”o-calenie” kryje się myśl o scaleniu, całości i pełni, integralności i zdrowiu duchowo-cielesnym.

    Jak widać, dar zbawienia ma podwójne znaczenie: jedno negatywne (wybawienie bądź wyzwolenie „od”), a drugie pozytywne (ocalenie „do” i „dla”). Jesteśmy wciąż WYBAWIANI OD zafałszowywania, zakłócania i destrukcji wzajemnych relacji międzyludzkich. To jedna strona. Druga, to OCALENIE I USTAWICZNE OCALANIE DLA czegoś większego – wyzwalanie do przyjaźni z Bogiem i żywej wspólnoty w relacjach z innymi ludźmi. Idea zbawienia mówi o integralności, zdrowiu i o tym, co służy pełni rozwoju osoby ludzkiej. Trudno mówić o zdrowiu ludzkiego ducha wtedy, gdy wzajemnie kaleczymy się i wyniszczamy. Samym rdzeniem chrześcijańskiej prawdy o ocaleniu/ocalaniu człowieczeństwa jest to, że może ono dokonywać się jedynie w relacjach miłości, przyjaźni i życzliwości. A więc znowu waga tego, co Jezus mówił o „nowym przykazaniu” (J 13,34).

    I jeszcze jedna drobna uwaga z kręgu zagadnień związanych z odkupieniem i zbawieniem. Nie wiem w jakiej mierze włączenie lub wyłączenie kategorii czasowych, nad którymi zastanawiają się Joanna i Estel, miałoby pomagać w zrozumieniu tego, czym jest ów grzech najbardziej pierwotny, najwcześniejszy, a może i najważniejszy. Przecież grzech popełniony przez ludzi z powodu ukrzyżowania Jezusa ma o wiele większy ciężar winy niż grzech opisywany jako upadek prarodziców w raju (Tu znowu odsyłam do rozważenia koncepcji „grzechu świata”).

    4. I krótko, na koniec, o sprawie ostatniej poruszonej przez Joannę. Pytamy o SENS CHRZTU i jego ewentualnego związku z grzechem pierworodnym. Podkreślam od razu: chrzest Jezusa w Jordanie był jedynie wyrazem Jego solidarności z grzesznymi ludźmi. Nie miał on jakiegoś szczególnego związku z grzechem pierwszych ludzi.
    Nie podzielam koncepcji augustyńskiej o dziedziczności grzechu pierworodnego drogą zrodzenia. Bliska jest mi natomiast koncepcja patrystyczna, rozwijana przez teologów prawosławnych o naszej dziedzicznej śmiertelności i jej roli w tym, że stajemy się z tego powodu tym bardziej zaborczy, egoistyczni i skłonni do niszczenia wzajemnych dobrych relacji. Boleśnie przeżywamy śmierć. W takim świetle chrzest jest, jak wyznajemy w Credo, „na odpuszczenie grzechów” tylko w odniesieniu do ludzi dorosłych. POZYTYWNA CELOWOŚĆ CHRZTU, to włączenie w tajemnicę paschalną Chrystusa – tajemnicę „przejścia” w sferę nowego życia i „nowego stworzenia” (2 Kor 5,17). Dlatego w swoim tekście wstępnym pisałem, że chrzci się dzieci nie po to, aby „odpuścić” ich nie istniejące grzechy, lecz by dać im nowe i nieśmiertelne życie, które zajaśniało w zmartwychwstaniu Chrystusa. Chodzi o życie, którego nie mogą im przekazać śmiertelni rodzice. Perspektywa nowego i nieprzemijającego życia pomaga nam wszystkim uwalniać się od lęku przed śmiercią oraz od konieczności grzesznej walki o byt.
    Tyle drugiej części moich refleksji.

  19. O „grzechu świata” pierwszy raz przeczytałam w książce „Nad przepaściami wiary” i bardzo to do mnie wtedy przemówiło. Odnośnie grzechu pierwszego, ja rozumiem to tak, że musieli istnieć jacyś PIERWSI konkretni ludzie, którzy mając wybór, skorzystali z niego w niewłaściwy sposób, niejako zrobili użytek z tej naturalnej skłonności do złego, z którą związane jest poznanie dobra i zła oraz wolna wola. To jest opowieść o kondycji nas wszystkich, ale ona musiała się gdzieś i kiedyś i brzydko mówiąc na kimś zamanifestować. Tak więc nie widzę żadnej sprzeczności między adamem i Adamem…
    Mówiąc o wolnej woli, nawiążę do tego, że po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu ludzie nie przemienili się i nie nastał nowy porządek. Nadal mamy wolną wolę i zbawienie jej nie zniosło, nie mogło spowodować, że coś „odgórnie” się odmieni. To nie jest jeszcze koniec tej historii, a nasze życie tu jest pielgrzymką, gdzie nie znajdziemy wszystkich odpowiedzi i nie będzie to miejsce zwane Ziemią rajem niebieskim. Kto chce wierzy i nawraca się, kto się teraz nie nawróci w tym życiu może się nawróci w przyszłym. Wszyscy dostaliśmy szansę, nowe przymierze. Także i tu nie widzę sprzeczności, że przyszedł Chrystus, a świat się nie odmienił w widoczny sposób. Przecież to jeszcze nie koniec. Zbawienie najbardziej do mnie przemawia w tym wymiarze, że największe zło (zabicie Boga), zaowocowało Zmartwychwstaniem (najwyższe dobro). I w życiu cały czas zdarza się, że zło zostaje w niesamowity sposób przekute w dobro. I tutaj znów przytoczę Tolkiena, który mówi w swoich książkach, że zamiary złe i tak zawsze w końcu posłużą do wygenerowania dobra.

  20. Często pada, zwłaszcza w dialogu z Żydami, pytanie: dlaczego świat się nie odmienił po zmartwychwstaniu Jezusa i zstąpieniu Ducha Świętego? Jako chrześcijanie usiłujemy spokojnie wyjaśniać, że przemiana dokonała się nie na powierzchni dziejów świata, lecz wciąż dokonuje się w głębi ludzkich serc. Jest ustawicznym zadaniem dla wszystkich pokoleń aż do skończenia świata, nieustannym wezwaniem do przemiany myślenia i życia (stale powracam do ewangelijnego imperatywu „metánoia”, czyli „myślenia po” złych doświadczeniach życia (meta-noeō). Na myśl przychodzą słowa samego Jezusa, przekazane uczniom w testamencie: „Idźcie więc i czyńcie uczniów (mathēteúsate) wśród wszystkich narodów, chrzcząc ich w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. (…). A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do końca świata” (Mt 28,20). Gdybyśmy byli Jego prawdziwymi i bardziej pojętnymi uczniami, oblicze świata wyglądałoby z pewnością inaczej. Nie byłoby w ciągu wieków tyle ciemnych kart w życiu samego Kościoła…
    Sędziwy rabin jerozolimski Mordechaj Piron (ur. 1921) słusznie przekonuje: „Chrześcijanie mówią: On, Jezus, przyjdzie ponownie. Żydzi mówią: On przyjdzie. Różnica wcale nie jest wielka. Kto przyjdzie? Poczekajmy, aż przyjdzie, a wtedy zobaczymy. Nie ma pośpiechu”.

  21. To może z racji niedzieli – dnia świątecznego, a także w nawiązaniu do wcześniejszego wpisu Tomka Wielgosza – trochę humoru.
    Św. Augustyn przebywawszy już od dłuższego czasu w niebie zdobył się na odwagę i zapytał Pana Boga, czy by mu nie pozwolił zajrzeć na trochę do piekła, by zobaczyć, jak się tam sprawy mają. Pan Bóg się zgodził, bo niby dlaczego nie. Po powrocie ze swojej wyprawy Augustyn jakiś markotny, więc Pan Bóg go pyta:
    – Czy coś się stało, Augustynie?
    – A…, bo tak jakoś zdziwiłem się, Panie Boże, że oni tam w tym piekle całkiem niezłe rzeczy jedzą, a my tu wciąż tylko kanapki i takie tam – no, krótko mówiąc, ciągle na zimno…
    Pan Bóg mu na to:
    – Augustynie, a czy to warto dla nas dwóch gotować!
    Dobrej i słonecznej dla ducha i ciała niedzieli wszystkim „kleofasowiczom”!

  22. Już dołączam. Ja nie jestm taka szybka…
    Wielkie TAK dla tego, co Ksiądz napisał o zbawieniu. Oczywiście, że w zbawieniu chodzi nie tylko o odpuszczenie grzechów. Nie rozwijałam tego bardziej, bo to całkiem nowy temat, ale cieszę się, że go Ksiądz poruszył. Zbawienie OD i zbawienie DO, to myślę komplementarna próba zrozumienia tego, co się dokonało. Uzdrowienie sytuacji człowieka, przywrócenie ładu i harmonii, jedności to jest, myślę sedno tego, co mieści się w słowie zbawienie, choć trudno to wszystko zamknąć w jednym zdaniu. I właśnie, „Jezus nigdzie nie powiedział, że przyszedł na świat po to, aby wybawić nas od skutków grzechu pierworodnego pierwszych rodziców. Mówił tylko, że „Syn Człowieczy przyszedł ODSZUKAĆ I ZBAWIĆ to, co zginęło” (Łk 19,10). W dodatku właściwie przez prawie 400 pierwszych lat chrześcijaństwa Ojcowie Kościoła nie zajmowali się tym tematem, a zaistnienie określenia „grzech pierworodny” i rozwój teologicznej dyskusji na ten temat zawdzięczamy św. Augustynowi. To jego wizja zaciążyła na długi czas na zachodniej nauce o grzechu pierworodnym – ze skutkiem, który humorystycznie przytacza Andrzej Michniewicz.

    Wrócę na chwilę, do tego, czy biblijny Adam rzeczywiście kiedyś istniał, czy też nie. Rzeczywiście, w wersji jahwistycznej czytamy o Adamie z rodzajnikiem, natomiast w wersji kapłańskiej tego opowiadania występuje adam bez rodzajnika, a więc rozumiany jako ludzkość czy człowiek po prostu. To ciekawe, bo współistnienie tych dwóch wersji możnaby na przykład rozumieć w ten sposób, że historia o grzechu dotyczy całej ludzkości ale i każdego człowieka z osobna. Napisałam, że ten konkretny Adam, o którym opowiada Biblia nigdy nie istniał, ponieważ w tym opowiadaniu przechadza się on po Raju, czyli miejscu, które jest w swej wymowie raczej symboliczne niż faktyczne, a jego partnerka (Ewa) rozmawia z wężem. To jest sceneria raczej mitologiczna. Będzie trudno rozstrzygnąć, czy faktycznie żył kiedyś na ziemi ten Adam, o którym opowiada Księga Rodzaju, czy też nie. Znam też taką interpretację historii o życiu pierwszych rodziców (nie pamiętam, niestety, czyjego autorstwa), że to nie jest opowieść o tym, co się wydarzyło kiedyś, tylko opis wielkiego marzenia człowieka. Marzenia o życiu w bliskości z Bogiem.

    Pyta Ksiądz, jak interpretować dalsze dzieje ludzi opisane w Księdze Genesis, jeżeli wiele biblijnych opowieści nie mówi o rzeczywistych osobach? „Gdzie pociągnąć granicę między tym co rzeczywiste, a tym co symboliczne i archetypiczne dla człowieka jako takiego?” Cóż, nie wiem. To jest problem, przed którym stali już Ojcowie Kościoła wysuwając różne koncepcje interpretacji Pisma Świętego (literalna, alegoryczna, duchowa). Kiedyś pisałam niewielką pracę na temat historii zdobycia Jerycha przez Izraelitów, opisanej w szóstym rozdziale Księgi Jozuego. Okazuje się, że najnowsze badania archeologiczne wykazały, że w czasach, kiedy prawdopodobnie Izraelici zajęli Jerycho (ok. 1400-1200 r. przed Chrystusem), miasto było właściwie opustoszałe. Owszem, odkryto fragmenty starożytnych murów miejskich, ale pochodzą one z okresu ok. 2300 r. przed Chrystusem, czyli są tysiąc lat starsze niż historia izraelskiego ataku na miasto. Badania nie dają odpowiedzi 100-procentowej, bo może ktoś kiedyś odkryje coś jeszcze, ale z tego, co dziś wiemy wynikałoby, że biblijna opowieść jest właściwie legendą. Czy w takim razie jest ona mniej prawdziwa, czy należałoby ją usunąć z Biblii? No, chyba nie o to chodzi.
    W czasach nie tak dawnych, bo w XIX wieku rozmachu nabrał rozwój nauk historycznych. Metodami tymi zainteresowali się też teologowie i zaczęli w ten sposób interpretować Biblię. Przez długi czas spotykało się to z krytyką Magisterium, które broniło tezy, że Biblia jako tekst należący do nadprzyrodzonego porządku nie może być interpretowana na sposób historyczny. Na początku XX wieku teologowie, którzy tego próbowali trafiali na indeks, wstrzymywano publikacje ich książek, zakazywano im wykładania na uczelniach (o. Chenu, o. Congar i inni). Przełomowy okazał się moment soboru watykańskiego II. Uznano wówczas, że metody historyczne mogą być stosowane do interpretacji Biblii i w ten sposób chrześcijaństwo znalazło się w całkowicie nowych okolicznościach. Trzeba było znaleźć nowy sposób dyskursu wiary z rozumem. Z jednej strony historyczne prace badawcze nad Pismem Świętym okazały się szalenie pomocne, bo np. za pomocą źródeł pozabiblijnych dowiodły, że rzeczywiście istniał ktoś taki jak Jezus z Nazaretu, (a trzeba pamiętać, że XIX-wieczny racjonalizm poprzez swych skrajnych przedstawicieli, np. Straussa, kwestionował nawet to; również dla przedstawicieli religioznawstwa marksistowskiego historyczność Jezusa pozostawała sprawą poglądów, a nie faktów historycznych). Dziś już nikt poważny historyczności Jezusa nie kwestionuje, dzięki m.in. pozachrześcijańskim źródłom potwierdzającym jego istnienie, takim jak „Dawne dzieje Izraela” żydowskiego historyka Józefa Flawiusza, czy „Roczniki” rzymskiego historyka Tacyta. Tak nauka wsparła wiarę. Z drugiej strony, dzięki badaniom historycznym i archeologicznym otrzymaliśmy na przykład takie dane, jak te o murach Jerycha…
    Może warto w tym kontekście odświeżyć sobie tekst encykliki Fides et Ratio (sama to zrobię). Jan Paweł II pisze tam m.in., że „pozytywne osiągnięcia (rozumu, nauki) nie powinny jednak przesłaniać faktu, że tenże rozum, skupiony jednostronnie na poszukiwaniu wiedzy o człowieku jako podmiocie, wydaje się zapominać, iż powołaniem człowieka jest dążenie do prawdy, która przekracza jego samego”.
    Właściwie zawsze mam problem, kiedy ktoś mnie pyta, gdzie są granice. Gdyby była na to jednoznaczna odpowiedź, nie toczyłyby się takie dyskusje, jak nasza. Chyba też nie potrzebna byłaby wiara, wystarczyłoby prawo?

  23. Dobrze jest uśmiechnąć się w trakcie debaty, Andrzeju. Dziękuję!
    Ale wracam do tematu poruszonego przez Joannę. Nie przeczę, że opowieść biblijna nosi cechy mitologiczne i w wysokim stopniu antropomorficzne. Nikt z ludzi nie był świadkiem tego, co się mogło dziać w jakimś symbolicznym rajskim ogrodzie pierwszych ludzi, jeżeli taki kiedykolwiek zaistniał. Nikt tego jako naoczny świadek nie opisał. Nie musiało tam zresztą być tak nadprzyrodzenie, cudownie i pięknie jak mogłaby nam podsuwać wyobraźnia.
    Motyw wspaniałego ogrodu znakomicie nadaje się do wyrażania pewnych treści ukazujących idealne relacje szczęśliwego człowieka ze szczęśliwym Bogiem. Opisy Jego stwórczych czynności, te dialogi, to przechadzanie się pierwszego człowieka na tle cudownej przyrody – to wszystko stanowi jakiś barwny STAROŻYTNY NOŚNIK WAŻNYCH TREŚCI O LUDZKIM ŻYCIU. Biblia kształtowała się w oparciu o liczne źródła inspiracji przejęte również z doświadczenia różnych ludów ościennych. Można podziwiać tę zdolność asymilacji i tę wielką otwartość autorów biblijnych w tak już odległej od nas przeszłości. Te opisy naprawdę budzą mój podziw dla ich pomysłowości i siły wyrazu. Mówimy w dodatku o natchnieniu ze strony Boga…
    Wątpię, czy kiedykolwiek zagadka początków ludzkości zostanie całkowicie wyjaśniona. Początki wydają się w jakiejś mierze równie tajemnicze jak to, co czeka ludzi w przyszłym świecie. Trzeba się z tym pogodzić. Może to dobrze, że początek jest podobny do jeszcze bardziej tajemniczego końca, choć podobny nie znaczy identyczny. Nie możemy chełpić się tym, że wszystko wiemy, że przeniknęliśmy mroki tajemnicy.
    Nauki przyrodnicze mówią o procesie hominizacji i pojawieniu się na linii czasu samoświadomości w człowieku. Musiał istnieć pierwszy osobnik lub pierwsi osobnicy, w których dokonał się ten proces. Jakaś niejasna intuicja o tym tajemniczym początku mogła być przekazywana w późniejszych doświadczeniach ludzi. Przekazywano ją na różne sposoby. Biblijny opis początków jest chyba przede wszystkim przesłaniem o ocaleniu/zbawieniu i życzliwości Boga nawet w sytuacji tak dramatycznej jak grzech i upadek.
    Nic nie skłania do tego, aby biblijny opis tego upadku interpretować w sensie dosłownym. Metoda historyczno-krytycznych badań nad Biblią nauczyła nas już wiele. Joanna słusznie o tym przypomina. Podzielam przekonanie, że „historia o grzechu dotyczy całej ludzkości, ale i każdego człowieka z osobna”. Obstaję tylko przy myśli, że coś bardzo konkretnego musiało wydarzyć się owemu pierwszemu „ha Adam”, pierwszej ludzkiej parze, czy w ogóle pierwszym świadomym już ludziom, skoro wielowiekowa pamięć wczesnej ludzkości uparcie przekazywała wspomnienie o jakimś utraconym raju.
    Związek opisu biblijnego i ludzkich marzeń jest zrozumiały. Stąd i takie przypuszczenia mogą się pojawiać, że w narracji biblijnej chodzi jedynie o tęsknotę za życiem w idealnej harmonii z Bogiem, innymi ludźmi i przyrodą. Ale cóż nam daje samo marzenie, skoro ludzkie doświadczenia wskazują raczej na raj utracony, jak w poetyckiej wizji Johna Miltona, „Paradise Lost”.

  24. Każdy posiada indywidualną intuicję dotyczącą wiary. Ona jest niejako filtrem, który zatrzymuje pewne propozycje wyjaśniania najczęściej trudnych i kontrowersyjnych kwestii. Do mnie absolutnie nie przemawiają takie jak ta przytoczona przez Joannę: „Znam też taką interpretację historii o życiu pierwszych rodziców (nie pamiętam, niestety, czyjego autorstwa), że to nie jest opowieść o tym, co się wydarzyło kiedyś, tylko opis wielkiego marzenia człowieka. Marzenia o życiu w bliskości z Bogiem” To już całkiem mąci obraz i nastręcza mnóstwa wątpliwości. Idąc tym tropem można powiedzieć, że jakiś procent Pisma jest opowieścią o naszych marzeniach. Stąd już niedaleko do popularnego stwierdzenia wielu ludzi wątpiących, czy negujących istnienie Boga, że cała wiara jest jedną wielką projekcją. Nie ma nic stałego, na czym można się oprzeć, wszystko to kwestia marzeń o takim, czy innym świecie i relacji z Bogiem.

  25. Już w oparciu o nasze dyskusje widać, jak niełatwa jest interpretacja starożytnych tekstów. Pewne interpretacje wydają się podważać samą wiarygodność naszych przekonań religijnych. To fakt, że nie żyjemy w czasach świętej naiwności. Przyszła epoka krytycznego stosunku do źródeł naszej wiary. Wielu to niepokoi do takiego stopnia, że okopują się w twierdzy fundamentalizmu i literalnej interpretacji wypowiedzi Pisma. To ślepa uliczka, na której łatwo zdyskredytować same podstawy wiary. Z drugiej strony istnieje rzeczywiste zagrożenie, o którym pisze Estel.

    Szukajmy interpretacji, które nie podważają sensu samej wiary. Wspomniałem już wcześniej, że można nieraz poczuć swoją bezradność. Zawsze uprzytamniam sobie wtedy, że taki jest los wiary. Mamy wystarczająco wiele światła, by zawierzyć i zaufać Bogu, a z drugiej strony wiara nie rozprasza wszystkich wątpliwości i nie staje się widzeniem. „Widzimy” jak w dawnym zwierciadle z polerowanego metalu, a więc tylko „niejasno” i „po części” (1 Kor 13, 9.12). To jeden z moich ulubionych tekstów. Dlatego często do niego powracam. Jest ostrzeżeniem. Wiara i rozumne zaufanie muszą przechodzić przez próbę niejasności i wątpliwości. Dopiero wypróbowana wiara staje się wiarą dojrzalszą i bardziej w nas zakorzenioną.

    Ktoś niedawno zwrócił moją uwagę na to, że w biblijnym opisie dziejów pierwszej pary ludzi, pierwszych prarodziców, mówi się jedynie o ich potomkach męskich. Być może to stary semicki zwyczaj uwzględniania tylko synów. Córki były, ale o nich się nie mówiło. W przeciwnym razie z kim mieliby się ci synowie żenić i wydawać na świat dalsze potomstwo? Perspektywa poligenistyczna rzuca światło na tego rodzaju sprawy. Jeżeli hominizacja dokonała się w wielu osobnikach populacji, wówczas od początku mógł dokonywać się dobór mężczyzn i kobiet. W przypadku jednej tylko pary łatwo jest wysuwać zarzut, że ci pierwsi skazani byli po prostu na kazirodztwo. Ktoś już kiedyś argumentował, że pierwsze opisy biblijne nie są wolne od zarzutu kazirodztwa. To jedna z racji, dla której ostatnią część swego wpisu poświęciłem właśnie zagadnieniu mono- i poligenizmu.

    I jeszcze jedno spostrzeżenie, które zawdzięczam rozmowom o wierze. Rzecz znamienna, że zakłócenie relacji między Bogiem a ludźmi zaczęło się jednak, według narracji bliblijnej, nie w jakiejś wielkiej/większej grupie, lecz właśnie w ramach związku dwojga pierwszych ludzi. Zakłócone zostało coś bardzo podstawowego i to właśnie w relacji pierwotnego „małżeństwa” (chyba można tak powiedzieć). Czy obecne dyskusje o kryzysie rodziny i związkach partnerskich nie skłaniają i pod tym względem do namysłu? Nie jest to wprawdzie temat naszych dyskusji, ale trzeba zdawać sobie sprawę z konsekwencji pewnych ludzkich decyzji.

  26. Kto uważnie czyta Księgę Genesis zauważy, że o żonach mowa jest najpierw tylko w dziejach Kaina i jego synów (Rdz 4,17-23). Skąd się wzięły? Napisano, że „odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, na wschód od Edenu” (w. 16). W innej populacji?
    A o Adamie powiedziano, że gdy miał 130 lat urodził mu się Set; że żył 800 lat „i miał synów i córki” (Rdz 5,4). W sumie przeżyć miał 930 lat… Oczywiście, że liczby mają znaczenie symboliczne.

  27. „I jeszcze jedno spostrzeżenie, które zawdzięczam rozmowom o wierze. Rzecz znamienna, że zakłócenie relacji między Bogiem a ludźmi zaczęło się jednak, według narracji bliblijnej, nie w jakiejś wielkiej/większej grupie, lecz właśnie w ramach związku dwojga pierwszych ludzi. Zakłócone zostało coś bardzo podstawowego i to właśnie w relacji pierwotnego „małżeństwa” (chyba można tak powiedzieć)”
    Znany chrześcijański psycholog z USA w swojej książce „Jezus największy terapeuta wszech czasów” zawarł myśl, że pełnię duchową można osiągnąć wyłącznie poprzez WIĘZI z Bogiem i innymi ludźmi. Odbudowywanie zerwanych więzi jest u niego kluczem do zdrowia, wyjścia z grzechu. Opisując procesy terapeutyczne swoich pacjentów udowadnia, że tak na prawdę u podstaw większości problemów ludzkich stoją zerwane więzi/ relacje.

  28. Bardzo bliskie jest mi to stanowisko. W komentarzach wielokrotnie podkreślałem znaczenie dobrych i przyjaznych relacji: do Boga, do ludzi, do świata przyrody. Od nich zależy zdrowie ducha i ciała. One decydują o życiowej mądrości człowieka. Dlatego bardzo lubię przy sprawowaniu Eucharystii posługiwać się posoborową Modlitwą Eucharystyczną (kanonem) przeznaczoną zwłaszcza dla celebracji z udziałem dzieci (II D). Są tam mądre i przejmujące w swej prostocie słowa, chyba nie tyle dla dzieci, ile przede wszystkim ku rozwadze dla dorosłych. Oto one:

    „Jezus nauczył nas kochać Ciebie [Ojcze] i bliźnich, uwolnił serca ludzi od zła, które niszczy przyjaźń, i usunął z nich nienawiść, która odbiera nam szczęście. (…) Za to wszystko niech Jezus będzie błogosławiony!”.

    W miejsce czasu przeszłego dokonanego (nauczył, uwolnił, usunął) można by wstawić: uczył i nadal uczy, uwalniał i wciąż uwalnia, usuwał i nadal usuwa. Wtedy doniosłość tych słów na nasze ludzkie „teraz” staje się jeszcze bardziej wyrazista.

  29. Dyskusja tego miesiąca o grzechu pierworodnym pokazała, jak trudnych zagadnień trzeba dotknąć, aby nie poprzestać jedynie na płytkich rozważaniach.
    Chcę jeszcze na krótko powrócić do poglądu wyrażonego przez anglikańskiego fizyka i teologa, Johna Polkinghorna o „upadku w górę”. Napisałem w komentarzu z 7 stycznia, że pogląd ten można nazwać „superlapsarianizmem”, a właściwie „supralapsarianizmem” (ang.: supralapsarianism), w odróżnieniu od „infralapsarianizmu” (łac.: „infra” = niżej, w dole). Trudne słowa, złożone z dwóch łacińskich wraz z końcówką –izm („super” = w górze, ponad; „supra” = w górze, wyżej, ponad, przedtem, wcześniej; „lapsus” = upadek, błąd, grzech).

    Warto jednak przypomnieć, że wyrażenie „supralapsarianizm” albo „antelapsarianizm” (łac.: „ante” = przed) tradycyjnie oznaczało pogląd reprezentowany przez pewnych teologów kalwińskich (m.in. Teodor Beza, następca Kalwina w Genewie). Głosili oni, że Bóg jeszcze przed upadkiem ludzi, a więc niejako z góry (stąd owo „supra”) zadekretował, iż jedni jako wybrani zostaną zbawieni, a drudzy, nie wybrani, przeznaczeni są na potępienie. W ten sposób miałaby objawić się chwała i suwerenność Stwórcy. W świetle tej koncepcji boskie dekrety o wybraniu i odrzuceniu logicznie poprzedziły dekret o upadku. Tymczasem zwolennicy infralapsarianizmu (inaczej postlapsarianizmu, sublapsarianizmu) utrzymywali, iż te dekrety logicznie nastąpiły dopiero po dekrecie o upadku. Oto subtelności w debatach tamtych czasów.

    Tak więc jedynie w sensie szerszym, czy wręcz przystosowanym można by chyba pogląd o „upadku w górę” (lapsus + supra) również określić mianem supralapsarianizmu, jakkolwiek sens wyrażony w tym określeniu jest w tym przypadku zgoła inny.

    Tyle chyba już na koniec dyskusji. Osobiście żałuję, że nie włączają się w nią także profesjonalni teologowie, których u nas w Polsce przecież nie brakuje. Mamy sporo Wydziałów Teologicznych i tylu wykładowców teologii. Wiem, że teologia akademicka ma swoje wymagania. Trzeba stale wykazywać się publikacjami, jak tego domagają się różne sprawozdania. Rozumiem przeciążenie pracą i troską o awanse.

    Żywa dyskusja w Internecie wymaga jednak często innej umiejętności i szybkiego reagowania. Trzeba nieraz publicznie odsłonić swoje poglądy lub je skorygować. Być może wielu obawia się konsekwencji z powodu wypowiadania śmielszych idei. No cóż, teologia wymaga odwagi. Jako o wiele starszy kolega po fachu mogę jedynie zachęcać – co niniejszym uczyniłem.

  30. Może to jeszcze nie koniec dyskusji, wszak do rozpoczęcia kolejnej dyskusji miesiąca pozostał przynajmniej tydzień. Niewykluczone więc, że jeszcze ktoś się w nią włączy. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że „Kleofas” przeniósł się na serwery Deonu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to nie tylko będzie odnośnik do „Kleofasa” na stronie głównej Deonu (w specjalnym okienku dla powstającej właśnie sieci blogów Deonu), ale i z Kleofasowych dyskusji miesiąca będzie wyciągany jeden tekst na stronę Deonu jako tekst polecany. Być może to przyczyni się do zintensyfikowania dyskusji.
    Sposób uprawiania teologii profesjonalnej to zapewne temat na osobną dyskusję, którą trochę zaczęliśmy w czerwcu ubiegłego roku (Co to jest teologia?). Można by ewentualnie wrócić do tego tematu, tyle że stawiając pytanie, jak uprawiać teologię (a może i w ogóle naukę) w dobie internetu, blogów itd. Na razie jest tak, że doktorat, habilitację czy profesurę dostaje się za bardziej lub mniej twórczą dysertację. Czy w czasach coraz powszechniejszego dostępu do internetu i korzystania z niego nie mogłoby by być tak, że stopień naukowy z teologii można dostać za zrealizowanie jakiegoś projektu internetowego albo serię publikacji internetowych? To pytanie, nad którym moim zdaniem warto się zastanowić.
    Oczywiście prawie każdy z nas ma naturalną skłonność do obrony swoich poglądów i dość niechętnie je koryguje. Myślę, że w tym względzie warto spojrzeć na przykład św. Augustyna: w swoich Sprostowaniach naprawiał swoje niedociągnięcia teologiczne (pytanie, czy wszystkie dostrzegł). Nie ustrzeżemy się błędów, jakkolwiek byśmy je rozumieli. Myślę jednak, że większym problemem jest, by rozumieli to jeszcze ci, którzy są odbiorcami tekstów teologicznych. Może właśnie z obawy przed takim niezrozumieniem wolimy unikać śmielszych idei, nawet jeśli miałyby one być jedynie tezami roboczymi.
    Na chwilę wrócę jeszcze do kwestii grzechu pierworodnego. Zasadniczo stanowiska zostały przedstawione: w tekście o. Jacka Salija znajdujemy interpretację „tradycyjnej” nauki o grzechu pierworodnym, ze szczególnym podkreśleniem jedności rodzaju ludzkiego (na to zwraca uwagę również Marta Przyszychowska), w swoim wpisie przedstawiam interpretację „mityczną” biskupa Sponga (a także wysiłki interpretacyjne teologów współczesnych), którą poniekąd w swoim komentarzu przyjmuje za swoją Joanna. Wpis Księdza Profesora i komentarze rozumiem jako poszukiwanie interpretacji mieszczącej się pomiędzy tymi stanowiskami. Cóż, zwróciliśmy uwagę w czasie tej dyskusji na niebezpieczeństwa czy pytania wiążące się z każdym z tych stanowisk. Pewnie każdy, kto bierze w niej udział, jakoś sobie niektóre kwestie przemyślał, z czegoś się wycofał, do czegoś się przekonał, z czegoś sobie zdał sprawę. Zapewne dla dyskusji najlepiej by było, żeby jej uczestnicy krótko niejako na nowo przedstawili swoje stanowiska, chociaż zdaję sobie sprawę, że z różnych względów jest to mało realne (spróbuję w weekend to zrobić w oddzielnym komentarzu). Z drugiej strony wypracowanie na nowo swojego poglądu w tej kwestii teologicznej wymaga czasu i przemyśleń i zapewne wykroczy poza ramy czasowe tej dyskusji miesiąca…

  31. Jest tu mnóstwo wątków a i prawdopodobnie spóźniłem się na dyskusję, skoro już jest domknięta dwoma podsumowaniami. Ale może jeszcze ktoś coś napiszę a i ja się czegoś jeszcze dowiem? Zacznę może od tego fragmentu: Również Teodoret z Cyru nie interpretuje grzechu pierworodnego w sensie dziedziczenia winy pierwszych rodziców przez ich potomków, lecz w kategoriach dziedzicznej śmiertelności, będącej źródłem grzechów osobistych: „Śmierć, z powodu której wszyscy zgrzeszyli, przeszła na wszystkich ludzi; każdy człowiek podlega prawu śmierci nie przez grzech prarodzica, lecz z powodu swoich własnych grzechów” Ciężko utrzymać taką interpretację za słuszną i szybko można ją zweryfikować negatywnie. Jeżeli człowiek umiera wskutek nie winy prarodziców, ale dziedziczy śmiertelność z powodu osobistych grzechów, to jak wytłumaczyć śmierć dziecka, które może mieć w momencie śmierci np. dwa dni. Urodziło się, pożyło dwa dni (zaraz zostało zabrane od matki) w inkubatorze i z powodu ciężkiej choroby umarło? Jakże uważać, że jest śmiertelne z powodu własnych grzechów? Czyli, że zaraziło się śmiertelnością w taki sposób, jak opisuje to Teoderet?

  32. Jest jednak bardzo interesujące stwierdzenie, że człowiek grzeszy z powodu groźby i świadomości śmierci, a ja bym nawet powiedział, że możliwości doświadczania (i świadomości) cierpień – czy szerzej z racji uwikłania w skażony świat. Człowiek taki rozpoczyna walkę o byt, staje się egoistyczny, bojąc się śmierci odwraca się od innych i zajmuje się sobą, a obawiając się może jeszcze bardziej cierpienia – nie chce się dzielić, zdobywa dla siebie, kradnie, zabija, pyszni się etc. to znamy aż za dobrze. Jeżeli jednak ta opowieść jest opowieścią realną, tzn. istniał jakiś stan raju dla człowieka (choćby to był tylko Adam i Ewa), to ciekawe staje się to, w jaki sposób człowiek zgrzeszył. Sam nie mógł tego zrobić, jeżeli grzeszy tylko przez świadomość tego, że istnieje śmierć i cierpienie, ponieważ znajdując się w raju musiał mieć wszystko czego mógł pragnąć, nie mógł lękać się śmierci, ani chorób, cierpienie było mu nie znane. Ktoś mu musiał w tym pomóc. Tu pojawia się wąż, który jak widzimy we wstępie, jest często przez uczonych bagatelizowany jako bajeczka, albo przesąd (Mit o Adamie i Ewie to potężna historia. Ale jeśli interpretuje się go przez gadające węże i tym podobne, to… to jest po prostu śmieszne.).

  33. Interesujące jest też to rozróżnienie w prowadzonej narracji w Księdze Rodzaju, dokonane przez Ks. Hryniewicza we wstępie, na Adama (hā ’adām z rodzajnikiem!) i adama, czyli na konkretnego człowieka i na kogoś, kto oznacza ni mniej ni więcej tylko coś szerszego, całą ludzkość. Podobnych rozróżnień dokonywali kabaliści, którzy intensywnie jak mało, kto, studiowali teksty Pisma (Księgi Rodzaju również), interpretując je na swój sposób i na swój sposób próbując go zrozumieć. Mistycy uważali, że nawet jedno słowo może być symbolem, albo odkrywać całe nowe sensy, zapisane, które do tej pory rozumiane były nie tak jak powinny, albo w sposób niepełny. Pewnie ktoś się uśmiechnie, albo obruszy, że wspominam tutaj o kabalistach, ale pomyślcie proszę o nich z życzliwością, jak o pobożnych, zwyczajnych ludziach, którzy dysponowali duża inteligencją, wrażliwością i którzy na swój sposób chcieli zrozumieć pewne treści, porządek świata, i którzy jak i mistycy chrześcijańscy chcieli poznać tajemnicę źródeł zła mając do dyspozycji język i wiedzę, którą mogli dysponować np. w XIII wieku, a często nie dysponując wykształceniem filozoficznym. Mówię o tym, dlatego, że przytoczę kilka sposobów rozumienia przez nich tajemnicy grzechu pierworodnego. Poruszono tu kwestię okoliczności grzechu pierworodnego i jego znaczenia, sugerując, że może ma owa opowieść wymiar osobisty, a jej znaczenie jest czysto symboliczne: że może żadnego raju nie było i Adam i Ewa to tylko symbole, jakieś nośniki treści, a cała sprawa jest sprawą osobistą każdego człowieka z osobna, i rozumiemy ją przez pryzmat własnego osobistego doświadczenia, ew. grzechów które popełniamy i poprzez naszą ludzką naturę. Dlaczego rezygnować z jednego i drugiego? W tekście mogą sąsiadować ze sobą różne znaczenia zupełnie w ten sam sposób, w jaki mogą przemieszkiwać one w wersie wiersza w zależności od sposobu jego odczytania. I jedne i drugie wcale nie muszą być nieprawdziwe. Jeden z Kabalistów Izaak Luria nauczał, że Tora ma sześćset tysięcy twarzy (tak podaje Scholem w Mistycyźmie żydowskim, według wydania, którym dysponuję z 2007 roku na stronie 234), czyli dokładnie tyle ile w momencie objawienia było dusz w Izraelu. Przełóżmy to nieco na nasz język, współczesny i na nasze sposoby rozumowania. Może być prawdą, że opowieść o grzechu pierworodnym może mieć wartość symboliczną, inną w zależności od obserwatora, od rozpatrującego tekst, od każdej osoby, która mu się baczniej przygląda. Ale to wcale nie znaczy, że tym samym nie można dopatrywać się jakiegoś innego znaczenia. Mistycy oddzieliliby znaczenia symboliczne od mistycznych, a my możemy nawet wprost zapytać o jakiś kontekst historyczny z skutkami metafizycznymi. Według tego, co przytacza Scholem w tej książce (…) Wszelki grzech rozdziela to, co powiązane, i takie destrukcyjne rozdzielenie legło również u podstaw pierwszego grzechu, kiedy to owoc został oddzielony od drzewa, albo – jak to ujął przenikliwie inny kabalista – Drzewo Życia oderwano od Drzewa Poznania (…) (ta sama książka s. 262). Inny z kolei kabalista Józef Gikatilla rozumiał ów grzech pierworodny w ten sposób, że w wyniku zerwania owocu nastąpiło oddzielenie dobra od zła, które jakby wcześniej stanowiły części czegoś większego. Wąż skusił człowieka obietnicą poznania dobra i zła, a poznanie, czy raczej władza sądzenia to nic innego jak właśnie umiejętność oddzielania jednego od drugiego. Gikatilla, a nawet inni kabaliści przypuszczali zatem, że nastąpiło rzeczywiste zerwanie, w wyniki popełnionego grzechu, czyli można powiedzieć uważali, że ma on rzeczywiście wymiar historyczny i skutki są takie jak widzimy. Skąd czerpali natchnienie do takich interpretacji i czy są one prawdziwe to jest rzecz zgoła inna, ale nie można zaprzeczyć, że mają swój wyjątkowy urok.

  34. Na sam koniec jeszcze jedna sprawa (przepraszam, że tak to wszystko rozdrabniam), która w jakimś stopniu przecina się z intuicją nadziei powszechnego zbawienia i przypuszczeniem braku wiecznych kar piekielnych po śmierci. Może to się wyda ciekawe. Na pewno będzie to nieprofesjonalne i proszę, żeby się z tego przynajmniej nie śmiać. Mojżesz z Leonu, autor Księgi Blasku pisał w jednym ze swoich pism hebrajskich (a więc nie w Zoharze), że kary piekielne nie mogą istnieć w stosunku do duszy ludzkiej, więc też w stosunku do człowieka. Jak w Zoharze nakreślono obecność trzech rodzajów duszy u człowieka, i są to: nefesz (życie), ruach (duch) i neszama (dusza), które odpowiadają jakby coraz głębszym siłom duchowym i intelektualnym, tak duszę świętą (neszamę) wg. Mojżesza z Leonu, władzę najdoskonalszą, może zdobyć tylko mąż doskonały i pobożny, który studiuje tajemnice Tory. Neszama to jakby najgłębsza wiedza intuicyjna sięgająca w głąb natury świata. Jest jakby iskrą odpryśniętą z samego boskiego intelektu. Skoro tak, to jest łącznikiem między człowiekiem a Bogiem. Mojżesz z Leonu pyta więc w jednym ze swoich pism (o czym pisze Scholem) jak możliwe są kary piekielne dla człowieka, który ma w sobie potencję neszamy, która łączy go z Bogiem. Gdyby Bóg karał człowieka, skazywałby na mękę samą neszamę, zatem w tym wypadku niejako wymierzałby karę samemu sobie. Jeżeli przepisać ten fragment w taki sposób, by był zrozumiany przez nas, myślących w sposób charakterystyczny dla Europejczyków naszych czasów, można by było to sformułować w taki sposób: jest gdzieś w głębi każdego, potencjalna, albo już wykorzystywana cząstka, jakaś porcja doskonalsza, którą pobudza władza rozumowa pewnego stopnia, i rozmyślanie intuicyjne, a może też przeciwnie jakaś doskonalsza empatia i inklinacja ku innym, która jest tak wysoka, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ma powinowactwo w czymś większym, wypływając niejako z samego Boga. Ciężko sobie wyobrazić, żeby mogła być ta porcja ukarana, tym wrzucona w wieczny ogień. A że jest dostępna u każdego, chociaż nie u każdego dochodzi do głosu, takoż wieczny ogień jest wątpliwy.

  35. Bardzo inspirujące są rozważania Pana Tomka. Dziękuję!
    Zacznę od końca. Szczególnie zainteresował mnie pogląd Mojżesza z Leonu (co to za miejscowość?) o ludzkiej duszy „nešama”, czyli jakby „iskrze odpryśniętej z samego boskiego intelektu” (o boskich iskrach często mówili chasydzi!). Jeżeli „nešama” wypływa niejako z samego Boga, to konsekwencja jest zrozumiała: „Gdyby Bóg karał człowieka, skazywałby na mękę samą neszamę, zatem w tym wypadku niejako wymierzałby karę samemu sobie”. A więc swoista intuicja nadziei powszechnego zbawienia.
    Od razu pomyślałem o podobnych pod pewnym względem intuicjach amerykańskiego mistyka THOMASA MERTONA. W swoim duchowym przeżyciu odnajdywał on nieskalany prapoczątek każdego ludzkiego istnienia. Jest to dla niego tajemniczy „le point vierge” dziewiczy punkt zakorzenienia każdego stworzenia w Bogu, wolny od grzechu i upadku. Nie jest to jednak tylko punkt wyjścia, ale również punkt docelowy, coś w rodzaju świetlanego domu, do którego powrócić ma każda istota ludzka w swoim pielgrzymowaniu. Mistyk odkrywa ze zdumieniem i wdzięcznością, że początek znajduje swój odpowiednik w końcowym spełnieniu U kresu pielgrzymowania wszystko będzie znowu czyste, niewinne i nieskalane. Taka jest podstawowa intuicja nadziei Mertona na powszechne zbawienie.
    Czym jest ów „dziewiczy punkt” wszelkiego bytu? W samym centrum człowieczeństwa amerykański trapista odkrywa cud czystej prawdy, pierwotną receptywność bytu stworzonego, BOSKĄ ISKRĘ NALEŻĄCĄ CAŁKOWICIE DO BOGA. Nie jest ona naszą własnością. Nie możemy nią dysponować wedle naszej woli. W samym centrum człowieczeństwa odzwierciedla się dlatego czysta i nieskalana chwała Stwórcy. Sami ze siebie jesteśmy absolutnie ubodzy. Bóg wkracza w ludzkie życie tam, gdzie wciąż jaśnieje, pomimo upadków, czysta prawda stworzoności i receptywności.

    Tradycyjna antropologia chrześcijańska mówi o obrazie Boga w człowieku. Dla mistyka człowiek jest rzeczywiście i dotykalnie ikoną Boga, która nie może zatracić się na wieki. Doświadczenie tej prawdy jest darem, trudnym do sformułowania w takich słowach jak „czysta prawda”, „punkt albo iskra, która należy bez reszty do Boga”, „ośrodek, który jest poza zasięgiem fantazji naszego umysłu i brutalnych poczynań naszej woli”, „czysta chwała Boża w nas”.
    O tym właśnie ośrodku człowieczeństwa pisał Merton, iż jest on poza zasięgiem grzechu („nie pokalany przez grzech”), że nie jest do naszej dyspozycji, lecz pozostaje w iście Boski sposób suwerenny i niezniszczalny. A to jest podstawa nadziei na powszechność zbawienia, obietnica ostatecznego ocalenia wszystkich istot rozumnych.
    Prawda o początku jest więc dla Mertona także prawdą o końcu ludzkich dziejów. Prawda ta wiąże się z nadzieją, że kres ludzkiego bytowania zgodny będzie z boskim początkiem, nie pokalanym przez błądzenie stworzonej wolności. Taki początek jest zapowiedzią i obietnicą dobrego końca. Merton nawiązuje do słów Julianny z Norwich: Sin must needs be. But all shall be well. („Grzech jest nieuchronny, ale wszystko będzie dobrze”).
    Zastanawiające są te zbieżności w intuicjach mistyków, zarówno żydowskich jak i chrześcijańskich. Warto się nad nimi zadumać.
    To pierwsza partia moich wczesno-wieczornych refleksji.

  36. Tym razem kilka refleksji na temat pierwszych komentarzy Tomka.
    Trudno dzisiaj domyślać się wszystkich subtelności w poglądach Teodoreta z Cyru. Niech zastanawiają się nad nimi patrologowie. To oczywiste, że niemowlęta umierają, chociaż nie popełniły żadnego grzechu. Być może Teodoret miał na myśli po prostu jedność i solidarność ludzkich losów. Taki jest wspólny los nas wszystkich, zarówno dzieci jak i dorosłych.
    Kto mówi o dziedzicznej śmiertelności jako źródle grzechów osobistych wyraża pewną egzystencjalną prawdę, która może budzić także dzisiaj naszą aprobatę. Tomek dodaje do tego myśl o uwikłaniu w skażony świat (idea rozwijana w koncepcji Pieta Schoonenberga o „grzechu świata”).
    Raj i pytanie, w jaki sposób człowiek zgrzeszył. Znamy różne teorie. Być może nie dowiemy się tutaj na ziemi co naprawdę i jak się wydarzyło. Może niepotrzebna jest nam taka precyzyjna wiedza. Wystarczy podstawowa prawda o upadku jako przestroga i pouczenie na całe ludzkie dzieje. Jeżeli śmierć istniała od początku w świecie ewolucji, to również ci pierwsi, dopiero uczłowieczeni ludzie, mogli obserwować śmierć zwierząt i roślin. Jeżeli wyłoniliśmy się ze świata zwierzęcego, to przecież te zwierzęta wokół tych pierwszych ludzi istniały. Nie wyolbrzymiajmy prawdy o raju, gdzie wszystko bez wyjątku miałoby być cudowne, nieprzemijające i nieśmiertelne. To twór zauroczonej wyobraźni teologów w minionych wiekach. A o roli złego ducha, którego symbolem był rajski wąż, można dyskutować bez końca.

    Dociekliwe są rozważania kabalistów o pierwotnym upadku. Nie dziwię się, że Tomek dostrzega w nich pewien „wyjątkowy urok”. Bardzo trafna jest intuicja, że „grzech rozdziela to, co powiązane, i takie destrukcyjne rozdzielenie legło również u podstaw pierwszego grzechu”. Oczywiście, że kabaliści przypisywali duże znaczenie do różnych szczegółów rajskiego opisu i z nich wyprowadzali wnioski o rozdzieleniu: „owoc został oddzielony od drzewa”, „Drzewo Życia oderwano od Drzewa Poznania”, „oddzielenie dobra od zła, które jakby wcześniej stanowiły części czegoś większego”. Wtedy i wąż spełnia swoją rolę (pewnie za boskim dopustem!).

    Jeżeli grzech rozdziela, to rozbija na fragmenty i dezintegruje. Pewne podobieństwo widać choćby w poglądzie tych teologów prawosławnych, którzy interpretowali grzech pierwotny jako wewnętrzną dezintegrację, rozkład osobowości człowieka, fragmentaryzację człowieczeństwa, która wyraża się wolą istnienia dla siebie samego (Paweł Florencki). Chodzi nie tyle może o dezintegrację w samej naturze człowieka, ile przede wszystkim o zranienie w relacjach z Bogiem i ludźmi.

    Tyle drugiej partii mojego komentarza. Można mieć nadzieję, że dyskusja nad pierwotnym upadkiem ludzi trwać będzie jeszcze nadal. Może inni również skomentują refleksja Tomka.

  37. O Mojżeszu z Leonu wiadomo mi tyle, że tworzył i żył gdzieś w Kastylii u progu XIII wieku, stworzył według wszelkich prawdopodobieństw Księgę Zohar, Sefer-ha Zohar, która stała się jednym z klasycznych tekstów rabiniackich obok Biblii i Talmudu, zapisując ją w języku aramejskim (którego nauczył się w jakiś sposób, może zgłebiając piśmiennictwo żydowskie). Zohar to ogromnej objętości powieść mistyczna zapisano w formie pseudoepigrafu (napisana w taki sposób, jakby w rzeczywistości napisano ją władajacy aramejszczyzną charyzmatyczny i wielce uczony żydowski mędrzec gdzieś około II wieku (Szymon ben Jochaj), o ktorej chasydzki przywódca Pinchas z Korca mówił, że jest wdzieczny Bogu, że narodził się w czasie, kiedy już mógł zaznajomić się z treścia składajacą sie na Zohar. Mojżesz z Leonu był prawdopodobnie nieźle uposażonym człowiekiem, dość powiedzieć, że ze szczególnymi zainteresowaniami, kupował podobno za ogromne pieniądze dzieła Majmonidesa. W pewnym momencie swojego życia zaczął tworzyć potajemnie treści, wykorzystując jakiś dar do spekulacji i obrazowania, które miały być odpowiedzią i pobudzeniem na duchowy sen współczesnych (pisał w innym ze swoich dzieł wydanych pod własnym nazwiskiem: W tym przedmiocie istnieją ukryte tajemnice i rzeczy utajone, ludziom nieznane. Zobaczysz teraz, że ja odsłaniam ukryte i tajemne misteria, które pośród świątobliwych mędrców uchodziły za święte i tajemne (…) napatrzyłem się na sprawy dzieci tego świata jak w materiach tkwią one w obcych, fałszywych mniemaniach, w opiniach pochodzących z zewnątrz. Jedno pokolenie znika, przychodzi następne, ale skrzywione poglądy trwają wiecznie. Nikt nie patrzy, nikt nie słyszy, nikt nie czuwa, lecz wszyscy śpią, gdyż Bóg pogrążył ich w głęboki sen, tak, że nie zadają pytań, nie czytają i nie badają dokładnie. Gdy więc zobaczyłem to wszystko poczułem się przymuszony do napisania, ukrycia i rozważenia, ażeby odsłonic to przed każdym człowiekiem przenikliwym (…) a jeżeli odsłaniam tajemnice mędrcow, to Bóg Wszechmogący wie, że dobry cel mi przyświeca: pragnę, by wielu ludzi zmądrzało, by utwierdzili się oni w wierze w Boga (…) podobno twórczość Mojżesza z Leonu jest często bardzo podobna (objętością i materią) w stosunku do twórczości Jakoba Boehmego. Jako ciekawostkę podam, że Mojżesz z Leonu wyraził identyczny pogląd jak przytaczany przez ksiedza Thomas Merton: z trzech dusz w człowieku nefesz, ruach, neszama, tylko naturalnie przydzielona każdemu człowiekowi i w człowieku kaźdym aktywna dusza życia (nefesz) zdolna jest do grzechu. Czy inspirowali się podobnymi treściami, czy obydwoje intuicyjne odkryli podobną treść to jest sprawa, której zgłębić nie mogę. Tyle jako ciekawostki, żeby nie odbiegać za bardzo od tematu i zostawić ten wątek bardziej czytelnym.

  38. Tak więc, dzięki Tomkowi, dowiedzieliśmy się przy okazji dyskusji o grzechu pierwszych ludzi, wielu interesujących rzeczy z zakresu mistyki żydowskiej. A stało się to pod koniec Tygodnia Modlitw o jedność, poprzedzonego Dniem Judaizmu. Bardzo mnie to cieszy. „Starsi Bracia w wierze” (i Siostry też!) pomagają nam głębiej rozumieć korzenie naszej wiary.
    Ciasnota w myśleniu i zadufanie, że wszystko u nas jest najlepsze i najmądrzejsze, stanowi wielką przeszkodę we wzajemnym zrozumieniu i szacunku. Ludźmi dialogu nie stajemy się na zawołanie. Tego trzeba uczyć się przez całe życie.
    To taka mała dygresja człowieka, który wiele lat swojego życia poświęcił ekumenii – nie tylko tej wewnątrz-chrześcijańskiej. Obecną dyskusję zainicjowała perspektywa ekumeniczna. Cieszę się, że została poszerzona o spojrzenie od strony judaizmu.

  39. Bardzo ciekawy tekst. Nie będę się wymądrzał, lecz dodam kilka refleksji.
    Grzech pierworodny – czy to dobra nazwa? Jak grzech można urodzić? Można go popełnić. Zapewne autor – św. Ireneusz, biskup Lyonu, miał na myśli, że był to pierwszy grzech. Czy pierwszy? Wszak pierwsze nieposłuszeństwo okazała grupa aniołów, która za karę została strącona do piekła. A jeden z tych diabłów skusił Ewę. Mówiąc językiem dzisiejszym – grzech nieposłuszeństwa pierwszych ludzi był drugim grzechem, choć pierwszym popełnionym na ziemi. Czytając dokumenty Soboru Trydenckiego znalazłem w nich informację, że w Biblii nie ma pojęcia „grzech pierworodny”, a pierwszym, który go tak nazwał był św. Ireneusz, a żył on w II wieku nowej ery. I rzeczywiście – w Starym Testamencie, przy opisie grzechu pierwszych ludzi nie ma mowy nie tylko o „grzechu pierworodnym”, ale nawet o „grzechu”. Bóg mówi tylko, że ponieważ nie przestrzegaliście zakazu jedzenia z drzewa poznania dobra i złego – wyganiam was z Edenu, a dalej już będziecie żyli w pocie czoła, a niewiasty będą rodziły w bólach. Biorąc pod uwagę te słowa – można dojść do wniosku, że to nie grzech nieposłuszeństwa (grzech pierworodny) przechodzi na późniejszych ludzi, tylko skutek tego nieposłuszeństwa, czyli skutek wypędzenia z Edenu. A wszak przyczyna i skutek są ze sobą nierozerwalnie związane i nie trudno skutek pomylić z przyczyną.Jak czytam w dalszych częściach ST – Bóg nigdy nie odwrócił się od ludzi, o czym świadczy przymierze z Noem, z Abrahamem, wyprowadzenie izraelitów z niewoli egipskiej, a ostatnim aktem był Jezus Chrystus. .Zaś w Ewangeliach nie ma ani jednego słowa, świadczącego o tym, że Jezus rozmawiał (wyjaśniał) z apostołami o grzechu pierwszych ludzi i jego skutkach dla dalszych pokoleń. Wszak – zgodnie z Ewangelią – ostatnie polecenie Jezusa , skierowane do apostołów, miało treść: idźcie i nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Można to zrozumieć, że chrzest jest bramą, przez którą na ochrzczonego spływa łaska wiary. Jak mi wiadomo – od Soboru Trydenckiego Kościół Katolicki przyjmuje, że chrzest gładzi także grzech pierworodny, z którym każdy człowiek rodzi się.
    Jak więc zrozumieć, że Bóg jest miłosierny, a jednocześnie co najmniej połowę ludzkości skazuje na wieczne potępienie, gdyż oni nigdy nie zostaną ochrzczeni i do tego bez własnej winy?
    Biblię pisali ludzie, księgi starego Testamentu powstały tysiące lat od stworzenia Adama i Ewy, a więc powstały na podstawie wielowiekowego ustnego przekazu. Zapewne to co pozostało – też nie jest tekstem pierwotnym tylko przepisanym, a zapewne i przetłumaczonym z innego języka. Zaś przy tłumaczeniach nie zawsze słowo przetłumaczone wiernie oddaje znaczenie słowa pierwotnego.
    Jakkolwiek przyjmuje się, że pisali je autorzy natchnieni Duchem Św., to zawsze pozostawali oni ludźmi. Najlepiej widać to wtedy, gdy dzieła ludzkie mówią o tym samym. Wszystkie Ewangelie przekazują wiedzę o życiu i nauczaniu Jezusa Chrystusa, a nie są one identycznej treści. I Kościół to przyjmuje jako rzecz naturalną.
    I św. Ireneusz, a po nim św. Augustyn, dochodzili do swoich wniosków na temat grzechu pierwszych ludzi na skutek swoich przemyśleń, a nie urodzili się oni od razu świętymi, tylko Kościół uznał ich za świętych wiele lat po ich śmierci.
    Pozostaje mi tylko jedna konstatacja – tylko sam Bóg wie co z grzechu nieposłuszeństwa pierwszych ludzi przeszło na ich potomków.

  40. W tekście „zwykłego katolika” jest trochę powtórzeń z wcześniejszych wypowiedzi w dyskusji wokół „peccatum originale” (to oficjalna łacińska nazwa). Powtórzenia nikomu nie zaszkodzą. Są wyrazem akceptacji. Nie bardzo wiadomo, o jaki „bardzo ciekawy tekst” Autorowi komentarza chodzi. Chyba o całą debatę wokół tego trudnego tematu.
    Mam PYTANIE DO PYTANIA „zwykłego katolika”. Skąd to zaskakujące i aprioryczne założenie, o którego sens on sam pyta, a mianowicie że „Bóg jest miłosierny, a jednocześnie co najmniej połowę ludzkości skazuje na wieczne potępienie, gdyż oni nigdy nie zostaną ochrzczeni i do tego bez własnej winy?”
    Zachęcam do odwiedzenia dyskusji w poprzednich miesiącach na temat powszechnego zbawienia i wolności.

    Podoba mi się zwłaszcza wniosek końcowy tego komentarza: „tylko sam Bóg wie co z grzechu nieposłuszeństwa pierwszych ludzi przeszło na ich potomków”.
    To wyraz mądrej skromności poznawczej, przyznanie się do naszej „uczonej niewiedzy” i powiew apofatycznej hamartiologii, czyli patrzenia na grzech w świetle teologii negatywnej, bliskiej duchowi wschodniego chrześcijaństwa.

  41. Pisząc o ciekawym tekście miałem na uwadze pierwszy tekst rozpoczynający tę dyskusję.
    Co do „pytania do pytania” – to Kościół naucza, że chrzest zmywa grzech pierworodny. Idąc tym tropem – wszyscy, którzy nie zostaną ochrzczeni, a dotyczy to około połowy ludzkości – pomrą w grzechu pierworodnym. Czy taka jest wola Boga Ojca – Ojca miłującego ludzi? Nigdzie nie znalazłem wyraźnej odpowiedzi na to pytanie. Być może nie potrafię szukać.
    Napisałem o swoich przemyśleniach, a że nie tylko ja mam problem ze zrozumieniem „grzechu pierworodnego” – pisałem o tym, co już wcześniej inni napisali.
    To prawda, że moje przemyślenia okazały się bliższe duchowi wschodniego chrześcijaństwa. Więc który z tych Kościołów – Wschodni czy Zachodni się nie myli?
    I znowu – moim zdaniem – jest tylko jedna odpowiedź – tylko Bóg to wie.

  42. Przeczytałem sobie raz jeszcze tekst Księdza Hryniewicza o grzechu pierworodnym, który poprzedza dyskusję, trochę o tym pomyślałem…i taka mnie nachodzi refleksja, ogólniejsza, związana z pomysłem dyskusji miesiąca, że to po pierwsze świetny pomysł, żeby szukać jakiejś przestrzeni do rozmowy, gdzieś poza skąpym gronem badaczy i teologów i duża odwaga księdza, że odważa się podjąć dyskusję w przestrzeni zwłaszcza tak nieokrzesanej jaką jest internet.

    Od siebie podzielę się taką małą uwagą i wrażeniem, że choćby cała koncepcja grzechu pierworodnego i jej przeróżne interpretacje np. Tutaj nakreślone) były niezwykle oryginalne, to ciężko mi uznać je za jakoś istotne z punktu widzenia mojej wiary. Ciężko znaleźć mi koncepcję całkowicie zadowalająca…. Żadna z tych oryginalnych koncepcji nie wystarcza mi na długo. W końcu każda ulega rozkładowi. O Teoderecie z Cyru pisałem już. Ciężko mi uważać, że jego pogląd jakoby śmiertelność wiązała się z grzesznością można było uznać za istotnie prawdziwy, ze względu na śmierć dzieci, niemowląt, które grzeszyć nie mogą. Przecież niektóre umierają mając ledwie kilka dni.

    Teraz, co do optymizmu antropologicznego i sytuacji po wygnaniu z raju: teologia prawosławna rzadziej jak pisze Ksiądz akcentowała winę, niż teologia zachodnia, augustyńska, a częściej akcentowała jedność wszystkich, jakąś ontyczną wspólnotę jak u Sergiusza Bułgakowa ( Zdaniem Bułgakowa, ludzkość stanowi wieloosobową całość, jedną w stworzeniu i w upadku, w odkupieniu i zmartwychwstaniu, w Adamie i w Chrystusie. Nie tylko wszyscy są za wszystkich winni, ale wszyscy stanowią jedno, tak iż każdy czyn poszczególnego człowieka jest równocześnie czynem całej, wielojednej ludzkości. (…) Przy okazji zauważam powinowactwo tej idei z ideą wyrażoną przez Dostojewskiego przez postać starca Zosimy, który powiedział, że każdy jest winny wobec wszystkich za wszystko i za wszystkich. Dostojewski być może przeczytał o tym u innego myśliciela, albo po prostu w tym wypadku inspirował się ideami rozwijanymi przez swojego przyjaciela Sołowjowa, albo też sam wpadł na trop idei). To jest bardzo ciekawe. Ale teraz zastanawiam się nad następującymi sprawami: jeżeli rzeczywiście wina nie jest taka istotna, tzn. Nikt z nas nie jest winny popełnienia grzechu pierworodnego, a popełnił go Adam z Ewą, przez co na świat została sprowadzona śmierć i zniekształciła się natura ludzka, wszystko uległo uwikłaniu w zło, to my rzeczywiście dziedziczmy nie winę, ale dostajemy w spadku śmierć, cierpienie etc. (O ile w raju nie istniały, a tu zdania są różne). Jeżeli popełniamy grzechy jako dorośli ludzie i gdzieś tam, w którymś momencie życia spotyka nas nieszczęście, możemy sobie to wytłumaczyć właśnie jak to prawdopodobnie czynił Teoderet z Cyru, śmiertelność nasza jest wynikiem grzechów naszych. Jeżeli jednak grzechy nasze powstają przez to, że jesteśmy uwikłani w częściowo zepsuty świat, który nawiedziła śmiertelność (świadomość śmierci i niedoskonałości wszystkiego, uwikłania w czas i prawdopodobnego cierpienia tak nas jak i innych, w tym dzieci) to jakże możemy być winni wszystkich popełnianych grzechów w tym poważnym stopniu, że tym samym w zamian otrzymujemy śmierć. Popełniamy grzechy z racji obecności śmierci w świecie, dlaczegoby uważać zatem, że śmierć sprowadzamy przez grzechy? To jest błędne koło. Bardzo ciężko wiąże się mi to ze słowem optymizm. Jesteśmy dziećmi świata, który jest w pewnym stopniu naznaczony niedoskonałością i w ktorym istoty cierpią, czego mamy świadomość i jako niedoskonali popełniamy winy, przez które jakby zasługujemy na cierpienie i śmierć. Jeżeli natomiast, jak podaje w pewnej mierze teologia katolicka, albo dawna teologia prawosławna, dziedziczmy winę przez urodzenie, to sytuacja wcale się nie zmienia. Jesteśmy tylko winni czegoś znacznie większego, niż popełniając winy, np. Kradnąc coś (uznacie to za śmieszne) i w sposób zupełnie niezrozumiały winy te dziedziczą także niemowlęta, które jakby winne zerwania owocu i wszelkich tego konsekwencji, podatne są na cierpienia i śmierć. Też jest to mało optymistyczne.

    Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna sprawa. Te rozważania są tak uczone i tak delikatne, a różnych opcji jest tak wiele, że dziedzina różnych interpretacji, rozważań teologów jest ciężko przyswajalna dla przeciętnego chrześcijanina. Jest on uwikłany w walkę o byt dla siebie, swojej rodziny (pracuje), może dla innych, może dla ludzi obcych i potrzebujących poświęca sporo ze swojego wolnego czasu… Którego nie ma znowu zbyt wiele. Zostaje mu go niewiele na zgłębianie tajemnic wiary, w tym zupełnie prawie nic na tajemnice grzechu pierworodnego. Zazwyczaj więc zna jedną interpretacje związaną z dziedziczeniem winy (znam troche takich osób), czy jest to dla niego przekonujące, czy pomaga mu zrozumieć świat?: bardzo w to wątpie. Czy Bog zatem próbowałby natchnąć kogoś do zapisania histori o zjedzeniu owocu, ktora wbrew pozorom jest taka wieloznaczna, i która nawet przy dużej sympatii interpretującego w bardzo wątpliwy sposób tłumaczy kształt świata i kondycję ludzką? Czy jest ona aż tak bardzo istotna? Patrze przez pryzmat moich własnych zastrzeżeń w stosunku do tych koncepcji i ciężko mi sobie wyobrazić, że grzech pierworodny pomaga komuś zrozumieć jakąś ważną część świata i wzmacnia jego wiarę. Ale może i tak jest. Może to nie jest po prostu dla wszystkich, albo wystarczyć ma tylko jakąś porcja wiedzy, jak tajemnica, wystarczy wiedzieć, że istnieje i sama świadomość otwiera nową furtkę dla nadziei.

  43. Tych, którzy poszukują i myślą nie zadowoli z pewnością całkowicie żadna interpretacja. Z tej racji już w samej „główce” (lead) swojego wpisu/tekstu podstawowego napisałem: „Teorie i hipotezy teologów różnych wyznań chrześcijańskich noszą na sobie znamię większego lub mniejszego prawdopodobieństwa. Wciąż szukamy wyjaśnień bardziej wiarygodnych”. A więc prawdopodobieństwo i postulat dalszego poszukiwania. Myślący chrześcijanin winien szukać we własnym imieniu i nie zadowalać się tylko tym, co mówią inni. Czy ma na to chęć i czas?

    Dotyczy to zresztą nie tylko prawdy o upadku pierwszych ludzi i jego konsekwencjach. Wszystkie podstawowe PRAWDY WIARY SĄ STAŁYM WYZWANIEM DLA LUDZKIEGO UMYSŁU. Pomyślmy bodaj o pytaniach, które nasuwają się w związku z nauką o Trójcy Świętej, Wcieleniu, wydarzeniach ostatecznych (były już przedmiotem dyskusji w Kleofasie!). Dlatego właśnie powracałem kilkakrotnie do Pawłowych słów o zwierciadle (z polerowanego wówczas metalu!) i poznaniu jedynie „po części”. Dlatego w dyskusjach blogowych często przypominałem, że musimy uczyć się żyć z pytaniami, a wiele, wiele z nich poniesiemy na drugą stronę życia. Wiara to nie widzenie. Może to boski zamysł, byśmy szukali, a znajdując jakąś odpowiedź wiedzieli, że to tylko cząstka prawdy i szukali dalej…
    Może to zamierzona sytuacja SOLIDARNOŚCI LUDZI WIERZĄCYCH Z TYMI, KTÓRZY UWIERZYĆ NIE POTRAFIĄ. Ona uczy nas skromności i nie wywyższania się. Jest więc i pozytywna strona tej sytuacji. Ktoś przypomniał mi przed laty słowa Karola Ludwika Konińskiego: «Nie kłóćcie się z ateizmem, nie poniżajcie ateizmu, nie wywyższajcie siebie, nie reklamujcie swego straganu; tylko sami pożywajcie i rozdawajcie darmo owoce; jeśli będą słodkie i soczyste, zdrowe i orzeźwiające, będą szli do waszego sadu. Szli, rwali, pożywiali się».
    Poznajemy zresztą prawdę NIE TYLKO ROZUMEM, ALE I SERCEM. Powracać zatem trzeba do tematów, które wciąż niepokoją ludzkie umysły. Nie tylko umysły, ale również serca. Do poszukiwań zachęcał sam Jezus i obiecywał: „szukajcie a znajdziecie, pukajcie a otworzą wam” (Mt 7,7). Kiedy otworzą – nie wiemy. Wskazywał również na rolę serca w tym poszukiwaniu: „Gdzie bowiem jest twój skarb, tam będzie i twoje serce” (Mt 6,21). Nauczając w przypowieściach przytaczał słowa z Księgi Izajasza o „nieczułym sercu”, które sprawia, że człowiek patrzy, a nie widzi, słucha, a nie słyszy i niczego nie pojmuje. W konsekwencji, kto „sercem nie rozumie” (Mt 13,13-15; Iz 6,9-10), nie nawraca się i nie pozwala się uleczyć samemu Bogu. Według koncepcji biblijnej to właśnie serce jest duchowym ośrodkiem poznania.
    Może zbyt często myślimy jedynie o logice umysłu, a nie o logice serca, o której tak dosadnie pisał kiedyś Blaise Pascal w swoich „Myślach”. Autor Listu do Efezjan przypominał wierzącym o „pełnych światła (oświeconych!) oczach serca”, abyśmy wiedzieli „czym jest nadzieja” (Ef 1,18).

    Zatrzymałem się myślami nad naszą ludzką sytuacją w sprawach wiary. Zawodzi także „uczona niewiedza”. Refleksje Tomka bardzo wyraźnie potwierdzają naszą wielką porcję bezradności. Ostatnim słowem w jego bardzo szczerym i wnikliwym komentarzu jest właśnie słowo o „furtce dla nadziei”.
    Interpretacja tekstów sprzed wieków nastręcza szczególne trudności. Rozumiem kłopot Tomka i pytanie odnośnie do „historii o zjedzeniu owocu, która wbrew pozorom jest taka wieloznaczna, i która nawet przy dużej sympatii interpretującego w bardzo wątpliwy sposób tłumaczy kształt świata i kondycję ludzką. Czy jest ona aż tak bardzo istotna?”

    Nie pretenduję do odpowiedzi na wszystkie jego wątpliwości. To zajęłoby zbyt wiele czasu, który obecnie bardzo mnie goni… Różne teorie o upadku człowieka powstawały w czasie, gdy jeszcze nie było świadomości przełomowej prawdy o ewolucji. Za apostołem Pawłem myślano, że śmiertelność jest konsekwencją upadku. Dzisiaj wiemy ,że śmierć istniała w świecie przyrody ożywionej od początku. Skutkiem upadku może być tylko to, że przeżywamy naszą śmierć boleśnie. Nie szukajmy zatem zadowalającej ze wszech miar odpowiedzi na ten temat u dawnych Ojców naszej wiary z okresu starożytności.
    Mamy także próby współczesne. Z sympatią i zrozumieniem przyjmuję dlatego osobiście pogląd o „grzechu świata”, uwzględniający perspektywę ewolucji (zob. wpis). Kogoś innego może bardziej przekonywać inne podejście. Mamy wybór. Nie zadowala kogoś wszystko, co wymyślono, to niech znajdzie własne rozumienie, bardziej prawdopodobne i przekonujące. Niech stworzy coś, co nie będzie miało pozoru „błędnego koła”.
    Z rozważań niektórych teologów prawosławnych rzeczywiście przebija, jako pisałem w swoim tekście, pewien bynajmniej nie naiwny optymizm. Nie wyolbrzymiają doskonałości stanu pierwotnego pierwszych ludzi. Nie przesadzają z opisami konsekwencji upadku. Przypominają o niezniszczalnym obrazie Bożym w człowieku jako rękojmi ostatecznego ocalenia. W przeciwieństwie do koncepcji augustyńskiej (massa damnata!) łatwiej odnajdują nadzieję na zbawienie powszechne. Ukazują wizję Boga jako Tego, który niezmiennie i wiernie miłuje ludzi (Philanthropos) miłością bezwarunkową.
    To nie jest bez znaczenia. Dyskutując o grzechu, wciąż nie zapominam o odwiecznej życzliwości Boga (uciekam się do kategorii życzliwości, bo idea miłości Boga często traci już swoją nośność).

    I jeszcze jeden ważny moment. Czy te wszystkie rozważania o pierwszym ludzkim grzechu , pyta Tomek, w ogóle pomagają komuś „zrozumieć jakąś ważną część świata i wzmacnia jego wiarę”? Sam przyznaje:„ciężko mi uznać je za jakoś istotne z punktu widzenia mojej wiary”. A mówi tak niemal w imieniu wszystkich zagonionych w życiu ludzi, pochłoniętych sprawami bytowymi, którzy nie mają czasu na myślenie o grzechu pierwszych ludzi, ani o innych prawdach wiary…
    Mnie osobiście te rozważania przybliżają (tylko przybliżają!) rozumienie dramatu ludzkiego istnienia w świecie. Nie chciejmy zbyt wiele!
    W różnych hipotezach przewija się jedno ważne przekonanie, że dzieje ludzkie stanowią jedną całość. Stanowimy jedno. Stąd to przekonanie o współodpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za losy innych. W latach powojennych, po Holokauście, powtarzano często: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. A kto nie ratuje, tylko niszczy i zabija – to co się dzieje?

  44. Przymnaża grzechy świata, zezwalając, żeby skażenie postępowało i doprowadza do śmierci całego świata. Dziękuję księdzu za podzielenie się refleksją. Chętnie zerknę do innych kleoasowych tematów. A póki co życzę księdzu i wszystkim przyjemnego dnia.

  45. „ZWYKŁEMU KATOLIKOWI” W ODPOWIEDZI:

    Dopiero dzisiaj rano pojawił się w moim e-mailu drugi komentarz „zwykłego katolika”. Dlatego odpowiadam z opóźnieniem. Chodzi zwłaszcza o „pytanie do pytania: o kwestię LOSU DZIECI ZMARŁYCH BEZ CHRZTU. Pisałem o tych sprawach w swoich książkach. Widzę jednak wyraźnie, że do wielu „zwykłych katolików” nie docierają ważne dokumenty wydane w Kościele rzymskokatolickim w ostatnich latach. Proszę zatem o cierpliwość, gdyż moja odpowiedź będzie nieco dłuższa. Mam nadzieję, że dotrze do świadomości większej ilości wierzących. Uniknie się w ten sposób wielu błędnych wyobrażeń. Zagadnienie jest ważne.

    „Katechizm Kościoła Katolickiego” (1992) podkreśla wprawdzie konieczność chrztu do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia, ale od razu poszerza to spojrzenie: „Bóg związał zbawienie z sakramentem chrztu, ale sam nie jest związany swoimi sakramentami” (nr 1257). I wyjaśnia: „Jeśli chodzi o dzieci zmarłe bez chrztu, Kościół może tylko polecać je miłosierdziu Bożemu, jak to czyni podczas przeznaczonego dla nich obrzędu pogrzebu. Istotnie, wielkie miłosierdzie Boga, który pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni (por. 1 Tm 2, 4), i miłość Jezusa do dzieci (…) pozwalają nam mieć nadzieję, że istnieje jakaś droga zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu” (nr 1261).
    W encyklice Evangelium vitae (nr 99) papież Jan Paweł II zwrócił się do matek, które poddały się zabiegowi aborcji: „Dojdziecie do zrozumienia, że nic nie jest definitywnie stracone i będziecie mogły także prosić o przebaczenie swoje dziecko, które teraz żyje w Panu”. Dostrzec można było w tych słowach wyraźne odejście od surowych rozwiązań przeszłości.

    Problemem tym zajęła się w 2004 r. MIĘDZYNARODOWA KOMISJA TEOLOGICZNA na polecenie Jana Pawła II, w związku z życzeniem konferencji biskupich w różnych krajach. Wymowny jest sam tytuł opublikowanego przez nią w 2007 r. obszernego dokumentu: „NADZIEJA ZBAWIENIA DLA DZIECI UMIERAJĄCYCH BEZ CHRZTU” / „The Hope of Salvation for Infants Who Die without Being Baptised”), z aprobatą papieża Benedykta XVI. Gremium ekspertów stwierdziło istnienie poważnych podstaw teologicznych i liturgicznych dla nadziei, że dzieci zmarłe bez chrztu dostąpią zbawienia i wiecznego szczęścia, chociaż Objawienie nie zawiera w tym względzie wyraźnej nauki. Nie jest to pewność wiedzy – podkreśla w zakończeniu dokument – lecz modlitewna nadzieja (spes orans), że w swoim wielkim miłosierdziu Bóg może obdarzyć zbawieniem także bez sakramentu chrztu.
    Nadzieja zbawienia dzieci nie ochrzczonych nie podważa konieczności samego chrztu, który pozostaje zwyczajną drogą zbawienia i działania Bożej łaski. „Chrześcijanie są ludźmi nadziei. (…) Gorąco pragną, aby wszyscy ludzie, łącznie z nie ochrzczonymi dziećmi, mogli uczestniczyć w chwale Boga i żyć z Chrystusem (…), zgodnie z zaleceniem Teofilakta: „Jeśli On [nasz Bóg] pragnie, aby wszyscy ludzie byli zbawieni, ty również powinieneś tego pragnąć i naśladować Boga” (nr 68; cytat Teofilakta, In 1 Tim 2,4. PG 125,32).
    Liturgiczny kult Kościoła jest Chrześcijańska nadzieja jest jakże często nadzieją „wbrew nadziei” (Rz 4,18). Sięga dalej niż wszelkie ludzkie oczekiwania i nadzieje. Tak jest również w przypadku dzieci nie ochrzczonych. Nadzieja pobudza do wiary, że Bóg ogarnie je swoim miłosierdziem, które ocala wszystkich. Jest on „bogaty w miłosierdzie” (Ef 2,4). Pragnie zbawienia wszystkich, zwłaszcza tych najmniejszych.

    Sobór Watykański II przypomniał pełną nadziei prawdę o uniwersalizmie działania Bożego Ducha: „Skoro za wszystkich umarł Chrystus i skoro ostateczne powołanie człowieka jest rzeczywiście jedno, mianowicie boskie, to musimy uznać, że Duch Święty wszystkim ofiarowuje możliwość dojścia w sposób Bogu wiadomy do uczestnictwa w paschalnej tajemnicy” (Konstytucja „Gaudium et spes”, 22). To, co wiemy z objawienia o Boskiej filantropii miłosierdzia daje podstawę do nadziei, że RÓWNIEŻ NIEMOWLĘTA I DZIECI ZMARŁE BEZ CHRZTU DOSTĄPIĄ ZBAWIENIA. W swoim zbawczym planie Bóg oświeca wszystkich, ogarnia swoją opatrznością i dobrocią. Nie wymaga rzeczy niemożliwych. Nie ogranicza swej zbawczej mocy do sfery sakramentalnej. Może obdarzyć łaską chrztu bez faktycznego udzielenia tego sakramentu, zwłaszcza w sytuacji, gdy okazało się to niemożliwe. Potrzeba sakramentu nie jest absolutna.
    Dzieci nie ponoszą żadnej winy za to, że umarły bez chrztu. Powszechnie uważa się, że nie mają świadomości ani zdolności wolnego wyboru woli. Tradycyjna teologia wykluczała dlatego możliwość przyjęcia przez nie tzw. chrztu pragnienia. A jednak możliwość taka nie jest absolutnie wykluczona, nie tylko ze strony rodziców lub całego Kościoła, ale również ze strony samego dziecka. Niektórzy współcześni psychologowie i neurologowie są przekonani, że dziecko w łonie matki ma już pewien stopień świadomości i wolności.

    Istnieją racje teologiczne przemawiające za uczestnictwem Kościoła i rodziców dziecka w chrzcie pragnienia. Skoro wszyscy ludzie żyją w pewnej relacji do Chrystusa, a Kościół jest Jego żywym organizmem, to żyją również w pewnego rodzaju relacji do Kościoła. Między Kościołem a ludzkością istnieje głęboka solidarność i wspólnota losów. Zbawienie ma charakter wspólnotowy i społeczny. Nikt nie zbawia się w pojedynkę. Dlatego Vaticanum II określa Kościół mianem „powszechnego sakramentu zbawienia” (KK,48). Świadoma tych więzi ze wszystkimi ludźmi, których Bóg miłuje, wspólnota Kościoła zanosi modlitwy wstawiennicze we wszystkich potrzebach świata, także za dzieci, które umierają bez chrztu. Kościół prosi o dar zbawienia dla dzieci, które przedwcześnie zmarły. Niemowlęta nie mogą osobiście złożyć wyznania wiary w czasie chrztu. Czynią to w ich imieniu rodzice i cały Kościół w poczuciu istniejących więzi solidarności. To oni wyrażają pragnienie chrztu w imieniu dziecka przed obliczem Boga. To również jest powód do większej nadziei w stosunku do zbawienia dzieci nie ochrzczonych.
    Przed Soborem Watykańskim II nie było w Kościele obrzędu pogrzebowego dla nie ochrzczonych niemowląt. Grzebano je w nie poświęconej ziemi. W odnowionej po Soborze liturgii przewidziano Mszę za dzieci zmarłe bez chrztu. Fakt ten jest wyrazem wiary w nieskończone miłosierdzie Boga i nadziei Kościoła, że ich zbawienie jest możliwe.
    W dokumencie międzynarodowej Komisji teologów czytamy: „Wiele spraw nie zostało nam objawionych (por. J 16,12). Żyjemy wiarą i nadzieją pokładaną w Bogu miłosierdzia i miłości, który został nam objawiony w Chrystusie, zaś Duch Święty nakłania nas do modlitwy w ustawicznej wdzięczności i radości (por. 1 Tes 5,18)” (nr 102). Chrześcijanie są ludźmi modlącymi się we wszystkich potrzebach świata. Ta powszechna modlitwa opiera się na nadziei, że „całe stworzenie” będzie kiedyś uczestniczyć w chwale Boga (zob. Rz 8,19-22).
    Wspomniane wcześniej próby odnalezienia nadziei przez wiernych w przeszłości świadczą o tym, że zmysł wiary Ludu Bożego już od dawna dostrzegał taką możliwość. Stanowisko Komisji wyrażone w dokumencie jest niezwykle ostrożne. Nie podjęła ona pogłębionej refleksji nad GŁÓWNĄ PRZYCZYNĄ TRUDNOŚCI – jest nią nadal tradycyjna koncepcja grzechu pierworodnego, który ma być zgładzony dopiero przez chrzest. Ukształtowała się wielowiekowa tradycja doktrynalna, w której troska o zachowanie poszczególnych prawd w gmachu teologii okazywała się ważniejsza niż pytanie o zbawienie dzieci zmarłych bez chrztu. Prawda o powszechnej woli zbawczej Boga sprzyjała nadziei na ich zbawienie, ale nie potrafiono jej pogodzić z doktryną podkreślającą konieczność chrztu do zbawienia.
    Ludzie wierzący wciąż będą stawać w obliczu wielu pytań, które domagają się pełniejszego zrozumienia świętości samego daru życia, pochodzącego ostatecznie od świętego Stwórcy. Miłość Stwórcy i miłość Chrystusa-Zbawiciela ogarniają wszystkich od samego początku istnienia. Są silniejsze od wszelkiej postaci grzechu. Takiego Boga miłującego swoje stworzenia wyznajemy w chrześcijańskim Credo.
    Perspektywę najbardziej spokojną i pogodną wytycza nadzieja powszechnego zbawienia. To ona uczy, że zarówno ci, którzy nigdy nie mieli historycznej sposobności odpowiedzieć na wezwanie Chrystusa jak i dzieci, nie ochrzczone zostaną zbawieni dzięki dobroci i łaskawości Boga. Chrystus żył, cierpiał, umarł i zmartwychwstał dla wszystkich ludzi, a nie tylko za część ludzkości. To On zbawia wszystkich mocą Bożego Ducha, który działa w całym świecie, wśród wszystkich ludów i narodów.

  46. Potrzeba się strasznie nagimnastykować, żeby móc uwierzyć, że dzieci i niemowleta, które zmarły bez chrztu zostaną zbawione. Powstały specjalne komisje, które badały niczym zespoły prawników korporacyjnych możliwość dopuszczenia formuły zbawienia dla dzieci bez chrztu i szukały jej w objawionym słowie. Nie mogę w to po ludzku uwierzyć. A dlaczegoby nie miały być zbawione? Mój Boże. To tylko chrzest. Tradycyjna doktryna czasami staje się ważniejsza niż ufność w Jezusie Chrystusie.

  47. „kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16)
    To chyba na tym(między innymi) fragmencie Ewangelii budowano pogląd, że nawet maleńkie dziecko, zmarłe bez chrztu nie może dostąpić zbawienia ?

  48. Byłoby to dziwne, gdyby ten fragment decydował, jak przytoczyłaś: kto uwierzy i ochrzci się zostanie zbawiony, a kto nie uwierzy zostanie potępiony. Niemowle nie może uwierzyć i ochrzcić się (samo) tylko robią to za nie rodzice, a maluszek może być w dodatku chory, i te nieochrzczone, które umierają, często takie są. Jak wymagać kategorycznie chrztu od takiego maleństwa, kiedy czas nagli? Ciężko też sprawdzić czy ono wierzy, na to ma niezbyt rozwiniętą świadomość a nam brakuje nawet wyobraźni ku temu, żeby przypuszczać, że rzeczywiście może. Zobacz teraz na drugą część tego fragmentu. Kto nie uwierzy będzie potępiony. A nie kto nie ma chrztu. I nie tyczy się to dzieci. Mój komentarz: fakt, że uznawano kiedyś, że małe daieci bez chrztu umierające są potępione, jest w rzeczywistości grzechem samego kościoła. teologowie chcieli decydować za Boga o tym, czy zbawić tego, czy nie, i to w oparciu o formuły dogmatyczne. Z racji więc ludzkiej ułomności robili to.

  49. W odpowiedzi Tomkowi: O DESPOTYZMIE PEWNYCH DOKTRYN

    Bardzo znamienne jest to jego wielkie zdumienie: „Nie mogę w to po ludzku uwierzyć. A dlaczego by nie miały być zbawione? Mój Boże. To tylko chrzest. Tradycyjna doktryna czasami staje się ważniejsza niż ufność w Jezusie Chrystusie”.
    Ja też się nieraz zdumiewałem, Panie Tomku! I co? Człowiek miałby być lepszy i bardziej współczujący od swojego Boga? To dobra okazja, aby na kilka chwil zatrzymać się nad tą sprawą, gdyż ma ona swój wyraźny związek z „peccatum originale”.

    To wszystko lepiej widać w kontraście z postawą samego Jezusa wobec dzieci. To właśnie dzieciom bezwarunkowo obiecuje On zbawienie w zbliżającym się Królestwie. Dziecko to żywy symbol nadziei na rozwój i stawanie się, istota najbardziej zagrożona na swojej drodze ku przyszłości. Jezus błogosławił dzieci, ale ich nie chrzcił błogosławił, a nie potępiał. Nigdy nie mówił o ich skazaniu na potępienie czy wieczne pozbawienie szczęścia z powodu jakiegoś grzechu. Wręcz przeciwnie: „Kto przyjąłby jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Jeśli zaś ktoś zgorszyłby jednego z tych najmniejszych, którzy wierzą we Mnie, byłoby lepiej dla niego, aby zawieszono mu u szyli kamień młyński i wrzucono go w głębinę morską” (Mt 18,5-6).

    No cóż! Chrześcijaństwo nie przejęło się do głębi tym ewangelicznym przesłaniem. Poszło raczej w kierunku teologicznej dyskwalifikacji dziecka i negatywnej oceny jego pełnego człowieczeństwa. Odnośne słowa Jezusa przytaczano przede wszystkim po to, aby uzasadnić konieczność chrztu niemowląt i małych dzieci dla ich zbawienia. Nie dbano natomiast o to, aby konsekwentnie rozwijać przyjazne dziecku myślenie i troskę o jego właściwe wychowanie. Nie uczono szacunku dla dziecka i całego okresu dzieciństwa, tak bardzo ważnego dla jego późniejszego rozwoju. Na obronę praw dziecka trzeba było czekać aż do czasów współczesnych. Tymczasem innym słowom Jezusa, zwłaszcza w sporach kościelnych o władzę i prymat, poświęcano nieproporcjonalnie dużo uwagi!

    Na całości zagadnienia ZAWAŻYŁA NAUKA O GRZECHU PIERWORODNYM, głęboko zakorzeniona w tradycji augustyńskiej. W świetle rozwijanej przez teologów doktryny o konieczności chrztu do zbawienia, dzieci nie ochrzczone nie mogą dostąpić łaski zbawienia. Przebywają w miejscu quasi-naturalnej szczęśliwości – miejscu oddzielonym od piekła, zwanym rajem dzieci („limbus infantium, limbus parvulorum”). Według św. Augustyna, nie ochrzczone dzieci ponoszą bardzo łagodną karę zmysłów (poena mitissima puniuntur!). Jest to dlatego potępienie łatwiejsze do zniesienia. Jednego ze średniowiecznych zwolenników tej doktryny, Grzegorza z Rimini, nazwano nie bez powodu teologicznym oprawcą bądź „dręczycielem dzieci” („tortor infantium”).

    Jaką wizję Boga i jaki Jego obraz nosili w sobie tego rodzaju teologowie? Rzeczywiście, trudno to pojąć. Skoro daru prawdziwego zbawienia pozbawiano nie ochrzczone dzieci, to trzeba było wymyślić ów. „limbus puerorum” – jakiś dziwny stan pośredni między niebem a piekłem.
    Dzięki Bogu, że przynajmniej świadomość wierzących broniła się jak potrafiła przed tego rodzaju okrutnymi poglądami teologów, siejącymi postrach przed śmiercią i potępieniem. Przekazywano sobie wieści o możliwości chwilowego powrotu do życia dzieci zmarłych bez chrztu. Zrozpaczeni rodzice takich dzieci szukali nadzwyczajnych sposobów uratowania ich przed „wieczną zgubą”. Istniał w średniowieczu zwyczaj przynoszenia martwych już zwłok dziecka zwłaszcza do znaczniejszych sanktuariów maryjnych. Kładziono je na ołtarzu i modlono się o ich cudowne ożywienie bodaj na kilka chwil, aby tylko można było je ochrzcić, a potem spokojnie pogrzebać je w poświęconej ziemi.
    To nie są radosne dzieje chrześcijańskiej nauki. Dlatego od lat zwracałem uwagę na DESPOTYZM pewnych doktryn głoszonych przez wieki. Doktryna nie jest abstrakcyjnym tworem całkowicie oderwanym od życia. Kształtuje postawy konkretnych ludzi, wywiera wpływ na wiarę, uczucia, wolę i poglądy ogromnych rzesz ludzi. Ludzkie lęki dotyczyły także losu dzieci nie ochrzczonych właśnie z powodu doktryny o „grzechu pierworodnym”.
    Mówienie o despotyzmie i tyranii historycznych doktryn nie jest bynajmniej przesadą. Dualistyczna doktryna o ostatecznym podziale całej ludzkości na zbawionych i potępionych wywierała w ciągu wieków destrukcyjny wpływ na postępowanie wierzących. W jej świetle ostateczny wynik dziejów jawił się jako nieuchronne rozdarcie. Już tu na ziemi zapalano często „ognie piekielne” w postaci płonących stosów dla grzeszników. Człowiek chciał naśladować „swojego Boga”, ostatecznego pogromcę wszystkich Jego przeciwników. Chrześcijanie ulegali straszliwej pokusie, aby karę wieczną przyspieszyć już za życia tym, których uznano za zasługujących na potępienie. I tak ginęli „kacerze”, Żydzi, niewierzący, czarownice i wróżbiarze – wszyscy, których podejrzewano o paktowanie z diabłem. Tak umacniała się postawa wrogości wobec ludzi, skłonność do traktowania podziału i rozdarcia jako rzeczy normalnej i zrozumiałej. Zanikało poczucie międzyludzkiej solidarności, tak charakterystycznej dla chrześcijańskiego rozumienia całego dramatu zbawienia. Skoro z góry wiemy z całą pewnością o ostatecznym podziale ludzkości, to nie widać sensu, aby współczując ludzkiej niedoli trudzić się nad zmianą tej nieuchronności.

    Eschatologia dualistyczna nie pozostawała bez wpływu na myślenie i postępowanie chrześcijan nie tylko wobec siebie nawzajem, ale również wobec wyznawców innych religii i światopoglądów. Rygorystyczna doktryna stawała się często narzędziem instytucjonalnych nacisków, a nawet przemocy we wspólnotach kościelnych.
    Niech pamiętają o tym w przyszłym miesiącu ci, którzy wezmą udział w dyskusji nad pluralistyczną teologią religii.

  50. Na miłość boską! Przecież to jest tendencyjny przekład pod kościelną doktrynę. Czasownik „katakrithesetai” znaczy także: „będzie zasądzony, będzie podlegał sądowi”. Po co od razu sięgać do rejestru potępienia? „Kto nie uwierzy, będzie sądzony” .

  51. Dobrze, że ksiądz to tak ładnie wytłumaczył. Dlaczego jednak istnieją takie tłumaczenia Ewangelii ? Byłby już większy pożytek z tej komisji nadzwyczajnej, gdyby wycofała takie przeklady jako zabobonne… Albo wydała ostrzeżenia.

  52. Proszę przeczytać mój wcześniejszy kometarz o despotyzmie pewnych doktryn! (przed komentarzem Estel).

    A swoją drogą, wielu biblistów potrafi być „teologami nadwornymi”.

  53. Przeczytałem, proszę mi wybaczyć, ale zagubiłem się w wątku, w krótkim odstępie czasu pojawilo się kilka wiadomości. Te słowa, które ksiądz zapisał są naprawdę mocne. Teologowie mogą zgotować piekło. Sprawa dzieci przebywających w quasi przestrzeni piekielnej, przestrzeni lekkich tortur … duchowych jest diabelska. Nie wszyscy się pewnie wybronili. Ciężko sobie wyobrazić jakie tortury duchowe spotykały tych, którzy żyli po śmierci dziecka w ten sposób naznaczeni. To nie było quasi piekło. Tylko piekło.

  54. Przeczytałem nawet jeszcze dwa razy całą część wątku o dzieciach, które biedne umarły tak wcześnie. Które miały rodziców wierzących i które umarły bez chrztu. Oby to szkic księdza Hryniewicza był dostępny trwale w internecie bez większego problemu bo warto, żeby inni mogli tu swobodnie spojrzeć. Zdecydowanie warto. Co do teologów wreszcie. Nie zrozumieli Ewangelii Mateuszowej 12,1-8. Taka prosta rzecz, a trzeba było powołać międzynarodową komisję. Aż trudno uwierzyć.

  55. Zadałam to pytanie, bo szczerze mówiąc liczyłam na odpowiedź, że z tym tłumaczeniem coś jest nie tak. Z resztą pewnie nie tylko z tym… Czytałam ostatnio o działalności Biblijnego stowarzyszenia misyjnego. Ochotnicy tłumaczą Biblię na języki plemienne. Inspiracją do tego działania było pytanie pewnego Indianina :„Jeśli twój Bóg jest tak wielki, to dlaczego nie mówi moim językiem”? Czasami wydaje mi się, że w niektórych tłumaczeniach Biblii sens jest „nieco” zmieniany. Czasami wymowa danego fragmentu po właściwym tłumaczeniu zmienia całkowicie sens! To jest niebywałe i szczerze mówiąc trochę mnie przytłacza, bo okazuje się, że przyzwyczailiśmy się do danego tłumaczenia- interpretacji, a sens leży zupełnie gdzie indziej…

  56. Jeśli chodzi o tłumaczenia biblijne, to pewnie temat na osobną poważną dyskusję miesiąca. Ks. W. Hryniewicz wielokrotnie w swoich książkach pisał o możliwości innego tłumaczenia danych wersetów biblijnych. Warto sięgnąć do jego książek. Problemy filologiczne związane z tłumaczeniami biblijnymi wskazuje w swojej książce „Cóż stanie się, Panie, jeśli spytam” Albert Gorzkowski. Też warto zajrzeć do tej książki. Gdyby jednak nie było żadnych problemów z przekładem języka sprzed 2 tysięcy lat na język współczesny, mielibyśmy jeden przekład. Tymczasem nawet literatura współczesna, chociażby dzieła Tolkiena, jest różnie przekładana, a tłumacze i specjaliści toczą zażarte spory o wyższości jednego tłumaczenia nad innym. Często może być więc tak, że nie ma jednego właściwego tłumaczenia, że być może nigdy takiego tłumaczenia nie będzie, co więcej, że nawet najlepszy znawca języków biblijnych nie będzie w stanie zrozumieć tego wersu we „właściwy” sposób. Dlatego możliwość innego tłumaczenia traktowałbym raczej jako pewne wyzwanie, czynnik motywujący do myślenia, odkrycie bogactwa tekstu biblijnego, nie zaś coś, co przytłacza.

  57. Bardzo dziękuje za wyjaśnienie problemu śmierci dzieci nieochrzczonych.
    Informacje Księdza są bardzo jasno wyłożone. Ja w Katechizmie Kościoła Katolickiego, sformułowanym wszak przez Błogosławionego Papieża Jana Pawła II, widzę Jego osobiste stanowisko, wyrażone w czwartym zdaniu (nr 404), a dalej powraca On do Tradycji Kościoła (nr 406), w tym głównie do Soboru Trydenckiego.
    Jak stanowisko Kościoła do skutków śmierci nieochrzczonych dzieci bardzo mnie ucieszyło (nie widzę tu lepszego słowa), choć mnie i moich dzieci to nie dotyczy, to nadal nie wiem jakie jest stanowisko Kościoła do tych ludzi, którzy z różnych powodów z religią chrześcijańską się nie zetknęli, a w konsekwencji zmarli lub umrą, nie będąc ochrzczeni. To właśnie ich nazwałem tą „połową ludzkości”.
    Byłbym wdzięczny za oświecenie w tym zakresie, gdyż zapewne, niestety, jestem jednym z wielu „zwykłych katolików”, którego wiedza o nauczaniu religii zatrzymała się na liceum ogólnokształcącym, a mam już 70 lat.
    Jeszcze raz serdecznie dziękuję.

  58. Różne warianty tłumaczeń są bardzo …pouczające (nie to głupie słowo)…doniosłe. Tak jak fragment, który ksiądz przytacza we wstępie do rozmowy : Jeżeli Bóg pozwala na dokonanie się czegoś w dziejach świata, to ma to jakiś ukryty sens. Chyba przekonuje o tym także nauka o Bożej Opatrzności i życzliwej trosce Boga. Jezus zapewniał, że bez wiedzy czy wbrew woli Ojca (aneu tou Patros) żaden wróbel „nie spadnie na ziemię”. I być może z zamierzoną przesadą mówił, że u ludzi nawet wszystkie włosy na głowie są policzone. Wniosek: „Jesteście cenniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,2-31).

    Moje tłumaczenie z języka greckiego (aneu tou Patros) NT brzmi tak : Czyż nie sprzedają za grosz dwu wróbli? A jednak ani jeden z nich nie spadnie na ziemię bez woli Ojca waszego(…).

    Gdzieś mam artykuł ksiedza bodajże z Tygodnika Powszechnego, w którym wspomniał, że fragment ten (aneu tou Patros) może być rozumiany jako: żaden z nich nie spadnie bez Ojca waszego (albo bez wiedzy Ojca waszego). Te szczegóły potrafią być ogromnie doniosłe zważywszy, że mój przekład …mówi o Ojcu jako o kimś, kto decyduje czy najmniejsza, najbardziej licha i groszowa istota świata spada, czy nie… Jakby bawił sie jego losami. Natomiast jeśli wróbel nie spada bez Ojca, albo bez wiedzy Ojca…jeżeli inaczej rozumieć aneu tou Patros… Cóż. Bóg nie dopuszcza upadku najmniejszych, ale ma na wszystko oko i wszystko jest w stanie ‚naprawić’ jak mogę powiedzieć niedoskonałym swoim językiem. To jednak ci, którzy czytali i rozważyli, co Ksiądz napisał wiedzą, ale mam też ciekawostkę.

    Tłumaczenie Hamleta, królewicza duńskiego w postaci przekładu Jozefa Paszkowskiego, akt piąty scena druga, gdzie Hamlet w ten sposób charakterystyczny dla udręczonego odpowiada przyjacielowi Horacemu: Daj pokój; drwię z wróżb. Lichy nawet wróbel nie padnie bez szczególnego DOPUSZCZENIA Opatrzności (…) po czym Hamlet wyciąga konsekwencje logiczne wyplywujące ze swojego stanowiska na swój szczególnie oryginalny sposób nie bez względu na to co sie wydarzyło (Jeżeli się to stanie teraz, nie stanie się później, jeżeli się później nie stanie, stanie się teraz; jeżeli nie teraz, to musi stać sie później(…), jakby chciał powiedzieć, że stanie sie KONIECZNIE.

    To nie jest fragment wierszowany Hamleta, i wydaje się że przekład Paszkowskiego jest wierny. Można to rzecz jasna sprawdzić w oryginale, ale coś mi podpowiada, że … Udręczony ten Duńczyk padł niejako ofiarą złego tłumaczenia (czy Szekspir znał grecki?) dokładnie w taki sam sposób jaki ofiarą błędów pychy i głupoty teologów padli rodzice, którym dzieci umarły i które przed śmiercią nie otrzymały chrztu: odpowiedział cierpieniem psychiki.

  59. Diabeł tkwi w szczegółach. Można nawet pokusić się o sformułowanie tezy, że tragiczne losy torturowanego bohatera Hamleta, królewicza wynikają niejako z brutalnego obrazu Stwórcy rezydującego w głowie Szekspira. Cóż gdyby nie ten szczególny obraz Opatrzności Ofelia nie straciłaby życia popadając w obłęd, bo w zapamiętaniu Hamlet nie ugodziłby Poloniusza. Teraz ponieważ ten utwór jest wiarygodny i wielu podziwiało jego realizm przez lata (jakiś to szczególny probierz dobrej literatury, to duże prawdopodobieństwo losów fikcyjnych do tego, by mogły zaistnieć naprawdę) można mieć obraz tego, jaki słowa te wywołują wpływ na życie ludzi żyjących rzeczywiście. Czasami to tylko jedno słowo.

  60. W ODPOWIEDZI TOMKOWI I ESTEL:

    Ponieważ nie jestem bohaterem „długich nocy” ani „nocnym Markiem”, dopiero teraz rano odczytuję dalsze komentarze. Proszę zatem ponownie o cierpliwość. Oto kilka spokojnych refleksji w świetle dnia i śnieżnej bieli na dworze.

    Tomek słusznie napisał językiem serca: „Ciężko sobie wyobrazić jakie tortury duchowe spotykały tych, którzy żyli po śmierci dziecka w ten sposób naznaczeni. To nie było quasi piekło. Tylko piekło”.

    Tak! Wystarczy uważnie wsłuchać się w świadectwa rozpaczy rodziców, którzy przeżyli śmierć dziecka nie ochrzczonego. Intuicja serca ma swoje prawa także w teologii. Jest głosem serca pełnego miłości do dziecka oraz współczucia odzwierciedlającego wszechogarniające miłosierdzie samego Stwórcy. Trzeba słuchać tego głosu.
    Żaden człowiek nie jest kimś obojętnym lub obcym Bogu, którego tradycja wschodnia nazywa „Miłującym ludzi”, Boskim Filantropem. Dlaczego miałby On stawać się dręczycielem niewinnych dzieci? Trudno przypuścić, że miałyby one być opuszczone przez Tego, o którym już w Starym Przymierzu powiedziano: „Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy (…). Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. (…) Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia” (Mdr 11, 23-24.26).

    Jakże charakterystyczne są te słowa i jak wielką tchną nadzieją: „oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje”. Przywykliśmy do wyrywania jakiegoś jednego zdania także ze słów Jezusa i to zresztą w wątpliwym nieraz przekładzie, a trzeba pamiętać o wielu innych. To podstawowa reguła hermeneutyczna.

    Wracam do dyskusji nad Mk 16,16 Jeżeli zmartwychwstały Jezus mówił o potępieniu tych, co nie uwierzą, to jak pogodzić te słowa z Jego ziemskim nauczaniem o 99 owcach pozostawionych przez pasterza na pustkowiu i o poszukiwaniu tej jednej zaginionej „AŻ ZNAJDZIE” (Łk 15,4). A sam o sobie powiedział przecież: „JA jestem Dobrym Pasterzem” (J 10,11). I zapewniał: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. Je także muszę przyprowadzić i będą słuchać mojego głosu. I będzie jedna owczarnia i jeden pasterz” (J 10,16). A krótko przed śmiercią: „A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, POCIĄGNĘ WSZYSTKICH DO SIEBIE” (J 12,32).

    Jak się bodaj te przywołane słowa mają do rzekomej wypowiedzi z Ewangelii Markowej o „potępieniu” tych, „co nie uwierzą”? Sprzeczność między Jezusem ziemskim i Jezusem zmartwychwstałym? O nie, w to nie uwierzę! But that I can’t believe! (To tytuł jednej z prowokujących książek anglikańskiego biskupa Johna A.T. Robinsona sprzed kilkudziesięciu już lat).

    Teologowie nie rozumieli postawy Jezusa wobec dzieci. A przecież Ewangelia kreśli nawet obraz JEZUSA OBURZONEGO (nie ma takiego wezwania w pobożnych litaniach!). Nie rozumiano Jego słów, wypowiedzianych wtedy, gdy przynoszono do Niego dzieci, a uczniowie surowo tego zabraniali. A Mistrz „oburzył się i powiedział do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie zabraniajcie im, bo DO TAKICH JAK ONE NALEŻY KRÓLESTWO BOGA. Zapewniam was: Kto nie przyjmie Królestwa Boga jak dziecko, nie wejdzie do niego. I objął je, i błogosławił, kładąc na nie ręce” (Mk 10,14-16; zob. Łk 18,15-17).

    Rozpowszechniane przez teologów przekonania były całkowicie sprzeczne z nauczaniem i postępowaniem Jezusa. Kształtowały one w ludziach wierzących WYPACZONY OBRAZ BOGA. Nie sposób się dziwić, że WIELU TRACIŁO WIARĘ w Jego dobroć i miłość. Jawił się On im jako sadysta i bezlitosny Moloch. Stając w obliczu takich poglądów można jedynie ze zdumieniem stawiać pytania. Co jest przyczyną takiej demonizacji człowieka, tym bardziej dziecka? Czy błędu nie należy szukać w błędnych przesłankach teologicznych? Co taka demonizacja ma wspólnego z postawą Jezusa i mądrością Dobrej Nowiny? Jak w tym świetle wygląda wiarygodność Kościoła?
    Nic dziwnego, że w dziejach chrześcijaństwa szerzyła się istna „mania chrzczenia”, widoczna również w wysiłkach misyjnych Kościoła, szczególnie w obliczu częstych faktów wczesnej śmierci dzieci.

    Przytoczę na koniec jedno znamienne świadectwo Z TERENÓW ŚREDNIOWIECZNEJ POLSKI. Chodzi o Żywot większy (Vita maior) św. Stanisława, napisany przez Wincentego z Kielczy w połowie XIII wieku (Vita sancti Stanislai cracoviensis episcopi (Vita maior) auctore fratre Vincentio de ordine fratrum praedicatorum, wyd. W. Ketrzyński, Monumenta Poloniae Historica (MPH) t. 4, Lwów 1884; Wincenty z Kielc, Żywot większy św. Stanisława, przełożyła i wstępem opatrzyła J. Pleziowa, „Analecta Cracoviensia” 11: 1979). Niektórzy badacze sądzą, że Wincenty pochodził z Kielczy, a nie z Kielc.
    Posłuchajmy przejmującego opisu jednego z cudów zebranych przed kanonizacją krakowskiego biskupa Stanisława.

    „Lęk przed wiecznym potępieniem był tak duży, że obawiano się nawet potępienia dzieci, które zmarły bez chrztu. Doskonałą ilustracją tego lęku jest pierwszy cud dokonany za wstawiennictwem św. Stanisława. W rodzinie Ryszarda Lombardczyka, który przybył do Krakowa urodziły się bliźnięta, lecz chłopiec zmarł „sine baptismi gracia”. Rodzice boleli nie tyle z powodu śmierci syna, „sed pro morte animae”. By ratować jego duszę od potępienia modlili się o przywrócenie go do życia, aby mógł przyjąć sakrament chrztu. Gdy stało się to zgodnie z ich życzeniem, ochrzcili natychmiast dzieci, a syn ponownie „temporaliter moriens ad vitam et requiem eternam migravit” [umierając w czasie przeszedł do życia i odpoczynku wiecznego; WH]. To stwierdzenie o śmierci duszy nowo narodzonego dziecka jest rzadkie (…). Pojawienie się takich zapisów w polskich źródłach może świadczyć, że liczono się w przypadku śmierci dziecka nieochrzczonego z możliwością „utraty przez nie zbawienia”. Przypadek dziecka Lombardczyka świadczy jasno o tym, że ludzie trudno akceptowali ostateczność kary wiecznej. Jej groźba pogłębiała istniejący lęk przed śmiercią”
    (Danuta Zydorek, Wincenty z Kielczy o życiu doczesnym i eschatologii. W: Benedyktyńska praca. Studia historyczne ofiarowane O. Pawłowi Sczanieckiemu w 80. rocznicę urodzin. Pod red. O. Jana Andrzeja Spieża OP i Zbigniewa Wielgosza, Tyniec/Kraków 1997, s. 149-154, cyt. 152).

    Post scriptum.
    Tomkowi odpowiem później na komentarz w sprawie Wcielenia. Nie nadążam, a mam także inną pilną pracę. Siła dobrego na jednego!

  61. W ODPOWIEDZI „ZWYKŁEMU KATOLIKOWI”:

    To nie Jan Paweł II „sformułował” Katechizm Kościoła Katolickiego. Pracował nad nim przede wszystkim chyba kard. Christoph Schönborn, obecny abp Wiednia.

    „Zwykły katolik” pyta: „jakie jest stanowisko Kościoła do tych ludzi, którzy z różnych powodów z religią chrześcijańską się nie zetknęli, a w konsekwencji zmarli lub umrą, nie będąc ochrzczeni. To właśnie ich nazwałem tą ´połową ludzkości´”.

    Zagadnienie ważne i ogromne. Mógłbym po prostu odesłać Pana do dyskusji, która rozpocznie się niebawem nad pluralistyczną teologią religii (różnych religii). Tam powrócą tego rodzaju pytania.

    Osobiście nie mam z tym problemem takich trudności jak Pan, gdyż od wielu lat głoszę nadzieję zbawienia dla wszystkich (ku oburzeniu tzw. prawdziwych katolików”). Robert Rynkowski zachęcał w swoim wczorajszym komentarzu do czytania moich książek na temat tej nadziei (a jest ich już kilkanaście, wkrótce ukaże się następna; jeśli chodzi o wcześniejsze, zob. http://www.verbinum.pl).

    Zachęcam do przeczytania w soborowej konstytucji o Kościele ”Lumen gentium” o kręgach przynależności do Kościoła. W jednym z wcześniejszych komentarzy przytaczałem już znamienne słowa z Konstytucji pastoralnej: „Skoro za wszystkich umarł Chrystus i skoro ostateczne powołanie człowieka jest rzeczywiście jedno, mianowicie boskie, to musimy uznać, że DUCH ŚWIĘTY WSZYSTKIM OFIAROWUJE MOŻLIWOŚĆ DOJŚCIA W SPOSÓB BOGU WIADOMY DO UCZESTNICTWA W PASCHALNEJ TAJEMNICY” („Gaudium et spes”, 22). Już te słowa dają wiele do myślenia.

    Proszę wybaczyć, że na razie tylko tyle. Dyskusja w blogu nabrała takiego przyspieszenia, że nie nadążam. A są nie skomentowane nowe komentarze…

  62. W ZALEGŁEJ ODPOWIEDZI TOMKOWI:

    Chodzi najpierw o tekst (Mt 10,2-31). Tomek pisze: „Moje tłumaczenie z języka greckiego (aneu tou Patros) NT brzmi tak : Czyż nie sprzedają za grosz dwu wróbli? A jednak ani jeden z nich nie spadnie na ziemię bez woli Ojca waszego(…)”.
    Jaki wniosek z tego tłumaczenia? A właśnie taki, że wróble spadają po prostu Z WOLI BOGA. Uważam że nie jest to tłumaczenie właściwe. To Nie Ojciec stworzeń chce, aby wróble były zabijane. Zresztą po co? Kto się pożywi wróblem? Dosłownie tekst grecki mówi, że żaden z tych małych i miłych ptaszków nie spada „BEZ Ojca” (aneu tou Patros). Co innego wiedza, a c o innego wola. Bóg wie, że są zabijane, ot choćby dla zabawy przy pomocy procy, kamieniem. Ale czy to znaczy, że tego chce? Czy jest niewrażliwy na ich los? Czy to Go wcale nie obchodzi?

    Cały późniejszy kontekst przeczy założeniu, że taka jest wola Boga. Inaczej po co Jezus mówiłby, że jesteśmy jako ludzie ważniejsi od wielu wróbli. Czy Ojciec nasz chce, abyśmy także my ludzie byli zabijani? Owszem, wróble są zabijane, ale Bóg o tym wie i dzieje się to wbrew Jego woli. Nie uchodzi to Jego wiedzy i trosce o wszystkich. Opatrzność to Jego troska (zob. Mt 6,26-30). Oj, chyba nazbyt chętnie mówimy o „dopuszczaniu” zła przez Boga. Ale to już kwestia na niekończącą się debatę wieków…

  63. To jest bardzo pouczające. Zadumałem się na chwilę i mam jeszcze pewną refleksję, którą podzielę się z księdzem i innymi, a jeżeli z jakiegoś powodu zostanie uznana, za nieodpowiednią, albo kogoś zgorszy…ale nie powinna. Prawda ludzkich błędów jest akurat tego rodzaju prawdą, że da się ja wyłowić naszym ograniczonym ludzkim umysłem i da się wyłowić tą prawdę popełnionego błędu, która doprowadziła do potępienia (łagodnego, a jakże!) dzieci, które umarły sine baptismi gracia. Jest to jednak problem jeszcze szerszy. Opis, który przytoczył ksiądz jest wstrząsający i niebywale realistyczny. Czuje się ból. Teraz, co do mojej refleksji. Ten potencjalny demonizm wyłowił nikt inny jak Fiodor Michajłowicz Dostojewski w Braciach Karamazow przytaczając ustami Iwana historię w rozdziale Wielki Inkwizytor… historii pewnego starca, tj. wielkiego inkwizytora. (Dalszy cytat. za Braćmi Karamazow)

    (…) Rzecz [jak to maluje Iwan] dzieje się w Hiszpanii, w Sewilli, w najstraszniejszych czasach inkwizycji, kiedy to ku chwale Bożej w kraju dzień w dzień płonęły stosy i –

    Na uroczystym auto da fe
    Palono wściekłych heretyków

    O, rzecz prosta, nie było to przyjście [ciągnie dalej Iwan] u końca czasów, kiedy objawi się On, jak obiecał, w całej chwale niebieskiej, a będzie to przyjście „jako błyskawica, co ukazuje się od wschodu słońca aż na zachód”. Nie, raczył bodaj na chwilę nawiedzić dzieci swoje i to tam, gdzie właśnie zaskwierczały stosy heretyków. W niezmierzonym swoim miłosierdziu (pisze Dostojewski wkładając zdania i tą wielką opowieść w usta cynika, który bodaj by znał rzecz tak doniosłą, zmarnowały ją jak nic, to też swego rodzaju demonizm) raz jeszcze zejdzie między ludzi w tejże człowieczej postaci, w której mieszkał wśród nich piętnaście wieków wcześniej. Schodzi więc w upalne obszary południowego miasta, w którym właśnie nie dalej, jak przeddzień „na uroczystym auto da fe” w przytomności króla, dworzan, rycerzy, kardynałów i jakże uroczych dam dworu oraz mieszkańców, licznie przybyłych z całej Sewilii, kardynał wielki inkwizytor ad maiorem gloriam Dei spalił za jednym razem bodaj czy nie równą setkę heretyków. Zjawił się cicho, niepostrzeżenie, a – rzecz dziwna – wszyscy Go rozpoznali. (…) Słońce miłości płonie w Jego sercu, promienie Światłości, Iluminacji i Mocy biją z jego oczu i ogarniając ludzi, budzą w ich sercach odzew miłości. Wyciąga ku nim ramiona, błogosławi ich, a od Jego dotknięcia, bodaj tylko dotknięcia Jego szaty, płynie uzdrawiająca moc. Oto z tłumu woła starzec, ślepy od dziecka: „Panie ulecz mnie, abym i ja Ciebie ujrzał” i oto jak gdyby łuska odpadła z jego oczu (czy Karl Barth uznałby to za interwencję Boga w porządek materii?), i ślepiec go widzi. (…) [ w dalszej części tej genialnej historii Jezus wskrzesza dzieweczkę, panuje niesamowite poruszenie] (…) a tu, w tejże chwili, ni stąd, ni zowąd, przez plac katedralny idzie sam kardynał wielki inkwizytor. To niemal dziewięćdziesięcioletni starzec, wysoki, trzymający się prostu, z wyschłą twarzą, z zapadłymi oczyma, w których jednak świeci jeszcze blask jak iskierka ognia. O, nie jest teraz w swoich wspaniałych kardynalskich szatach, w których jawił się wczoraj przed ludem, kiedy palono wrogów rzymskiej wiary – nie, w tej chwili ma na sobie tylko stary, zgrzebny mnisi habit. (…) Wszystko widział, widział, jak u Jego stóp postawiono trumnę, widział jak dzieweczka wstała z martwych, i TWARZ JEGO SIĘ ZASĘPIŁA. Marszczy gęste siwe brwi, a jego spojrzenie zapala się złowróżbnym ogniem. Wyciąga rękę i rozkazuje straży, by Go pojmała. [dalej Jezusa wyprowadzają z tłumu i zamykają gdzieś w jakimś lochu, a wielki inkwizytor błogosławi tłum i opuszcza zgromadzenie do sobie tylko znanego zakamarka] Mija dzień, ciemna, gorąca i „martwa” noc, jak to w Sewilii. Powietrze pachnie laurem i cytryną. W głębokim mroku otwierają się nagle żelazne drzwi więzienia, a sam starzec, wielki inkwizytor, wchodzi powoli do lochu z kagankiem w ręku. [słuchajcie dalej, bo teraz będzie bardzo pouczająco] Jest sam, drzwi za nim natychmiast się zamykają. Zatrzymuje się w progu i długo, z minutę albo ze dwie, wpatruje się w Jego twarz. Zbliża się wreszcie spokojnie, stawia lampkę na stole i zwraca się do Niego: „To Ty? Ty” Nie otrzymawszy jednak odpowiedzi, dodaje pospiesznie: „Nie odpowiadaj, milcz. I Cóż mógłbyś powiedzieć? Wiem aż za dobrze, co powiesz. Nie masz zresztą prawa nic dodać do tego, co powiedziałeś już dawniej. Po co przyszedłeś mu przeszkadzać? Bo przyszedłeś nam przeszkadzać i Sam o tym wiesz. (…)

    Zainteresowanych szczegółami odsyłam do Wielkiego Inkwizytora.

  64. „ozpowszechniane przez teologów przekonania były całkowicie sprzeczne z nauczaniem i postępowaniem Jezusa. Kształtowały one w ludziach wierzących WYPACZONY OBRAZ BOGA. Nie sposób się dziwić, że WIELU TRACIŁO WIARĘ w Jego dobroć i miłość. Jawił się On im jako sadysta i bezlitosny Moloch. Stając w obliczu takich poglądów można jedynie ze zdumieniem stawiać pytania. Co jest przyczyną takiej demonizacji człowieka, tym bardziej dziecka? Czy błędu nie należy szukać w błędnych przesłankach teologicznych? Co taka demonizacja ma wspólnego z postawą Jezusa i mądrością Dobrej Nowiny? Jak w tym świetle wygląda wiarygodność Kościoła?”

    Może powiem jak ja widzę ten problem z punktu widzenia antropologa. Zanim pojawiło się chrześcijaństwo los człowieka zależał od niezliczonej ilości bogów, bożków, stworzeń, duchów itd. Bez przerwy człowiek uważał na to, by wkupić się w ich łaski, odwrócić nieustanny gniew, kaprysy, niekiedy sadystyczne skłonności w traktowaniu ludzi. Człowiek żył w permanentnym lęku egzystencjalnym. Nic nie działo się za darmo, na wszystko trzeba było nieustannie zasługiwać, kupować przychylność bóstw. Wiadomo, że chrześcijaństwo zmieniało znaczenia w kultach pogańskich. Starało się tłumaczyć pewne kwestie nakładając nowe na stare, a wydaje się, że to w pewnym stopniu doprowadziło do tego, że w 21 wieku nadal cały czas się boimy, zasługujemy, popularne są praktyki wynagradzające. Chrystus nazwał nas swoimi przyjaciółmi, a my nadal „oswajamy” Boga, tkwiąc w nieustannym lęku. Ilość nerwic na tle religijnym świadczy, że cały czas uciekamy przed Bogiem, albo natrętnie próbujemy stłumić jego gniew. To cały czas przypomina czasy przedchrześcijańskie. Oczywiście to bardzo wąskie spojrzenie na ten problem- obrazu Boga, bo tu się kłania jeszcze psychologia i inne dziedziny wiedzy o człowieku.

  65. TOMKOWI I ESTEL:

    Cieszę się, że Tomek sięga do Dostojewskiego. Ja również często do niego nawiązuję. Jego główne dzieła stoją w zasięgu ręki na półce. Legenda o wielkim Inkwizytorze sczytana, pełna kolorowych podkreśleń. Oczywiście, że to tylko legenda, ale wstrząsająca. Pomaga zrozumieć wielki „grzech świata”, wciąż żywy i bolesny wskutek naszych ludzkich grzechów.

    Nasza zaduma nad „grzechem pierworodnym” zatoczyła szeroki krąg. Poświęciliśmy sporo czasu na kwestie związane z chrztem, a zwłaszcza z losem dzieci nie ochrzczonych. Jednak coś się powoli zmienia w mentalności religijnej. Wiele zawdzięczamy Soborowi Watykańskiemu II. Czy wszedł w świadomość wierzących? To dobra okazja do namysłu w 50-lecie od jego rozpoczęcia… Przytaczałem w jednym z komentarzy na inny temat rzucone mi na ulicy słowa młodej dziewczyny: „Niech będzie przeklęty Sobór Watykański II!”

    Zmiany w myśleniu dokonują się powoli. Może zbyt powoli, jak to wyjaśnia Estel. Wciąż owoce swoje zbiera stara pedagogia zastraszania. Dlatego tak uparcie próbuję od lat budzić zaufanie do PEDAGOGII NADZIEI. Jest trudniejsza. Ukazuje inną wizję Boga i ostatecznych losów ludzkich. Wymaga głębszej podróży do własnego wnętrza.

    Robert Rynkowski zwrócił uwagą na trudny problem przekładów biblijnych, który pojawiał się już wcześniej w debatach Kleofasa. To one w pewnej mierze nie pozwalają nam dostrzec, że istnieją inne horyzonty rozumienia, myślenia i nadziei.

    Oto co znaczy BYĆ STALE UCZNIEM, wciąż uczyć się głębszego spojrzenia na trudne problemy wiary i życia. Kategoria uczniostwa (discipleship) jest mi osobiście bardzo bliska, choć samo słowo sprawia w języku polskim nawet komputerowi pewne trudności, bo na czerwono podkreśla od razu to słowo.

  66. Zajrzałam po kilku dniach i uff… dużo tego! Ale chciałabym dorzucić parę słów.
    Skoro już przypięto mi na tym blogu łatkę radykała, to może wolno mi będzie zaproponować pewną śmiałą tezę. Myślę, że inaczej wyglądałaby dyskusja o zbawieniu/lub nie dzieci nie ochrzczonych, a także dorosłych nie ochrzczonych, gdyby przyjąć, że my już JESTEŚMY ZBAWIENI. Średniowieczna teologia o grzechu, niegodności człowieka i jej praktyczne konsekwencje (na przykład ograniczona dostępność do sakramentu Eucharystii) wyrosła, moim zdaniem, z braku wiary w ten prosty fakt (przyjmowany w wierze, oczywiście), że my właśnie jesteśmy już zbawieni. To się już dokonało. Ja też kiedyś zwróciłam uwagę na to, że w słowach skierowanych do Apostołów Jezus mówi, „kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy będzie potępiony”. Ani słowa o tym, że chrzest jest konieczny do zbawienia. (A taka rozbudowana teologia na ten temat… ) Jeśli tam się pojawia słowo „sądzony” a nie „potępiony”, jak mówi Ksiądz, to w ogóle całe to zdanie nabiera mocno optymistycznego znaczenia. Znaczyłoby to (i jest mi to bliskie), że właśnie wiara jest decydująca, chrzest jest jej konsekwencją, chrzest przyjmują ci, którzy uwierzyli. I dla tych, co uwierzyli jest zbawienie. Co to znaczy? Moim zdaniem to znaczy, że zbawienie jest darem darmo danym przez Boga. Cała rzecz w tym, żeby je przyjąć. Po prostu. Ci, którzy przyjmują (!) chrzest przyjmują i zbawienie. Ci, którzy nie przyjmą, będą sądzeni. To znaczy, że ich życie będzie podlegać ocenie. Może się okazać, że, mimo, iż nie uwierzyli (z różnych powodów), to jednak wiedli życie dobre. Ludzie dobrej woli, o których mówi Sobór Watykański II w konstytucji dogmatycznej Lumen Gentium: „Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie. Nie odmawia też Opatrzność Boża koniecznej do zbawienia pomocy takim, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują nie bez łaski Bożej, wieść uczciwe życie. Cokolwiek bowiem znajduje się w nich z dobra i prawdy, Kościół traktuje jako przygotowanie do Ewangelii i jako dane im przez Tego, który każdego człowieka oświeca, aby ostatecznie posiadł życie” (LG 16). W zestawieniu z rygorystycznym wcześniejszym nauczaniem Kościoła katolickiego w tym temacie, będącym konsekwencją nauczania św. Augustyna, te słowa Soboru to prawdziwa rewolucja. Zresztą, dla niektórych konserwatywnych (nielicznych) ojców Soboru one były nie do przyjęcia. Kardynał Alfredo Ottaviani nie mógł pojąć, jak można tak ważkie sprawy jak zbawienie pozostawiać czemuś tak niepewnemu jak ludzkie sumienie! Sobór, na szczęście, zaufał ludzkiemu sumieniu i Bogu.

    Zgadzam się z tym, co pisze Estel, o obrazie Boga, którego czujemy się w obowiązku nieustannie przekupywać, obłaskawiać i zadowalać. Estel pisze: „w 21 wieku nadal cały czas się boimy (Boga), zasługujemy, popularne są praktyki wynagradzające. Chrystus nazwał nas swoimi przyjaciółmi, a my nadal “oswajamy” Boga, tkwiąc w nieustannym lęku”. To prawda. Jak można kochać, bojąc się? Zwrócę uwagę na pewną ewangeliczną scenę. Otóż, Ewangelia opowiada, że kiedy Jezus umarł na krzyżu, zatrzęsła się ziemia. To trzęsienie ziemi sprawiło, że w świątyni jerozolimskiej rozdarła się zasłona oddzielająca miejsce „święte świętych” od reszty świątyni. To była pierwsza rzecz, jaką Bóg zrobił w po śmierci Jezusa! Rozdarł zasłonę, za którą zamknęli go Żydzi. Wyszedł do ludzi. Jakby chciał powiedzieć: „nareszcie znów mogę być blisko was!” A co na to ludzie? No, cóż. Pobudowali kościoły, sanktuaria, stworzyli nowe listy przykazań, nakazów i zakazów, dokładne zasady reglamentacji Pana Boga. Owszem, rozumiem ludzką potrzebę intelektualnego pojęcia, poszukiwania zrozumienia. Ale nie można na tym poprzestawać. I naprawdę dobrze powinni się zastanowić ci, którzy stwierdzają autorytatywnie, że człowiekowi w jego relacji z Bogiem czegoś nie wolno. Jest tylko jeden grzech, który nie będzie odpuszczony – grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Swoją drogą, na temat tego zdania też pewnie wywiązałaby się ciekawa dyskusja: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym (Mt 12, 31-32).
    Kiedyś szukałam komentarzy do tego fragmentu. Okazuje się, że można znaleźć trochę (łącznie z tym co na ten temat stwierdza KKK), ale tylko do tej części zdania, która dotyczy grzechu/bluźnierstwa przeciwko Duchowi Świętemu. Proszę jednak zwrócić uwagę, że tam jest jeszcze wcześniejsza część zdania: jeśli ktoś powie słowo przeciwko Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone. To jest dopiero radykalizm!

  67. PANI JOANNIE W ODPOWIEDZI:

    Apostoł Paweł napisał: „W nadziei zostaliśmy zbawieni” (Rz 8,24). Ważne jest tu owo „W NADZIEI”. Kto jednak przeczyta uważnie fragmenty encykliki Benedykta XVI „Spe salvi” dotyczące wydarzeń ostatecznych, to zobaczy, że ten papież bynajmniej nie podziela poglądu o powszechnym zbawieniu. Publicznie, w prasie, wypowiadałem swoje zastrzeżenia na ten temat. Żaden z polskich teologów nie odważył się na ten krok. Nie jest Pani znowu aż takim radykałem i trwałej „łatki” nikt Pani nie przyczepił.

    Nie tylko słowa z „Lumen gentium” są „rewolucyjne” (jak Pani je określiła), ale również w „Gaudium et spes” (np. nr 22), które dwukrotnie przytaczałem w komentarzu dla „zwykłego katolika” (zob. wyżej). I cieszmy się, że takie słowa znalazły się w nauce Soboru.

    Zapis ewangelisty Mateusza o „rozdartej zasłonie” (Mt 2751) można by dopełnić jeszcze trzęsieniem ziemi i otwarciem grobowców: „wiele ciał świętych, którzy umarli, powstało”, ale dopiero „po Jego (Jezusa) zmartwychwstaniu, weszli do świętego miasta i ukazali się wielu” (w. 52-53). Niezmiernie pouczające są komentarze biblistów do tego opisu. O dawna przykuwały moją uwagę i sam do nich nawiązywałem.

    Ale najważniejsza rzecz w Pani komentarzu to kwestia „GRZECHU PRZECIWKO DUCHOWI ŚWIĘTEMU”. Zbyt apodyktycznie stwierdza Pani, że to „tylko jeden grzech, który nie będzie odpuszczony”. Tu znowu namnożyło się wiele interpretacji restrykcyjnych, ale istnieje uzasadniona możliwość zgoła innego rozumienia słów Jezusa. To bardzo odpowiedni temat do dyskusji w okresie powielkanocnej Pięćdziesiątnicy (Robert Rynkowski może to wykorzysta, bo temat ważny). W tym miejscu dodam jedynie kilka refleksji.

    Egzegeci wciąż dyskutują nad tym, czy Jezus rzeczywiście wypowiedział powyższe słowa o Duchu Świętym i co naprawdę miałyby one oznaczać. W Ewangelii Marka pojawiają się zastanawiające sformułowania: „Zapewniam was, że wszystkie grzechy i bluźnierstwa, które kiedykolwiek ludzie wypowiedzą, będą im przebaczone. Ten jednak, kto wypowiedziałby bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu nie ma odpuszczenia na wiek (eis ton aiōna), ale winien jest wiecznego zgrzeszenia” (aiōníou hamartēmatos)(Mk 3,28-29). Ważkie słowa o „wieku” i „wiecznym”, wciąż powracające w biblijnej eschatologii. Co one znaczą?

    Właśnie te wzmianki o przyszłości narażone są najbardziej na niezrozumienie, jeżeli będziemy je interpretować bez odniesienia do właściwego im kontekstu kulturowego. Kontekstem tym są dawne REGUŁY HEBRAJSKIEJ MOWY PROROCKIEJ. Jak więc rozumieć owo „bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu”, które ma nie być nigdy odpuszczone przez Boga? Czy należy rozumieć je jako informację o tym, co strasznego ma stać się kiedyś z tego rodzaju bluźniercą? Trzeba zwrócić uwagę na to, co językoznawcy nazywają „SIŁĄ ILLLOKUCYJNĄ” (illocutionary force) bądź celem illokucyjnym danej wypowiedzi (zob. A. Wierzbicka, „Żydowskie skrypty kulturowe a interpretacja Ewangelii, „Teksty drugie” 2002 nr 4, s. 157-176, zwł. 164, 165, 168, 169.).

    W tym przypadku chodzi przede wszystkim o usilne wezwanie i apel Jezusa, aby nie popełniać tego rodzaju grzechów. On sam uczył przecież swoich uczniów, że ludzkie przebaczanie nie powinno znać żadnych granic, lecz powinno wzorować się na nieograniczonym przebaczeniu ze strony Boga. „Wtedy Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini wobec mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odpowiedział: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18, 21-22). Liczba „siedem” oznacza pełnię, całkowitą wielokrotność. „Siedemdziesiąt siedem razy” to symboliczne określenie, które jest równoznaczne ze słowem „zawsze”. Ludzie powinni przebaczać WSZYSTKO I ZAWSZE, gdyż TAK POSTĘPUJE Z NAMI SAM BÓG. BOSKIE MIŁOSIERDZIE WOBEC GRZESZNYCH LUDZI I BOSKIE PRZEBACZENIE JEST NIEOGRANICZONE.

    Jak w świetle zdumiewającej nieograniczoności Boskiego przebaczenia rozumieć zatem słowa o rzekomo niewybaczalnym grzechu przeciwko Duchowi Świętemu? Czy mamy do czynienia z wewnętrznie sprzecznym obrazem Boga, który raz ukazuje się NIESKOŃCZENIE HOJNY W PRZEBACZANIU, a drugi raz SAM SOBIE ZAPRZECZA? Czy z jednej strony jest On nieskończenie miłosierny, a z drugiej strony Jego miłosierdzie ma pewne granice? Trudności te mają swoje źródło w NIEZNAJOMOŚCI HEBRAJSKICH REGUŁ INTERPRETACJI MOWY PROROCKIEJ. Słusznie dowodzi A. Wierzbicka: „Powiedzieć, że wszystko może być wybaczone z wyjątkiem odmowy przebaczenia to paradoksalny, dramatyczny sposób powiedzenia, że WSZYSTKO trzeba przebaczyć. (…) Tak więc dyskutować, jakie grzechy są, według nauki Jezusa, do przebaczenia, a jakie nie są, to tak, jak twierdzić, że Bóg nie może odpuścić człowiekowi 78 przewinień (bo czyż Jezus sam nie powiedział 77? Czyż Jezus sam nie powiedział, że bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu jest grzechem nie do wybaczenia?). Interpretować zalecenia i wezwania jako faktograficzne zapowiedzi dotyczące przyszłego stanu rzeczy to nie rozumieć siły illokucyjnej wypowiedzi, o którą tutaj chodzi”.

    Rad jestem, że odniesienie do „grzechu przeciwko Duchowi Świętemu” pojawiło się w komentarzu Joanny. A powiedzieć by trzeba znacznie, znacznie więcej. Ale nie tym razem.

  68. Fascynujący temat. Rzeczywiście przebaczenie i pełnia przebaczenia ludzkiego jest ‚ściśle’ związana z nadzieją powszechnego zbawienia. Skoro Jezus zachęca do pełnego przebaczania kierując uwagę w stronę Piotra, to jak sobie wyobrazić, żeby sam Bóg miał by nie przebaczyć grzechu skierowanego przeciwko duchowi świętemu (ale co to może być, ów grzech, tego jednak nie wiem).

    W drugą stronę, jeżeli zbawienie może nie mieć charakteru powszechnego i będą tacy, którzy go nie dostąpią, jeżeli Benedykt wypowiada się w ten sposób, w swoim tekście ‚Spe salvi’, czyli, jeżeli Bóg pewną część obywateli świata wtrąci do diabła, to zdaje się, że nie może brać na poważnie tego fragmentu o wybaczaniu ‚ludzkim’ wybaczaniu 77 razy (o pełnym wybaczaniu). Znaczyłoby to, że człowiek ma wybaczać zawsze, ale Bóg już tego nie zrobi. Dlaczego człowiek miałby być bardziej miłosierny niż Bóg – oto jest ciekawe pytanie.

    Co do obecności (czy dostępności tekstów pisanych przez) teologów i wyrażaniu przez nich poglądów. Ksiądz Hryniewicz jest jedyną osobą, która pisząc coś publicznie, dzieląc się wiedzą, którą zdobył i intuicjami jakoś wpłynęła na moje zainteresowania i jest jedynym ostatnio teologiem, który jest (ale przeze mnie) zauważalny. Nie potrafię sobie przypomnieć tekstu żadnego innego polskiego teologa w prasie, gdzieś w przestrzeni dostępnej nie tylko dla badaczy, albo moli książkowych, wertujących księgozbiory gdzieś na wydziałach teologicznych, którego tekst miałby dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Niestety. Chyba piszą tylko dla siebie. Ale dobrze, że ksiądz Hryniewicz pisze. Niech ksiądz pisze jak najwięcej.

  69. Napisałam, że tylko jeden grzech nie będzie odpuszczony, bo słowa z Mt brzmią: „Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone”. Czyli, jak rozumiem, każdy grzech z wyjątkiem tego jednego. Podobnie jest w pozostałych ewangeliach. Tyle, że oczywiście, jak zauważa Tomek, otwiera się tu szerokie pole do dyskusji o tym, jak rozumieć grzech przeciwko Duchowi Świętemu, co to właściwie jest? Myślę, że w odpowiedzi na to pytanie kryje się odpowiedź na wiele innych pytań. Ale to już faktycznie na inną dyskusję.

  70. TOMKOWI I JOANNIE, ODWAŻNIE MYŚLĄCYM:

    O grzechu/bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu jest mowa JEDYNIE W EWANGELIACH SYNOPTYCZNYCH (oprócz wymienionych „loci” w ostatnich komentarzach, trzeba jeszcze dodać Łk 11,14-23;12,10). Brak wzmianki w Ewangelii Janowej. A więc nie we wszystkich Ewangeliach. M.in. ten fakt skłania egzegetów do zastanawiania się, czy Jezus rzeczywiście wypowiedział powyższe, tak ważne i zaskakujące słowa o Duchu Świętym.

    „Dlaczego człowiek miałby być bardziej miłosierny niż Bóg?” – to pytanie sformułowane przez Tomka powtarzałem wielokrotnie w swoich książkach. Niestety, przeciwnicy nadziei na zbawienie wszystkich nie są skłonni do zadawania sobie podobnych pytań. Serwują teksty biblijne „jak leżą” (prout jacent) i pojmują je literalnie, bez wysiłku solidnej i wszechstronnej interpretacji.

    Dorzucam zatem jeszcze kilka myśli o grzechu przeciwko Duchowi. Nauczyciel z Nazaretu uczy, że odmowa przebaczenia jest czymś zgoła niewybaczalnym. Słowa takie dyktuje sama ludzka wrażliwość. Nie jest to wszakże twierdzenie, iż postawa odmowy jest absolutnie niewybaczalna ze strony samego Boga. MOWA PROROCKA CHARAKTERYZUJE SIĘ PARADOKSALNYM I HIPERBOLICZNYM SPOSOBEM WYRAŻANIA MYŚLI. W gruncie rzeczy Jezus zachęca do wybaczania wszystkiego. Kiedy z kolei mówi, iż bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu jest czymś niewybaczalnym, to nakłania w ten paradoksalny, dramatyczny i przesadny sposób ludzi do tego, by nie bluźnili przeciwko Duchowi. Taki jest zasadniczy cel illokucyjny Jego słów. Szukajmy zatem ukrytego w nich sensu.

    Co to znaczy bluźnić przeciwko Duchowi Bożemu?

    Zauważmy, jak wspomniała Joanna w poprzednim komentarzu, że Jezus jest gotów przebaczyć każdy grzech skierowany przeciwko Niemu samemu. Jest, jak sam wyznał o sobie, „pokornego serca” (Mt 11,29). W swej pokorze rezygnuje wręcz z własnej czci i chwały. STAJE WSZAKŻE STANOWCZO W OBRONIE DUCHA ŚWIĘTEGO. Broni Go w sposób dramatyczny w postaci ostrzeżenia, czy wręcz swoistej groźby, która ma poruszyć sumienia.

    Ważny jest sam KONTEKST, w którym pojawiają się Jego słowa. Oto nauczyciele Prawa i faryzeusze zarzucili Mu, ze „ma Beelzebula [Belzebuba, wg Biblii Tysiąclecia] i mocą władcy demonów wypędza demony”, że „ma ducha nieczystego” (Mk 3,22.30; zob. Mt 12,24). Jak nie być sprowokowanym w takiej sytuacji? Stąd najpierw Jego cierpliwe wyjaśnienia (Mk 3,24-27; Mt 12,25-26.29). Stąd wreszcie rzucone przeciwnikom prosto w oczy pytanie: „Jeżeli Ja wypędzam demony mocą Beelzebula, to czyją mocą wypędzają je wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. Jeżeli natomiast Ja wypędzam demony mocą Ducha Bożego, to rzeczywiście nadeszło do was Królestwo Boga” (Mt 12,27-28).

    I tak dochodzimy do SEDNA GRZECHU PRZECIWKO DUCHOWI BOŻEMU. Sama osoba Ducha to największy symbol miłości Boga do ludzi. Kto odważa się bluźnić przeciwko Duchowi, chce ograniczyć tym samym nieskończoną moc miłości Boga. Stawia granice Jego zbawczej woli. ZNIESŁAWIA W TEN SPOSÓB DOBROĆ BOGA. Przeczy temu, że to On daje siłę do przebaczania ludziom wszystkich przewinień i sam jest wzorem takiego nieograniczonego niczym przebaczania. Ludzie nie byliby w stanie wzorować się na Bogu w nieograniczonym przebaczaniu, gdyby On sam nie ukazał takiego wzoru.
    WYZNACZAĆ GRANICE MIŁOŚCI BOGA – TO ABSURDALNA ZUCHWAŁOŚĆ, PO LUDZKU WRĘCZ NIEWYBACZALNA. Dlatego właśnie Jezus posługuje się paradoksalnym i dramatycznym zwrotem, kiedy mówi: „Jeśli zaś nie przebaczycie ludziom, to i wasz Ojciec nie przebaczy wam przewinień” (Mt 6, 15). Odwołanie się do katastroficznego obrazu przyszłości, ostrzeżenia i groźby mają CEL PEDAGOGICZNY I TERAPEUTYCZNY. Wzywają w imieniu Boga do zmiany postępowania, do nawrócenia już teraz, bo to chwila najbardziej odpowiednia. Bóg pragnie, abyśmy nie żyli we wzajemnej złości i wrogości. Dlatego nieustannie wzywa do przebaczenia.

    Jezus posługiwał się literackimi zasobami kultury żydowskiej w sposób samodzielny i twórczy. Głębsza znajomość reguł tradycji prorockiej pozwala inaczej spojrzeć na wiele problemów egzegetycznych. Bez tej znajomości zniekształcić można najbardziej nawet istotne momenty Ewangelii, Dobrej Nowiny. Pomimo niezaprzeczalnej oryginalności stylu, wypowiedzi Jezusa należą do NURTU WIELOWIEKOWEJ TRADYCJI MOWY PROROCKIEJ WRAZ Z JEJ PARADOKSALNOŚCIĄ I DRAMATYZMEM. Jest to zamierzony sposób mówienia o Bogu budzący poczucie sprzeczności.

    Jak inaczej rozumieć paradoksalne twierdzenie, że Bóg zawsze przebacza, ale nie przebaczy odmowy przebaczenia ze strony człowieka? W tej paradoksalności dopatrzyć się można nawet pewnego ODCIENIA HUMORYSTYCZNEGO: jeśli nie będziemy naśladować Boga w Jego dobroci i miłosierdziu (por. Mt 5, 48; Łk 6, 36), to Bóg będzie naśladować nas w naszej złości i naszym gniewie. Jeżeli ludzie nie będą naśladować Boga w gotowości przebaczania innym zawsze i wszędzie, to Bóg ze swej strony będzie naśladował ludzi i nie będzie im przebaczał niektórych grzechów.

    Ten rodzaj mowy prowokuje do myślenia i skłania do szukania ukrytego sensu słów. Ludzie nie mogliby naśladować Boga w przebaczaniu bez granic, gdyby On sam nie był najpierw wzorem takiego nieograniczonego przebaczania.

    Tyle mojego dopowiedzenia. W rzeczowej i spokojnej dyskusji skłaniamy jedni drugich do nowego spojrzenia na różne zagadnienia. Możemy wskutek tego być sobie wzajemnie wdzięczni. Tylko agresja i wrogość gasi chęć dyskutowania. Owoce widzimy potem jak na dłoni. Jezus potrafił dyskutować nawet w atmosferze agresji i zniewagi. Nie stawiał na pierwszym miejscu samego siebie, ale cześć Ojca i Ducha Świętego. Dramatyczne słowa o bluźnierstwie przeciwko Duchowi są tego najlepszym świadectwem.

  71. Wygląda na to, że jednym z grzechów przed którym szczególnie przestrzegał Jezus jest grzech przeciwko dobroci Boga, jakaś próba ograniczenia dobroci Boga, a ponieważ nieco wcześniej rozmawialiśmy o sprawie dogmatu augustyńskiego, który przygotował niemowlętom, które zmarły bez łaski chrztu (cóż to za łaska, co wtrąca do diabła?) wieczną i pośmiertną rezydencję w postaci quasi przestrzeni ni to piekielnej, ni to niebiańskiej, w której jednak niemowlęta te miały doświadczać lekkiej i nieskończonej kary zmysłów, to aż nad wyraz dobrze maluje się przykład takiego grzechu. Przytoczony opis jednego z obrzędów modłów o przywrócenie tych dzieci bodaj na chwilę do życia, by je ochrzcić był w rzeczy samej próbą ich rodziców opuszczenia piekła, w które wrzucił je dogmat, jak to przytaczałem, ad maiorem Dei gloriam. Są jeszcze gorsze rzeczy wszakże, od których aż się w głowie kręci i nie chce się wierzyć (przypominam sobie dzieciątko, o którym pisał Dostojewski w Braciach Karamazow, ktore było zamykane przez rodziców), także może lepiej poprzestać na bladym wyobrażeniu konsekwencji takiego grzechu (wiersze przytoczone przeze mnie: na uroczystym auto da fe palono wściekłych heretyków zapisuje się prosto i to tylko kilka ledwie słów, ale te słowa jakby nie potęgowały wrażen, mają się nijak do rzeczywistości cierpienia, które opisują).

  72. Dużo się w tej dyskusji pojawiło stwierdzeń, że cały czas szukamy odpowiedzi i dobrze jest mieć umiejętność życia z pytaniami bez odpowiedzi. Natknęłam się na taki cytat z ks. Tomasza Halika i nie mogłam się powstrzymać, żeby go tu nie wkleić :
    „Ale i On, moja nadzieja i moja opoka, pozostaje we mnie obecny przede wszystkim w postaci trwałego pytania. Pytanie, którym pytam o Boga, i pytanie, które zadaje mi Bóg, są tym samym pytaniem. ”

    Dobra sentencja, powinna towarzyszyć rozmyślaniom i zadawaniu pytań 🙂

  73. Halikowe myśli są świeże , inspirujące, mądre. Warto go czytać. Dziękuję za przypomnienie.

  74. No właśnie ta paradoksalność wypowiedzi Jezusa o grzechu/bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu, jest, jak mi się zdaje, argumentem na potwierdzenie jej autentyczności. Bardzo się zdziwiłam, jak Ksiądz napisał, że egzegeci mają co do autentyczności tego zdania problem. To zdanie rzeczywiście jest bardzo trudne, ale czyż jest to jedyne trudne zdanie wypowiedziane przez Jezusa? Paradoks w nauczaniu Jezusa to właściwie norma.
    Co do sedna grzechu przeciwko Duchowi Świętemu to faktycznie szukałabym go w samym Duchu Świętym, to znaczy – w Jego funkcji. Jak wiadomo, imiona hebrajskie często wskazywały właśnie na funkcję, znaczenie danej osoby. Mamy więc Ducha Św. jako Parakleta, Pocieszyciela (to z Nowego Testamentu). Mamy Ducha Św. jako Miłość, relację łączącą Ojca z Synem (to z katolickiej teologii). Mamy też Ducha (ruah) jako Boże tchnienie, życie – a to z kolei ze starotestamentowej opowieści o stworzeniu człowieka. Właśnie to Boże tchnienie wiąże mi się jakoś z tym najgłębszym elementem człowieczeństwa – była tu już mowa wcześniej o tym, że człowiek to ciało, dusza i duch (takie określenia, o ile wiem, funkcjonują w teologii prawosławnej, bo na Zachodzie zwykło się mówić za św. Tomaszem, że człowiek to dusza i ciało). To co napiszę, nie będzie jedyną możliwą interpretacją. Ale gdyby spróbować zrozumieć Ducha Świętego jako Boże tchnienie, Boży oddech, którym Bóg się z człowiekiem podzielił przy stworzeniu, przekazał go człowiekowi, oddech dzięki któremu człowiek stał się istotą żywą, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga? Cóż wtedy miałoby znaczyć zgrzeszyć przeciwko Duchowi Świętemu? Mistycy, jak choćby Mistrz Eckhart, widzieli w tym najgłębszym elemencie człowieczeństwa (duchu) zasadnicze podobieństwo człowieka do Boga. Żeby nie powiedzieć, że właściwie Boga samego… „Uczynił ludzką duszę tak bardzo do siebie podobną, że ani w niebie, ani na ziemi, pośród wszystkich wspaniałych stworzeń, które tak cudownie powołał do istnienia, żadne nie jest równie jak ona do Niego podobne. I dlatego Bóg pragnie, by ta świątynia była pusta, nie chce w niej nikogo poza sobą. Ponieważ jest tak bardzo do Niego podobna, On ma w niej wielkie upodobanie i z rozkoszą w niej przebywa, pod warunkiem, że jest sam” (Kazanie 1 Mistrza Eckharta). W innym miejscu Eckhart pisze: „Byt Boży jest moim bytem, a mój byt jest bytem Boga”.
    Jeśli przyjąć, że Duch jest Bożym tchnieniem w nas (a z takim założeniem nie są sprzeczne pozostałe określenia funkcji Ducha Świętego), to co to znaczy zgrzeszyć przeciwko Duchowi? Wydaje mi się, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu jest czymś, co jest zwrócone nie tyle bezpośrednio przeciwko Bogu ale przeciwko samemu człowiekowi i przez to niejako pośrednio przeciwko Bogu. Możliwe, że chodzi postawę przeciwną, wrogą życiu, temu życiu, które poprzez tchnienie otrzymaliśmy i które tym tchnieniem jest podtrzymywane. Tyle, że to życie należałoby rozumieć oczywiście szerzej niż tylko jako życie ziemskie. Brzmi to wszystko skomplikowanie, bo pewnie nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, ale co do sedna jest to jednak dość proste.

  75. Ma Pani rację, wypowiedź o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu jest jedną z wielu w Ewangeliach. Pani Anna Wierzbicka z Uniwersytetu w Canberra w Australii poświęciła tej sprawie wiele uwagi w swoim monumentalnym studium pt. „What Did Jesus Mean?”, Oxford OUP 2001 (wersja skrócona: „Co mówi Jezus? Objaśnianie przypowieści ewangelicznych w słowach prostych i uniwersalnych”, W-wa PWN 2002).Tym, którzy nie znają tych pozycji serdecznie polecam.

    Refleksja o Bożym tchnieniu w człowieku jest interesująca. Można ją zgłębiać i szukać konsekwencji. Wypowiedź Eckharta też paradoksalna. Osobiście wolę rozwijać MISTYKĘ OTWARTEGO SERCA I OTWARTYCH OCZU na ludzkie sprawy, uczyć się wciąż na nowo owej „compassion”, umiejętności czucia wespół, która jest tak ważna w życiu. Przykazanie miłości Boga i ludzi są nierozerwalne. Bóg nie jest samolubny. Cieszy się, kiedy głęboko w sercu nosimy troskę o innych, zwłaszcza najbardziej potrzebujących, kiedy przebaczamy i nie chowamy uraz. Przypomina o tym Jezusowe „nowe przykazanie”.
    Stąd trzeba dobrze rozumieć takie słowa jak: „Bóg pragnie, by ta świątynia była pusta, nie chce w niej nikogo poza sobą”, chce tam być sam. Nie trzeba brać dosłownie tej średniowiecznej maksymy. Ateiści często wytykają wierzącym, że ukazują Boga zachłannego na wyłączność, zaborczego, pragnącego nieustannych pochwał, dbającego troskliwie o swoją chwałę… A tymczasem jest to przecież Bóg który potrafi się uniżyć i „ogołocić”, co widać w Jezusie (temat „kenosis”, zob. Flp 2,7).

    Każdy rzeczywisty grzech przeciwko Bogu zwraca się ostatecznie przeciwko samemu człowiekowi. W tym sensie również grzech przeciwko Duchowi. Postawa Jezusa dobrze to ilustruje na przykładzie trudnej sprawy przebaczania. Jeśli nie przebaczycie – będziecie mieć piekło na powierzchni ziemi.

  76. To o czym pisze Joanna można by zrozumieć, (jak ja to rozumiem), że grzechem przeciw Duchowi jest wszelkie wykroczenie przeciwko życiu, ale ta definicja jest bardzo szeroka i pomieściłaby w sobie rozważania mogące pochłonąć chyba całe życie. Ja sobie dam spokój akurat z rozmyślaniem nad grzechem w tej chwili, bo to jest przedziwna sprawa, żeby ją roztrząsać, natomiast mam jeszcze dwie kwestie od siebie.

    Pierwsza odnosi sie do słów Jezusa z Ew. Mateusza, 13: 36-50, kiedy Jezus opowiada o Królestwie Niebieskim w podobieństwach. Czy one też mogą być tak rozumiane, jako hiperboliczna mowa prorocka wygłaszana w przesadny sposób, jako swego rodzaju upomnienie, czyli spełniająca funkcję illokucyjną?: Pośle Syn Człowieczy swoich aniołów, i zbiorą z Królestwa jego wszystkie zgorszenia, i tych, którzy popełniają nieprawość i wrzucą ich do pieca ognistego; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów; albo też… Tak będzie przy końcu świata; wyjdą aniołowie i wyłączą złych spośród sprawiedliwych. (Skoro jest tu mowa o podobieństwach, to, jak widać po innych Jego słowach z Ew. Łukasza 8,10, mówi on w ten sposób, aby ci, ktorzy słuchają patrząc nie widzieli, a słuchając nie rozumieli.) Przychodzą mi do głowy słowa i o weselu, które mają podobne brzmienie. To jest pierwsza sprawa.

    Druga jest związana z pozornie sprawą prostą, ale budzącą moje ogromne zdziwienie, której swoim rozumem nie udało mi się zgłębić (myślę, że ma ona związek z grzechem pierworodnym, jako, że zły świat, grzech świata oprócz grzechów rodzi i zwątpienie, ktore ma swoje tajemnicze znaczenie) pytanie tego typu: czy Tomasz (niewierny) biedaczyna zanim nie zwątplił i zanim nie wygłosił sławnej kwestii o konieczności wsadzenia palców w rany, nie widział jakiegoś niewątpliwego cudu ?

  77. Dopiero o tej porze mogę odpowiedzieć na komentarz Tomka. Ograniczam się do kilku myśli , zwłaszcza tych związanych z początkami ludzkości.

    1. Współczesna egzegeza pomogła zrozumieć, że w przeszłości często błędnie interpretowano obrazowy i symboliczny język Biblii. Na podstawie rozproszonych obrazów i symboli tworzono swoisty reportaż końca świata i dramatu czasów ostatecznych. Uważano, że Pismo Święte przekazuje – niczym nieomylny jasnowidz – wyraźną przepowiednię o nadchodzącej przyszłości świata. Teologowie pytali o powtórne przyjście Chrystusa pośród dźwięku trąb archanielskich wzywających na sąd ostateczny. Bardziej dociekliwi zastanawiali się nawet, w jakiej tonacji, dur czy moll, zabrzmią te trąby. Byli teologowie, którzy obliczali na podstawie pewnych wypowiedzi Biblii temperaturę ognia piekielnego. To budzi dzisiaj nasze zdziwienie, a nawet poczucie śmieszności.

    Jezus mówi o aniołach, bo nawiązuje do doświadczeń ludzi podczas żniw. Aniołów porównuje do żeńców. Nie bierzmy tych porównań dosłownie. Aby właściwie interpretować wypowiedzi eschatologiczne, trzeba zdać sobie sprawę, że początek i koniec dziejów świata kryją w sobie pewne podobieństwo. Wydarzeń ostatecznych nie należy interpretować w oderwaniu od tego, jak rozumiemy dzisiaj pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju o początkach świata i ludzkości. Opowieści biblijne o stworzeniu świata, raju ziemskim i stanie pierwotnym pierwszych rodziców nie są szczegółowym opisem tego, co rzeczywiście stało się na początku. W tych opowieściach chodzi o przekazanie prawd bardziej podstawowych, takich jak zależność stworzeń od Boga, respekt Stwórcy wobec wolności człowieka oraz konsekwencje jego nieposłuszeństwa.

    Jeżeli tak należy interpretować pierwsze rozdziały Biblii, to również obrazowe wypowiedzi odnoszące się do końca nie są zapisem czy futurologicznym reportażem, który w iście kronikarski sposób szczegółowo informuje o przyszłych losach ludzi i świata. Nie należy zapominać o tej wzajemnej korelacji początku i końca. Nie oczekujmy od biblijnych opisów końca świata faktycznych i ścisłych informacji o mających nastąpić wydarzeniach. Ich celem nie jest zaspokojenie ludzkiej ciekawości. Nie są one wyrazem natchnionego jasnowidztwa, lecz owocem doświadczeń wiary w Bożą przyszłość.

    Poznanie i wiedza szukają definicji i pewników. Nadzieja natomiast znajduje swój wyraz w obrazach, symbolach i znakach. Jest otwarta na coś większego niż to, co teraz poznajemy. Wskazuje na przyszłą rzeczywistość, która przekracza zdolności ludzkiej wyobraźni i ludzkich oczekiwań. Daje przeczucie tego, czego w swoim obecnym stanie nie potrafimy jeszcze nazwać ani wyrazić. Stąd tak ścisły związek między nadzieją a językiem obrazów i symboli. Obrazy te budzą w nas nadzieję i przenoszą w sferę niedostępną jeszcze obecnemu doświadczeniu i poznaniu.

    Nie tutaj miejsce, by zastanawiać się nad „piecem ognistym” (ogień to symbol oczyszczenia) czy nad słowami o „płaczu i zgrzytaniu zębami”. Greckie słowo „brygmós” może oznaczać również szczękanie zębami. Zgrzytanie to oznaka złości. Natomiast zęby nam szczękają z zimna i bólu. Zaciskamy je z powodu cierpienia i żalu. Płacz wskazuje właśnie na żal i ból. A więc zwrot o „płaczu i szczękaniu zębami” sugerowałby raczej żal, ból i skruchę. A to oznaka nawrócenia. Do rozważenia przy kwestiach eschatologicznych.

    2. I krótko druga sprawa: nie wiemy, co Tomasz widział z cudów Jezusa, a czego nie widział. Ważne dla nas jest to jego błogosławione niedowierzanie. Tak, błogosławione! Nie mówmy, że to „niedowiarek” czy „niewierny Tomasz”. On tylko niedowierzał po tym, co zobaczył przed i na Golgocie. To człowiek, który pragnął wierzyć z wewnętrznego, własnego przekonania, a nie z powodu relacji innych. Nie było go w Wieczerniku, gdy Jezus ukazał się apostołom Czy to jego wina? Tak widać było trzeba.

    Dzisiaj chrześcijaństwo potrzebuje ludzi głęboko przekonanych o tym, w co wierzą. To właśnie niedowierzający Tomasz, przeszedłszy przez ogień zwątpienia, złożył najbardziej wymowne wyznanie wiary: „Pan mój i Bóg mój!”. To uczy nas skromności i pokory w wierze. Dlatego właśnie bardzo lubię Ewangelię o Tomaszu. W moich oczach on jest człowiekiem na nasze czasy pełne sceptycyzmu i zwątpienia wielu ludzi. Jezus nie boi się wątpiących. Mówi przecież: „Przyjdźcie do Mnie WSZYSCY…” (Mt 11,28). A więc zaproszeni są i wątpiący. I obiecuje: „a ja dam wam odpocząć” (anapausō hymas). Dosłownie tak!

  78. Tomasz może być symbolem symbolem wiary i wiedzy, żywiołów które zdają się być czasami nie do pogodzenia. Przykład Tomasza pokazuje, że poprzez wiedzę można dojść do wiary – „Pan mój i Bóg mój”.

  79. Wiedza może być różna. Jest poznanie umysłu i jest poznanie serca. Jest wiedza umysłu i wiedza serca. Tomasz miał wiedzę o Jezusie. Widział rzeczy niezwykłe, chociaż przerastające ludzką zdolność rozumienia. Może to była przede wszystkim wiedza serdeczna, wiedza płynąca z wielkiej przyjaźni ucznia do Mistrza. I taka wiedza może jednak zostać wstrząśnięta i nawiedzona przez wielki kryzys. Nie mógł zrozumieć tego, co się działo. A potem przyszło rozjaśnienie… w spotkaniu z Żywym. Może to paradygmat naszej ludzkiej drogi?

  80. Caravaggio na obrazie „Niewierny Tomasz” ukazał scenę, gdzie wyraźnie widać, że to sam Chrystus prowadzi rękę Tomasza, mocno trzyma jego dłoń, która dotyka rany na boku. Jest to dość głęboka symbolika. Jezus pomaga Tomaszowi (każdemu człowiekowi) w przejściu od niedowierzania do wiary. Sam prowadzi dłoń, aktywnie uczestniczy w odkrywaniu Prawdy.

  81. Cenna ilustracja. Jakże by inaczej: onieśmielenie ucznia, drżąca ręka, trzeba ją poprowadzić. Dotknij, przekonaj się i uwierz!

    W Gazecie Wyborczej z 22-23 grudnia 2012 był świetny artykuł J. Mikołajewskiego o Caravaggiu pt. „Geniusz cudowny i przeklęty”. Artysta który zamordował kolegę i miał poczucie wielkiej winy wiedział, jak ukazać Tomasza zbliżającego się do Jezusa.

  82. Tomasz mnie też wydaje się postacią niezwykłą. Nigdy nie mogłem zrozumieć jak Tomasz, który powiedział po tym jak usłyszeli o śmierci Łazarza z ust Jezusa : chodzmy abyś i my razem z nim pomarli … Mogł z jakiegoś jednak nie pójść za Mistrzem. Mistrz natomiast wyrusza do Betanii, gdzie Łazarz już cztery dni leży w grobie. Sam Mistrz płacze wówczas kiedy zbliża się do grobu w towarzystwie siostry Łazarza. Każe im odsunąć kamień… Maria ostrzega go, że brat jej już cztery dni leży w grobie (musiałabyć blisko ciała brata po śmierci) i cuchnie. Mistrz każe mu wyjść z grobu, i Łazarz wychodzi poobwijany w opaski. A potem jakiś czas później jest uczta, gdzie Łazarz zasiada przy stole. Co to musiało być za wydarzenie. Człowiek, który cztery dni leżał przykryty kamieniem nagle przy stole je z apetytem, uśmiecha się i rozmawia z siostrą i Mistrzem. Teraz sprawa Tomasza. Ewangelia nie mówi o nim, nie ma go w Betanii, ale można sobie wyobrazić, że miał osobiste powodu, do tego, żeby tam być. Nikt tak pochopnie nie wypowiada słów chodzmy, abyśmy i my razem z nim pomarli. Miał do tego sposobność, zwłaszcza, że wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Ciężko mnie osobiście zrozumieć tą historię zwątpienia Tomasza. Rzeczywiście to może wstrząs po śmierci Mistrza powoduje takie rany na duszy.

    Ale tak zastanawiam się swoim umysłem po swojemu. Postawmy pytanie: ile potrzeba cudów, aby współczesny sceptyk uwierzył. Pewnie ktoś powie, że sceptyk nie uwierzy, choćby i tysiąc cudoów zobaczył, bo w realiście to nie cud rodzi wiarę, ale wiara rodzi cud. Gdyby zatem zobaczył, że ktoś ozdrowiał, a wcześniej lekarze powiedzieliby: od teraz wszystko w rękach Pana, to choćby to był Jego ojciec uwierzy raczej w niewiedze lekarzy, albo cudowne zdolności regeneracyjne białek organizmu, niż w cud właśnie.

    Ale jeżeli chodzi o śmierć przyjaciela, za którym się płacze, którego czuje się, po przybyciu do grobu, jak się rozkłada, a potem zasiada się z nim przy stole, cóz. Potrzeba tylko jednego takiego cudu. Oto takie mam przemyślenia w sprawie Tomasza.

  83. A co do ogrnia piekielnego, o którym ksiądz wspomniał, wiadomo musi porządnie grzać. Historia nadaje się idealnie na dobry dowcip. A że zapytam o jeszcze taką rzecz: temperaturę tą mierzono w jakiejś skali? i któryż to teolog mierzył tak wnikliwie ciepłotę ognia piekielnego (swoją drogą piekielnie trudna robota).

  84. OD TEJ WIECZORNEJ GODZINY WYŁĄCZAM SIĘ Z DYSKUSJI W BLOGU. BĘDĘ NIEOSIĄGALNY, PONIEWAŻ MAM INNE, PILNE I CZASOCHŁONNE ZOBOWIĄZANIE. Z TEJ RACJI NIE WEZMĘ UDZIAŁU W NASTĘPNYCH DEBATACH.

    Dziękuję komentującym za żywy udział w debacie nad grzechem pierwszych ludzi, nad problemem chrztu, zwłaszcza nad losem dzieci zmarłych bez przyjęcia chrztu oraz nad kilku innymi zagadnieniami luźniej związanymi z poruszaną tematyką. A wydawało się, że nie będzie to intensywna wymiana myśli, gdyż problem złożony i trudny. Tym bardziej jestem wdzięczny Uczestniczkom i Uczestnikom dyskusji. Życzę wszystkim głębokich, twórczych i odważnych myśli w następnych debatach.

  85. Ja też dziękuje za ciekawą dyskusję wam i księdzu i życzę powodzenia w wypełnianiu pilnych, czasochłonnych zobowiązań ksiedzu Hryniewiczowi. Tymczasem wracam do spraw przyziemnych (z przyjemnością uzupełnię je czasami lekturą książek księdza).

  86. Jak mawiają rabini:”Na studiowanie Tory nigdy za późno!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *