Niebo nierobów?

Można by pomyśleć, że właściwie rozumiemy istotę niedzieli, bo często zachowujemy się tak jak w kościele: w sennym marazmie jakoś ten dzień przesiedzimy niczym w kościelnej ławce.

Chrześcijaninowi, czy chce, czy nie, z odpoczynkiem kojarzy się niebo. Ten wieczny odpoczynek trudno sobie wyobrazić, ale może on przywodzić na myśl nicnierobienie. Obraz nieba jako nicnierobienia może wynikać z mataforyki Psalmu 23 mówiącego o zielonych pastwiskach, na których Pan pozwala nam leżeć, oraz spokojnych wodach, nad które nas wiedzie. Dobrze koresponduje on z naszym wyobrażeniem nieba jako miejsca spotkania z bliskimi w pięknych okolicznościach przyrody. Gianfranco Ravasi wskazuje na związek Psalmu 23 z naszym wyobrażeniem odpoczynku wiecznego:

Zdanie z naszego psalmu nabiera zatem wyszukanej aluzyjności. Wody są znakiem pełnego i uwznioślającego daru, niemal „szabatowego” (odpoczynek), który napełnia wiernego pokojem i pogodą ducha, stanowiąc antycypację „odpoczynku wiecznego”, który liturgia swobodnie zaczerpnęła także z naszego psalmu (Psalmy, część 2).

Czy jednak istotą nieba jest leżenie i nicnierobienie? Pojawiające się w w. 2 Psalmu 23 słowo „menucha”: Nad spokojne wody menuchy mnie prowadzi, oznacza, jak wskazuje Abraham J. Heschel (Szabat), szczęście i spoczynek, pokój i harmonię, stan po śmierci, w którym człowiek spoczywa, w którym grzesznik przestaje się trapić, a znużony może odetchnąć, w którym nie ma konfliktów ani walki, nie ma strachu ani nieufności. Niekoniecznie musi tu więc chodzić o nicnierobienie i być może z Psalmu 23 nie da wywieść się takiego rozumienia nieba.

Ks. Ignacy Bokwa zwraca uwagę na to, że w niebie jest jednak pewien element działania, że w niebie będziemy jednak mieli coś do roboty:

Dla chrześcijan niebo jest wydarzeniem coraz to nowego, większego, niepojętego szczęścia. Jest to zgodność, doskonała harmonia teraźniejszości, trwania, ostateczności, zaakceptowanie przyjętej miłości i tego, co zawsze nowe. Nasze życie jest udziałem, zanurzeniem w tajemnicę niezgłębionej i ostatecznej tajemnicy Boga. Wiara podpowiada nam, że będziemy Go poznawać przez całą wieczność. Tajemnicy Boga nie zgłębimy jednak nigdy, także w wieczności, gdyż On zawsze pozostanie całkowicie różny od nas. Tej różnicy nie znosi nawet to, że będziemy wpatrywać się w Jego oblicze. To nasze odkrywanie Boga stanie się naszą pasją, będzie źródłem naszej radości, wewnętrznie nas wypełni, dostarczy niewypowiedzianej satysfakcji, przyniesie niezwykłe poczucie zadowolenia. Niebo jest […] również wiecznym odpoczynkiem, ale jednocześnie jest też wiecznym niepokojem, ustawicznym wyruszaniem na odkrywanie Boga, nieustającą radością z tego, że jesteśmy już u Boga, wolni od ziemskich trosk, lęków ograniczeń, przepełnieni wiecznym szczęściem. To odmiana eksplozji radości, tak wielkiej, jaką tylko jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. (Eschatologia znaczy pełnia)

Zatem istotą nieba nie może być lenistwo, skoro jego sensem będzie poznawanie bytu nieskończonego, które będzie przesycone pragnieniem poznawania go coraz bardziej. Chodzi tu więc o aktywność, o dynamizm, o działanie, nie zaś zalegnięcie bezczynnie nad brzegiem „wód spokojnych”. Czy jednak działanie i odpoczynek wzajemnie się nie wykluczają? O tym, że tak nie jest, pisze Karolina Kochańczyk-Bonińska, która wskazuje, że Maksym Wyznawca mówił o ruchu, który będzie wiecznym odpoczynkiem:

Natura, podczas gdy czasowo istnieje w świecie, posiada ruch, który czyni ją zmienną ze względu na sytuację, która charakteryzuje świat (…). Jednak kiedy natura powróci do Boga z powodu naturalnego zjednoczenia z Tym, do którego zmierza, będzie odpoczywać w nieustannym ruchu; w ruchu identycznym z odpoczynkiem (Por. Amb.15, PG 91,1221A).

Tak właśnie można rozumieć odpoczynek nad spokojnymi wodami menuchy, odpoczynek nie w stagnacji i zastoju, ale w ruchu. Z takim pojmowaniem odpoczynku korespondują słowa Jezusa z mowy szabatowej: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Ja dam wam wytchnienie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem łagodny i pokorny sercem. Znajdziecie ukojenie dla waszych dusz. Bo moje jarzmo jest łatwe do niesienia, a mój ciężar lekki (Mt 11, 28–30 BPaul).

Czy jednak takie pojmowanie nieba trzeba rozumieć jako pochwałę naszej aktywności w czasie odpoczynku: wycieczek, biegania, organizowania wolnego czasu? Wyobrażenie o istocie nieba i odpoczynku w nim powinien dawać specjalnie do odpoczynku przeznaczony dzień, czyli szabat lub niedziela. A.J. Heschel mówił, że siódmy dzień ma smak siódmego nieba, a Dennis Prager i Joseph Telushkin uważają, że szabat jest próbą wykreowania przez judaizm w jednym dniu każdego tygodnia przedsmaku ery mesjańskiej. Dlatego w pojmowaniu szabatu, w rozumieniu niedzieli należy szukać tego, co będzie istotą nieba. Z drugiej strony wyobrażenie o istocie nieba powinno pozwolić określić istotę naszych dni odpoczynku.

Przede wszystkim należy zauważyć, że celem szabatu nie jest odpoczynek. Tym celem nie jest wstrzymywanie się od pracy, niewykonywanie w szabat pracy jest środkiem do osiągnięcia celu, a nie samym celem. Celem szabatu nie jest odpoczynek, on jest tylko „produktem ubocznym” szabatu. Jego celem jest uczynienie z tego dnia świątyni w czasie, w czasie szabatu znajdujemy się w „świątyni” i dlatego Tora wymaga, abyśmy w tym czasie zachowywali się jak w świątyni. Cała reszta jest tylko metodą prowadzącą do osiągnięcia tego celu (http://old.fzp.net.pl/szabat.pdf). Chrześcijanie wskazują na to, że szabat wypełnił się w Chrystusie, że Chrystus jest naszym szabatem. Dlatego niedziela jest symbolem i zapowiedzią naszego odpoczynku w Chrystusie. Niedziela jest przedsmakiem naszego bycia z Chrystusem.

Można by pomyśleć, że właściwie rozumiemy istotę niedzieli, bo często zachowujemy się tak jak w kościele: w sennym marazmie jakoś ten dzień przesiedzimy niczym w kościelnej ławce. Nasze niedziele to częstokroć właśnie nicnierobienie. Albo czas mniej lub bardziej sensownych rozrywek. Czy taki obraz można traktować jako wyobrażenie nieba? A.J. Heschel wskazuje, że szabat nie polega na trwonieniu czasu:

Trzeba zawsze pamiętać o tym, że szabat nie jest okazją do rozrywek czy lekkomyślności; nie jest dniem puszczania fajerwerków czy fikania koziołków, ale sposobnością do naprawienia naszego złachmanionego życia; gromadzenia raczej niż trwonienia czasu (Szabat).

Na czym jednak to gromadzenie czasu miałoby polegać? Otóż jak wskazuje Paul Neuenzeit, dzieje zbawienia nie są równoznaczne z wciągnięciem poszczególnych zbawczych czynów Boga do gotowej już przestrzeni czasu, lecz raczej szereg czynów Bożej łaski tworzy następstwo czasów jako produkt uboczny. Dlatego można mówić, że czas w Biblii ma charakter wyłącznie sakralny (Por. A. Jankowski, Biblijna teologia czasu). Tak więc również i nasz czas, czas naszego odpoczynku jest czasem sakralnym. Jeśli niedziela to bycie z Chrystusem w naszym ziemskim czasie, jeśli jest to przeniesienie w czas ziemski niebiańskiej liturgii, jeśli liturgia jest niebem na ziemi, jak określa się liturgię wschodnią, to na pewno nie można mówić, że jej istota miałaby sprowadzać się do nicnierobienia albo fikania koziołków. Zadaniem liturgii jest dobrze wykorzystać ziemski czas; przez modlitwę w różnych godzinach w ciągu dnia i nocy (Liturgia godzin) pomaga uczynić owocnym nasz czas w oczekiwaniu na paruzję (P. Nowakowski, Eschatologiczny charakter liturgii wschodniej, w: K. Porosło (red.), A świątyni w nim nie dojrzałem… Liturgia i eschatologia). Zatem to modlitwa pomaga gromadzić czas i czynić go owocnym, ona również pozwala czynić sensownym czas naszego odpoczynku.

Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, zgodnie z klasycznym określeniem Klemensa Aleksandryjskiego. Tyle, że, jak zauważa ks. Józef Naumowicz:

Ta prosta formuła ujawnia swą głębię, jeżeli zwróci się uwagę na bogate znaczenie greckiego terminu homilia (przetłumaczonego tu jako „rozmowa”). Nie określa on jedynie słownego wyrażenia swoich myśli czy wymiany zdań. Oznacza także: obcowanie, spotkanie, miłosny dialog. Dlatego definicję modlitwy lepiej można przetłumaczyć jako „obcowanie z samym Bogiem”.

Czas naszego odpoczynku staje się więc owocny, gdy w modlitwie obcujemy z samym Bogiem. Ruch w niebie, odpoczynek w ruchu, o którym mówił Maksym Wyznawca, można by rozumieć jako sprowadzający się do dialogu, rozmowy, a więc ostatecznie do modlitwy. To daje nam pojęcie o tym, jaki jest ideał naszego odpoczynku. Czy oznacza to jednak, że czas nicnierobienia ma się sprowadzać wyłącznie do modlitwy? Poznawanie Boga w modlitewnym dialogu oznacza niepokój, wyruszanie na intelektualną przygodę. Zatem wydaje się, że w naszym odpoczynku szczególne miejsce zyskuje właśnie rozmowa, zwłaszcza taka, która prowadzi do poznania świata innej osoby, zbliżenia do siebie naszych światów osobowych. W każdej takiej rozmowie czas nasz staje się owocny, a czas rozmowy to czas poświęcony wyłącznie osobie rozmówcy, osobie z którą rozmawiamy. To bycie w czasie dla innej osoby. W ten sposób teologia nicnierobienia staje się teologią spotkania i rozmowy.

12 myśli nt. „Niebo nierobów?”

  1. W ostatnią niedzielę wysłuchane słowa w Kościele : „Wy nie żyjecie według ciała, lecz według ducha, jeśli tylko Duch Boży w Was mieszka…”, skłaniają do medytacji – kim jestem? Wychodzę z kościoła i często spoglądam na szuwary rosnące dziko nad jeziorem. Jestem już na emeryturze, mam dużo wolnego czasu, mogę wreszcie pozwolić sobie na uprawianie teologii, także nic nie robić.
    Wieczorem lubię popatrzeć na gwiaździste niebo. Wspaniale letnią nocą odbijają się gwiazdy w toni jeziora. Utworzony jestem z materii wszechświata i przez nią powiązany z gwiazdami. Moje ciało ewoluowało od pierwszych form atomów i molekuł po żywą komórkę, aż do człowieka. Jest ruch, duch utajony w materii, skryty w żywej komórce, który przez miliony lat przerodził się w refleksyjną świadomość, z której teraz korzystam.

    Czy dzięki niej potrafię poznać siebie? W medytacji staję się świadomy podstaw swego istnienia. Mogę odkryć solidarność z ziemią, kwiatami, ptakami i z całym wszechświatem, z najodleglejszą nawet gwiazdą. W medytacji mogę poznać narodziny wszystkich rzeczy z tej Podstawy, Źródła, Ojca. Mogę zrozumieć, że dochodzą one do istnienia odwiecznie, poza czasem, w Słowie. Może jestem szalony gdy myślę, że odwiecznie istniałem w zamyśle Słowa i podobnie istniały wszystkie rzeczy. Może jestem szalony, gdy myślę, że wyszliśmy w Słowie od Ojca poza czasem i przestrzenią i oto wiecznie przed Nim stoimy. Iluż to było Bożych szaleńców. W Kościele mamy dwóch świętych , którzy większość życia spędzili na słupie. I zostali świętymi nie dlatego, że nic nie robili, ale dlatego, że ich modlitwa i kontemplacja przyniosła liczne owoce.

    Ale z drugiej strony myślę o św. Augustynie. W ostatnim okresie swego życia doświadczył kryzysu światowego, gdy walił się stary porządek, a Wieczne Miasto było plądrowane przez Wizygotów. Św. Augustyn zareagował na to pisząc potężne dzieło „De civitate Dei”. Całe życie walczył z różnymi herezjami, napisał mnóstwo rozpraw, teraz szykował się na spotkanie z Bogiem z psalmami Dawida na ustach. Zanim Wandalowie zdobyli Hipponę, Biskup oddał ducha. W ostatnich słowach traktatu rozmyśla o owym dniu, w którym Bóg ukończył dzieło stworzenia: „Teraz odpoczniemy i będziemy patrzeć. Będziemy kochać i chwalić. Pamiętajmy o tym, co będzie na końcu i nie będzie miało końca. Bowiem cóż innego jest końcem naszym jak tylko wejście do tego Królestwa, które nie ma końca?
    Pozdrawiam

  2. Panie Robercie,
    Jeszcze raz, inaczej i bardziej prowokująco. Nie ma obrazu nieba jako nicnierobienia w pismach N. Testamentu. /Może się mylę, bo teologię studiowałem bardzo dawno temu/. Na przykład Św. Paweł jawi się w nich jako mistyk i pracoholik. Pod Damaszkiem usłyszał słowa: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz”, a przecież on nie prześladował Jezusa, tylko chrześcijan. Odtąd dla Pawła nie ma różnicy między Chrystusem a chrześcijanami. Można powiedzieć, że Chrystus / niebo/ jest w każdym wiernym, a wierny jest w Chrystusie / niebie/. Według Apostoła przy zachowaniu naszej ludzkiej natury tworzymy, kształtujemy Chrystusa. Jednocześnie Zmartwychwstały dociera przez swego Ducha do wszystkich i jednoczy ich we wspólny byt. U kresu dziejów znajduje się „pleroma”, „pełna” Chrystusa, „pełny” Chrystus.
    Ten stosunek bycia nawzajem w sobie ogarnia cały świat. Wszechświat jest objęty kształtującą siłą Chrystusa, w Nim zamyka się wszystko, co jest w niebie i na ziemi. Można rzec, że cała ludzkość jest związana z Chrystusem. A niebo jest niczym innym, jak pełnym tego objawieniem. Przytoczę takie zdanie Teilharda de Chardin” z jego „Comment je cross”: „ Wierzę, że wszechświat jest ewolucją. Wierzę, że ewolucja zmierza w kierunku ducha. Wierzę, że duch spełnia się w bycie osobowym. Wierzę, że największym bytem osobowym jest Chrystus Wszechświata”. Ten myśliciel, podobnie jak wcześniej św. Paweł, otworzył drogę do nieba, do szukania go już nie „ w górze”, tylko w sercu świata i w sercu człowieka. Poprzez naszą pracę połączoną z modlitwą możemy podarować światu niebo i Pana Zmartwychwstałego.

  3. Jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Trzęsienie ziemi spowodował już pierwszy akapit, że z nicnierobieniem i wiecznym odpoczynkiem kojarzy się Ps 23. I towarzysząca temu dość przewrotna teza, że nicnierobienie to wizja chrześcijańskiego nieba. Przeczytałam to raz, i jeszcze raz – może Autor się pomylił? Może chodzi Mu o piekło (to by się nawet zgadzało)? Wizja nieba, gdzie nic się nie robi, tylko snuje po zielonych pastwiskach, jest dla mnie osobiście mało pociągająca i nie do przyjęcia. Tym razem wcale nie chodzi o to, że protestancki etos pracy przenosi się również w zaświaty, więc protestanckie wieczne szczęście polegałoby na wiecznej pracy na chwałę Boga ☺ Tym razem chodzi o to, że przytaczany Ps 23 nie daje żadnych podstaw ku temu, by łączyć go z tak nieatrakcyjną wizją… pośmiertnej egzystencji (?), nieba (?) Sama nie wiem dokładnie, jakiej rzeczywistości miałoby to dotyczyć. Na szczęście okazuje się, że ten wstęp to tylko prowokacja. Aczkolwiek przypieczętowana autorytetem biblisty – kard. Ravasiego, jeszcze półtora roku temu wymienianego jako jeden z papabili.
    Powiem szczerze, ze nigdy nie miałam wyobrażenia „wiecznego odpoczynku”, które wykorzystywałoby obrazowanie Ps 23. Sam Ps 23 – jeśli już odwoływać się do starożytnego chrześcijańskiego sposobu interpretacji – można tłumaczyć anagogicznie i ten sielski obrazek odnosiłby się raczej do eschatologii zbiorowej, niż indywidualnej, do odnowienia stworzenia, a zgodnie z obrazowaniem drugiej części utworu (motyw rozściełanego na ziemi stołu, uczty) – do czasów mesjańskich, które chrześcijanie utożsamiają z ostatecznym przyjściem królestwa Bożego, o co modlą się w Ojczenaszu ☺ Choć wydaje mi się, że też byłaby to interpretacja nieco naciągana. Utwór bowiem mówi przede wszystkim o zaufaniu Bogu. Ktoś, kto zaufał Bogu, może się spodziewać, że Bóg się nim zaopiekuje (jak pasterz opiekuje się owcami). I ta opieka nie dotyczy jakiegoś „życia po śmierci”, ale życia jak najbardziej doczesnego, wyraża się w zaspokajaniu przez Boga podstawowych potrzeb człowieka: jedzenia, picia i bezpieczeństwa! A wszystko wpisane w kontekst i klimat palestyński, gdzie o te zielone pastwiska i orzeźwiające czy nawet ożywiające wody było trudno, a stadom zagrażały dzikie zwierzęta, lwy, niedźwiedzie, wilki, które odganiało się kijami. Część z tych motywów – i to też w kontekście doczesności – rozwija NT (np. konieczność zaufania Bogu i porzucenia nadmiernej troski o ziemski byt; o pasterzu to nawet nie ma co wspominać, bo to oczywiste).
    Gdyby tekst dotyczył rzeczywiście odpoczynku w niebie, to jak wytłumaczyć w. 4? „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie zlęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Czyżby niebo miało jakieś niebezpieczne zakamarki, w które nie należy się zapuszczać, bo czai się tam zło?
    Nawet gdyby przyjąć, jak to czasem robią zwolennicy egzegezy diachronicznej, że Ps 23 składa się z dwóch utworów funkcjonujących pierwotnie niezależnie (stąd te różnice w obrazowaniu i w formach gramatycznych: raz odwołanie do pasterza w 3 os., a potem nagły zwrot, pojawienie się 2 os. i bezpośrednich zwrotów do Pana, który niczym gospodarz rozkłada stół i honoruje gościa, namaszczając mu głowę pachnącym olejkiem i napełniając kielich – do tego na oczach wrogów).
    Ps 23 odnosi się zatem do życia z Bogiem zdecydowanie przed śmiercią; do ufności Bogu i do podporządkowania się i wypełniania Jego przykazań (stąd to prowadzenie przez Boga odpowiednimi, bezpiecznymi ścieżkami). Przypieczętowuje to w. 6, w którym pojawia się sugestia, że wszystko to będzie trwać tylko „do końca moich dni” i „długi czas”. Skąd wzięłoby się to ograniczenie, gdyby opis dotyczył życia „wiecznego”?
    I na koniec jeszcze argument charakterystyczny dla teologii biblijnej, choć rzadko uwzględniany w innych teologiach, które przytaczają „argumenty skrypturystyczne” zupełnie nie licząc się z tym, że za określonymi siglami kryją się teksty reprezentujące bardzo różny stopień świadomości teologicznej, czy etap rozwoju myśli religijnej, ściśle związany z czasem powstania lub redakcji utworu. Taka mieszanka odniesień do ST i NT robi się niekiedy niestrawna.
    Akurat tutaj wszystko wskazuje na to, że Ps 23, nawet gdyby składał się z dwóch pierwotnie niezależnych części, powstał w czasach przed niewolą babilońską (świadczy o tym np. wyrażenie „dom Pana” oznaczające świątynię zniszczoną w VI w. przed Chrystusem przez Babilończyków pod wodzą Nebukadnesara II, zwanego też z grecka – Nabuchodonozorem). Sporadycznie wtedy jakiemuś prorokowi przemknie myśl o przywróceniu zmarłym życia przez Boga, ale nie o tym, że po śmierci istnieje jakaś alternatywna forma życia i to próżniaczego ☺ Śmierć rzeczywiście kończy wszelką ludzką aktywność, nicnierobienie jest charakterystyczne dla tego stanu, ale nicnierobienie w tym przypadku ściśle wiąże się z niebytem. I niech nikogo nie zwiedzie „dusza”, która „przez Boga jest pokrzepiana”. Ta dusza to po prostu żywy człowiek, osoba, istota żyjąca, może nawet istota tej istoty, jej myśli, emocje, wola ☺ – czyli „nefesz”. Ale nefesz bez ciała w VI w. przed Chrystusem jeszcze nie funkcjonuje, nie może więc się lenić ani na trawie, ani przy stole, ani w żadnym innym miejscu. Właściwie, żeby uniknąć nieporozumień, to Ps 23,2 należałoby może przetłumaczyć w tym miejscu bardziej dosłownie: „zostaje przywrócone moje życie/moje życiowe funkcje/moje siły witalne”? W kontekście wypasu i odpoczynku oznacza to: ciężko jest w górach znaleźć dobre pastwisko, trzeba się sporo nachodzić, czasem tak bardzo, że – kiedy już pasterz doprowadzi stado na odpowiednie miejsce – owca wyczerpana pada na trawę i „odpływa”. Pewnie by tam skonała z odwodnienia, gdyby nie wzmianka o wodzie/wodach. Jak już zauważył p. Robert, powołując się na Abrahama Heschela, hagiograf używa nietypowego rzeczownika „menucha”, który oznacza wody dające wypoczynek, odświeżające, sprawiające, że konająca ze zmęczenia owca zaczyna odżywać, wracają jej siły witalne, mózg zaczyna pracować, jak dawniej.
    I tak się rozpisałam, żeby wreszcie skonkludować (tę część!): zgadzam się ze zdaniem p. Roberta „Niekoniecznie musi tu więc chodzić o nicnierobienie i być może z Psalmu 23 nie da wywieść się takiego rozumienia nieba.” Tylko moje uzasadnienie biegnie inną ścieżką. Nie chodzi o nicnierobienie i nie da się wywieść z Ps 23 takiego rozumienia nieba, bo ich tam nie ma ☺

  4. I ja się zgadzam z p. Kaliną: rzeczywiście w Ps 23 nie ma mowy o nicnierobieniu w niebie. Podane przez Panią uzasadnienie o tym przekonuje z całą mocą. Tylko że nikt nikomu nie zabroni odczytywać tekstu w dowolny sposób i dopatrywać się w nim treści, których w nim nie ma i o których autor nie miał pojęcia. Ba, wydany przez Vocatio Nowy Przekład Dynamiczny (w zamierzeniu przekład całej Biblii – na razie przełożone są tylko Psalmy – mający na celu uczynienie Pisma Świętego jak najbardziej zrozumiałym dla współczesnego czytelnika), który zapewne w jakimś stopniu będzie kształtował rozumienie psalmów w Polsce, z Ps 23 robi… modlitwę w obliczu śmierci (tłumaczenie znajduje się tekście: Zielone pastwiska i ciemna dolina śmierci). Ma to cokolwiek wspólnego z interpretacją Ps 23, którą Pani podaje (i z którą się zgadzam)? Nie za wiele. Za to potwierdza w jakimś sensie słowa kard. Ravasiego, że ideę „wiecznego odpoczynku” czerpiemy również z tego psalmu. Dodajmy: nawet jeśli jej w nim nie ma. Skoro w wersji NPD w. 2 brzmi: On da mi spocząć na łąkach zielonych, powiedzie mnie do źródeł swego odpocznienia, a psalm to modlitwa w obliczu śmierci, to jakże inaczej go odczytać, niż jako obraz nieba jako „wiecznego odpoczynku” będącego słodkim nieróbstwem? I cóż z tego, że wiemy, że już Tomasz z Akwinu twierdził: wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym? Jednym słowem, Ps 23 świetnie się nadaje do zbudowania obrazu nieba jako nicnierobienia w pięknych okolicznościach przyrody. 🙂

  5. Psalm 23 można odczytać jako metaforę nieba, a metafora ro nie to samo co podobieństwo / do nieba/,

  6. Od siebie dodam jedynie drobną uwagę, być może porządkującą wiedzę, jaka pojawiła się w komentarzach.

    Otóż w w przepowiadaniu Kościoła możliwa i dopuszczalna jest tzw. «interpretacja aktualizująca Pisma», uprawiana zwłaszcza przez Ojców Kościoła (dzięki temu pewne interpretacje aktualizujące weszły do tradycji), później przez mistyków. Przykład? Jezusowa nowość związana z miłowaniem nieprzyjaciół (Mt 5, 38-48), sprawiła, że mistycy zaktualizowali psalmiczne złorzeczenia i zaczęli widzieć w nich groźby przeciwko grzechom, a nie przeciwko nieprzyjaciołom w sensie dosłownym. Dziś ten sposób czytania jest domeną metody lectio divina, o ile zgadza się on z Tradycją i uprawiany jest w Kościele.

    Egzegezę aktualizującą cechuje to, o czym Robert Rynkowski napisał już wyżej. A więc – takie odczytywanie danej perykopy starotestamentowej, które wprawdzie nie trzyma się tego, co literalnie autor miał na myśli (bądź też trzyma się bardzo luźno), ale odkrywa jakby nowe pokłady znaczeniowe dzięki postawieniu tejże perykopy w kontekście pełni Objawienia zawartego w Nowym Testamencie oraz w Tradycji. Ta metoda wychodzi z założenia, że Biblia jest żywym słowem Boga, aktualnym w każdym czasie, odnawiającym się każdego dnia, nabierającym nowych znaczeń odkąd Jezus „wyjaśniał Pisma” (Łk 24, 32) i wypełniał ich proroctwo, czyniąc z nich jak gdyby stale rozwijający się zwój. To pozwoliło św. Augustynowi czytać Ps 22, 5 („Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników”) jako zapowiedź Eucharystii, a dla nas, chrześcijan – jako faktyczny opis eucharystyczny.

  7. I jeszcze współczesny przykład. Gianfranco Ravasi oraz Jan Paweł II czytali Pnp 8, 6 („jak śmierć potężna jest miłość”), jako radosną zapowiedź tego, że miłość pomiędzy dwojgiem dzieci Bożych nie zatrzymuje się na progu śmierci, ale trwa poza jej granice. W literalnym sensie autor «Pieśni nad pieśniami» nie miał pojęcia o życiu wiecznym, podkreślił raczej równość miłości i śmierci. Niemniej, tak Ravasi, jak i Jan Paweł II zaktualizowali Pnp 8, 6 przez pryzmat pełni Objawienia, szczególnie zaś w kontekście 1Kor 13, 8 („Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie”). A więc – mówi interpretacja aktualizująca – w perspektywie 1Kor 13, 8 starcie pomiędzy miłością i śmiercią znajduje rozwiązanie korzystne dla tej pierwszej, dla miłości, mimo iż autor «Pieśni nad pieśniami» sam nie podzielał wiary w życie wieczne (wiadomo: to jeszcze nie był ten etap Objawienia).

  8. Psalm w targumie, też raczej nie dotyczy problemów egzystencji po śmierci; chociaż Żydzi ( przynajmniej niektórzy ), w czasie redagowania przekładu aramejskiego posiadali już takie wyobrażenia.

    Psalm 23 Parafraza aramejska:

    Psalm Dawidowy. PAN jest, tym który karmił swój lud na pustyni; i niczego im nie brakło.

    Z miejsca pragnienia będzie On prowadzić mnie do obfitych łąk; wyprowadzi mnie na wody spokojne.

    Duszę moją pokrzepi manną ; poprowadzi mnie ścieżkami sprawiedliwości dla dobra swojego imienia.

    Naprawdę, kiedy udam się na wygnanie przez dolinę cienia śmierci, zła się nie ulęknę ; Twoje słowo jest dla mnie pomocą, to Twój prosty lud i Twoja Tora, będą mnie pocieszać.

    Zastawiasz przede mną duży stół manną wobec oprawców moich; karmisz moje ciało nadziewanym ptactwem, i namaszczasz olejem głowy moich kapłanów; kielich mój jest szeroki.

    Rzeczywiście łaska i korzyść pójdą za mną przez wszystkie dni mego życia, i spocznę w sanktuarium PANA na długo.

    W przypadku Ps 23 mamy zatem do czynienia z bardzo późną «interpretacją aktualizującą Pisma» ( tak określił ten sposób wykładni Pan Michał ). Jeśli więc ktoś, chce w tym widzieć „obraz nieba”, to powinien zdawać sobie sprawę, że żadnego obrazu nieba tam nie ma. Aktualizacja jest zawsze dopuszczalna, warto jednak w trakcie niej zaznaczyć, iż jest to aktualizacja, jakieś poszukiwanie ( może parafraza ), aby ktoś kto nie ma do czynienia zbyt często z egzegezą, nie pomyślał, iż rzeczywiście Ps 23 jest opisem nieba.
    Konstatacja P. Kaliny mnie przekonuje: Nie da się wywieść z Ps 23 takiego rozumienia nieba, bo ich tam nie ma. Skoro jego tam nie ma, ani wtedy nie było, ani nawet nie było znacznie później ( targum ) – to aktualizacja nie ma znaczenia w tym sensie, że właściwie każdy Psalm lub jakakolwiek Pieśń – nawet niekoniecznie biblijna – może komuś przypominać niebo. To jest jedynie ciekawostka, gra skojarzeń, siła wyobraźni i ekspresji jakiegoś człowieka. Więcej mi to mówi o interpretatorze, niż o samym tekście, a przecież w interpretacji warto skupić się choć chwilę na nim.

  9. Panie Andrzeju,
    wydaje mi się, że egzegeza aktualizująca skrywa jednak jeszcze coś więcej niż tylko wiedzę o osobie interpretatora: dzięki niej można przecież wejrzeć w świadomość historyczną chrześcijan danej epoki, opisać wrażliwość duchową oraz optykę patrzenia na prawdy wiary w określonym czasie, a także znaleźć bezcenne podłoże źródłowe dla badań nad oddziaływaniem Biblii na kulturę religijną, i szerzej – europejską. Wspomnijmy pisma św. Jana od Krzyża, który co rusz odnajdywał w pismach Starego Testamentu fragmenty na temat ciemnej nocy kontemplacji, choć tekst sam w sobie, w sensie literalnym traktował zgoła o czymś innym (najlepszym chyba przykładem jest manna z Księgi Wyjścia, która św. Janowi kojarzyła się ze zsyłanymi przez Boga łaskami, które są bez smaku dla zmysłów, ale dla ducha – pokarmem). A jednak, z punktu widzenia rozwoju teologii i duchowości katolickiej, te fragmenty Jana od Krzyża okazują się bezcenne. Niemniej, z punktu widzenia egzegety biblijnego sensu stricto, trudno się z Panem nie zgodzić. Ma Pan rację, egzegeza aktualizująca to raczej – by tak rzecz ująć – specyficzny kulturowo sposób czytania Biblii.

    Przy okazji warto nadmienić, że egzegezą aktualizującą cechowali się także autorzy pism nowotestamentowych (zob. m.in. O. dr Piotr Nyk OCD, „Aktualizująca metoda interpretacji Starego Testamentu w Dz 4,23-31 jako wyraz wiary i przyczynek do jej wzrostu”), ale i wyznawcy judaizmu oraz sekta z Qumran (zob. m.in. O. Sylwester Jędrzejewski SDB, „Peszer jako metoda egzegetyczna”).

  10. Tak mi chodzi po głowie, że bodaj Tomasz z Akwinu pisał, że każdy sens Pisma Świętego, który da się z niego wyczytać, jest w nim zawarty. Tylko że nie dam głowy uciąć, że to rzeczywiście Tomasz i że taki był sens jego wypowiedzi. Może ktoś lepiej zorientowany poda właściwe brzmienie tego zdania i jego źródło. W każdym razie wydaje mi się, że trzeba również przyznać rację Michałowi, że bez tej aktualizującej metody interpretacji Pisma Świętego w pewnym sensie bylibyśmy wobec niego bezradni. Nie jesteśmy już społeczeństwem pastersko-rolniczym i mimo najlepszych chęci trudno nam sobie wyobrazić wędrówkę pasterza z owcami przez półpustynne tereny, do czego w jakiś sposób nawiązuje Ps 23. Na dodatek mamy inne wyobrażenia naszego losu po śmierci. Egzegeza aktualizująca staje się więc w pewnym sensie nieunikniona. Niemniej musi pozostać możliwość dotarcia do sensu dosłownego.

  11. Robercie,

    skoro wszyscy pozostajemy zgodni w tym, że obydwie metody ( poszukiwanie sensu pierwotnego, metoda aktualizująca starożytny tekst do światopoglądu lub też idei religijnych interpretatora ) są równouprawnione, to trzeba, także stwierdzić, która z nich niesie większe niebezpieczeństwo deformacji pierwotnej idei i skierowania jej na tory nieprawdy. W historii ludzkości, różnorakie odłamy chrześcijaństwa odszukiwały tak różnorodny sens tekstu biblijnego, że powiedzenie św. Tomasza się po prostu nie sprawdza ( spójrz na aktualizację tekstu biblijnego, którą proponują np. Świadkowie Jehowy czy też niektóre odłamy adwentyzmu ). Zatem: nie można powiedzieć, że egzegeza docierająca do sensu pierwotnego powoduje, że jesteśmy w czymś bezradni; powoduje ona, że rozumiemy to co, tak naprawdę chciał przekazać autor lub kompilator danej opowieści/psalmu biblijnego. Sam motyw pasterza, który wydaje ci się nie posiadać w dzisiejszych czasach właściwej ekspresji – jest, moim zdaniem, toposem ponadczasowym. Bóg, który jak czuły pasterz chroni swój lud: w każdej epoce i w każdym czasie jest to zrozumiałe, pomimo iż, nie jesteśmy już społeczeństwem pasterskim – jak stwierdzasz. Tej metafory nie ma potrzeby przerabiać, rozumie ją nawet dziecko. W niektórych przypadkach, gdy staramy się zrozumieć jakąś grupę religijną, czy też charyzmatycznego lidera – to musimy wtedy, nie skupiać się na intencji pierwotnej, ale właśnie na interpretacji tekstu wyjściowego. Co mam tutaj na myśli? Załóżmy, że chcemy się dowiedzieć jak odczytywali w Qumran proroka Micheasza:

    A wszystko to z powodu przestępstwa Jakuba i z powodu grzechów domu Izraela. Jakież jest to przestępstwo Jakuba? Czyż nie Samaria? Jakiż to grzech domu Judy? Czyż nie Jeruzalem?
    Księga Micheasza 1, 5; Biblia Warszawska.

    Tekst wyjściowy jest prosty. Dotyczy on sądu Bożego nad Izraelem i Judą wraz z wymienieniem powodów tego sądu. W Qumran odczytywali go zupełnie inaczej:

    [Wyjaśnienie tego odnosi się] do Nauczyciela Sprawiedliwości, który [uczy P]rawa swoją [radę] i wszystkich ofiarowujących się, by zasilić wybranych [Boga, wypełniających Prawo] w radzie zrzeszenia, którzy to zostaną ocale[ni] od dnia [sądu…]
    1Q kol. 15, 6 – 9; przeł. Piotr Muchowski.

    Mamy tu do czynienia z tzw. peszerem; metodą egzegetyczną, którą stosowano w Qumran. Jest oczywistością, że ktoś kto zna jedynie pierwotną myśl proroka Micheasza, nie będzie w stanie odgadnąć, ani też domyślić się, czego w tym tekście dopatrzył się qumrański skryba.
    W tym przypadku, ale przecież nie tylko w tym, lecz w całej historii judaizmu i chrześcijaństwa, poprzez interpretację mamy dostęp jedynie do teologii, doktryn oraz oczekiwań danej grupy religijnej. W Nowym Testamencie nie było mowy o dwóch klasach chrześcijan: tych, którzy pójdą do nieba i tych, którzy będą w raju na ziemi – ale w interpretacji Świadków Jehowy, Nowy Testament zawiera taką ideę; zawiera, ponieważ oni w nią wierzą. W Psalmie 23 nie ma idei życia po śmierci, ale w wykładni kard. Ravasiego ona tam jest, ponieważ on w nią wierzy. Możemy więc wyciągnąć pierwsze wnioski: poglądy religijne wpływają na egzegezę – taka egzegeza nie ma nic wspólnego z próbą zrozumienia pierwotnego autora – dużo więcej mówi o samym interpretatorze, lub też o grupie religijnej, niż o samym tekście.
    Czy są jakieś pozytywne elementy aktualizacji? Wydaje się, że tak. Weźmy pod uwagę wstrząsającą opowieść z Księgi Jozuego, kiedy to Jefta złożył ślubowanie YHWH, że jeśli Ten da mu zwycięstwo nad Ammonitami, to on, złoży Mu ofiarę z tego co wyjdzie pierwsze mu na spotkanie. Gdy zwyciężył i powrócił, na spotkanie wybiegła mu jego jedyna i ukochana córka. Jefta złożył z niej ofiarę Bogu ( Sdz 11, 30 – 40 ). Opowieść ta pochodzi zapewne z czasów gdy jeszcze takie ofiary musiały się zdarzać. Judaizm późniejszy nie mógł pozostawić tak drastycznego obrazu YHWH, który przypomina w opowieści o Jefte okrutnego boga plemiennego. Poddano to opowiadanie reinterpretacji:

    Jiftach był prostakiem jak pniak sykomory, dlatego doprowadził do zguby własna córkę. Kiedy to się stało? Gdy walczył z Ammonitami i ślubował: I niech się stanie, że to, co wyjdzie mi naprzeciw z bamy mojego domu, złoże na ofiarę całopalną.
    W tej chwili rozgniewał się nań Święty Błogosławiony i rzekł: A gdyby z obejścia jego wyszedł pies, świnia albo wielbłąd, to czyżby złożył mi go w ofierze? I sprawił, że wyszła mu naprzeciw córka.
    I stało się, że dostrzegł ją i zawołał: Biada, moja córko […] otworzyłem usta moje do Pana i nie mogę się już cofnąć.
    Lecz przecie był tam Pinchas!
    Ale Pinchas rzekł: Jakże to? Ja, Wielki Kapłan, syn Wielkiego Kapłana, poniżę się i pójdę do prostaka?
    Zaś Jiftach rzekł: Jakże to? Ja, głowa wszystkich plemion izraelskich, dowódca wszystkich wodzów, poniżę się i pójdę do byle kogo?
    W ten sposób pomiędzy nimi dwoma zginęła nieszczęsna. […]
    Gdy Jiftach postanowił ofiarować swą córkę, rzekła doń: Ojcze, ojcze, czy napisano w Torze, że Izrael ma składać na ołtarzu ofiarnym swoje dzieci?
    Odpowiedział: Córko moja ja ślubowałem.
    Rzekła mu: A przecież praojciec nasz Jakub ślubował: „Ze wszystkiego, co mi dasz, złożę ci dziesięcinę.” A kiedy Święty Błogosławiony dał mu dwunastu synów, czyż ofiarował jednego z nich?
    Przekonywała go, ale on nie słuchał jej. Wstąpił na stopnie ołtarza i zabił ją przed obliczem Tego, który jest Święty i Błogosławiony.
    Rozległ się okrzyk Ducha Świętego: czy żądałem, byś ofiarowywał mi istoty ludzkie? Przecież nie nakazałem tego, nie mówiłem ani mi to na myśl nie przyszło.
    TANCHUM HAKADOSZ BECHUKATOJ; przeł. A. Kamieńska i S.Datner.

    W tym wypadku mamy do czynienia z uprawnioną reinterpretacja religijną. Wyjściowy tekst, w którym córka zgadza się na ofiarę ze swojej osoby i ojciec, który jej dokonuje wraz z przyzwoleniem YHWH, wymagał dostosowania do zmienionych okoliczności etycznych i moralnych, ponieważ nie przystawał do wysokich norm religijnych czasów późniejszych. Podobnie jak opis haniebnego żądania YHWH, aby Abraham złożył ofiarę ze swojego syna, doczekał się reinterpretacji w Księdze Jubileuszów oraz targumach. W porównaniu do szukania na siłę życia po śmierci w Ps 23, te idealistyczne próby zatarcia śladów kultu plemiennego boga Jahwe są bardzo szlachetne i potrzebne.
    Nie można też zapominać, a warto to podkreślić, że czasami wtórna interpretacja zaciera do tego stopnia myśl pierwotną autora, że tylko „mordercza” analiza biblistów jest w stanie aktualnie do niej dotrzeć. W ten sposób ustalono, że synowie bogów z Rdz 6, 2, którzy współżyli z ziemskimi kobietami, a w których tradycja żydowska upatrywała aniołów ( etiopska Księga Henocha, Qumran ), a za nią w egzegezie i interpretacji wielu ojców Kościoła ( św. Ireneusz, Klemens Aleksandryjski, Tertulian ) – nie są aniołami. Tymczasem przez bene ha-elohim należy raczej rozumieć istoty ponadludzkie, prawdopodobnie pomniejsze bóstwa, co sugerowałoby użycie podobnego sformułowania w starożytnych tekstach bliskowschodnich, m.in. w mitach ugaryckich z biblioteki Ras Szamra ( zob. W. Kosior, Synowie bogów i córki człowieka. Kosmiczny „mezalians” i jego efekty w Księdze Rodzaju 6,1–6, „Ex Nihilo. Periodyk Młodych Religioznawców” 2 [2009], s. 130-145; dost: http://www.exnihilo.religioznawstwo.uj.edu.pl/documents/11051909/13363521/ex%20nihilo%203%20kosior.pdf ). Można więc mówić o pewnej szkodliwości wtórnej reinterpretacji, natomiast – a jest to fakt znamienny – nie można tego powiedzieć vice versa.
    Brak opisów nieba ( Królestwa Bożego/Niebieskiego ) trzeba uszanować, w myśl Pawłowej zasady, że nikt nie wie co Bóg przygotował dla ludzi, którzy Go miłują. Nikt więc nie wie czy jest to nicnierobienie, czy może jest to robieniewszystkiegocofajne. Ps 23 nic tu nie pomoże. Apokalipsa wspomina, że jest to jakaś forma odpoczynku, raju dla męczenników ( Ap 7, 14; 14, 13; Łk 23, 43 ). Tradycja Pawłowa, synoptyczna i Janowa porównują śmierć do snu ( 1 Tes 4, 15; Mk 5, 39, J 11, 11 ). Snu, w którym jest jakaś świadomość bycia z Jezusem Chrystusem ( Flp 1, 21 – 23 ). Ten „okaleczony” człowiek czeka na zmartwychwstanie, po którym osiągnie pełnie szczęścia ( 1 P 5, 4 ). Tyle Nowy Testament, bez zielonych pastwisk Ps 23 . I nie ma się co tam spieszyć. Reszta to spekulacje…

  12. Gdyby na Kleofasie była możliwość lajkowania, zalajkowałabym p. Andrzeja 🙂 Właściwie zgadzam się z tym, co Pan napisał i dziękuję za interesujące przykłady.

    Oczywiście, interpretacja aktualizująca istniała, istnieje i będzie istnieć i od niej uciec się nie da. Każda lektura Biblii jest aktualizacją. I każda tego typu aktualizująca interpretacja jest „uwiklana” w tysiące zależności, których chyba nie sposób nawet wymienić. Religia/wyznanie ma tu znaczenie, wykształcenie, wiek, płeć, stan zdrowia, nastrój, pogoda itp. Wydaje mi się jednak, że taką indywidualną aktualizację można zakwalifikować jako lekturę egzystencjalną, chodzi w niej o to, co Biblia (Bóg) do MNIE mówi. Jest to więc jakaś forma modlitwy.
    Często taka interpretacja pojawia się na godzinach biblijnych (być może takie biblijne spotkania poświęcone rozważaniom i dyskutowaniu fragmentów biblijnych noszą inną nazwę w KRK, ale idea jest chyba podobna), staje się okazją do osobistych świadectw. Wszystko więc ma ten aspekt egzystencjalno-personalny.
    Byłabym jednak bardziej powściągliwa, gdy chodzi o publiczną interpretację, o tej dokonywanej z ambon nie wspomnę. Peszeryzacja czy jakaś inna reinterpretacja jest uprawniona, ale uczciwość nakazuje, żeby ją nazwać. Niech odbiorcy będą świadomi, że X, który dokonuje interpetacji/aktualizacji stosuje taką a nie inną metodę, np. peszeryzację albo canonical approach, albo typologię, albo alegoryzację. Akurat alegoryzacja pozwala na bardzo wiele. Przywołana została tu Pieśń nad Pieśniami, tekst, który od „zawsze” domagał się alegoryzacji, bo na poziomie literalnym nie wymienia nawet Pana Boga (poza jednym nie do końca pewnym fragmentem). To, kim jest oblubieniec, kim oblubienica zależało czasem od fantazji interpretatora 🙂
    Z punktu widzenia biblistyki (takiej akademickiej) aktualizacja, choćby taka jak alegoryzacja właśnie, niesie za sobą niebezpieczeństwo podporządkowania Biblii przyjętemu z góry założeniu. Jeśli zakładam, że Pnp opisuje miłość między Bogiem a np. ludzką duszą, to będę interpretować np. metafory w ten sposób, aby to udowodnić. Jeśli to ma być miłość Chrystusa do Kościoła, to te same metafory zinterpretuję inaczej, a jeśli chcę pokazać, że to opis miłości króla Salomona do Mądrości (tak np. interpretuje tekst Luter), to też inaczej będę rozkładac akcenty. I nie przeszkodzi mi to np. dokonywac aktualizacji w stylu: Pnp = miłość cesarza Karola (czy jakiegoś innego władcy, nieważne) do żony.
    Skrajny przykład, ale tak samo, co do istoty, postępują dyspencjonaliści, millenaryści czy wymienieni już Świadkowie Jehowy (to akurat podobne nurty). Jest zalożenie (albo jest dogmat, doktryna) i szukam np. dla niej jakiegoś uzasadnienia w Biblii.
    Podejście drugie to oczywiście odwrotność tego pierwszego. Częściowo realizowane przy okazji tej egzystencjalnej lektury. Wychodzę od tekstu, od jego uwarunkowń generycznych, historycznych, srodowiskowych, kulturowych (oczywiście ta interpretacja też nie jest pozbawiona human element, ale mam wrażenie, że nie dominuje on tu tak mocno) i one podpowiadają mi kierunek interpretacji. Przy tym podejściu łatwiej jest stosować większość diachronicznych i synchronicznych metod egzegezy. Może dlatego dominuje ono w salach wykładowych.
    Wiele wiec zależy od osobistych predyspozycji egzegety, o czym było wyżej, wiele też od tego, jaką metodę wybierze, i wiele od tego, jaki cel chce osiągnąć i do kogo sie zwraca.

    Przepraszam, muszę przerwać, ale w zasadzie napisałam chyba to, co chciałam. Ewentualnie późnym wieczorem dopiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *