Mało cielesne Boże Ciało

474_images_aktualnosci_thumb_medium675_380.jpg, źródło: Parafia Matki Bożej Królowej Aniołów na Bemowie
474_images_aktualnosci_thumb_medium675_380.jpg, źródło: Parafia Matki Bożej Królowej Aniołów na Bemowie

O prawdziwości powiedzenia „O Maryi nigdy dość” przekonałem się w czasie pisania książki poświęconej Matce Bożej; jakiegokolwiek aspektu Jej tajemnicy dotknąć, można pisać bez końca. Maryja jest jak rzeka, u której kresu znajduje się ocean boskości stający się Jej wiecznym źródłem (w Boskich prawidłach wywróconych na właściwą stronę źródłem jest cel). Dzięki temu Maryja staje się Bogiem, choć nie przestaje być człowiekiem. Bo przecież jeśli Atanazy miał rację, że „Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem”, to symetryczność tej akcji-reakcji najdoskonalszy wyraz znajduje w Niej. Ale nie z powodu Jej przebóstwienia, lecz raczej ze względu na ową nieutracalną „ludzkość” Wniebowziętej, z której Wcielony wziął to, co ludzkie, ludzkie słowa nie nadążają w pochwałach (uwielbieniach, jak chciałby św. Alfons Maria de Liguori) Matki Bożej, które cisną się na usta i klawiaturę Jej czcicielom.

Z kolei czciciele Najświętszego Sakramentu stają przed oceanem Boskiej tajemnicy niemożliwej do przelania muszelką ludzkich słów. Eucharystia to rzeczywiście pokarm niebieski; jak Maryja „z ludzi zostaje wzięta”, tak Ciało i Krew Pańskie są pokarmem „z góry”. Jakiś czas temu udało mi się co prawda kilkoma tekstami eucharystycznymi „zagadać” tę tajemnicę, którą należy pojmować w milczeniu, ale towarzyszyła mi przy ich pisaniu coraz bardziej krzykliwa świadomość nieprzystawalności słów do rzeczywistości. Kroczki czcionki Times New Roman biegły co prawda równo, ale treści kręciły się w kółko, zagubione jak naród wybrany na pustyni. Zmysłowy cień tego, co duchowe, na wzór starotestamentalnych opowiadań o mannie z nieba, stanowiących jedynie zapowiedzi tego, co zrealizuje się dopiero w Nowym Przymierzu.

monstrance.jpg, źródło: Parafia Miłosierdzia Bożego w Tarnowie
monstrance.jpg, źródło: Parafia Miłosierdzia Bożego w Tarnowie

Kontemplowanie Chrystusa obecnego w chlebie i winie – duchowe pielgrzymowanie za Nowym Mojżeszem – odbywa się w ascetycznym trudzie. „Wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój”, śpiewa Lud Boży wędrujący „wąską drogą krzyża” (por. KKK 1344) przez Kalwarię ku Ziemi Obiecanej nieba. Gdybyż chociaż – rodzi się pokusa – ten biały opłatek posiadał inne kształty niż tak mało „zmysłowe” koło; gdybyż wolno było wyprodukować coś przypominającego rzeczywiste ciało – podszeptuje diabeł – byłoby łatwiej przyjąć tę zakrytą obecność Pana w znaku chleba. Fale szemrania wzbierają też z powodu męczącej powtarzalności Eucharystii, jak wcześniej nużyła Izraelitów codzienna manna. Bóg gubi po drodze przez pustynię to, co cielesne; nawet owoce zjednoczenia z Panem widać jedynie przez wiarę, tak że zostaje oczyszczona niedojrzała wiara w skuteczność sakramentu, po którym nie należy się spodziewać takiego „haju” jak choćby po charyzmatycznej modlitwie; słodki deser nie zastąpi dania głównego.

„Eucharystia i Krzyż – oto genialna katechizmowa konstatacja – są kamieniem obrazy”, bowiem „chodzi o to samo misterium, które nie przestaje być przyczyną podziału” (KKK 1336; por. J 6,60.67). Można pomedytować nad tym „dwa w jednym” misterium albo przed Najświętszym Sakramentem, albo pod Krzyżem, razem z „ludzką” Maryją adorującą sprawy Boskie.

Sławomir Zatwardnicki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *