List otwarty do Pana Pawła Lisickiego

Nie tylko należy wziąć pod uwagę fakt, że w najstarszych materiałach Nowego Testamentu Jezus nie jest nazwany Bogiem, ale że są także takie teksty, cytowane w pierwszej kategorii, które tytuł «Bóg» wyraźnie rezerwują dla Ojca (nawet w literaturze Janowej oraz w listach pasterskich). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że we wczesnych stadiach chrześcijaństwa dziedzictwo starotestamentowe określało użycie słowa «Bóg» i tytuł ten był wąsko pojęty, by można go było odnieść do Jezusa. Odnosił się on wyłącznie do Tego, do którego Jezus zwracał się jak do swojego Ojca i do którego się modlił. Progresywnie (w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych) w rozwoju myśli chrześcijańskiej pojęcie «Bóg» było rozumiane w sensie szerszym. Bóg został objawiony w Jezusie w taki sposób, że określenie «Bóg» od tej chwili będzie łączyć obydwóch: Ojca i Syna. Późna literatura Pawłowa odpowiadałaby temu etapowi rozwoju. Jeśli Rz 9, 5 nazywa Jezusa Bogiem, to jest to odizolowany przykład w korpusie wielkich dzieł Pawłowych, które przedstawiają Jezusa jako Pana, a Ojca jako Boga. Jednak w okresie listów pasterskich Jezus jest znany jako Bóg-i-Zbawiciel. Dzieła Janowe pochodzą z końca wieku . Użycie słowa «Bóg» w stosunku do Jezusa jest w nich częste. Czwarta Ewangelia zachowała jednak niektóre tradycyjne elementy z wcześniejszej epoki, kiedy jeszcze takie użycie nie funkcjonowało. J 14, 28; 17, 3 i 20, 17 nie wydają się, «prima facie», uznawać równoznaczności między Jezusem a Bogiem ani sytuować Go na tym samym poziomie co Ojca (Raymond E. Brown, An Introduction to New Testament Christology, Paulist Press, New York-Mahwah 1994, s. 192-193).


Pana książka [1], Panie Pawle, podejmuje temat niesłychanie ważny dla każdego chrześcijanina, a także dla dialogu chrześcijaństwa z innymi światopoglądami: Czy Jezus z Nazaretu osobiście uważał się za takiego Wcielonego Boga i Zbawcę ludzkości, za którego uważają go chrześcijanie? Ze współczesną, “ortodoksyjną” wiarą w boskość Jezusa mamy na pewno do czynienia od czasu credo, sformułowanego na soborze w Nicei w 325 r. Pana jednak interesuje okres wcześniejszy, chce Pan upewnić siebie i czytelników Pana książki o “ciągłości wiary” także przedtem. Skąd potrzeba takiego upewnienia się?

Podobnie jak niedawna głośna trylogia Papieża Ratzingera o Jezusie, Pana książka próbuje odpowiedzieć na – docierające z opóźnieniem do Polski, a trwające już ponad dwa stulecia – tzw. poszukiwania Jezusa historycznego (ang. Jesus Quest). We współczesnych pracach Gezy Vermesa i Barta Ehrmana odmienność akademickich rekonstrukcji nauczania Jezusa i tego, w co od czasu Nicei wierzą chrześcijanie wydaje się Panu tak poważna, że “chrześcijaństwo w swej głównej postaci stanowi wypaczenie i zniekształcenie nauk tego, kogo niesłusznie uznaje za swego założyciela” (“Trzy możliwości”).

Ogromną zaletą Pana pracy jest wzięcie pod uwagę najpoważniejszych, a zlekceważonych przez Papieża Benedykta badaczy współczesnych, zwłaszcza Gezy Vermesa, Eda Sandersa, Larry’ego Hurtado czy ks. Johna Meiera. Odrzuca Pan jednak ich argumenty i wnioski. W “Zakończeniu” książki pisze Pan, ze “wiara chrześcijańska jest zakorzeniona w samym nauczaniu i życiu Jezusa” (…) “dokładnie tę samą wiarę, inaczej sformułowana, znajduje się w nicejskim credo” (“Zakończenie”). Warto mocno podkreślić, że mówi Pan tutaj o “ciągłości wiary” w sensie historycznym. “Nie chcę badać teologicznych podstaw wiary chrześcijańskiej. Interesuje mnie historia” – pisze Pan na początku (“Trzy możliwości”). Mówi Pan o wynikach swej “pracy historyka” (“Zakończenie”).

O popularyzacji wyników badań historycznych

Prezentuje Pan czytelnikom obszerną, miejscami niesłychanie pouczającą i przenikliwą, ale niemal od początku zniechęcająco chaotyczną, przytłaczającą i niemal niemożliwą do ogarnięcia kompilację rozmaitych obserwacji historycznych, związanych z wczesną problematyką chrystologiczną. (Kim był Jezus i jaka cześć go otaczała w pierwszych dziesięcioleciach jego ruchu?) Tu znów docenić trzeba, że referuje Pan opozycyjne stanowiska, zarówno te bardzo agresywnie broniące “ciągłości” wiary (np. Richarda Bauckhama), jak i bardziej krytyczne, agresywnie kwestionujące ową ciągłość (np. Barta Ehrmana).

Niestety, brakuje w tym porządku i metody. Nawet gdyby miał Pan rację, nie dostarcza Pan czytelnikowi zrozumiałego klucza, aby ten ostatni mógł Pana twierdzenia jakoś sprawdzić. Jesteśmy w tej sytuacji zmuszeni na własną rękę uporządkować Pana materiał poprzez postawienie pytania: jak przy użyciu poprawnej metody historycznej wykazać, że jedna z dwóch głównych doktryn chrześcijańskich, doktryna Wcielenia w sensie nicejskim – ma źródło już w nauczaniu historycznego Jezusa z Nazaretu?

Odpowiedź jest dla nas oczywista. Po pierwsze: musimy zacząć od dokładnego opisania zawartości nicejskiego wyznania wiary. Po drugie: musimy wskazać w naszych najlepszych źródłach o Jezusie takie same lub bardzo podobne idee. Po trzecie: musimy zbadać ich autentyczność, czyli prawdopodobieństwo, że sam historyczny Jezus faktycznie miał takie właśnie, a nie inne poglądy. W końcu – po czwarte – musimy nasze wyniki jakoś ustawić na tle stanu badań: Czy Jezus z Nazaretu, uważający się za “Boga współistotnego Ojcu” to konstrukcja historycznie bardziej przekonująca, niż ponad wyznaniowy konsensus wokół dominującej dziś hipotezy “Jezusa, żydowskiego proroka apokaliptycznego”?[2]

Postanowiliśmy zatem sprawdzić, na ile Pana książka spełniła takie cztery elementarne warunki, niezbędne dla odpowiedzenia na postawione w niej pytanie.

Co konkretnie zawiera nicejskie credo?

Nie uchwycimy tego bez wcześniejszego zrozumienia wydarzeń, jakie doprowadziły do zwołania soboru w 325 r. Najważniejsze z nich to popularność poglądu o unikalności Boga (Ojca). Chrystologie takie, do niedawna kojarzone głównie z prezbiterem Ariuszem z Aleksandrii, lokowały Jezusa bardzo wysoko w hierarchii bytów, nie równały go jednak z Bogiem[3]. Znajdujemy ich ślady, analizując skierowane przeciw nim nicejskie credo:

“Wierzymy w […] w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, zrodzonego z Ojca, jednorodzonego, to jest z istoty Ojca” – stwierdzenie, ze Jezus pochodzi “z istoty Boga” przeciwstawiało się idei, że Jezus został stworzony z niczego. (“stał się z niczego”)

“Boga z Boga, Światłość ze Światłości, Boga prawdziwego z Boga prawdziwego, zrodzonego, a nie uczynionego” – chodziło o przeciwstawienie się poglądowi, ze Jezus powstał dopiero w pewnym momencie w wyniku czynu Boga (“zanim się narodził nie był”)

“współistotnego Ojcu” – skierowane przeciw poglądowi, że Jezus znajduje się w hierarchii bytów niżej, niż Ojciec (“pochodzi z innej hipostazy, lub z innej substancji”. Homoousios opisywało w greckim języku potocznym np. dwie monety, wykonane z tego samego materiału)

Credo odrzucało także pogląd, że tylko Bóg jest niezmienny, a Jezus “jest zmienny”.

Nicejskie credo – rozumiane historycznie – mówiło zatem o Jezusie jako Bogu: nie stworzony; istniejący już przed urodzeniem; “w istocie” taki sam, jak Ojciec; nie podlegający zmianom. (Druga część credo zawiera opis roli Jezusa w historii zbawienia, dotyczy zatem bardziej jego losów, niż jego natury).

Panie Pawle, przytoczenie w Pana książce zaledwie króciutkiego fragmentu credo “Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego” (“Wstęp”) to zdecydowanie za mało, a już z pewnością nie jest to rekonstrukcja historyczna. W efekcie czytelnik Pana książki ma mętlik w głowie. Co to właściwie znaczyło w IV wieku, że Jezus to Bóg “z Boga”? Dlaczego pominął Pan milczeniem 90% nicejskiej charakterystyki Jezusa? I najważniejsze pytanie: czego właściwie, jakiej “Boskości” Jezusa, zamierzał Pan szukać przez całą resztę książki?

Czytelnik się tego nigdy nie dowiaduje. Dopiero my zreferowaliśmy – w Pana zastępstwie – zawartość credo. Postanowiliśmy także mimo wszystko sprawdzić, czy przypadkiem któreś z Pana niezliczonych obserwacji o wczesnych pismach, nauczaniu Jezus i wierze jego uczniów – nie pokrywają się jednak z charakterystyka Bóstwa Jezusa, przyjętą w Nicei.

Nicejski Jezus trzysta lat przed Niceą?

Zaledwie w kilku wczesnych źródłach wskazuje Pan miejsca, gdzie można jakoś próbować zestawienia z tym, co mówi o Jezusie credo z 325 r.

W Liście do Filipian 2, 5-11 wskazuje Pan na zwrot o Jezusie “istniejącym w postaci Bożej”, komentując, że w takim razie Jezus ma “boską istotę, naturę, kształt (gr. morfe)”. Z kolei zwrot “umniejszył się” zakłada, że Jezus istniał, zanim się umniejszył poprzez stanie się człowiekiem, a zatem “zakłada się tu wyraźnie preegzystencję Jezusa”. (“Imię Jezus, imię Jahwe”).

W Pierwszym List do Koryntian 8, 4-6 mówi się o “jednym Bogu” i “jednym Panu” Jezusie, “przez którego istnieje wszystko i przez którego my istniejemy”. Tutaj Pana zdaniem “Nie ma Boga poza jednym, tym jednym zaś jest jeden Bóg Ojciec i jeden Pan Jezus Chrystus”. Poza tym “przypisuje się mu udział w stworzeniu”, a Stwórcą jest tylko Bóg. (“Pan, Stwórca świata”).

Sformułowaniem, do którego wydaje się Pan przywiązywać największą wagę wydaje się to pochodzące z Psalmu 110, 1 o zasiadaniu “Pana po prawicy Pana” (Boga). Musiało ono mieć ogromne znaczenie dla pierwszych chrześcijan, bo jest wielokrotnie przywoływane w Nowym Testamencie (z tym trudno się nam nie zgodzić). Pana zdaniem werset ten zrównuje obu “Panów” i dlatego Żydzi go nie używali, a jeśli już ktoś go użył, to musiał to być ktoś, kto go odnosił do siebie i wiedział, że “nie jest to zniszczenie jedności Boga”. Tym kimś miałby być oczywiście historyczny Jezus („Cytował go sam Galilejczyk”).

Co tak naprawdę zawierają wczesne źródła po-Jezusowe?

Dramatycznie brakuje nam w tych Pana komentarzach odniesienia do centralnych, doskonale udokumentowanych idei Pawła z Tarsu. “Choć Paweł opiera swój portret Jezusa Mesjasza na rozmaitych tradycjach – włączając w to tradycyjnego mesjasza Dawidowego i Izajaszowego Cierpiącego Sługę jako «światło dla narodów» – Pawłowa koncepcja odkupienia zależy w ogromnym stopniu, wręcz oparta jest – na widzeniu Jezusa jako Adama”[4]. Wyjściowym kontekstem do odczytywania Filipian 2, 5-11, gdzie mowa o Jezusie, który “nie skorzystał ze sposobności, aby być na równi z Bogiem” – powinna być zatem idea Jezusa jako Drugiego Adama. Pierwszy Adam odwrotnie: próbował skorzystać z takiej “sposobności”, za co został wygnany z raju. (por. Rz 5, 1 Kor 15). Wniosek ważny dla nas: u Pawła bycie “w postaci” Bożej nie musiało lokować Jezusa wyżej, niż właśnie w pozycji Adamowej, doskonałego człowieka przed upadkiem. (Fakt, że w tym akurat miejscu Paweł mówi o “postaci”, a nie “obrazie”, to w tej sytuacji drugorzędny szczegół). “Tak jak śmierć przyszła przez człowieka (Adam), tak samo zmartwychwstanie przyszło przez człowieka (Chrystus)”[5]. Adresatem hymnu jest zresztą Bóg, a Jezus jest tylko bohaterem. To hymn o Jezusie, a nie do Jezusa.

Pierwszy List do Koryntian 8, 4-6 rozróżnia i osobno opisuje poziom Boski i poziom panów, i to dwukrotnie: najpierw u pogan, potem u chrześcijan. Paweł prawdopodobnie napisał o “jedynym Bogu”, a następnie “uzupełnił to o dalsze stwierdzenie o jednym panu, Jezusie Chrystusie”[6]. Mamy nawet trzecie rozróżnienie: miedzy Tym, “z” którego pochodzi stworzenie a tym, “przez” którego świat jest. Tutaj Jezus znajduje się na poziomie tzw. bytów pośredniczących, jak Mądrość czy Słowo, które jednak nie były samym Bogiem, mimo że Żydzi przypisywali im np. udział w stwarzaniu świata. Podobnie jak u Filipian, Paweł wydaje się tu sugerować istnienie Jezusa przed urodzeniem, nie ma jednak mowy o odwieczności, a zatem np. interpretacja ariańska wydaje się całkiem możliwa. Pana błąd polegał naszym zdaniem na przyjęciu za Bauckhamem zbyt sztywnego rozumienia starożytnego żydowskiego “monoteizmu”, który w istocie przypisywał pewnego typu “boskość” np. spersonifikowanej Mądrości Tory, Słowu, a nawet pobożnym Żydom, a zwłaszcza Mojżeszowi. Na przykład u Filona z Aleksandrii Słowo nie jest “ani niestworzone, jak Bóg, ani stworzone […] Doprawdy, bardziej rozmazana granice miedzy Stwórcą a stworzeniem trudno byłoby sobie wyobrazić” [7].

W pismach qumrańskich spotykamy metaforyczne określenie Mesjasza-Kapłana Melchizedeka, który w rozważaniach na temat roku jubileuszowego zostaje nazwany „Bogiem”: „Twój Bóg” to [Melchizedek, który uw]o[lnił ich z rę]ki Beliala (11Q13). Dokument zawierający ten midrasz został napisany pismem przejściowym – pomiędzy hasmonejskim a herodiańskim – i datuje się go na okres 75 – 25 r. przed Chr. Zapowiada on przybycie Melchizedeka, który jest zapewne figurą uosabiającą króla i kapłana. Melchizedek jest dla autora tekstu postacią niebiańską, co pozwala mu odnieść do niego tytuł Elohim (Bóg) i postawić go na czele zastępów aniołów (synów Bożych), i mścicielem, który pokona wraz z wojskiem niebieskim Beliala i jego demonicznych pomocników. Oprócz pomsty, Melchizedek przyniesie zbawienie dla synów światłości oraz dobrą nowinę.

O żadnej “współistotności” w żadnym z tych przypadków nie było jednak mowy.

W przypadku wreszcie Psalmu 110, 1 o zasiadaniu “Pana po prawicy Pana” nie widzi Pan kontekstu jeszcze ważniejszego, niż Pawłowa idea Drugiego Adama, w ogóle dominującego w całym Nowym Testamencie. Wcześni chrześcijanie sięgają do tego psalmu nie po to, aby sugerować Bóstwo Jezusa, ale aby wyrazić ideę, że Jezus był Mesjaszem, królem z rodu Dawida. Psalm 110 to psalm koronacyjny, obiecujący nowemu władcy pokonanie jego wrogów. W przypadku “Jezusa Chrystusa” koronacja w niebie zastąpiła panowanie Jezusa na Ziemi, jakiego spodziewano się po mesjaszu. Skoro Ps 110, 1 cytowany jest w NT ponad dwadzieścia razy: dlaczego nie wskazał Pan tych wersów, aby zbadać ich sens we wczesnych pismach? W aluzjach Pawła w Rz 8, 34 i Kor 15, 25 w ogóle nie ma mowy o “Panu” Jezusie – a tylko o “Chrystusie”. “Paweł odwołuje się do psalmów dawidowych tak, jakby wprost mówiły one o Chrystusie, bo dla niego o tym właśnie one mówiły”[8]. Także Markowy Jezus (Mk 12, 36) broni swej roli Mesjasza, podważając przekonanie, że mesjasz musi być “synem Dawida”. (Takie pochodzenie u Jezusa było chyba wątpliwe, skoro ewangeliści zamieścili jego rodowody).

Nawet zakładając, że wybrał Pan swój materiał dowodowy neutralnie – widzimy aż nadto wyraźnie, że wywyższenie Jezusa u Pawła i Marka absolutnie nie sięga poziomu Nicei, gdzie pojawia się – przypomnijmy – Bóg nie stworzony z niczego, nie podlegający zmianom, istniejący/rodzony odwiecznie i taki sam co do swej istoty (substancji), jak Ojciec. U Pawła mamy np. preegzystencje, ale nie odwieczność; mamy tę samą postać co Bóg, ale nie istotę; mamy Jezusa równego hipostazom Boga, jak Mądrość – ale nie równość istocie Boga.

Aby postawić “kropkę nad i” wskazujemy fragmenty, które Pan pominął, a które wprost zaprzeczają wizji nicejskiej. W m.in. 1 Kor 15 Paweł mówi o Bogu “Bogu Jezusa” (sytuując Jezusa jako tego, który oddaje, a nie odbiera boską cześć). Na dodatek fragment ten precyzuje, że – choć Jezus zasiadł na tronie po prawicy Boga – u końca czasu także Jezus “zostanie poddany Bogu”. Podobnie u Marka (10, 18) Jezus wyraźnie protestuje, kiedy ktoś odnosi do niego cechy, przynależne Bogu. (Można ten fragment jakoś inaczej zinterpretować, taka interpretacja nie może być czysto hipotetyczna, wzięta z sufitu).

Obawiamy się, że swą książką zamazuje Pan dorobek nauk o wczesnym chrześcijaństwie w aż trzech dziedzinach jednocześnie: okoliczności powstania i historycznego sensu nicejskiego credo; zakresu wczesnych wyobrażeń o Jezusie, bynajmniej nie ograniczających się do “wysokiej chrystologii”; najbliższego kontekstu historycznego pierwotnej chrystologii, czyli teologii “bytów pośredniczących” między Bogiem a stworzeniem w judaizmie Drugiej Świątyni.

Od poglądów autorskich pisarzy Nowego Testamentu do poglądów i biografii historycznego Jezusa próbuje Pan przejść przy pomocy argumentów typu: “jedynym wytłumaczeniem wiary jest wcześniejsze jej przygotowanie” (“Prawdziwe kryterium autentyczności”). Musimy w tej sytuacji dopisać zarzut czwarty i piaty: zaciemnianie religioznawczej wiedzy o mechanizmie ewolucji wierzeń apokaliptycznych, a także brak od niesienia do ogromnego dorobku Jesus Quest w zakresie rekonstrukcji początków chrystologii.

Te dwa ostatnie zarzuty chcemy bardziej szczegółowo rozwinąć.

Królestwo, które nie nadeszło

Podkreśla Pan, ze Psalm 110, 1 jest przywołany w Nowym Testamencie 22-krotnie. Zgoda. Liczba to jednak bardzo skromna w porównaniu z głównym tematem tych pism. O “Królestwie Bożym” lub “Królestwie niebieskim” mowa w Ewangelii Marka i to w słowach przypisywanych samemu Jezusowi 13 razy, u Mateusza aż 28 razy, u Łukasza 12 razy. U Jana mowa o Królestwie 5 razy. Do tego dochodzi 9 wersetów w hipotetycznej Ewangelii Q i aż 22 wersy w niekanonicznej Ewangelii Tomasza. Wygląda na to, że pierwotna “dobra nowina” Jezusa nie mówiła o Wcieleniu (ani o Zbawieniu). Marek streszcza ją tak: “Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże” (1, 15)[9].

Wielkie Kościoły chrześcijańskie uznały siebie za początek tego Królestwa Boga na Ziemi. Czy jednak ma to oparcie w najwcześniejszych pismach? Zbyt wiele w nich śladów rozczarowania i niepokoju, że Królestwo się opóźnia. W Ewangelii Łukasza uczniowie “myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi” (Łk 19, 11). Na samym początku Dziejów Apostolskich na pytanie uczniów, czy za drugim razem przywróci Królestwo Izraela – Jezus odpowiada szorstko: „Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile”. W Ewangelii Jana 2, 19–22 dowiadujemy się, że Jezus wcale nie obiecywał, że zburzy Świątynię, a w wersetach 21, 20–23 wyjaśnia się nam, że Jezus bynajmniej nie obiecywał powrotu, zanim umrą jego uczniowie. W 2 Liście Piotra „szydercy” pytają: “Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem ojcowie zasnęli, wszystko jednakowo trwa od początku świata” (3, 3).

Czy Jezus nie miał racji w swej najważniejszej przepowiedni? Komentuje Pan: “Jeśli Jezus tak bardzo się mylił, dlaczego nie dostrzegli tego Jego uczniowie? Odpowiedź, że inni Żydzi postępowali podobnie z tekstami biblijnych proroctw, próbując odczytywać je tak, aby pasowały do historycznej rzeczywistości, nie jest przekonująca” (s. 156). Czyżby? Niespełniona przepowiednia, właśnie w judaizmie nie jest powodem do jej odwołania, ale odroczenia. Bóg nie przyszedł, ponieważ Pan okazał cierpliwość i nie chce, “by ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania” (2 List Piotra 3, 9). To pierwszy paradygmat misji chrześcijańskiej: nie był nim komunikat o Bogu, który Wcielił się poprzez dziewicę w człowieka, ale było nim ostrzeżenie – w pierwszej fazie tylko dla Izraela – przed Sądem.

To właśnie Gerhard von Rad, badacz Biblii hebrajskiej zauważył, że chybiona przepowiednia prorocka zazwyczaj była dostosowywana do określonej nowej sytuacji i zwracała się ku całkiem innym czasom – metamorfoza nie była nigdy jednak tak głęboka, jak w horyzoncie nowotestamentalnych wydarzeń ostatecznych. “Mówiąc krótko – dotyka istoty sprawy sam von Rad – było pewne, że wszystko, co spotykało Izrael ze strony Jahwe, wymagało wiary, a nie weryfikującego rozumu. (I tu napotykamy granicę naszego historycznego podejścia do sprawy!) Jeżeli zwłoka w wypełnieniu, zauważona nawet przez Izrael (mniej więcej tak samo jak «opóźnienie się paruzji» w pierwotnej gminie chrześcijańskiej!) nie przerodziła się w głęboki kryzys wiary, racji tego należy upatrywać w tym, że Izrael znał jeszcze dostatecznie dobrze Jahwe i wiedział, że nie jest On sługą swych słów, lecz ich panem”[10].
Dlaczego jednak grupa uczniów Jezusa, która przybyła z dalekiej Galilei, by zobaczyć triumfalny powrót ich Pana do Świątyni w Jerozolimie, po niespełnionej przepowiedni, nie rozpadła się, ale transponowała swoje rozczarowanie w działalność misyjną?

Psychologia ruchów apokaliptycznych

“Warto zwrócić uwagę – wyjaśnia dr Szostak – na psychologiczny mechanizm, który powstaje w takich formacjach, gdy przepowiednie «naszego proroka» się również nie spełniają, wtedy z reguły dochodzi do zupełnie nieoczekiwanych zachowań członków sekt. Ich więź grupowa (wydawałoby się) powinna zostać zerwana lub znacznie osłabiona z powodu samokompromitacji lub doprowadzić do dyskredytacji nauk jej lidera. Dzieje się z reguły dokładnie odwrotnie”[11]. Psycholodzy, psychiatrzy i religioznawcy badają tą zdolność do przetrwania niespełnionych proroctw, która charakteryzuje sekty apokaliptyczne, ponieważ poprzez przyglądniecie się tej matrycy można przetestować – prawie jak w naukach ścisłych – zasadność tej hipotezy. Tym bardziej jeśli – a w przypadku nazarejczyków tak właśnie jest – potwierdzają ją powyżej zacytowane źródła. Psycholog Robert Cialdini opisuje historię współczesnej sekty apokaliptycznej, która poprzez jej obserwacje powinna być interesująca nie tylko dla psychologów, ale nawet dla historyków i teologów.

Przecież od tysięcy lat pojawiają się grupy religijne wieszczące nadchodzący koniec świata lub jakiś wszechświatowy kataklizm. Każda taka zapowiedź kończy się niepowodzeniem i rozczarowaniem. Psycholog zauważa, że sekty te zamiast po wyjściu fałszu zapowiedzi się rozpaść – to najczęściej utwierdzają się one w wierze. „Narażając się na kpiny swoich ziomków, wychodzą na ulice głosząc swoje słowo w nadziei pozyskania nowych zwolenników. Ich apostolski duch zdaje się być wzmocniony, a nie osłabiony oczywistym fałszem niespełnionego proroctwa. Przydarzyło się to w II wieku montanistom, działającym na terenie obecnej Turcji, w wieku XVI – holenderskim anababtystom, w XVII – sabbatystom z Izmiru czy millerytom w XIX wieku w Ameryce”[12].

Zdarzyło się to i współcześnie. 30 wyznawców sekty uwierzyło w przepowiednie, iż ziemia ulegnie zagładzie w nadchodzącym potopie. Grupę wybrańców mieli uratować kosmici, zabierając ich na swoje statki, a następnie na inną planetę. Trzech znanych psychologów z Uniwersytetu Minnesota (Leon Festinger, Stanley Schachter, Henry Riecken) postanowiło skorzystać z okazji, by przypatrzyć się znanemu mechanizmowi: jak niespełniona przepowiednia przekształci się w dowód społecznej słuszności. Gdy w feralnym dniu, który został wyznaczony na apokalipsę, nic się nie stało, sekta uległa drastycznej przemianie.

Posłuchajmy – bardzo ciekawego – opisu eksperymentu: „Gdy zwątpienie poczęło się coraz wyraźniej wkradać w serca zgromadzonych, obserwujący badacze zauważyli dwa zastanawiające incydenty. Pierwszy nastąpił o 4. 45, kiedy ręka Pani Keech nieoczekiwanie podjęła «mechaniczne zapisywanie» zsyłanego z niebios komunikatu. Po przeczytaniu na głos, komunikat ten okazał się eleganckim wyjaśnieniem zdarzeń mijającej nocy. «Ta mała grupka, wyczekująca samotnie przez całą noc, roztoczyła wokół tyle światła, że Bóg ocalił świat przed zniszczeniem». […] W kilka minut po wiadomości, wyjaśniającej powody niepotwierdzenia proroctwa, pani Keech otrzymała następną, nakazującą jej wyjaśnienie to upublicznić. […] Wyznawcy zmienili nie tylko swój dotychczasowy stosunek do rozgłosu, ale i do nowych, potencjalnych konwertytów. Choć poprzednio kandydaci na nawróconych byli ignorowani i odprawiani z kwitkiem, w dzień po niedoszłym potopie poczęli być traktowani w sposób zgoła odmienny”[13].

Sekta stała się misyjna, choć wcześniej wiara została znokautowana przez fakty, ludzie ci poświęcili jednak zbyt dużo swojej przemianie, jedyne więc co im pozostało – to zastąpić dowody fizyczne dowodami społecznymi. Duża liczba nawróconych potwierdzi słuszność ich wierzeń, nada nowy cel oraz da podstawę dalszej egzystencji – bez zmiany poprzedniego myślenia i stylu życia. Czy Kaczmarek zatem nie konkluduje słusznie: powstanie chrześcijaństwa było możliwe, ponieważ już na pierwszym etapie została rozbita spójność przekazu, który musiał w gminach pogańskich organizować się na nowo i dostosować się do innego audytorium[14].

Nawet chrześcijański badacz Dale Allison dostrzegł analogie między tą “reorganizacją ideową” u początków Kościoła, a podobnymi zjawiskami w nurtach apokaliptycznych innych, bardzo różnych od siebie religii. Esseńczycy z Kumran na przykład „przedłużyli” swój okres oczekiwania na wydarzenia ostateczne, posługując się argumentem, że „tajemnice Boże są zadziwiające” (1QpHab 7, 5–8). Członkowie jednej z sekt bahaickich (religia pochodzenia perskiego), gdy ich przepowiednia ogólnoświatowej zagłady zawiodła, uznali, że była ona tylko ludzkim przewidywaniem, które należy odróżnić od niezawodnego, pochodzącego od Boga, proroctwa. Gdy prorok Paignya z północnoamerykańskiego plemienia Kiowów pomylił się, przewidując moment zniszczenia „białych ludzi”, uznał, że przyczyną było niewystarczające podporządkowanie się jego zaleceniom. Gdy z kolei niektórzy ze zwolenników chasydzkiego rabbiego Menachema Mendela Schneersona doszli do wniosku, że zmarł on, nie okazując się Mesjaszem – sami uznali własne grzechy za przyczynę niespełnienia się ich oczekiwań[15].

O proporcjach i rzetelności

Kilkanaście niejasnych miejsc, gdzie można by dopatrywać się “wysokiej chrystologii” uznał Pan za dość poważny argument, aby wpisać nicejskie credo w poglądy Jezusa. A nie zadał Pan tylu pytań oczywistych, jakie od dawna padają w ramach Jesus Quest: dlaczego Jakubowi bratu Pańskiemu miałby włos z głowy nie spaść aż do 62 r., gdyby przez trzydzieści lat głosił on, iż Jezus jest współistotny YHWH?! Dlaczego historyk żydowski Józef Flawiusz zauważył, że Jezus był zwany Chrystusem, ale nie dostrzegł czegoś bardziej istotnego, że był On utożsamiany z YHWH? Dlaczego śmierć świętego Jakuba Sprawiedliwego tak oburzyła mieszkańców Jerozolimy oraz „gorliwych” w przestrzeganiu Tory, że doprowadzili sprawcę nieuzasadnionego ukamienowania, arcykapłana Ananosa, do zdeponowania go z urzędu, miast cieszyć się ze śmierci bluźniercy? A od Pawła, gdzie znalazł Pan “wysoką chrystologię”, członkowie Kościoła-matki w Jerozolimie nawet nie przyjęli zbieranych przez całe lata ofiar z jego Kościołów (trudno uwierzyć, że przyjęli, a Paweł i Łukasz to przemilczeli).

Dlaczego właściwie wszystkim wczesnym ojcom Kościoła można postawić zarzut subordynacjonizmu: pierwszym apologetom, Tertulianowi, Hipolitowi, Ireneuszowi, Klemensowi Aleksandryjskiemu, Orygenesowi, a nawet pierwszemu historykowi Kościoła Euzebiuszowi z Cezarei? Skoro Psalm 110, jak Pan utrzymuje, zawiera „takie samo przesłanie jak to, że Jezus jest współistotny Ojcu” (s. 386), dlaczego doszło do trzystu lat sporów o stosunek hierarchiczny Syna i Ojca?

Niekiedy ma się wrażenie, czytając Pana książkę, że żywi Pan niemal personalną niechęć do niektórych badaczy. Zarzuca Pan Gezie Vermesowi, że “chce on pokazać obcość i nieprzystawalność chrześcijańskiego rozumienia Jezusa z wcześniejszym judaizmem” (s. 37). Tymczasem w innym miejscu Pan sam stwierdza autorytatywnie: “nie sposób znaleźć w tradycji żydowskiej wzorca, którego mogliby użyć pierwsi chrześcijanie, aby przyznać Nauczycielowi boski status” (s. 229). To jak to w końcu jest? Chrześcijańska chrystologia bez żydowskich korzeni u Vermesa jest nie w porządku, a u Pana – jest OK?

Miedzy wskazywaniem “odstępców od wiary” a dialogiem światopoglądowym

Wyjątkowo ostry jest Pana atak na amerykańskiego ks. Johna Meiera, najwybitniejszego ze współczesnych katolickich uczestników Jesus Quest.

“Zastrzeżenia Meiera, który pisze, że on jedynie domniemywa i niczego nie przesądza, są niewiele warte. Można mieć wrażenie, że to zasłona dymna. Ma chronić autora przed zarzutem, że jego historyczny Jezus powstaje w opozycji wobec Jezusa, jakiego wyznaje Kościół (s. 109); Czytelnik, zapewne nieco oszołomiony, zada sobie pytanie, w jaki sposób można pogodzić tyle sceptycyzmu z faktem, że Meier pozostaje księdzem katolickim (s. 127); Trudno odczytać te słowa inaczej niż jako wyznanie agnostycyzmu (s. 132); I to wszystko są to opinie katolickiego biblisty (s. 139)”.

Dlaczego nie przywołuje Pan słów Meiera z pierwszego rozdziału jego pracy? A stwierdza on tam wyraźnie: “Jezus historyczny nie jest realnym Jezusem. Jezus realny nie jest Jezusem historycznym”[16]. Gdy odnosimy się do postaci historycznych egzystujących w starożytności, ze względu na szczupłość materiałów biograficznych, które przetrwały, odtworzenie kompletnej postaci w jej realnym kształcie, praktycznie jest, w większości wypadków, niemożliwe.

Historia to zresztą nie teologia. Istnieje co najwyżej zależność między badaniami historycznymi i filologicznymi, z jednej strony, a teologicznymi artykulacjami wiary, z drugiej strony. O ile w teorii są to dwie różne dyscypliny, które proszą o dwa odrębne zestawy pytań, w rzeczywistości te dwie dyscypliny karmią się wzajemnie. Egzegetyczne i historyczne spojrzenie karmi teologiczne pozycje. Kierunek hermeneutycznej elipsy ukazuje, że teologiczne stanowisko określa prezentacje danych historycznych i tekstowych, stąd odczytywanie starożytnych tekstów w świetle późniejszej konstrukcji teologicznej.

Jeśli teologia zlekceważy krytyczną historię, pozwalającą jej widzieć sama siebie jakby z zewnątrz: jak katolicy będą dyskutować z osobami o odmiennych światopoglądach? Zwłaszcza tymi, którzy w wynikach Jesus Quest jako tako się orientują?

Profesjonalny historyk, zresztą bardzo krytyczny wobec Jesus Quest, Donald Akeson, ocenia morale teologów zaangażowanych w te badania zupełnie inaczej, niż Pan. Jego zdaniem “ci, którzy starają się rygorystycznie zachowywać metodę historyczną i unikać tendencyjności są najbardziej interesujący, głównie dlatego, że to najwyższej klasy umysły i często w trudnej sytuacji”. Akeson ostrzega także przed tymi, co “uważają zasady dowodzenia stosowane przez świeckich historyków za bardzo cenne, ale stosują specjalne zabiegi «dokumentowania na skróty» (special evidentiary by-passes), gdy rzecz dotyczy Jezusa Chrystusa”[17].

DARIUSZ KOT (ateista)

ANDRZEJ JAN NOWICKI (katolik)


[1] Paweł Lisicki, Czy Jezus jest Bogiem, Kraków 2014.

[2] Jedyną znaczącą próbę podważenia konsensusu apokaliptycznego podjęło Jesus Seminar w latach 90. XX wieku i ta próba skończyła się fiaskiem. Por. Dale B. Martin, The Historical Jesus, w: New Testament History and Literature, Yale 2012.

[3] Lewis Ayres w Nicaea and its Legacy (Oxford 2006, s. 41-84) wskazuje na aż cztery różne szkoły chrystologiczne, których spory próbowano rozstrzygnąć w Nicei.

[4] Joseph J. Simon, The non-violent Messiah, Minneapolis 2014, s. 186.

[5] Joseph J. Simon, tamże.

[6] James Dunn, Did the first Christians worship Jesus, London 2010, s. 109. Obecnie problemy z uchwyceniem clou Pawłowej chrystologii, wynikają z braku uwzględnienia kontekstu kulturowo-religijnego, w którym ukształtowały się poglądy Apostoła Narodów. (Paweł był faryzeuszem, który głosił gojom żydowskiego Pomazańca jako ich prawdziwego Króla!) Anachroniczna analiza jego listów prowadzona, bardzo często, na podstawie znacznie później skompilowanych konstrukcji chrystologicznych oraz pism powstałych w czasach późniejszych, nie może sobie rościć prawa do tego, że odkrywa ona sens spuścizny Pawła. Z tym problemem próbuje się obecnie zmierzyć tzw. „Nowa Perspektywa” (New PerspectiveNeue Perspektive) badań nad Pawłem. Wydaje się jednak, że hermeneutyczne problemy, choć już znacznie mniejsze, nadal pozostaną; ale Wirkungsgeschichte pozwoli przechować dziedzictwo i bogactwo myśli Pawła na całe wieki.

[7] James F. McGrath, The Only True God, Chicago 2009, s. 13.

[8] Matthew Novenson, Christ among the Messiahs, Oxford 2012, s. 146.

[9] Por. James Dunn, The Centrality of the Kingdom of God, w tegoż: Jesus Remembered, Cambridge 2003, s. 383-387

[10] Gerhard von Rad, Teologia Starego Testamentu, Warszawa 1986, s. 595-59.

[11] Maciej Szostak, Sekty destrukcyjne. Studium metodologiczno–kryminalistyczne, Zakamycze 2001, s. 188.

[12] Robert B. Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi, Gdańsk 2000, s. 73.

[13] Robert B. Cialdini, tamże, s. 75-76.

[14] Kamil M. Kaczmarek, Mechanizmy ewolucji religii, Poznań 2013, s. 203. K. Kaczmarek stwierdza: Niewykluczone, że – jak twierdzą niektórzy – całość nauczania i działalności Jezusa mieściły się w pełni w ramach judaizmu […]. Gdyby były one przekazywane wiernie (bez mutacji), bez domieszek (transdukcji) i w całości (bez udziału dryfu), mogłoby nie dojść do wyłonienia się alternatywnego systemu religijnego.

[15] Por. Dale Allison, Prophetic Failure and Ecclasiastical Prosperity, w tegóż: Constructing Jesus, Grand Rapids 2010, s. 144-153.

[16] John P. Meier, A Marginal Jew. Rethinking the Historical Jesus, I:The Roots of the Problem and the Person, New York 1991, s.21.

[17] Donald Akeson, Modern Biblical Scholarship and the Quest for Historical Jeshua, w tegoż: Surpassig Wonder, Chicago 2001, s. 538-539.

132 myśli nt. „List otwarty do Pana Pawła Lisickiego”

  1. Czy ten list został wysłany do Pawła Lisickiego? Przed jego książką przeciętni katolicy w Polsce nawet nie zastanawiali się, czy Jezus uważał się za Boga. To było dla nich oczywiste. Pan Lisicki zasiał wątpliwości w ich sercach i uważa, że jego książka je rozwiała. Ale nie. Jezus nie uważał się za Boga – szok!! Panowie Andrzeju i Dariuszu! Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego taki ważny temat pozostaje w naszym katolickim kraju bez echa! Dlaczego nikt do tej pory tego nie ruszył, nie odpowiedział panu Lisickiemu sensownymi argumentami! Ważne tematy leżą na ulicy, rzucają się w oczy i są ignorowane. Dlatego, że znów boimy się, że cały katolicyzm legnie w gruzach jeśli uznamy, że Jezus nie uważał się za Boga! Katolicy, otwórzcie oczy i zobaczcie wreszcie. Katolicyzm runie właśnie w przeciwnym wypadku, tzn jeśli katolicy będą się wypierać zdobyczy naukowych i rozumu. Cieszę się, że ktoś w końcu odpowiedział panu Lisickiemu. Może by trzeba to wysłać do jakiegoś Tygodnika Powszechnego czy Znaku. To źle, że takie tematy są ignorowane!! A przecież takie fascynujące.

  2. Wyrażam mój szczery szacunek dla pp. Dariusza Kota i Andrzeja Jana Nowickiego, ateisty i katolika, za ten wspólny „teologiczny” list ! Jak widać, nawet w Polsce coś takiego jest już obecnie możliwe ! Trzeba tylko „chcieć chcieć” i otworzyć się życzliwie na niewierzących, inaczej wierzących oraz mających wątpliwości (coraz liczniejszych…). Dla mnie to kolejny optymistyczny znak czasu i nadzieja na rozumny i przynoszący dobre owoce dialog.

  3. Jak w tym wszystkim umiejscowić wiarę w Trójcę Świętą ? Czy Trójca też „padnie ofiarą” naukowych zdobyczy rozumu ? Ktoś udowodni na podstawie źródeł, że to wymysł bez pokrycia i z naszej wiary zostanie strzęp 😉

  4. Pani Estel wieki temu to udowodniono czego wymownym przykładem jest chociażby Bibliotheca Fratrum Polonorum czy publikacje teologów związanych z Harvard University jak chociażby Ralph Waldo Emerson, William Ellery Channing czy Andrews Northon.

  5. Andrzeju (N) i Dariuszu (K)!
    Książki Pawła Lisickiego nie znam, więc trudno mi na jej temat się wypowiadać. Jeśli rzeczywiście postawił on sobie za cel wykazanie, że formuły soboru nicejskiego obecne są wprost na nauczaniu Jezusa i w Nowym Testamencie, to jest to przedsięwzięcie dość karkołomne. Słuszne jest raczej podejście, które przedstawia M. Wojciechowski:

    Należy więc przyjąć, na sposób chrystologii implicite ale z pewną modyfikacją, że od chwili odkrycia, iż Jezus powstał z martwych, pełna chrystologia zasadniczo już istniała, choć z początku w postaci bezsłownej. Natomiast pewne jej elementy dane były explicite wcześniej. Rozwój chrystologii przeszedł więc drogę od odkrycia Jezusa do objaśnienia tego odkrycia na sposób teologiczny czy ogólniej pojęciowy. Intencją autorów NT było wyrażenie rzeczywistości już obecnej.

    Artykuł M. Wojciechowskiego nie odpowiada wprost na pytanie, czy Jezus uważał się za Boga (to do komentarza Anny (C.)), ale też pokazuje (jako że jest sprzed paru ładnych lat), że nie jest tak, że nikt takich tematów nie podejmuje i że dopiero P. Lisicki zasiał wątpliwość, a potem sam ją rozwiał.
    Ale, zostawiając nieco na boku książkę P. Lisickiego, chciałbym zadać Wam, Andrzeju i Dariuszu, parę pytań.
    1. Opisujecie eksperyment z członkami współczesnego ruchu apokaliptycznego, którzy mieli być uratowani z potopu przez kosmitów. Zauważmy jednak, że mieli oni określony konkretny dzień (czy i godzinę?), w którym ten potop miał nastąpić. Czy jednak Jezus w jakikolwiek sposób wskazywał konkretną datę, kiedy nastąpi koniec świata? Co więcej, chyba jest różnica między sytuacją, kiedy haniebną śmiercią ginie przywódca ruchu, a sytuacją, kiedy nie przylatuje statek kosmitów.
    2. Warto też zwrócić uwagę na inny szczegół eksperymentu. Wyjaśnienie tego, że potop nie nastąpił, następuje od razu i od razu członkowie grupy apokaliptycznej przechodzą do działania. Tymczasem zanim uczniowie Jezusa zrozumieją, co się stało mija sporo czasu. Co więcej, zdaje się, że w pierwszych dniach po śmierci Jezusa zamierzają po prostu iść do domów.
    3. A może na sprawę zapowiadanego przez Jezusa bliskiego końca trzeba spojrzeć inaczej niż proponują zwolennicy tezy apokaliptycznej? Gerhard Lohfink rzecz ujmuje (w skrócie) tak. Jezus jest skonfrontowany ze skandalem podziału ludu Bożego (faryzeusze, saduceusze, zeloci itd.). W tej sytuacji w całym kraju proklamuje panowanie Boga. I na znak tego panowania wybiera spośród ludu 12 mężczyzn: to jest początek Izraela czasów ostatecznych. Do tego zgromadzenia wielu w jakiś sposób należy: i ci, którzy idą za Nim, i ci, którzy pozostają w domach. Ale w tej wspólnocie wszyscy pomagają sobie nawzajem. Ale oczekiwanie bliskiego końca determinuje wszystko, co Jezus czyni. To oczekiwanie jest ściśle związane z wychowywaniem kręgu uczniów. Ale przepowiadanie panowania Boga jest proklamacją: nowy świat Boga przychodzi teraz, stoi u drzwi. W formowanym nowym ludzie Bożym to panowanie staje się rzeczywistością. Nie dziwi więc, że trzeba działać teraz, bo każda godzina jest cenna. Jezus był pewny, że Bóg działa teraz, że teraz wkracza w ten świat. (G. Lohfink, Przeciw banalizacji Jezusa)

  6. W nawiązaniu do Pani słów
    „Czy ten list został wysłany do Pawła Lisickiego?”
    pragnę zwrócić uwagę, że w tak ważnej i bynajmniej nie jedynej sprawie powinien wypowiadać się Urząd Nauczycielski Kościoła, a nie dziennikarz, który wyręcza instytucje kościelne poczuwające się do prawa autorytatywnego orzekania o treści wiary.

    Gdzie debata teologiczna, gdzie kazania pokazujące ciekawe kwestie, różne punkty widzenia, odmienne od spojrzenia Kościoła Katolickiego? Gdzie media katolickie przyciągające uwagę masowego odbiorcy, zajęte czymś innym niż głoszenie twierdzeń w rodzaju takiego, że uchylenie całkowitego zakazu aborcji w 1932r. spowodowało klęskę Powstania Warszawskiego?

    Oczywiście chwała Panu Lisickiemu, że na forum publicznym zabiera głos w sprawach ważnych dla wierzących, ale nie jest on historykiem ani teologiem, zatem jego publikacja nie może zachowywać wszelkich rygorów metodologicznych nauk szczegółowych.

    Paweł Lisicki podjął temat historycznego umocowania sformułowań dogmatycznych nicejskiego Credo w nauczaniu pierwotnej wspólnoty chrześcijańskiej z Jezusem historycznym jako wyrażającym szereg twierdzeń podstawowych w danej materii na czele. Wymaga to weryfikacji szeregu sformułowań teologicznych w powiązaniu z osiągnięciami przede wszystkim nauk historycznych.

    Takich tematów jest więcej, ale problem widzę po stronie Kościoła, który nie dokonuje konfrontacji dogmatyki z ustaleniami naukowymi.
    Np. ustalenia poczynione przez ks. Meiera, jak kwestia braci Jezusa i odniesienie tematu do dogmatu o Wieczystym Dziewictwie Maryi, co też podejmował na forum publicznym Paweł Lisicki, ale nie teolodzy naszego Kościoła, są przykładem ignorowania wiedzy i utrwalania rozdziału między nauką a wiarą.
    Pisałam odnośnie kwestii Jezusa historycznego, że może się ona stać podstawą ekumenicznej weryfikacji podstawowych treści wiary chrześcijan, co wymaga przezwyciężenia podziałów doktrynalnych, ale osiągnięcia uczonych z różnych dziedzin na nic się nie zdadzą, jeśli Kościół, przynajmniej Katolicki, okazuje im uznanie nie minutą ciszy, ale latami milczenia.

  7. Robercie,
    co do Twoich dwoch pierwszych punktow: z pewnoscia historia „przelomu paschalnego” i pozniejszych zabiegow chrystologicznych, zwiazanych z nie nadejsciem Krolestwa/Paruzji , na jaka czekali pierwsi chrzescijanie – rozni sie w wielu szczegolach od tego, co wydarzylo sie, gdy nie przylecieli kosmici pani Keech; gdy nie wygineli w Ameryce biali ludzie, mimo zapowiedzi Paignyai lub wtedy, gdy powstali adwentysci. (Wspolny mechanizm jest widoczny dopiero na nieco wyzszym poziomie abstrakcji, a nie we wszystkich szczegolach. Wspolna jest tylko sytuacja, kiedy nie spelniona przepowiednia zostaje przeformulowana, a rozczarowanie zneutralizowane misyjnoscia).

    Poza tym: te roznice w zakresie szczegolow chyba dzialaja we wszystkie strony ? Kazdy z tych „przeobrazonych” ruchow moze znalezc cos specyficznego dla siebie i w ten sposob sugerowac, jak Ty sugerujesz dla pierwszych chrzescijan – ze jednak w nim jest cos specjalnego, ze ta ogolna zasada jego akurat nie dotyczy. Przejscie od „inny” do „wyjatkowy” nie jest chyba az takie proste….

    Co do trzeciego pytania, mam watpliwosci co do „wychowywania kręgu uczniów”. Pamietajmy, ze Jezus niczego nie zapisal ani nie podyktowal. Dlaczego? W tekscie naszego listu dalismy poza tym liste sygnalow z NT, ze opoznianiu sie paruzji towarzyszylo rozczarowanie, niecierpliwosc. Jesli Krolestwo bylo obecne w Kosciele, „w formowanym nowym ludzie” – skad takie negatywne nastroje?

  8. Pani Anno,

    prosze tez zwrocic uwage, ze rekonstrukcje chrystologii jako historycznie rozwijajacej sie „od dolu do gory” potwierdzil nam tu obok takze prof. Wojciechowski. Jak inaczej odczytac jego slowa:

    „W najwcześniejszej chrystologii akcentowana też była paruzja. Wiarygodna jest hipoteza, że powstawanie chrystologii „odgórnej”, wzniosłej przebiegało jakby od końca do początku: bodźcem dla niej było spotkanie Zmartwychwstałego, a podjęła ona kolejno tematy paruzji, obecnej chwały Jezusa w niebie po zmartwych­wstaniu, śmierci, życia ziemskiego, przyjścia na świat, preegzystencji, odwiecznego Bóstwa.”

    O czym tu tak naprawde prof. Wojciechowski mowi?

    Przeciez „Paruzja” to nic innego, jak oczekiwanie na przyjscie Krolestwa Jahwe, zapowiadanego przez zydowskiego proroka Jezusa – z taka poprawka, ze po spotkaniach/wizjach zmartwychwstaniowych chrzescijanie zaczeli widziec w Jezusie nie tylko zapowiadacza, ale takze kluczowego bohatera nadchodzacych wydarzen. Moim zdaniem to „od konca”, o jakim mowi prof. Wojciechowski, oznacza po prostu, ze chrzescijanie nie zaczeli od Jezusa Boga, tylko na nim skonczyli – dokladnie odwrotnie, niz chce Pawel Lisicki. (Prof. Wojciechowski interpretuje to jednak nieco inaczej: nazywa niska chrystologie „ujeciem czesciowym”, a wysoka – „pelnym”, a w efekcie caly proces nazywa „uzupelnianiem”. Przyznam, ze te kategorie pelni/niepelnosci sa dla mnie w obrebie wywodu historycznego – niejasne).

    Zmierzam do wniosku: sprawy te sa dobrze znane takze katolickim biblistom. Mysle, ze to problem stylu. Prof. Wojciechowski mowi prawie to samo, co my z Andrzejem – ale moim zdaniem wplata watki teologiczne (jak ten o „pelni” chrystologii), ktore lagodza wymowe wnioskow historycznych. Biskupom bardzo latwo przeoczyc te warstwe tekstu, ktora zawiera rekonstrukcje przeszlosci.

  9. Do Pana Andrzeja (M) i Pani Anny (C)

    Dziekujemy za okazane nam zaufanie i pozytywne oceny. Historia wczesnego chrzescijanstwa to ciekawe miejsce spotkania wiedzy („historia”) i wiary („chrzescijanstwo”). Jest szansa na jakis wspolny jezyk ateistow i katolikow, moze? Chcialem w zwiazku z tym powiadomic, ze nie ograniczymy sie z Andrzejem do tego tylko artykulu, ale dzieki uprzejmosci Roberta – zalozylismy wlasnie caly nowy dzial na Kleofasie, „Sanktuarium” (w sensie „miejsca schronienia”, miejsca neutralnego, bo pod opieka osob z obu stron barykady swiatopogladowej w Polsce). Zapraszamy – wszystkich Panstwa tu obecnych – do czytania i komentowania.

    Co do wyslania naszego listu Panu Lisickiemu: zrobil to Pan Robert. Czekamy na odpowiedz 🙂

  10. Robercie,

    chciałem odnieść się do punktu pierwszego i drugiego Twojego komentarza.

    Różnice: różnice muszą istnieć, ponieważ każda sytuacja, gdy chodzi o szczegóły, jest inna. Dwunastu uznało, że ich nadzieje nie skończyły się wraz z Krzyżem, bo Jezus dał im się poznać jako żywy. Dzień YHWH stał się faktem, wskrzeszenie, które zapowiadali prorocy, nastąpiło: najpierw ich Mistrz jako pierwszy, a już niedługo pozostała część ludzkości (zob. 1 Kor 15, 23).

    W judaizmie i chrześcijaństwie, spoglądając historycznie na te religie, zauważamy, że odpowiedzią na różne koleje losu, pomimo iż obydwa wierzenia tak chętnie mówią o różnicach, była ucieczka do tych samych prefiguracji, archetypów czy symboli.

    Przykład (jeden z wielu): Sabbataj Cwi w apokaliptycznym 1666 roku ogłosił, że zbawienie jest blisko i że on jest Mesjaszem. Dobra nowina spotkała się z niesamowitym entuzjazmem w społecznościach żydowskich we Włoszech, Holandii, w Niemczech i w Polsce. Wieki prześladowań, zepchnięcia na margines i pogromy spowodowały, że masy uległy iluzji nadchodzącego królestwa Bożego. Niektórzy w entuzjazmie zaprzestali pracy lub prowadzenia interesów; w synagogach – gęsto rozsianych na terenie Imperium Osmańskiego – zaprzestano wymawiania imienia sułtana, wprowadzając w to miejsce imię mesjasza. Ludzie zostali dowartościowani; zbawienie wreszcie przestało być duchową iluzją, lecz zaczęło się konkretyzować.

    Mesjasz wybrał dwunastu uczniów na sędziów plemion Izraela i rozpoczął wędrówką do Palestyny. Schwytany przez sułtana i postawiony przed wyborem: konwersja na islam lub śmierć – Sabbataj wybrał apostazję. Choć z początku rozentuzjazmowany tłum nie dawał wiary w tak szybką klęskę, to jednak konwersja Sabbataja okazała się faktem. Rozpoczęło się to, co praktycznie przydarza się w historii Żydów nagminnie, i to już od czasów biblijnych: próby transformacji klęski materialnej w zwycięstwo duchowe.

    Jan Doktór (prowadził w latach 1992-1993 wykłady na temat mesjanizmu na Uniwersytecie w Hamburgu) wyjaśnia: „Po konwersji zaczęto mówić, że Sabbataj jest mesjaszem z domu Józefa, którego zadaniem było jedynie przygotowanie gruntu dla ostatecznego zbawienia. Niektórzy próbowali pogodzić ten pomysł z roszczeniami Sabbataja, który zawsze przedstawiał się za mesjasza z domu Dawida, i sugerowali, że mógłby on połączyć role obu mesjaszy; teraz spełniłby zadania mesjasza upadłego, a po zakończeniu misji w islamie – w tym czy następnym wcieleniu – wróciłby jako zwycięski Syn Dawidowy. […] Natan łączył ustępy o słudze Bożym z domu Efraima (Józefa) z Iz 53 z mistycznym procesem uwalniania ze skorup iskier świętości. Zadaniem mesjasza było zstąpienie do królestwa skorup, to jest do obcej religii, i wyzwolenie uwięzionych tam świętych iskier. […] Za pomocą modeli i terminów kabały luriańskiej Natan zbudował kosmologię, która miała utwierdzić wyznawców mesjasza w przekonaniu, że jego konwersja jest zgodna z logiką mesjańskiego procesu i że wielokrotnie zapowiadały ją Biblia, Talmud, Zohar, tylko że nie potrafiono dotąd tych zapowiedzi właściwie odczytać” (J. Doktór, Śladami mesjasza-apostaty; żydowskie ruchy mesjańskie w XVII i XVIII wieku a problem konwersji, Warszawa 1998 s. 45. 47. 48).

    Sabbataizm w niektórych kręgach coraz bardziej się rewidował. Zaczęto tworzyć teologię wcielenia: dla Abrahama Cardozo – Sabbataj został wywyższony i wstąpił do niebios jako Bóg, i zajął pozycję YHWH, drugiego parcufa (G. Sholem, Redemption Through Sin, w: „The Messianic Idea in Judaism and Other Essays on Jewish Spirituality”, New York 1971, s. 124. 130. 136).

    Czy to hańba Krzyża, czy to hańba apostazji nie spowodowała w tych nurtach załamania, lecz ucieczkę w metafizyczne rozważania, a hańbę zacierano poprzez trend coraz gwałtowniej deifikujący założycieli stojących u podstawy tych ruchów. Oddalające się przyjście Kyriosa transformowało oczekiwania chrześcijan z materialnych w duchowe. To kryzys odejścia od eschatologii (Enteschatologisierung) otworzył drogę dla kościelnych dogmatów.

    Czy jednak historyk wierzący, który akceptuje główny nurt nauki świeckiej dotyczącej genezy chrześcijaństwa, jest skazany na niewiarę? Jest skazańcem i więźniem badań i jedynym jego wyjściem jest ateizm? Przenigdy.

    Po pierwsze, samo Wcielenie nie implikuje poznania w sposób wewnętrzny przez Jezusa swojej boskiej tożsamości. Gdyby Jezus był Bogiem i nie wiedziałby nic o tym, to nie zaistniałaby żadna sprzeczność strukturalna. I po drugie, jak wyjaśnia ks. Grzegorz Strzelczyk, „z punktu widzenia ortodoksyjnego chrześcijaństwa (chrystologia Chalcedonu), w ludzkiej świadomości przedpaschalnego Jezusa wcale nie musiał się pojawić komunikat «jestem Bogiem». Może warto – dla mniej zorientowanych w chrystologii – nieco sprawę wyjaśnić. Otóż sformułowana w V wieku, na Soborze Chalcedońskim formuła hermeneutyczna, mająca rozjaśniać «ontologiczną» konstytucję Jezusa broniła między innymi integralności człowieczeństwa Jezusa: to nie był człowiek z boskim umysłem, nie mogło być mowy o żadnym zmieszaniu się boskości i człowieczeństwa […] ludzka świadomość i w ogóle psychika Jezusa rozwijała się zgodnie z prawami, które dotyczą każdego homo sapiens. Z punktu widzenia «dojrzałego» dogmatu, wręcz należałoby oczekiwać u Jezusa świadomości «synowskiej» (to Syn stał się człowiekiem), a nie «boskiej» (tej oczekiwalibyśmy przy wcieleniu Ojca)” (G. Strzelczyk, Glossa do kwestii samo-świadomości, 2012.07.07, 07:06).

    Gdy pozostaniemy przy rekonstrukcji obrazu Jezusa literackiego u synoptyków, czyli recepcji podlegającej wszelkim prawom swojego tekstowego habitatu, to człowieczeństwo Nazarejczyka nie ulega żadnej wątpliwości. Jednak człowieczeństwo Jezusa w przepowiadaniu – przynajmniej w Kościele rzymskokatolickim – jest wymiarem nieustannie naruszanym i zepchniętym na margines. Jego ludzką naturę postrzega się poprzez figurę Boga Wszechmogącego – nie zastanawiając się przy tym nad problemem samej kenozy i tego, z czym ona się wiąże. Prowadzi to, w zasadzie, do czegoś, co ks. Grzegorz Strzelczyk nazwał monofizytyzmem praktycznym. By zlikwidować te tendencje polski teolog zaproponował następujące rozwiązania:

    nienadużywanie tytułu „Bóg” w odniesieniu do Jezusa przy jednoczesnym pomijaniu określenia „człowiek”;
    ostrożne stosowanie bezpośredniego przypisywania Jezusowi ziemskiemu (ludzkiej naturze) boskich działań i własności. Dotyczy to zwłaszcza kwestii wiedzy Jezusa;
    niepomijanie typowo ludzkich cech Jezusa, także (zwłaszcza!) takich, które kontrastują z boskością;
    ostrożne rozwijanie wątków dotyczących doskonałości człowieczeństwa Jezusa, które łatwo mogą prowadzić do mitologizacji Jego postaci, przesuwając ją na poziom niejako nad-ludzki;
    preferowanie narracji (w stylu ewangelicznym), opowiadania o wydarzeniach w stosunku do abstrakcyjnych tez chrystologii spekulatywnej
    (Tenże, Monofizytyzm praktyczny? O problemach z wyznawaniem integralnego człowieczeństwa Chrystusa w: „Studia Pastoralne” 2 [2006], s. 276-277).

    Nie można przeprowadzać równania symetrycznego: „Jezus był Bogiem”=„Bóg był Jezusem”, bo to nie to samo. Unia hipostatyczna nie zakłada wchłonięcia natury ludzkiej przez naturę boską. Żydowski zarzut idolatrii (tj. w tym wypadku: jezusolatrii) jest nadal aktualny.

    Pozdrawiam.

  11. Należy też zwrócić uwagę, że kwestia „historycznego Jezusa”, oraz sprawa początków chrześcijaństwa, jest w Polsce zdominowana – w przeciwieństwie do tego, co spotykamy na „zachodzie” – przez badaczy spoglądających na to z pozycji konfesyjnych; a więc nie zawsze możemy liczyć na bezstronne i pozbawione apologetyki teksty. Głód i poszukiwanie neutralnego spojrzenia na to zagadnienie sprawia, że polski czytelnik wpada w „bagno” konkurujących ze sobą poglądów; może on zniechęcić się i zdziwić się jeszcze bardziej niż wcześniej.

    Gdy przeglądamy fora dyskusyjne, wciąż możemy obserwować niesłabnące zainteresowanie poglądami Zenona Kosidowskiego autora Opowieści ewangelistów. Ale przecież jego sceptycyzm, inspirowany Rudolfem Karlem Bultmannem, został już w dużej mierze pokonany. Pewna świeżość w dyskursie została osiągnięta dzięki polemikom z poglądami byłego katolickiego księdza prof. Tomasza Węcławskiego (dziś Tomasz Polak) oraz dzięki debatom ponadwyznaniowym organizowanym przez ateistę i popularyzatora „Jezusa historycznego” Dariusza Kota.

    Książka Pawła Lisickiego Czy Jezus jest Bogiem? Od judaizmu do chrześcijaństwa jest na tym tle ogromnym cofnięciem się polskiej biblistyki. Aż dziw bierze, że taka pozycja w ogóle znajduje swoich zwolenników, świeżo po opublikowaniu monumentalnego dzieła Chrześcijaństwo a judaizm rabiniczny, gdzie dziesięciu najwybitniejszych uczonych, Żydów i chrześcijan (Harold W. Attridge, James H. Charlesworth, Shaye J. D. Cohen, James D. G. Dunn, Louis H. Feldman, Isaiah M. Gafni, Dennis E. Groh, Lee I. A. Levine, Ed P. Sanders, Hershel Shanks, Geza Vermes), zaprezentowało w sposób syntetyczny i z ogromną erudycją, jak bardzo skomplikowanie i niejednoznaczne były początki chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego – dwóch religii odwołujących się do tradycji judaizmu preortodoksyjnego: ruchu wędrownego Jezusa i faryzeizmu. Rozejście się tych judaizmów było procesem długotrwałym, który uległ przyspieszeniu po wielkim sukcesie ewangelizacyjnym chrześcijan w środowiskach małoazjatyckich, syryjskich, egipskich i europejskich. To te wspólnoty złożone z etnochrześcijan odpowiadają za oderwanie się nazarejczyków od głównego pnia judaizmu, który, jednocześnie, stawał się coraz bardziej rabiniczny.

    Rozbrat ten przyczynił się do licznych nieporozumień oraz antyjudaizmu, który był swoistego rodzaju odpowiedzią chrześcijaństwa na polemiczne wątki literatury rabinicznej. Z czasem, po przejęciu władzy politycznej przez chrześcijan, skutkowało to prześladowaniami, pogromami oraz mordami na ludności żydowskiej, o dziwo, w imię Jezusa-Żyda.

  12. Pani Anno,
    gdyby Kościół chciał podążać za hipotezami naukowymi i zestawieniami sumy prawdopodobieństw (jak np. w sprawie braci Jezusa; np. sam pan Andrzej Nowicki mówi w kategoriach „najbardziej prawdopodobne”), to dawno by już zatracił już swoją tożsamość. Przez 150 lat w egzegezie naukowej tyle było już hipotez głoszonych z ogromnym przekonaniem, a dziś odrzuconych (począwszy od koncepcji warstw Pięcioksiągu).
    Tezy rodzą antytezy. Nie widzę, czemu równie prawdopodobna naukowo nie mogłaby w kwestii tzw. braci Jezusa być teza Johna Mc Hugha (polecam przy okazji książkę „Dziewica Maryja w wierze katolickiej”).
    Poza tym, kazania są wkomponowane w przestrzeń liturgii, a ta opiera się o stary aksjomat „lex orandi, lex credendi” i z tego tytułu nie służy popularyzacji hipotez naukowych. Podobnie, jak myślę – media szerokiego użytku. Od takich dyskusji są właśnie tego typu fora czy sympozja naukowe.
    A wolność w przyjmowaniu prezentowanych tez rodzi się z integralnego doświadczenia wiary, wykraczającego poza dociekania, którym nie ma końca. Problemem byłoby, gdyby Kościół opierał się tezom tak krytycznie opracowanym, że całkowicie potwierdzonym. Nie uważam osobiście, żeby taki charakter posiadały te ks. Meiera czy kogokolwiek z tutejszych dyskutantów. Historia egzegezy potwierdza, że za 20-30 lat możliwa jest dyskusja na tym samym forum, która dzisiejsze przekonania będzie kazała potraktować z dużą dozą ironii.

  13. Panie Andrzeju (K), pisze Pan w obawie o „tozsamosc” Kosciola, nie chce Pan jej „zatracenia”. Zastanawiam sie, czy wypowiadajacy sie tu chrzescijanie maja podobne nastawienie do tej tozsamosci? A co jesli – jak sugeruje nasz tekst, a wlasciwie badacze, na ktorych sie powolujemy – tozsamosc ta (poNicejska) nie znajduje odbicia w najwczesniejszych zrodlach, a zatem trudno ja wiazac z historycznym Jezusem?

  14. Powiem to jeszcze inaczej, panie Andrzeju: nie wydaje mi sie, aby wybor byl miedzy „tozsamoscia Kosciola”, a wynikami krytycznych badan akademickich. Wydaje mi sie, ze wybor jest miedzy wynikami tych starozytnych badan, jakie przeprowadzili nad wczesnymi pismami biskupi, ktorzy stworzyli ortodoksyjna, poNicejska chrystolgia – a wynikami badan teologow z ostatnich lat Jesus Quest, opartych na aparaturze wspolczesnej historiografii. Kto dysponowal lepszymi narzedziami poznawczymi i osiagnal lepsze wyniki?

    Przedstawilismy dosc obszerna dokumentacje podmiotowa i przedmiotowa naszej tezy, Pan ograniczyl sie do stwierdzenia, ze nasze tezy nie sa „tak krytycznie opracowanym, że całkowicie potwierdzone”. A tezy Ojcow Kosciola Pan uwaza za „całkowicie potwierdzone”? Jesli nie, to nie rozumiem tego Pana argumentu.

  15. Panie Andrzeju (K),

    można dyskutować o różnicach pomiędzy tezami historycznymi ks. Johna Meiera a Johna McHugha w kwestii rodzeństwa Jezusa Chrystusa, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze należy zaprzestać w takiej dyskusji windykacji swojej prawowierności i, po drugie, należy oddzielić sprawę rodzeństwa Jezusa od domniemanego wieczystego dziewictwa Maryi, bo to dwa odrębne zagadnienia.

    Np. Lisicki wykorzystując fakt, że John Meier jest katolickim duchownym, pozwolił sobie na wiele cynicznych uwag podważających szczerość intencji i podstaw wiary profesora; ale dyskredytują one nie Meiera, lecz jego, jako niezależnego publicystę.

    Obraz księdza, który wyłonił się z dywagacji Lisickiego, jest wręcz koszmarem: to agnostyk, niegodny noszenia szat duchownego i hipokryta, posługujący się prawdopodobieństwem, by ukryć swoje prawdziwe poglądy. Ale publicysta nie zauważył, że prawdopodobieństwem nie posługuje się w biblistyce li tylko Meier, ale każdy historyk, w tym i jego guru: Richard Bauckham, którego wywody tak ceni Lisicki.

    Nawiązując do krytyki tez Meiera, które odnoszą się do braci i sióstr Jezusa, Lisicki przywołał słynną konkluzję księdza:

    Oczywiście wszystkie te argumenty – nawet, wtedy gdy zostaną potraktowane łącznie – nie tworzą absolutnej pewności w sprawie, w której jest tak mało dowodów. Niemniej, jednak jeśli – w oderwaniu od późniejszej wiary i nauczania Kościoła – historyk zostanie poproszony o wyrażenie swojego poglądu na Nowy Testament i teksty patrystyczne, które musiał przebadać, po prostu jako źródła historyczne, to najbardziej prawdopodobna jego opinia będzie taka, że bracia i siostry Jezusa to Jego naturalne rodzeństwo (John. P. Meier, A Marginal Jew: Rethinking the Historical Jesus, tom 1, AB Reference Library, New York: Doubleday, 1991, s. 331=The Brothers and Sisters of Jesus in Ecumenical Perspective, CBQ 54 [1992] s. 26).

    Jest pełen oburzenia dla Meiera za jego „prawdopodobieństwo”, albowiem właściwie odczytując źródła z pierwszego wieku, należy twierdzić, iż Jezus miał naturalne rodzeństwo, z czysto historycznego punktu widzenia.

    W polemice z Meierem, Bauckham odpowiedział następująco:

    Doszedłem do rozbieżnego wniosku: chociaż perspektywa Hieronima jest bardzo mało prawdopodobna – to jednak nie ma historycznych dowodów na rzecz Helwidiusza albo, innymi słowy, dowody te nie są czynnikiem mogącym zadecydować na rzecz większego prawdopodobieństwa opinii Helwidiusza lub też opinii Epifaniusza (Richard Bauckham,The Brothers and Sisters of Jesus: An Epiphanian Response to John Meier, CBQ 56 [1994], s. 687).

    Natomiast gdy chodzi o tzw. dziewictwo Maryi po narodzinach Jezusa, Bauckham zdecydowanie stwierdza, iż historyczne argumenty za poglądem Epifaniusza, na kwestię braci i sióstr Jezusa, nie należy przyjmować jako przesłanki przemawiającej za wieczystym dziewictwem Maryi, dla którego – uważam – brak jest dobrych dowodów historycznych (Ibidem, s. 689).

    Czy Lisicki lub Pan, byłby w stanie stwierdzić, że pogląd mówiący o tym, iż bracia Jezusa to domniemani kuzyni (Hieronim), nie zwiększa prawdopodobieństwa na dziewictwo Maryi, ponieważ dla tego drugiego brakuje dowodów w materiałach z pierwszego wieku? Czy tutaj doszedłby Pan jednak do granicy własnego „historycznego” podejścia?

    Bauckham zakłada, że Józef i Maryja pozostawali ze sobą w zwyczajowych stosunkach małżeńskich, ale w ich trakcie nie doszło do poczęcia dzieci – jest to przecież zdarzające się dość często zjawisko. Prawdopodobnie…

  16. pogubiłem się w kolejności komentarzy, który jest odpowiedzią na który…

    ale mam kilka uwag:
    – nie ma najmniejszej potrzeby wciągania sporów Hieronima z Helwidiuszem, do dyskusji na temat historyczności Jezusa, kwestia dziewictwa Matki Bożej, ante, in i post jest z punktu widzenia historii niefalsyfikowalna czyli poza tym dyskursem – jest to kwestia wiary i argumentów teologicznych ale… to zupełnie inna historia. Dla Hieronima to muszą być kuzyni, przecież Jezus nie miał braci.
    – kwestia dochodzenia do pewny prawd w wierze Kościoła jest oczywista, zatem należy skupić się na pewnych niuansach. Czy apostołowie wierzyli, że Jezus jest Bogiem? Wyznawali w nim Mesjasza, ale jak rozumieli posłanie mesjańskie czy pojęcie Syn Człowieczy? Jedna rzecz jest pewna – pojmowali to odmiennie od tego jak pojmujemy to my. I problem polega na tym, że nasze pojmowanie nie jest ani lepsze ani gorsze od tego jakie mieli pierwsi uczniowie Jezusa.

    I tutaj dochodzimy do sedna – Jesus Quest, ani inne badania historyczne nie wpływają na przekaz wiary. Ani negatywnie ani pozytywnie! Dlaczego więc są potrzebne? Z banalnego powodu: my ludzie jesteśmy ciekawi świata i należy to wykorzystywać.

  17. Panie Juliuszu, nie jestem pewny, co Pan mial na mysli stwierdzajac, ze ” badania historyczne nie wpływają na przekaz wiary”. Czy to jest obserwacja (rzeczywiscie nie wplywaja) czy postulat (nie powinny wplywac)?

    Jesli to obserwacja: idzie ona na przekor tym obserwacjom, ktore sklonily Papieza Benedykta i naszego Pawla Lisickiego do publikowania ich ksiazek o Jezusie historycznym. Papiez pisal o „rozziewie” miedzy Jezusem wiary i Jezusem historykow, Lisicki – jak cytowalismy powyzej – obawia sie obrazu nauki Kosciola jako „wypaczenia” wizji Jezusa, Obaj widza zatem przekaz wiary jako zaklocony, uszkodzony przez zainteresowania historyczne. W kazdym razie – jakis wplyw historii na „przekaz wiary” jednak ich zdaniem zachodzi.

    Ja od dawna podpowiadam drugi sposob mozliwego wplywu: badania historyczne jako potencjalne zrodlo wzbogacenia zasobow ideowych chrzescijanstwa, odzyskania wielu tradycji, ktore w dawnych czasach byc moze zbyt pospiesznie zostaly odrzucone jako „heretyckie”, a dzis moglyby sie przydac.

    Przede wszystkim zas: historycznej wiedzy tak czy tak nie mozna uniknac, jesli sie chce w ogole zrozumiec, o co w ewangeliach chodzi. Jezus przewraca stoly w swiatyni w Jerozolimie. (Wazne wydarzenie, w ktorym mozna upatrywac przyczyny jego skazania i smierci). Dlaczego to zrobil? Czy byl po prostu przeciwny „robieniu interesow na religii”? Czy jednak bylo w tym cos wiecej, czego nigdy nie zrozumiemy bez – pochodzacej juz spoza ewangeli – wiedzy o zydowskich apokalitycznych oczekiwaniach „odnowienia Swiatyni” i moralnosci?

    Darrel Bock ostrzega: zawsze potrzebujemy jakiegos kontekstu, aby zrozumiec, co sie dzieje w zrodlach sprzed 2000 lat. (http://www.christianitytoday.com/ct/2010/aprilweb-only/24-51.0.html). Moim zdaniem, jesli czytamy ewangelie bez przywolywania wynikow badan wspolczesnych , to wcale nie znaczy, ze mamy do niej jakis „bezposredni” dostep, zdolny do ominiecia wiedzy historycznej! Znaczy to tylko, ze nieswiadomie opieramy sie na kontekscie historycznym takim, jaki zostal zrekonstruowany w badaniach dawniejszych, byc moze juz po czesci lub zupelnie nieaktualnych – tych, do ktorych odwolywali sie nasi nauczyciele, a przedtem nauczyciele naszych nauczycieli (wykladowcy w seminariach, ksieza podczas katechez itp). Podobnie jest z tzw. zdrowym rozsadkiem: wg. ks. dra Zbigniewa Liany jest to po prostu wiedza o swiecie, pochodzaca z dawnych czasow, jaka sie osadzila w zdrowym rozsadku.

    Podsumowujac: w Jesus Quest nie chodzi chyba o jaks „niezdrowa ciekawosc”, ale o poziom i jakosc zrozumienia tego, co sie czyta w zrodlach, na ktorych opiera sie chrzescijanski swiatopoglad.

  18. Witam
    Zastanawia mnie, czemu w Dziejach Apostolskich nie głosili Apostołowie, że Jezus jest Bogiem Jahwe, skoro w to podobno wierzyli? Np. jak rozumieć werset: „Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg (…) którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem i Mesjaszem” (Dz 2:32, 36).

    pozdrawiam szymon

  19. Panie Szymonie,
    Jezus w sposób bezsprzeczny został w Nowym Testamencie określony tytułem „Boga” trzykrotnie (dwa razy w Ewangelii według świętego Jana oraz w Liście do Hebrajczyków), nigdy przez siebie expressis verbis – nawet w tradycji Janowej. By załagodzić ten niepokojący obraz – niepokojący dla tradycyjnej chrystologii – udowadnia się, za pomocą pośrednich wskazówek, boską świadomość historycznego Jezusa. Przy czym pomija się tu świadectwo tradycji Janowej, która w opinii biblistów jest swoistego rodzaju kontemplacją słów Jezusa z Mt 11, 25-27=Łk 10, 21-22, odczytanych w blasku paschalnego poranka. Jezus historyczny jest możliwy do odzyskania jedynie u synoptyków.

    Ks. Krzysztof Paczos – idąc za dominikaninem M-E. Boismardem – odwołuje się do dwóch tekstów Nowego Testamentu: Listu do Tytusa (zob. Tt 2, 13) oraz Pierwszego Listu świętego Jana (zob. 1 J 5, 20), które mają wyrażać explicite bóstwo Jezusa. Stwierdzając: Jeden i drugi są bardzo późne. Można je spokojnie datować na koniec I wieku, a nawet później. To jest jakaś odpowiedź na pytanie, kiedy uczniowie rozpoznali Boga w Jezusie (ks. Krzysztof Paczos, Bóstwo Jezusa – kiedy odkryto, didaskalos: 2012.07.07, 14:02). Rozpoznanie to jest bardzo niewyraźnie zarysowane w Nowym Testamencie – stąd spory, do których doszło, i dochodzi, na przestrzeni wieków.

    Biskup John Shelby Spong rozróżnił szereg warstw narastającej deifikacji Nazarejczyka, która w sposób niezwykle gwałtowny zaczęła przybierać na sile, wraz z opuszczeniem sekty nazarejczyków jej podłoża żydowskiego (zmiana struktury narodowościowej ruchu), kiedy żywioł poganochrześcijański zaczął być głównym, jeśli nie jedynym, składnikiem i czynnikiem zmian paradygmatów kerygmy. Emerytowany biskup stwierdza, że dla Pawła momentem, w którym Jezus został ustanowiony Synem Bożym, jest Jego wskrzeszenie (John Shelby Spong, Liberating the Gospels: Reading the Bible with Jewish Eyes [Freeing Jesus from 2000 years of misunderstanding], HarperSan Francisco, New York 1997, s. 223). Słowa te zostały napisane ok. 53 roku, a więc niecałe dwadzieścia parę lat po egzekucji Nazarejczyka. Ich rozumienie jest zbieżne z cytatem z Dz 2, 32nn, który Pan przywołał.

    Dziesięć lat po tych słowach – i pięciu po męczeńskiej śmierci Apostoła Narodów – redaktor Ewangelii Marka udzielił innej odpowiedzi: Jezus został Synem Bożym w trakcie zanurzenia wykonanego przez Jana w rzece Jordan; to wtedy – informuje Spong – dokonał się akt adopcyjny Jezusa, Bóg przyjął Go jako swojego Syna.

    Następne przesunięcie następuje w Ewangeliach świętych Mateusza i Łukasza, kiedy Jezus zostaje Synem Bożym na skutek narodzin z Boga i dziewiczej Matki. Biskup nie przyznaje tym opisom historyczności. Według niego „dzieworództwo było w starożytności częstym sposobem wyjaśniania wyjątkowych cech przywódcy” (Tenże, Jesus for the Non-Religious, New York 2007, s. 31).

    Kulminacją nowotestamentalnej chrystologii jest święty Jan, albowiem, według niego, Jezus nie został ustanowiony Synem Bożym ani poprzez wskrzeszenie, ani poprzez dziewicze poczęcie, lecz był obecny u Boga już od samego początku.

    Ważny jest tu fakt, który dostrzegł niegdyś wiodący katolicki biblista Raymond Brown, że „Mateusz i Łukasz nie wykazują żadnej świadomości preegzystencji; najwidoczniej poczęcie, było dla nich początkiem (zrodzeniem) Syna Bożego”. Brown zauważa, że Łk 1, 35 „pociąga za sobą przyczynowość”, a to jest „kłopotliwe dla wielu ortodoksyjnych teologów, ponieważ w tradycyjnej teologii inkarnacji poczęcie z Ducha Świętego nie jest przyczyną egzystencji Syna Bożego” (Raymond E. Brown, The Birth of the Messiah, New York 1999 31nn: Nihil Obstat – Myles M. Bourke, Imprimatur – Patrick J. Sheridan).

    Im bardziej cofamy się chronologicznie w warstwach Ewangelii – tym mniej Jezus jest boski, a bardziej ludzki. Chociaż, bezsporne chrześcijańskie rozumienie Bożego ojcostwa w stosunku do Jezusa w Nowym Testamencie, jest teologicznie rozpoznawalne, i to nie jako plenarna metafora, to jest ono głęboko sprzeczne z rozumieniem żydowskim, wyrażonym w hebrajskiej Biblii i w literaturze rabinicznej. Wiele wydaje się wskazywać, że chrystologia Listu do Hebrajczyków oraz Ewangelii według świętego Jana nie jest zakorzeniona w naukach historycznego Jezusa, ba, nie jest ona nawet zakorzeniona w nauczaniu pierwotnej gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie.

    Nie ulega żadnej wątpliwości, że Jezus czuł się powołany do spełnienia wyjątkowej misji wobec Izraela. Obojętne czy była to misja proroka-zwiastuna nadchodzącej burzy ogniowej (dnia YHWH), czy Mesjasza zapowiadającego nadejścia PANA na obłokach wraz z aniołami zniszczenia, Nazarejczyk musiał być przekonany o swojej unikalnej roli. Potwierdzają to bezsprzecznie nasze najlepsze i najstarsze źródła: Q i Marek.

    Od czasu pracy Joachima Jeremiasa wbito olbrzymi klin w nauczanie o ojcostwie Boga w Starym Testamencie i Nowym Tetamencie. Nie bez znaczenia są bardzo podobne próby wywołania analogicznego fermentu w strukturze judaizmu współczesnego Jezusowi i tego następującego po zburzeniu Świątyni, tj. judaizmu rabinicznego.

    Joachim Jeremias uważał, że wyrażenie ˒Abbā˒ było określeniem „bez szacunku” (disrespectful; J. Jeremias, The Prayers of Jesus, Naperville: Allenson, 1967, s. 62). By w końcu stwierdzić:

    Dla żydowskiego umysłu byłoby czymś lekceważącym, a nawet czymś nie do pomyślenia nazywać Boga poprzez „Abba” [Tatuś]. To było coś nowego, coś wyjątkowego i niespotykanego, że Jezus odważył się na ten krok i rozmawiał z Bogiem, jak dziecko rozmawia z ojcem, po prostu głęboko i spokojnie (Tenże, The Central Message of the New Testament, London, SMC, 1965, s. 21; ABBA. Studien zur neuentestamentlichen Theologie and Zeitgeschichte, Goetingen: Vandenhoeck&Ruprecht, 1966, s. 63).

    Jeremias zawiesił misję Nazarejczyka na jednym „gwoździu” – ˒Abbā˒:

    Mamy do czynienia z czymś nowym i niespotykanym, co przełamało granice judaizmu. Tutaj widzimy, kim był historyczny Jezus: Człowiekiem, który miał prawo do określenia Boga jako „Abba”, a wszystko to dotyczy również grzeszników i celników w królestwie, poprzez zezwolenie im na powtórzenie jednego słowa, „Abba, drogi Ojcze” (Tamże, s. 24).

    Zanim omówię bardzo subtelną próbę dotarcia do świadomości boskiej Jezusa poprzez ipsissima vox Iesu u Jeremiasa – należy określić, czego na pewno nie zrobię. Nie odniosę się do pracy księdza Witolda Marchela, ponieważ – w opinii wielu egzegetów – nie może sobie ona rościć prawa historycznego podejścia do omawianego zagadnienia (Witold Marchel, La Priere du Christ et des Chrétiens, Rome: Biblical Institute Press, 1971). Marchel bowiem uznał pewne pojęcie ojcostwa za religijnie lepsze i starał się oceniać rabiniczne źródła z pewności jego własnego rozumienia teologicznego. Jego zamiar jest już czytelny od samego początku: poszczególne etapy judaistycznego rozumienia ojcostwa – to stacje do pełnego jego odczytania, które przyniósł Jezus i chrześcijaństwo. Jak stwierdził Alon Goshen-Gottstein, „Marchel zaprezentował w bardzo prostackiej formie to, co Jeremias zaoferował z bardzo wielką finezją” (Alon Goshen-Gottstein, God the Father in Rabbinic Judaism and Christianity: Transformed Background or common Ground? „Journal of Ecumenical Studies”, 38:4, Spring 2001, s. 3).

    Najpierw należy wytłumaczyć dwa nieporozumienia, które ciążą na tym zagadnieniu.
    Po pierwsze, gdzieniegdzie, pod wpływem chrześcijańskich badaczy, próbuje się przekładać „Abba” jako „Tato”. Obecnie zdecydowanie odchodzi się od takich tłumaczeń, ponieważ są one bardzo słabo uargumentowane. Mary Rose D’Angelo, znawca języka aramejskiego i tłumacz Targumów, podsumował to następująco:

    Sam Nowy Testament daje inny odczyt αββα. Każde z trzech miejsc, w których występuje αββα, jest tłumaczone na grecki poprzez πατερ, ojciec. Ten przekład precyzuje jak rozumieli jego znaczenie autorzy […]. Ale to nie jest zdrobnienie będące formą dziecięcego języka. Istnieją greckie zdrobnienia od ojca (np. παππας [pappas]), ale wspólnota nie zdecydowała się ich używać (Mary Rose D’Angelo, Journal of Biblical Literature, 111, No. 4, 1992, s. 615-616).

    Po drugie, sam charakter zachowanych modlitw palestyńskiego judaizmu jest taki, że są to modlitwy wspólnotowe. Nawet dzisiaj do Boga bardzo rzadko zwracamy się w publicznej modlitwie poprzez zwrot: „Ojcze mój”. Nie zachowany jest rejestr modlitw prywatnych z wyjątkiem „Ojcze w niebie”. Liturgia różni się od dydaktyki i w zupełnie inny sposób artykułuje wiarę. Modlitwa konkretyzuje się w głos społeczności i dlatego jest zawsze używana w liczbie mnogiej, podczas gdy powiedzenia wyrażają poglądy indywidualnego nauczyciela. Co ważniejsze, nie posiadamy tekstów liturgicznych (świątynnych i synagogalnych), które pochodziłby z czasów współczesnych Nowemu Testamentowi! Baza porównawcza pochodzi z późniejszego okresu, i tylko dzięki przypuszczeniom i retro-projekcji stwierdzamy, że jakieś ich tworzywo pochodzi z pierwszego wieku.

    Stopień zażyłości Żydów z YHWH można rozpoznać równie dobrze poprzez badania onomastyczne. Teoforyczne imiona wskazują, że Żydzi, i to już od najdawniejszych czasów, nie mieli problemu w swobodnym i czułym określaniu swoich stosunków z Bogiem: Jonadab, „YHWH jest hojny” (2 Sm 13, 3. 5), Abinadab, „(Mój) Ojciec jest hojny”(1 Sm 7, 1; 16, 8) , Ahinadab, „(Mój) Brat jest hojny” (1 Krl 4, 14); Amminadab, „(Mój) Krewny jest hojny” (Lb 1, 7; 7, 12), Abiezer, „(Mój) Ojciec jest ratunkiem” (2 Sm 23, 27), Eliezer, „(Mój) Bóg jest ratunkiem” (Wyj 18, 4), Ahiezer, „(Mój) Brat jest ratunkiem” (1 Krn 12, 3); Joel, „YHWH jest Bogiem” (1 Sm 8, 2), Abiel, „(Mój) Ojciec jest Bogiem”(9, 1), Ammiel, „Mój Krewny jest Bogiem” (Lb 13, 12), ; Joab, „YHWH jest Ojcem” (2 Sm 8, 2); Joah, „YHWH jest Bratem” (2 Krn 29, 12); Abijah, „(Moim) Ojcem jest YHWH” (1 Sm 8, 2); Ahijah, „(Moim) Bratem jest YHWH” (14, 3), Elijah, „(Moim) Bogiem jest YHWH” (2 Krl 1, 3. 4. 8. 12).
    Gdyby Żydzi rzeczywiście czuli się zgorszeni tym, że ktoś nazywa YHWH swoim Ojcem, to nie mogliby oni czytać nawet Pisma Świętego, a znaczna część Izraelitów noszących imiona teoforyczne, jak m.in. Abinadab, Abiezer, Abiel czy Joab, musiałaby zostać ukamienowana. To oczywisty nonsens.

    Od 2001 roku problem pochodzenia inwokacji אבא jedynie od Jezusa stał się jeszcze bardziej skomplikowany (Marc Philonenko, Le Notre Père. De la Prière de Jésus à la prière des disciples, Bibliothèque des Histoires, Paris 2012, s. 58). Historyk religii ze Strassbourga na podstawie Targumu Psalmu 89, 27 udowadnia, że «Abba» (אבא) jest aramejskim słowem przekładanym jako «Ojciec». Według niego jest to przesłanka wystarczająca do tego, żeby odrzucić wniosek mówiący, iż inwokacja אבא (˒Abbā˒) miała swój początek dopiero u Jezusa (Tamże, s. 61). Philonenko zwraca uwagę na fakt, że hebrajski tekst Syr 51, 1 oraz dwa fragmenty z Qumran (4Q372; 4Q460) także nawiązują do tego tekstu.

    Z kolei prof. Geza Vermes, prowadząc badania nad galilejską gałęzią chasydów-cudotwórców, stwierdza, wspominając jednego z nich Chanana, że wypowiedź, w której zwraca się [on] do Boga jak do Ojca [Abba], jest zbieżna ze stylem modlitw regularnie przypisywanych Jezusowi w ewangeliach (Geza Vermes, Kto był kim w czasach Jezusa, przeł. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki, Warszawa 2005, s. 93=Who’s Who in the Age of Jesus, New York 2005, s. 99).

    Willem VanGemeren, profesor, specjalista od Biblii Hebrajskiej, w swoim eseju ʾABBĀʾ w Starym Testamencie? trafnie zauważa, że problemem nawet nie jest to, czy Jezus cieszył się unikalną relacją, czy wprowadził Nową Erę, ale czy słowo ˒Abbā˒ ma to wszystko oddawać. Hugh Anderson słusznie przestrzega nas, abyśmy nie projektowali własnej teologii, odnosząc się do posługi Jezusa; on krytykuje Jeremiasa za to, że ten ograniczył samo-objawienie się Boga wyłącznie do ziemskiej służby Jezusa (Willem A. VanGemeren, ʾAbbāʾ in the Old Testament? JETS 31/4, XII 1998, s. 388).

    VanGemeren – po analizach porównawczych koncepcji ojcostwa Boga w Starym i Nowym Testamencie – konkluduje, bez większych wahań, w podsumowaniu, że charakterystyczny wkład Jezusa nie leży w nowości Jego objawienia Boga jako ˒Abbā˒, ale na czymś wręcz przeciwnym, bo, według niego, Jezus przywrócił nauczanie profetyczne o YHWH, jako Bogu przebaczającym, gotowym słuchać modlitw i pełnym ojcowskiej troski (Tamże, s. 397). Tak więc w większym stopniu jest to kontynuacja, niż nieciągłość (discontinuity).

    Czy główny dowód unikalnej świadomości synowskiej Jezusa historycznego został skutecznie podważony?

  20. Witam
    Dziękuję Panie Andrzeju za odpowiedz.
    Myślę, że zgodzimy się, że uznanie Jezusa za Syna Bożego ( kiedykolwiek ) nie dowodzi, że jest Bogiem Jahwe. Tytuł „Syn Boży” W swojej książce „Jezus Żyd” Geza Vermes pisze:
    „Spośród zastosowań omawianego tytułu odnotowanych przez badaczy dwa zasługują na szczególną uwagę z tego
    powodu, że stanowią rozwinięcie tendencji zapoczątkowanych w Starym Testamencie. Wprawdzie „synami Bożymi”
    zostali nazwani wszyscy Żydzi, tytuł ten zaczął jednak być chętniej nadawany sprawiedliwym, a w całkiem szczególnym
    znaczeniu – najbardziej prawemu wśród wszystkich sprawiedliwych, Mesjaszowi, synowi Dawida.
    Kończąc swe upomnienie na temat społecznej odpowiedzialności, autor Eklezjastyka, Jezus ben Syrach, zachęca swych
    czytelników do troski o innych:
    „Bądź ojcem dla sierot,
    A jakby mężem dla wdów,
    A Bóg nazwie cię synem
    I zmiłuje się nad tobą,
    I wyrwie cię z dołu.” (Syr 4:10)
    http://www.apologeta.nazwa.pl/teologia/Syn_Bozy_prawdziwe_znaczenie_tytulu.pdf
    Skąd wiemy, że Jezus miał świadomość bycia Bogiem Jahwe i czy był wszechwiedzący np. posiadał wiedzę z genetyki itd. ?
    Kwestia druga: wiarygodność historyczna N.T. O tym się nie mówi w Kościele, ale np. nie ma dowodów historycznych( niezależnych), że Herod dokonał rzezi dzieci; powszechnego spisu ludności za czasów Augusta; procesu Jezusa szabat itd. Co zatem jest wiarygodnym opisem historycznym, a co mitem/teologią? Jezus w E.Jana zwraca się do swoich rodaków: ”Żydzi”. To jest sztuczne, bo ukazuje Go, że ma dystans do nich.
    pozdrawiam

  21. Panie Szymonie, ewangelie pozwalaja na odkrycie calkiem sporych ilosci informacji o Jezusie historycznych, mimo ze zawieraja ogrom przekonan teologicznych, a takze fikcje historyczna – takze motywowana teologia. Przyklady rzezi dzieci, a takze spisu powszechnego akurat doskonale pokazuja, jak te informacje historyczne mozna uzyskac. Trzeba pamietac, ze mamy nie jedna, ale cztery ewangelie i nawet jesli zawieraja one fikcje – poprzez porownywanie odmiennych fikcji mozna odgadywac prawde. W tym konkretnym przypadku fakt, ze Mt i Lk podaja rozne powody, dla ktorych Maria znalazla sie w Betlejem, gdy urodzila Jezusa Mesjasza – pozwala odgadywac, ze obie historie sa fikcjami historycznymi. Skad zatem sie wziely?

    Biblisci odgaduja, ze ewangelisci mieli przekonanie, ze Jezus jest Mesjaszem juz wczesniej, zanim napisali ewangelie – i najwyrazniej przekonanie to bylo kwestionowane na podstawie jego miejsca urodzenia (skoro wymagalo takich apologetycznych opowiesci o miejscu urodzenia). Na razie nasza hipoteza o Jezusie historycznym jest zatem negatywna – odgadujemy, ze nie urodzil sie w Betlejem. Gdzie zatem? Wielokrotnie w NT nazywany jest Nazarejczykiem lub Jezusem z Nazaretu (takze w samych fikcyjnych opowiesciach MT i Lk wlasnie Nazaret odgrywa duza role). Prawdopodobnie urodzil sie w Nazarecie.

    Czasami moga pomoc zrodla pozachrzescijanskie – tak jest z kolei w przypadku Janowego Jezusa mowiacego o Zydach w 3. osobie – tak jakby on sam i jego uczniowie nie nalezeli do starozytnego judaizmu okresu II Swiatyni. U Jozefa Flawiusza mamy informacje o historycznosci postaci Jana Chrzciciela, a takze o bracie Jezusa, Jakubie. Wg Flawiusza Jan uwazal, ze przestrzeganie Prawa (zydowskiejTory) oczyszcza z grzechow, a Jakub byl tak powazany przez Zydow, ze gdy go skazano i zabito – doprowadzili do usuniecia odpowiedzialnego za to arcykaplana. Tych Zydow okresla Jozef znow jako „najbardziej prawych” (przestrzegajacych przepisow Tory). Dwie zatem najlepiej potwierdzone historycznie postaci zwiazane z Jezusem – to wlasnie Zydzi, i to zwiazani z bardzo scislym przestrzeganiem Tory.

    W tej sytuacji, nawet gdyby sam Jezus u Mateusza nie wzywal do wiekszej sprawiedliwosci, niz faryzeuszow, a nawet niz Mojzesa – mamy i tak dosc danych, aby umiescic go w 100% w ramach judaizmu II Swiatyni, dokladnie wbrew zabiegom ewangelisty Jana (piszacego juz w okresie, kiedy ruch Jezusa zostal zdominowany przez uczniow Pawla i zaczal sie od judaizmu powoli oddzielac).

    Wskazalem tylko na dwa zabiegi – porownywanie ewangelii i wykorzystanie zrodel zewnetrznych – pozwalajace na wyciaganie wnioskow historycznych. Trzeci sposob powyzej opisal Andrzej – wnioskowanie z chronologii. Poniewaz im pozniejsze zrodlo, tym wczesniejszy jest moment „usynowienia” Jezusa przez Boga – cofniecie sie do poczatkow tej linii rozwoju tradycji daje nam Jezusa czlowieka, a nie Jezusa przedwiecznego Boga. Wbrew ksiazce Lisickiego wysoka chrystologia pojawila sie bardzo pozno.

    Takich metod „odcedzania” wiedzy historycznej ze zrodel mocno teologicznych – jest sporo, a nagromadzone w ten sposob informacje mozna laczyc w calosciowe hipotezy o tym, kim byl historyczny Jezus – np, hipoteze o Jezusie jako zydowskim proroku eschatologicznego Krolestwa, zawarta naszym artykule.

  22. Jeszcze jedna uwaga. W swoim komentarzu pisze Pan o „dowodzeniu” i o tym, kim Jezus ‚jest”. Mam wrazenie, ze tego rodzaju „mocne” stwierdzenia lepiej pasowalyby do faktow, a nie do wiedzy historycznej. Pisalismy w naszym artykule o waznej roznicy miedzy Jezusem rzeczywistym (jakim on faktycznie byl/jest), a historycznym – ktorego mozemy opisac tylko i wylacznie w takim zakresie, w jakim pozwalaja nam na to zrodla. Ten obraz ma tylko pewien stopien prawdopodobienstwa i nie musi byc prawdziwy.

    Z drugiej strony: jak juz pisalem powyzej Panu Januszowi Galkowskiemu – wcale nie uwazam, ze owe prawdopodobienstwo historyczne wspolczesnych badaczy Jesus Quest jest czyms mniej wartym zaufania, niz dociekania Ojcow Kosciola, ktorzy ustalili na soborach chrystologicznych „sluszne” (ortodoksyjne) poglady o Jezusie. Uwazam, ze wiedza historyczna w takim kontekscie ma swoja wartosc dla Kosciola, gdyz moze stanowic zrodlo idei lub argumentow dla tych, ktorzy chca ten Kosciol dzis reformowac. (Nie wierze w gleboka reforme Kosciola bez reformy chrystologii). Otwiera sie tu moim zdaniem takze pole do dialogu o tym, czym bylo, jest i mogloby byc chrzescijanstwo. W taki dialog moga byc zaangazowane rozne wyznania, a nawet religie, np. Zydzi, ze wzgledu na odkrycie „zydowskiego Jezusa”.

  23. Warto też dodać, że proto-Paweł również jednoznacznie umieszcza historycznego Jezusa w kontekście judaizmu preortodoksyjnego. Paweł niewiele, niestety, pisze o Nazarejczyku, ale uczciwie przyznaje, że przestrzegał On Tory (zob. Ga 4, 4), i że był „sługą obrzezanych” (Rz 15, 8). Dopiero interpretacja Jego śmierci (wtórna w stosunku do nauczania Jezusa) wskazuje – według Pawła – na „kres Tory” (Ga 3, 13). Dlatego też apeluje on, by zapomnieć o Jezusie według ciała (2 Kor 5, 16).

    Jezus nie był chrześcijaninem i nie On założył Kościół; miał On swoją religię, którą szanował i żył według jej wskazówek. Jaką więc religię wyznawał Jezus czterokształtnej Ewangelii? Jezus modlił się Psalmami, Jezus nauczał w synagodze, Jezus obchodził m.in. święto Paschy i święto Namiotów – był pobożnym pielgrzymem (i to nawet w późnej Ewangelii Jana); był etnicznie Żydem, a religijnie był wyznawcą judaizmu, którego obserwatorzy – z kręgu Jego uczniów – uznali za bezgrzesznego. Żydem, który uważał, że ani jedna jota z Tory nie straciła i nie straci na swojej aktualności. Jest to, oczywiście, judaizm preortodoksyjny, bardzo zróżnicowany, będący czymś zupełnie innym niż, ukształtowany w owianej legendą Akademii w Yavne, judaizm rabiniczny. Zatem poglądy Jezusa – czy to dotyczące szabatu, czy to dotyczące niektórych elementów tradycji ustnej (hebr. Tora sze-beal-pe) – nie mogą być ex definitione uznane za herezję lub apostazję.

    W judaizmie preortodoksyjnym, tj. judaizmie Drugiej Świątyni (515 p.n.e. – 70 n.e.), były ważne (może najważniejsze) dwa filary: Świątynia w Jerozolimie, która regulowała kult i decydowała o tożsamości żydowskiego świata, oraz Tora. Nazarejczyk uznawał obydwa filary starożytnego judaizmu: troszczył się o kult świątynny i był bezwzględnie posłuszny nakazom Tory; ale, właściwie – biorąc pod uwagę yachad z Qumran, która uważała się za nośnika nowego berith – niezwykle trudno jest sformułować normatywność, której zanegowanie mogłoby wskazywać na herezję.

    O okresie pretannaickim (od II w. p.n.e. do 20 r. n. e.) wiemy stosunkowo niewiele, chociaż to właśnie wtedy zachodziło bardzo dużo ważnych przemian. Fakt pozostaje faktem: Nazarejczyk akceptował o wiele więcej oficjalnego kultu YHWH (synagoga, władza soferim i faryzeuszy, Tora [bez dodatków], oficjalny kalendarz i święta), niż qumrańczycy.

    Nauczyciele Tory i p’ruszim (tj. faryzeusze) – mówił Jezus – siedzą na miejscu Moszego (tj. Mojżesza). Co zatem wam powiedzą, dołóżcie wszelkich starań, aby to czynić. Ale nie róbcie tego, co robią oni, gdyż oni mówią, ale nie czynią! (Mt 23, 2-3 NTPŻ).

    Według klasyfikacji rabinicznej jest siedem klas faryzeuszów – dopiero siódma jest pozytywna; jest to taki faryzeusz, który jest faryzeuszem z miłości, jak Abraham; nikt inny spośród nich nie jest lubiany, tylko faryzeusz z miłości, jak Abraham (Sota 22b) (Brat Efraim, Jezus Żyd praktykujący, Kraków 1994, s. 153).

    Faryzeusz Gamaliel nie widział żadnych powodów, by pacyfikować rodzący się nowy nurt judaizmu i przeciwstawił się saduceuszom, mówiąc:

    Odstąpcie od tych ludzi i zaniechajcie ich; jeśli bowiem to postanowienie albo ta sprawa jest z ludzi, wniwecz się obróci; jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć, a przy tym mogłoby się okazać, że walczycie z Bogiem (Dz 5, 38-39).

    Gdyby ruch po-Jezusowy sprzeciwiał się Torze i uznawałby człowieka za wcielenie YHWH, to takowe zarządzenie faryzeusza Gamaliela nie byłoby realne. Gamaliel widział „ile to tysięcy Żydów uwierzyło (w Jezusa), a wszyscy gorliwie trzymali się zakonu” (Dz 21, 20) i to zrobiło na nim pozytywne wrażenie.

  24. Do Pana Dariusza Kota.

    Panie Dariuszu!
    W nawiązaniu do wypowiedzi Pan Szymona pragnę wyrazić swoje poglądy.
    Przepraszam, że kolejny raz ten temat podejmuję, ale dopiero DOWODY mnie przekonają, że Jezus nie urodził się w Betlejem. Niezależnie od tego, na jakiej podstawie uznano Go za Mesjasza, a zgodnie z wcześniejszymi uwagami na blogu, były to dwie przesłanki: zmartwychwstanie i pochodzenie z rodu Dawida, to nie potrafię przyjąć do wiadomości, że ewangeliści celowo wprowadzali ludzi w błąd przypisując Jezusowi urodzenie w miejscu innym niż faktyczne.

    Prezentuje Pan takie stanowisko logiczne: „W tym konkretnym przypadku fakt, że Mt i Lk podają rożne powody, dla których Maria znalazła się w Betlejem, gdy urodziła Jezusa Mesjasza – pozwala odgadywać, że obie historie są fikcjami historycznymi.”
    Ja wyprowadzam z tego inny wniosek: jeśli dwie opowieści podają różne powody postępowania Maryi, to jeden z nich może być prawdziwy. Oba powody mogą być fałszywe, jeden może być prawdziwy, a drugi fałszywy; może być i tak, że oba powody są różne, ale komplementarne i oba są prawdziwe. Takie stanowisko, zgodne z B. Erhmanem, wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Odrzucam natomiast założenie, że w przypadku rozbieżnych, a nawet sprzecznych przesłanek, obie muszą być błędne.
    Np. A. Jezus urodził się w Betlejem. B. Jezus urodził się w Jerozolimie.
    Dla Pana i A, i B to zdania fałszywe?
    A taki zestaw:
    A. Jezus urodził się w Betlejem. B. Jezus urodził się w Nazarecie.
    Dla Pana i A, i B to też zdania fałszywe?

    Inna sprawa: dlaczego uznaje Pan spis ludności z Ewangelii Łukasza za niezgodny z rzeczywistością i jako taki za kolejną przesłankę do odrzucenia Betlejem za miejsce urodzenia Jezusa?

    Pisze Pan tak:
    „Bibliści odgadują, że ewangeliści mieli przekonanie, że Jezus jest Mesjaszem już wcześniej, zanim napisali ewangelie – i najwyraźniej przekonanie to było kwestionowane na podstawie jego miejsca urodzenia (skoro wymagało takich apologetycznych opowieści o miejscu urodzenia).”
    Po pierwsze, czy ma Pan dowód na to, że przed napisaniem Ewangelii Mateusza i Łukasza wśród wierzących w mesjaństwo Jezusa nikt nie mówił o urodzeniu w Betlejem? Czy to, co się zachowało z tradycji, dowodzi braku czegoś, co mogło się nie zachować?
    Po drugie, czy wie Pan na pewno, że kwestionowano mesjaństwo Jezusa akurat używając argumentu, że nie urodził się w Betlejem?
    Po trzecie, jeżeli rzeczywiście ktoś zgłosił argument o nie urodzeniu w Betlejem jako wykluczający mesjaństwo Jezusa, czy rzeczywiście odpowiedzią na to było rozpowszechnianie fałszywego świadectwa przez ewangelistów w celu dorobienia Jezusowi jako Mesjaszowi fikcyjnego miejsca urodzenia? Nikt nie był świadomy takiej „roboty propagandowej”? Jeśli ewangeliści posunęli się do ukrywania prawdziwego miejsca urodzenia swego Mesjasza, to jaka gwarancja, że w sprawie Jego zmartwychwstania nie zrobili podobnego zabiegu? I w każdym temacie Nowego Testamentu też.

    Pozdrawiam Pana!

  25. Anna Kapa
    7 maja 2015 o 19:47 :” Inna sprawa: dlaczego uznaje Pan spis ludności z Ewangelii Łukasza za niezgodny z rzeczywistością i jako taki za kolejną przesłankę do odrzucenia Betlejem za miejsce urodzenia Jezusa?”
    Wg Gezy Vermesa ( „Twarze Jezusa” str. 269) w okresie narodzenia Jezusa nie było powszechnego spisu ludności, tylko spis podatkowy. Bez względu jaki to był spis, to nie wymagał on, aby Józef i Maryja podróżowali z Nazaretu do Betlejem. Wydaje się, że Łukasz połączył prawdziwy spis ludności za Kwiryniusza, około 12 lat po narodzeniu Jezusa, ze swym teologicznym scenariuszem.
    Pani Anno K: wierzy Pani np. w historyczność opisu, gdzie Herod zarządza w Betlejem rzeź wszystkich chłopców do lat dwóch lub opis procesu Jezusa w Ewangeliach synoptycznych ( w postępowaniu przed Sanhedrynem zostało naruszonych wiele zasad żydowskiego procesu karnego, np. to, że postępowanie miało miejsce w nocy, proces był nieprzygotowany, świadectwa świadków nie były zgodne. Postępowanie przed Sanhedrynem nie było jednak w ogóle legalne,
    bowiem Sanhedrynowi pozostawiono prawo sądzenia spraw o naruszenie prawa religijnego, z wyłączeniem jednak wszelkich spraw zagrożonych karą śmierci.) https://repozytorium.umk.pl/bitstream/handle/item/1311/SIT.2013.011,Sobczyk.pdf?sequence=1

    Pozdrawiam

  26. Panie Szymonie!
    Nie mogę wpisać całego komentarza, bo wpisuję się „zbyt szybko”. Nie wiem, co to znaczy, ale post merytoryczny nie został nadany.
    Może innym razem się uda.
    Pozdrawiam!

  27. Do Pani Anny Kapy!

    Zanim odpowie Dariusz Kot

    Stwierdza Pani, że przypisanie Jezusowi, przez świętych Mateusza i Łukasza, miejsca urodzin (Betlejem) oznaczałoby, że ewangeliści celowo wprowadzali ludzi w błąd przypisując Jezusowi urodzenie w miejscu innym niż faktyczne.

    Niestety nie mogę w żaden sposób, chociaż próbowałem, zgodzić się z tym sposobem rozumowania. Zawiera ono – moim zdaniem – błąd anachronizmu: Pani przenosi współczesne rozumienie historyczności na ludzi, którzy tworzyli swoje pisma dwa tysiące la temu! Nie ma Pani do tego żadnego prawa! Myślenie człowieka sprzed dwóch tysięcy lat, na dodatek istniejącego w ramach kultury bardzo odległej od naszej, nie powinno być wartościowane słowami obiektywny, historyczny lub prawdziwy. Używając jednak tych synonimów należy zaznaczyć, że nie robimy tego w celach pejoratywnych. Musimy zdawać sobie sprawę, że ewangeliści byli pod wpływem obsesyjnej myśli, że Jezus był obiecanym Mesjaszem i Synem Bożym. Wynikają z tego bardzo ważne implikacje: uciekli oni z chaotycznej i pozbawionej sensu rzeczywistości – w świat harmonii i światła. W jaki zatem sposób mieli oni zachować obiektywizm? Po drugie tworzyli oni z myślą, aby przekonać innych do swojej koncepcji.

    Dlaczego Żydzi tworzyli mity narodzin swoich bohaterów? Na razie podejmę ten temat bardzo wąsko – tylko w obrębie judaizmu, a potem zajmiemy się tym nieco szerzej (moja propozycja). Mam przed sobą dwie ważne książki: Luis Giznberg „Legendy żydowskie” (Warszawa 1997) oraz Robert Graves „Mity hebrajskie” (Warszawa 2002), co niewątpliwie ułatwi mi pracę. Zacznijmy od Abrahama, który dla Żydów był bardzo ważną postacią. Co Żydzi mówili o jego dzieciństwie? Gdy narodził się Abraham ukazała się na niebie kometa, a astrologowie obecni na dworze króla Nimroda, oświadczyli zdumionemu władcy, że gwiazda ta oznacza narodziny człowieka, który zostanie potężnym władcą. Astrologowie ci doradzili Nimrodowi: „Zabij dziecko, nim dorośnie i spłodzi synów”. Wszystkie kobiety z widoczną ciążą musiały stawić się przed królem, i na jego rozkaz zabijano każde niemowlę płci męskiej. Abraham, oczywiście, został uratowany, ponieważ interweniował archanioł Gabriel. Te same motywy odnajdzie Pani w opowiadaniach dotyczących Mojżesza i Noego. Schemat ich jest jednakowy i spójny z opowieścią Mateusza. Jednak Mateusz wykorzystuje głównie historię Mojżesza. Czyni to tak dosłownie, że przepisuje niektóre zdania z Pięcioksięgu. Przypomnijmy sobie zatem jak to było z Mojżeszem: faraon nakazał zabić każde dziecko płci męskiej, lecz pewna kobieta urodziła i ukrywała dziecię (podobnie jak w przypadku Jezusa). Gdy Mojżesz dorósł musiał uciekać przed faraonem do ziemi Midianitów. Po pewnym okresie Bóg powiedział do niego takie słowa:

    Wracajże do Egiptu, gdyż umarli wszyscy ci, którzy czyhali na twe życie (Wyj 4, 19).

    I teraz posłuchajmy Mateusza:

    Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia (Mt 2, 20).

    Ewangelista po prostu mruga do nas okiem, i mówi: to wszystko ściągnąłem z życia Mojżesza, gdyż o dzieciństwie Jezusa nic nie wiem.

    Sprawa z Łukaszem jest jeszcze bardziej złożona. Tutaj należy wspomnieć, iż już podstawa tej opowieści jest fikcją literacką. Arkana tego procesu odsłania polski biblista ks. prof. Roman Bartnicki: „Opowiadania o dzieciństwie Jana i Jezusa stanowią dwie niezależne od siebie całości. […] Magificat jest hymnem żydowskim, który wypowiedział przy tej okazji Maryja (niektóre manuskrypty przypisują recytację hymnu Elżbiecie). Za przedchrześcijańskim pochodzeniem hymnu przemawia fakt, że został on zredagowany całkowicie w duchu Starego Testamentu” (ks. Roman Bartnicki, Ewangelia Dziecięctwa Jezusa w aspekcie kerygmatycznym, Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne, XIII, 1980, s. 217). Według biblisty do oryginalnej przedchrześcijańskiej opowieści o dzieciństwie Jana Chrzciciela dodano opowiadanie o spotkaniu Maryi i Elżbiety (Łk 1, 39-56). Zwolennicy Jana Chrzciciel ułożyli opowiadanie o jego dzieciństwie, a Łukasz w celach apologetycznych rozbił to opowiadanie, a Magnificat, który w relacji baptystów wygłosiła Elżbieta, został przypisany Maryi (jednak w nie we wszystkich lekcjach).

    Piotr Sikora, który na łamach „Tygodnika Powszechnego” polemizował z „Jezusem z Nazaretu” Benedykta XVI, stwierdził:

    «Autor „Jezusa z Nazaretu” zdaje się traktować tekst Ewangelii Łukasza jako zapis wiernie oddający przebieg spotkania i dialogu Marii z aniołem Gabrielem. Pomija tym samym wiele uzasadnionych pytań: w jaki sposób tak dokładnie przechowano pamięć o szczegółach tego wydarzenia przez kilkadziesiąt lat? Można odpowiedzieć, że to Maria tak dokładnie pamiętała owo zdarzenie wraz z anielską rozwiniętą nauką o tożsamości i przeznaczeniu Jezusa i opowiedziała o tym Jego uczniom. Jeśli tak, to dlaczego nic nie zrozumiała (jak zanotował ten sam ewangelista) z odpowiedzi dwunastoletniego Syna danej w świątyni jej i Józefowi, gdy znaleźli go po długich poszukiwaniach? […] Egzegeza biblisty Lohfinka pokazuje, że takie i podobne trudności znikają, gdy korzystając z narzędzi historyczno – krytycznych, rozpoznamy właściwy rodzaj literacki narracji o Zwiastowaniu. Okazuje się, że jest to zręczne połączenie dwóch starotestamentowych schematów literackich: zwiastowania narodzin ważnej postaci i powołania. Rozpoznanie literackiej konstrukcji fragmentu pozwala dostrzec, że punktem kulminacyjnym opowiadania jest przesłanie o tożsamości Jezusa: „Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan da Mu tron jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33). Wszystko, co przesłanie to poprzedza i co po nim następuje, służy podkreśleniu wagi i znaczenia zasadniczej myśli. Myśli będącej wyrazem wiary Kościoła, w którym powstała Ewangelia» (P. Sikora, Ile historii w stajence? w: Tygodnik Powszechny, nr 49 (3308), 2 XII 2012). Inaczej mówiąc autor zarzucił Ratzingerowi, iż ten przyjął za historyczny fakt ukazanie się anioła Marii, chociaż argumenty świadczą, że był to zabieg literacki, ponieważ sama Maria w tej samej ewangelii nie rozumie, w niektórych miejscach, swojego syna, co byłoby niewytłumaczalne, jeśli wcześniej uczestniczyłaby w tak cudownych zdarzeniach. Opowieść ta jest wyrazem wiary Kościoła, a nie opisem rzeczywistych wydarzeń.

    Teraz dochodzimy do momentu, w którym możemy zrozumieć psychologiczne motywy stojące za takimi dziwnymi, dla nas współczesnych, opowiadaniami.

    Wielcy ludzie powinni przybywać znikąd, to „self-made man”. Psycholog Damian Janus stawia taką diagnozę:

    «Wedle teologii chrześcijańskiej Józef nie jest w żadnym sensie ojcem Jezusa. Zaś matka Buddy została zapłodniona przez małego słonia, który wszedł w jej bok (Chiodo, 2002, s. 21 – 22). Podobny mechanizm obserwujemy w większości religii, a nawet w ramach mitologizacji historii. Legendarni założyciele Rzymu, Romulus i Remus, urodzili się z matki zapłodnionej przez Marsa (Eliade, 1994a, t. 2, s. 75). Z kolei, jak podaje Diogenes Laertios, powołując się na innych starożytnych autorów, w Atenach krążyły pogłoski, iż ojciec „boskiego” Plato, Ariston, chciał dopuścić się gwałtu na przyszłej matce filozofa, Periktionie. Nie zdołał jednak tego dokonać, a gdy we śnie ukazał mu się Apollin, nie zbliżył się do niej, aż do urodzenia się dziecka (Diogenes, 1984, s. 163). W przypadku matki Aleksandra Wielkiego, Olimpiady, miało dojść do zapłodnienia przez Zeusa (Plutarch, 1976, s. 127). Plutarch pisze również, że:

    Widziano kiedyś, jak w czasie snu Olimpiady rozciągnął się obok niej wąż, i to, jak mówią, najbardziej osłabiło u Filipa miłość i życzliwość do żony, tak, że udając się na spoczynek rzadko już przychodzi do niej, czy to bojąc się jakiś czarów z jej strony przeciw sobie i trucizny, czy też nie chcąc wbrew sumieniu obcować z nią jako żyjącą z kimś potężniejszym (Plutarch, op. cit., s. 128).

    Apollo miał być też ojcem cesarza Oktawiana Augusta, który już za życia dążył do swej deifikacji (Jaczynowska, 1987, s. 116 – 117). Z pod władzy rodziców (przynajmniej tych prawdziwych) wymknęli się Sargon, Mojżesz, Cyrus. W każdym z tych przykładów chodzi o oderwanie danej postaci od jej rodzinnych korzeni, o uchronienie jej przed psychicznie niezmywalnym okresem zależności od wszechpotężnych opiekunów. Gdy się to uda, automatycznie wiąże się z przydaniem owej postaci mocy. To, że w większej liczbie przypadków chodzi o ojca, ma swoje źródło nie tylko w określonej psychodynamice, lecz pojawia się przede wszystkim przez wzgląd na realia. Równie potrzebne jest oderwanie boga od matki – przyszły Budda wybrał na swoją matkę kobietę, która umrze siedem dni po porodzie (Chiodo, op. cit., s. 21); Jezus wyrzekł się związku z matką (Mt 12,46-50; Mk 3,31-35; Łk 8,19 i nast). Jeśli więc bogowie mają matki to między innymi dlatego, że myśl, iż ktoś powstał bez jej udziału jest przeważnie nazbyt nierealistyczna.

    Konieczność oderwania bóstwa od rodziców jest zdeterminowana przez archetypowy obraz mocy, wynikłej z samoistności i niezależności» (Damian Janus, Psychopatologia a religia. Strukturalne zbieżności pomiędzy zaburzeniami psychicznymi a religią, Eneteia, Warszawa 2004).

    Sprawę Betlejem należy rozpatrywać na znacznie szerszym tle, niż to, które Pani zaproponowała: prawda czy fikcja. Jezus nie spełnił oczekiwań Mesjasza, ponieważ nie zaprowadził pokoju: Jego narodzinom towarzyszyła wojna domowa (po śmierci Heroda), a po Jego śmierci Żydów spotkała jedna z największych tragedii (rok 70). Chrześcijanie za wszelką cenę starali się wykazać, że Jezus jednak wypełnił przynajmniej część przepowiedni, a ta najważniejsza zostanie zrealizowana już niebawem. Nikt nie spodziewał się, że Mesjasz nie przyniesie pokoju przez dwa tysiące lat, a prawdziwe tragedie: zasieki z drutu kolczastego obozów koncentracyjnych oraz apokaliptyczne czasze gniewu, ludzkiego gniewu, wylane na Hiroszimę i Nagasaki spowodują w ludziach inne reakcje: nie czekamy na Mesjasza, ale sami „podwijamy rękawy” i tworzymy instytucje, które uchronią świat przed kolejnymi konfliktami zbrojnymi. Ale to już zupełnie inne zagadnienie. Niemniej jednak jest coś bardzo zastanawiającego (i smutnego) w tym, że dowodem na to, iż Jezus jest Mesjaszem jest obrona lokalizacji Jego urodzin w Betlejem, a nie rzeczywista nadzieja pokoju, którą wiązał z betlejemczykiem starożytny prorok Micheasz (Mi 5, 3n).

  28. Panie Andrzeju!

    Proszę o DOWODY, że Jezus nie urodził się w Betlejem. Od tego trzeba zacząć: skąd to na pewno wiadomo. Dopiero wtedy jest możliwość snucia hipotez. Jeśli ma Pan 100-procentową wiedzę, że Jezus nie urodził się w Betlejem, proszą ją przedstawić.
    Jeśli jest udowodnione, że Jezus nie urodził się w Betlejem, jakiekolwiek analizy, hipotezy, rodzaje literackie nie zmienią faktu, że chrześcijanie uwierzyli w nieprawdę podaną im przez ewangelistów.
    Geza Vermes przyjmuje, że Jezus urodził się za życia Heroda. Dlaczego? Przecież to mogła być fikcja, by pokazać, jak zły król czyhał na życie Dziecięcia. A czy Prof. Vermes ustalił bez wątpienia datę urodzenia Jezusa i odniósł ją do daty śmierci Heroda? Najpierw: kiedy, potem gdzie urodził się Jezus – czy to jest absolutnie pewne dla historyków tak, by teolodzy mogli się ustosunkować do faktów?

    PS. Jeśli mi się uda nadać post, odpiszę ponownie do Pana Szymona.

    Pozdrawiam!

  29. Panie Andrzeju!
    Wiele zagadnień Pan poruszył i nie sposób w jednym poście się do nich ustosunkować, ale pragnę odnieść się do zakończenia Pana postu.

    Jeżeli nadzieję pokoju prorok Micheasz wiązał z betlejemczykiem (Mi 5, 3 nn), jak słusznie Pan pisze, a Jezus z Nazaretu w Betlejem się nie urodził, to proroctwo i nadzieja Micheasza tego Jezusa nie dotyczą. A dorabianie mu „metryki betlejemskiej” nie zmienia faktu, że betlejemczykiem nie był – jeśli nie był.

    Wg Pana prawdziwa tragedia to obozy koncentracyjne i bomba atomowa nad Japonią. Trudno zliczyć tragedie w dziejach i wyważyć ich siłę rażenia. Dla mnie, dla mojej wiary w Boga i Jego Kościół, tragedią jest fakt, że Kościół Katolicki przez wieki dopuszczał się zbrodni w imię Boga na chrześcijanach, w tym na własnych wiernych. A chrześcijanie odpowiedzialni za obozy hitlerowskie nie zostali nawet ekskomunikowani: Rudolf Hoess, komendant Auschwitz, po prostu wyspowiadał się przed kapelanem, jakby opuścił mszę niedzielną ryzykując tym zbawienie wieczne. Nie roztrząsając całych dziejów chrześcijaństwa, pytam sama siebie, gdzie był Duch Święty podczas synodu trupiego albo konklawe, które wybrało na papieża Rodryga Borgię?

    Pana post, i szereg innych, przekonuje mnie, że bardzo potrzebna jest debata o Jezusie z Nazaretu jako Mesjaszu, dosłownie o każdym aspekcie tego problemu.

  30. Pani Anno, dla scalenia wątku, który Pani otwarła, a który Andrzej już mocno rozwinął – wątku o miejscu narodzin Jezusa i „fałszerstwach” ewangelistów – nie odpowiem tutaj, tylko pozwolę sobie dołączyć się do Waszej konwersacji powyżej.

  31. Zapraszam tam (powyżej) także Pana Szymona. Lepiej rozmawiajmy wszyscy czworo w „jednym ciągu”, gdyż mówimy na ten sam temat i warto ułatwić innym czytanie. Oczywiście to tylko propozycja: jeśli Pani Anna i Pan Szymon widzą potrzebę kontynuowania wspólnej rozmowy tutaj, proszę tak zrobić.

  32. Pani Anno, jak zwykle z przyjemnością zapoznałem się z Pani uwagami. Dla Sanktuarium – nowego działu Kleofasa, którego częścią jest nasz list do Pana Lisickiego – Pani uwagi są szczególnie cenne. Zwracają one uwagę na ważny problem w dialogu światopoglądowym: jak pogodzić pojawiającą się w NT fikcję/literackość pism, uważanych przez chrześcijan za święte i natchnione – z zachowaniem zaufania do chrześcijańskiej wizji świata, w dużej mierze opartej o te właśnie pisma?

    Pan Andrzej zwrócił już poruszył kilka spraw: na konieczność „poprawki na starożytną wizję świata”, zanim zarzucimy ówczesnym autorom fałszerstwo w sprawie Betlejem; na szerszy, bardzo ważny kontekst starożytnego opowiadania o pochodzeniu bohatera „posłanego od Boga” (co nie było łatwe, bo w przypadku postaci historycznej, jak Jezus czy Cesarz, mają oni własną, historyczną, pamiętaną przeszłość); wreszcie mamy pytanie o Paruzję, o (nie?) spełnienie się obietnic Jezusa w 2000 lat później… Ten ostatni wątek sprowokował Panią także do napisania: „Kościół Katolicki przez wieki dopuszczał się zbrodni w imię Boga na chrześcijanach, w tym na własnych wiernych. (…) bardzo potrzebna jest debata o Jezusie z Nazaretu jako Mesjaszu, dosłownie o każdym aspekcie tego problemu”.

    Chciałbym wobec powyższego bardziej rozwinąć temat anachronizmu. Niech Pani sobie wyobrazi, ze zbudowała Pani system GPS, oparty na danych z satelitów, ale zrobiła to Pani w świecie, w którym nigdy nie narodził się Einstein i nie jest Pani znana ogólna teoria względności. Wszystko zrobiła Pani dobrze, powinno działać – a tu klapa, ma Pani błąd w lokalizacjach obiektów na powierzchni Ziemi rzędu paru kilometrów! (mój ulubiony przykład :). Czy to Pani wina? (Zmarnowanie tych wszystkich środków, wysiłku ludzi, kosztów umieszczenia satelitów na orbicie, zawiedzionych nadziei klientów itd.)

    Otóż według tych kryteriów, jakie przykłada Pani do ewangelii – tak, to Pani wina. Rozpuściła Pani „fałszywe” wieści o tym, że można stworzyć system, który będzie każdemu mówił, gdzie na Ziemi ta osoba się znajduje – i mnóstwo ludzi z Pani winy, jak to Pani mówi, „uwierzyło w nieprawdę”.

    Historyk, piszący o Pani przedsięwzięciu za jakieś kolejne 500 lat na szczęście nie będzie aż tak surowy. Historyk ten sprawdzi, że w Pani czasach znano tylko fizykę Newtona. Pani po prostu nie mogła jeszcze wiedzieć, że trzeba wziąć poprawkę na różne siły przyciągania na powierzchni Ziemi i satelitach. To nie było „fałszerstwo” – w ramach Pani kontekstu kulturowego zrobiła Pani, co mogła.

    I dokładnie to samo historyk powie o ewangelistach. W ramach ich kontekstu kulturowego – gdzie wierzono, że przepowiednie o Mesjaszu stanowią klucz do życia Jezusa tak samo ważny, jak wspomnienia o nim, czy nawet jego nauki – Ewangeliści zrobili, co mogli. Równie nieświadomie założyli oni, że ten klucz działa (min. że można spokojnie ulokować Jezusa w Betlejem) – jak Pani nieświadomie założyła, że Newton miał 100% racji. Miał dużo racji, ale nie 100%. (Zresztą prawie na pewno także Einstein nie ma 100% racji, ale to inna historia…)

    Tę samą przypowieść zadedykowałbym Andrzejowi. Kościół palił czarownice i zakazywał czytania, nie dość potępiał faszyzm itd.. Ale żeby to ocenić moralnie, konieczne jest moim zdaniem solidne studium porównawcze moralnych pryncypiów Kościoła i innych instytucji z tych samych czasów. Nie możemy moralności dawnego Kościoła zestawiać z etyką współczesną – tak samo jak nie możemy oceniać GPSu Pani Anny w ramach wiedzy po Einsteinie.

  33. Jesli chodzi o Pani (Anny) domaganie sie „dowodow” i „100%”-wej pewnosci co do jakiejs hipotezy historycznej, np. o Jezusie urodzonym w Nazarecie – poprosilby o troche cierpliwosci. Chcialbym zaproponowac odlozenie tego watku do naszego drugiego, czerwcowego wpisu: o chrzescijanstwie w dobie cywilizacji informatycznej.

    We wspolczesnej kulturze nauka i dowodzenie odgrywaja kolosalna role i Pani zaufanie do nich calkowicie rozumiem i popieram. Ale tego wzorca – dowodzenia naukowego – uzywalbym ostroznie. Zasygnalizuje na razie tylko, ze moim zdaniem „wiedze historyczna” i „rzeczywistosc” dzieli az kilka poziomow poznawczych. Na kazdym kolejnym poziomie mamy nizszy stopien pewnosci czegokolwiek: rzeczywistosc-nauki scisle-nauki humanistyczne-historiografia. (Juz na drugim poziomie, nauk scislych, trudno mowic o 100% pewnosci).

  34. Dziękuję Panie Andrzeju za poruszenie problemu Jezusa – jako Mesjasza. Gdy Żydzi nie akceptują Jezusa jako Mesjasza, używają argumentu: najważniejszym dowodem na przybycie Mesjasza musi być trwały i powszechny pokój. Stan, jakiego dotąd ludzkość nigdy jeszcze nie doświadczyła – co przekonuje, że Mesjasz dotąd nie przybył. Wiemy, że chrześcijanie wierzą w oparciu o Nowy Testament, że Jezus jest jednak Mesjaszem, gdyż np. tego nauczał. Tylko jak to ma się do koncepcji mesjańskiej zawartej w Torze. Jezus jest Mesjaszem, ale może nie w koncepcji zgodnej z Torą. Pytanie jakim i w oparciu o co? Jeśli Jezus zbawił świat, to co to realnie oznacza dla człowieka, bo przecież nie to, że zniknął grzech, zło itd, nawet wśród tych, którzy wierzą w Jezusa jako Boga, zostali oczyszczenie z grzechu pierworodnego przez chrzest ( co to znaczy?). ( Swoją drogą podobno w judaizmie nie istnieje pojęcie grzechu pierworodnego, więc do czego Jezus się odwoływał, gdy tą naukę wprowadził? A może to św. Paweł jest autorem tej koncepcji i co ona oznaczało dla niego i skąd ją wziął?)
    W tym momencie jakim Mesjaszem jest Jezus? Pozaświatowym? O co więc Jezusowi chodziło, gdy był na Ziemi? ” Przestrzegajcie mojej nauki ,a w nagrodę po śmierci pójdziecie do Nieba” – tak to można rozumieć? Czy to nie banalne i utopijne?
    Chciałbym mieć to przekonanie jako katolik, że dzięki wierze w Jezusa jako Boga i Zbawiciela oraz uczestnictwu w sakramentach wypełniam pełniej, doskonalej Jego naukę, niż np. Żydzi, gdyż Go odrzucają. Niestety nie ma już tego przekonania i postawy wielu katolików wokół mnie utwierdzają mnie w tym, że jesteśmy takimi samymi grzesznikami, jak ci Żydzi. Tylko więc: po co chrzest, sakramenty, wiara w Jezusa- Mesjasza, skoro nie przemienia mnie to wszystko w kogoś doskonalszego pod każdym względem niż nie podzielający tej wiary i tych praktyk? Zło w postaci np. grzechu, chorób mnie też dotyka, a chyba miało być inaczej? Gdyby mnie to nie spotykało, to mógłbym wtedy przekonać innych do wiary katolickiej: patrzcie – co daje wiara i dowodzić jej prawdziwości i błędu Żydów. A tak, to co mi pozostaje – teoretyzowanie? Jeśli Jezus uwalnia od grzechów, to w jakim rozumieniu – symbolicznym, metaforycznym?

    pozdrawiam szymon
    P.S. Tutaj http://www.the614thcs.com/40.183.0.0.1.0.phtml znalazłem artykuł o stosunku judaizmu do św. Pawła. Co o nim sądzicie? Np.:
    „Rozumowanie św.Pawła – prowadzące do stwierdzenia, że uczynki, działania nie mogą zapewnić zbawienia, a do jego uzyskania niezbędna jest wiara w Jezusa – było radykalnym odejściem od fundamentów etycznych judaizmu. Judaizm od samych swoich początków uważał ludzkie działania za ważniejsze od wiary. Talmud przypisuje Bogu takie oświadczenie : „Lepiej gdyby oni (Żydzi) porzucili mnie, a dalej przestrzegali Moich praw” (Talmud Jerozolimski, Hagiga 1:7). Według judaizmu wszyscy ludzie, niezależnie od ich wiary i narodowości uzyskują zbawienie (Tosefta Sanhedrin 13:2) i ich ocena dokonuje się wyłącznie poprzez relacje wobec innych ludzi, a tylko i Żydzi oceniani są także przez ich relację wobec Boga.”

  35. Panie Dariuszu!

    Czy to trzeba aż takiego długiego wywodu, żeby odnieść się do prostego faktu, czy Jezus urodził się w Betlejem? Nikt nie wiedział, gdzie się urodził i trzeba było dorabiać fikcję? Absurd. Czy do stwierdzenia urodzenia człowieka potrzeba wiedzy innej niż wymagana np. w USC? Może ktoś „udowodni”, że Aleksander Wielki urodził się w Indiach, a cesarz August w Anglii?
    A ze zmartwychwstanie jak było? Było czy nie było?
    A w ogóle skąd się wzięło twierdzenie, że Jezus nie urodził się w Betlejem? Jakoś nikt nie przedstawia dowodów, a wszyscy tu się rozwodzą nad jakimiś teoriami co do ewangelistów.

    Co do „anachronizmu” ocen moralnych i natchnienia, to Ewangelia jest jedna na zawsze, i jak Kościół ma swoje zasady interpretacji takie, że wyszło mu, że zadawanie śmierci w imię wiary działo się pod natchnieniem Ducha Świętego, to dziękuję za taki Kościół. Hańba takiemu Kościołowi, a nie żadne „anachronizmy”. Relatywizmem wszystko można uzasadnić i właśnie Kościół powinien świecić przykładem wiary, nadziei i miłości, ale póki co świeci oczami za inkwizycje i krycie pedofilów, i nie tylko za to.
    Pozdrawiam Pana!

  36. Dopóki nie jest udowodnione, że Jezus nie urodził się w Betlejem, dla mnie hipotezy co do postępowania ewangelistów są bezprzedmiotowe.

  37. Pani Anno, ja przyjmuję do wiadomości, że nasze dotychczasowe wysiłki, aby Pani „udowodnić”, że Jezus urodził się w Nazarecie – zawiodły. Nie przekonaliśmy Pani. Postanowiłem jednak w związku z tym – zanim wrócimy do tematu – poprosić Panią najpierw o rzucenie okiem na nowy wpis (za 3 tygodnie), gdzie będę dokładniej wyjaśniał swój punkt widzenia na naturę „nauki” i „udowadniania hipotez” w różnych formach dyskursu akademickiego. (Bo podejrzewam, że tutaj ukryte jest nasze nieporozumienie).

    To jednak kolosalny, odrębny temat, nie chcę go rozwijać tutaj, skoro od dawna zapowiedziany jest na później. To tylko taka prośba (organizacyjna) o 3 tygodniową cierpliwość – w debacie pod moim nowym tekstem obiecuję wrócić z Panią do tematu Betlejem czy Nazaret. Pod listem do p. Lisickiego zależy mi natomiast przede wszystkim na debacie o tym, za kogo uważano początkowo Jezusa i czy jego Królestwo Boże nadeszło, czy Kościół to takie właśnie Królestwo itp.

  38. Panie Anno, sposób myślenia Żydów i pogan w czasach Jezusa był inny od naszego.

    Antropologowie mówią np. o światopoglądzie mitycznym, gdzie jawa, sen, marzenia, wizje i wspomnienia wcale nie są tak dokładnie porozdzielane, jak w naszych czasach. Z kolei badacze judaizmu II Świątyni zwracają uwagę, że Żydzi myśleli w kategoriach Księgi – to, co wyczytali w Biblii hebrajskiej było dla nich równie realne, a nawet bardziej realne, niż wczorajsze zdarzenia. Biblia nakładała na ich świat schematy interpretacyjne – podobnie jak my nakładamy schematy wzięte z fizyki, biologii, psychologii, historii.

    Zmierzam do tego – dla autorów ewangelii to, że np. ktoś znający Jezusa opowiedział im o urodzinach w Betlejem, było mniej wiarygodne, że to, co prorocy o Mesjaszu zapowiedzieli. Oni nie zastępowali „faktu” urodzin w Nazarecie – urodzinami w Betlejem. Oni po prostu widzieli Mesjasza w kategoriach Księgi: skoro prorocy mówią Betlejem, świadkowie naoczni musieli coś pokręcić. Taki wniosek prawdopodobnie był dla nich oczywisty.

    Trudno nam dziś sobie wyobrazić taki stopień zaufania do ksiąg świętych, ale najwyraźniej był on bardzo wysoki. Nie przypadkiem życie Jezusa w ewangeliach jest praktycznie mozaiką schematów wziętych ze Biblii hebrajskiej. Oni NAPRAWDĘ widzieli świat w ten sposób – niczego nie „dorabiali”, nikogo nie próbowali oszukać, nie wytwarzali „fikcji”.

  39. Do Pani Anny i Pana Szymona, ale bardziej nawet do wszystkich teologów czytających Kleofasa

    W komentarzach obu Państwa widzę ogromne rozczarowanie tym, jaki był i jest Kościół, który miał być na Ziemi co najmniej zalążkiem Jezusowego Królestwa. Czegoś lepszego, zbawionego, mniej strasznego niż nasza ludzka historia ostatnich 2000 lat. O ile protestuję tutaj cały czas przeciw potępianiu Kościoła z dawnych czasów, które generalnie były barbarzyńskie – o tyle mam wrażenie, że WSPÓŁCZESNY Kościół do pewnego stopnia zasłużył na taką krytykę.

    Ponieważ Robert zaprosił mnie do utworzenia miejsca, gdzie będzie można zadawać pytania teologii, a Sanktuarium to właśnie to miejsce – chciałbym zapytać, czy może nie nadszedł czas, aby w teologii katolickiej zweryfikować/skorygować/od nowa przemyśleć stare przekonanie Kościoła, że „Jezus założył Królestwo Boże na Ziemi”? (Trochę już o tym rozmawialiśmy na wątku o ateistach, ale najwyraźniej nie dosyć….).

    Wiązałoby się to oczywiście z jakimś przemyśleniem na nowo wizji Jezusa jako Mesjasza, o co pyta wprost Szymon: „W tym momencie jakim Mesjaszem jest Jezus? ” (nadejscie Mesjasza bez Królestwa nie ma zbyt wiele sensu…)

    Wymagałoby to – tak sobie zgaduję – jakiegoś radykalnie nowego odczytania listów św. Pawła, wielkiej debaty o tym, jak i dlaczego „ustawił” on w pewien sposób obraz Jezusa dla przyszłego chrześcijaństwa – i co teologowie chcą z tym dziś zrobić? A także nowego, bardziej krytycznego podejścia do ustaleń soborów chrystologicznych, których ustalenia taką debatę hamują? Czego jeszcze? Czy ktoś z obecnych tu teologów, czytając naszą rozmowę – widzi potrzebę takiej „odnowy katolickiego myślenia”, w tym kierunku?

    Historia uczy, że taka odnowa myślenia w Kościele nie musi być niszczeniem. Adaptacja neoplatonizmu u początku, a Arystotelesa w Średniowieczu – umocniły Kościół, pozwoliły mu być ważną, nawet później centralną, częścią tamtych kultur i społeczeństw..

  40. Witam
    Dariusz Kot
    9 maja 2015 o 21:07
    „Wymagałoby to – tak sobie zgaduję – jakiegoś radykalnie nowego odczytania listów św. Pawła, wielkiej debaty o tym, jak i dlaczego „ustawił” on w pewien sposób obraz Jezusa dla przyszłego chrześcijaństwa – i co teologowie chcą z tym dziś zrobić?”
    Ma Pan, czy ktoś na tym blogu, jakieś rozwiązanie tego arcyciekawego, moim zdaniem, problemu? Mój znajomy katecheta spytał młodzież licealną, którą uczy religii, czym jest DLA NICH-osobiście Mesjasz? Głucha cisza, aż wreszcie ktoś powiedział, że zbawił świat. Tylko co to KONKRETNIE OZNACZA DLA CIEBIE? Brak odpowiedzi…
    Czekamy już 2 tysiące lat na ponowne przyjście Mesjasza, ale w sumie po co? Zaprowadzi pokój, sprawiedliwość, zniknie grzech – tylko czemu, do licha, tego nie dokonał przy swoim pierwszym przyjściu? Ileż cierpień byśmy uniknęli. A może Jego to nie interesuje – taka kolejna heretycka myśl. Czasami tak myślę, choć wiem, że nie powinienem jako katolik, że Jezus nie przyjdzie na naszą planetę ponownie. Może jednak jest prawdą, co zawiera Ewangelia Jana, że królestwo Mesjasza jest nie z tego świata, czyli panuje On TYLKO w zaświatach, TYLKO tam jest powszechny pokój, sprawiedliwość i brak zła. To jest może rozwiązanie dylematu braku królestwa mesjańskiego na naszej planecie.

    pozdrawiam szymon

  41. Szanowna pani Anno K.
    Czemu się Pani uczepiła kwestii narodzin Jezusa – ani to ważne ( brak w credo), ani związane z wątkiem. Czy nie jest ważniejszy EGZYSTENCJALNIE problem: jakim KONKRETNIE Mesjaszem-BOGIEM jest dzisiaj, dla człowieka – Jezus? Czy odrzucając Jego Bóstwo, a wierząc, że jest ( tylko?) Synem Bożym, zaprzeczam Jego nauce ( przykazanie miłości Boga i człowieka), i czy uniemożliwia to przestrzegania Jego nauki?
    Czy wierzy Pani i ktoś na tym blogu, że to Jezus powiedział, i jak to rozumiecie:
    „Idę przecież przygotować wam miejsce. 3 A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”( Ew. Jan 14,3)
    Czy coś uniemożliwiło Jezusowi przygotowanie miejsca (cokolwiek to znaczy) Apostołom, że nie przyszedł powtórnie?
    Lub słowa: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”
    Czy to oznacza, że np. Żydzi nie mają dostępu do Boga, bo odrzucają Jezusa?

    pozdrawiam serdecznie – szymon

  42. Do Pana Dariusza Kota i Pani Anny Kapy:
    Czy braki w Kościele podważają jego wiarygodność?

    Moja krytyczna refleksja nad Kościołem zmierza nie do „oczyszczenia” go ze wszelkich braków, ale do wykazania, że obecność tych braków-win w zasadzie nie podważa jego wiarygodności. Braki te nie wynikają bowiem z istoty Kościoła. ( W Kościele katolickim j e s t łaska i sakramenty). Ponadto Kościół sam podjął krytykę swych braków. Już Sobór Watykański II uznał konieczność stałej reformy w Kościele a tym samym ocenił krytykę w Kościele jako zjawisko dodatnie. Jest ona środkiem służącym odnowie , rozwojowi Kościoła i wzrostowi jego autorytetu. Krytyka ta podobna jest do krytyki, jaką przeprowadzali ongiś prorocy Starego Przymierza. Izrael nie wzgardził pismami proroków, lecz nadał im charakter pism świętych. Podobnie Kościół urzeczywistnia siebie samego poprzez m.in. krytykę wewnętrzną lub zewnętrzną.

    Kościół instytucjonalny i hierarchiczny nie jest doskonałym wyrazem Kościoła Chrystusowego i i jego nauk. Dlatego też lojalność i solidarność wierzących względem Kościoła może zawierać w sobie także moment krytycznego dystansu. Kościół zawiera łaskę i sakramenty ale najczęściej sprawowane przez ludzi niedoskonałych i grzesznych. Dlatego decydującym kryterium wiarygodności Kościoła nie może być stwierdzony taki czy inny brak świętości w życiu jego pasterzy. Wiarygodność współczesnego Kościoła winna być raczej oceniana według jego postawy wobec własnych braków i ideału Kościoła Chrystusowego do którego dąży.

    To, że Kościół słucha słów krytyki wypowiadanych i wewnątrz i na zewnątrz przemawia za jego wiarygodnością. Nowy styl myślenia widoczny jest szczególnie z chwilą wyboru papieża Franciszka. Przynosi On nowe spojrzenie na tajemnicę Kościoła, który jawi się jako rzeczywistość zbawcza ogarniająca całą ludzkość. Do głosu dochodzi jakby inny Kościół, Kościół ubóstwa, prostoty i woli odnowy. Charakterystycznym przykładem może być na przykład sprawowana przez nowego papieża w rzymskim więzieniu uroczystość Wielkiego Czwartku. Podczas Mszy Franciszek umył i ucałował stopy młodocianym przestępcom, w tym dwóm dziewczynom, dwóm muzułmanom i dwóm ateistom.

    Elementem podnoszącym wiarygodność Kościoła jest duch ekumenizmu. Kościół katolicki nie był inicjatorem nowego ruchu ekumenizmu. Powstał on na początku XX w. w kręgu kościołów protestanckich. Niemniej włączenie się Kościoła ma kapitalne znaczenie dla jego jedności. W dekrecie o ekumenizmie Sobór Watykański II wezwał wszystkich katolików do włączenia się w „ dzieło ekumenizmu” / nr 4 i 5/. Kościół katolicki nie jest bowiem identyczny z Kościołem Chrystusa. ( Nie jest także Królestwem Bożym). Istnieją różne ucieleśnienia tego Kościoła. Wszystkie wspólnoty chrześcijańskie maja wiele elementów, widzialnych i niewidzialnych, Kościoła Chrystusowego. Kościoły te pozostają w jakiejś, choć niedoskonałej, wspólnocie z Kościołem katolickim i należą do Ciała Chrystusa/KK 8; 16; DE 3/. Pełnia Kościoła Chrystusowego jest możliwa przez wzajemne obdarowanie i wzajemne uznanie oraz przez wspólne słuchanie Ewangelii. Ekumeniczna postawa Kościoła katolickiego oraz jego dialog ze światem ukazuje go jako wiarygodnego przekaziciela Ewangelii.

    Kościół i świat powinni współdziałać w budowie ludzkiego społeczeństwa. Przy tym nie projektować dla siebie uprzywilejowanej pozycji w świecie. Kościół Franciszka ma postawę służebną . W tej służbie Bogu i ludziom ma przekraczać samego siebie. Rezygnując z instytucjonalnego zabezpieczenia, kierować się wiarą i mądrością krzyża, aż po męczeństwo. Taki Kościół w swej istocie ewangelizacyjny, jest w pełni wiarygodny. Trzeba pamiętać nie o jednostkowych przypadkach amoralnych papieży czy pedofilii lecz o tysiącach księży, biskupów i zwykłych wiernych stojących na straży godności i wolności człowieka oraz prześladowanych za wiarę aż po męczeńską śmierć.

  43. Nie bardzo mam czas na włączanie się do obecnej dyskusji. Gonią mnie inne pilne zobowiązania. Skoro jednak Pan Dariusz apeluje do teologów (bardzo słusznie!), to przynajmniej od czasu do czasu się odezwę. W ostatnich komentarzach jest tak wiele zagadnień, że nie sposób ustosunkować się do wszystkich. Dotknę teraz tylko pewnych myśli z dwóch ostatnich komentarzy P. Szymona.

    1. Widzę bolesne rozczarowanie Kościołem i sam je często podzielam. Kościoła jednak nie należy utożsamiać z ostatecznym Królestwem/królewskim panowaniem Boga. To zaledwie nikły początek wielkiej przemiany, której oczekujemy. W Modlitwie Pańskiej kazano nam wciąż cierpliwie przyzywać przyjścia Królestwa: „Przyjdź Królestwo Twoje”. Jeżeli wołamy: „Przyjdź”, to znaczy, że nie utraciliśmy nadziei na jego przyjście. Nie nam ludziom wyznaczać termin mesjańskiego odnowienia świata (wiadomo, ile to już razy różne grupy ludzi wierzących wyznaczały daremnie takie terminy!).

    Rzecz zrozumiała, że rodzi się niecierpliwość. Pan Szymon pisze: „Czekamy już 2 tysiące lat na ponowne przyjście Mesjasza, ale w sumie po co? Zaprowadzi pokój, sprawiedliwość, zniknie grzech – tylko czemu, do licha, tego nie dokonał przy swoim pierwszym przyjściu? Ileż cierpień byśmy uniknęli. A może Jego to nie interesuje – taka kolejna heretycka myśl”.

    Sięgam do tzw. Drugiego Listu Piotra, napisanego przez chrześcijanina w pierwszych dziesiątkach lat II w. po Chrystusie. TA SAMA NIECIERPLIWOŚĆ: „Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak od początku stworzenia. (…) Niech to jedno, umiłowani, nie uchodzi waszej uwagi, że JEDEN DZIEŃ U PANA JEST JAK TYSIĄC LAT, A TYSIĄC LAT, JAK JEDEN DZIEŃ” (2 Pt 3, 4.8). I autor listu zapewnia: „Pan nie zwleka z wypełnieniem obietnicy – chociaż niektórzy uważają, że zwleka – ale jest cierpliwy względem was, gdyż nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy się nawrócili. A dzień Pana przyjdzie jak złodziej” (w. 9-10a). A jednak przyjdzie! To naprawdę Boga interesuje, Panie Szymonie. Tak wierzę. Taka jest moja nadzieja.

    A więc przed nami przynajmniej odrobina odsłoniętego sekretu boskiej pedagogii. A my chcielibyśmy już jak najszybciej zakończyć bieg doczesnych dziejów świata pełnych cierpienia i zła. Uważamy, że dosyć już tego, co było przed nami. Niech się to wreszcie skończy! Nasze pokolenie niech będzie ostatnie, które cierpi pod słońcem! Boska pedagogia jest jednak inna. I z tym musimy się pogodzić. Ten sam autor Listu sugeruje wyjście z sytuacji: potrzeba „świętego postępowania i pobożności”. Twórzmy lepszą społeczność ludzi, zmieniajmy nasze postępowanie „oczekując przyjścia dnia Boga i starając się je przyspieszyć” (2 Pt 3, 11-12). A więc jest nawet możliwość PRZYSPIESZENIA, ale trzeba dać swój wkład. Pytam: Iluzja? Utopia? Przecież sami raju na ziemi nie stworzymy. Liczymy na pomoc samego Boga.

    2. TRWA DRAMAT POSŁANNICTWA JEZUSA W DOCZESNEJ HISTORII LUDZKOŚCI. Pisałem już o tym w przed-wielkanocnej debacie o grzechu, odpowiedzialności i wyzwaniu Święta Paschy (19 marca 2015 o 10:30).
    Co Pascha Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie, a także Zesłanie Ducha Świętego, zmieniły w sytuacji grzesznych ludzi na tym świecie? Czy dramat Paschy przemienił ludzkie serca? Czy świat stał się lepszy? Czy obraz Boży w człowieku stał się jaśniejszy? Nie zauważamy na ogół dokonanej zmiany na samej powierzchni wielu przerażających wydarzeń dokonujących się w świecie, gdzie nadal panuje grzech, przemoc, agresja, nienawiść, niesprawiedliwość, cierpienie niewinnych i krzyk rozpaczy. PRZEMIANA ZOSTAŁA JEDNAK ZAOFEROWANA W SAMEJ GŁĘBI JESTESTWA CZŁOWIEKA – NASZEJ LUDZKIEJ WOLNOŚCI, NASZEMU UMYSŁOWI I SERCU. Bóg tej przemiany nie wymusza. Ustawicznie do niej zachęca, przynagla i pociąga. I to jest chyba sekret Jego boskiej pedagogii cierpliwości i miłosierdzia.

    Przemianę widać wszędzie tam, gdzie historię tworzy ludzka dobroć, szlachetność, bezinteresowność, ofiarność, zmaganie o sprawiedliwość i pokój. Taka przemiana promieniuje i kształtuje nowe relacje międzyludzkie. Nie pozostaje bynajmniej jedynie w samym wnętrzu człowieka, w jego sercu i sumieniu. Aby przemiana ogarniała życie ludzi oraz ich wzajemne relacje, ludzka wolność musi otworzyć się na zbawcze oddziaływanie zmartwychwstałego Pana, na Jego osobowe „przyciąganie”: „A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, pociągnę wszystkich do siebie” (J 12,32).

    Jakże znamienne są w tym względzie słowa Jezusa: „JEŚLI CHCESZ wejść do życia, przestrzegaj przykazań” (Mt 19,17). „JEŚLI CHCESZ być doskonały [czyli spełniony zgodnie ze swym powołaniem, W.H.], idź, sprzedaj swój dobytek i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). Właśnie owo „JEŚLI CHCESZ” JEST WYRAZEM RESPEKTU BOGA DLA DARU WOLNOŚCI. Nasza ludzka wola ma swój udział w kształtowaniu oblicza świata. To ona jest główną przyczyną dramatu jego dziejów, ludzkiego grzechu, ludzkiej odmowy i winy.

    Jezus przeszedł przez mękę i krzyż po to, aby stać się największym ostrzeżeniem przed zadawaniem cierpienia innym – NAJWIĘKSZYM APELEM NA CAŁE DZIEJE LUDZKOŚCI O NIE KRZYŻOWANIE CZŁOWIEKA. Tajemnica Krzyża Syna Człowieczego, Syna Bożego, to PEŁEN MIŁOSIERDZIA SĄD NAD ŚWIATEM, który zabija Niewinnego. To NAJDOTKLIWSZA DIAGNOZA SYTUACJI ŚWIATA ZNACZONEGO PIĘTNEM GRZECHU I CIERPIENIA. To nieustanne wołanie o przezwyciężanie cierpienia. To nie przypadek, że pierwsze wczesnochrześcijańskie wyobrażenia Chrystusa ukazują Go nie jako ukrzyżowanego, ale jako Dobrego Pasterza, który szuka zagubionych i niesie na swoich ramionach.

    3. P. Szymon pyta: „Jezus powiedział, i jak to rozumiecie: ‘Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie’. Czy to oznacza, że np. Żydzi nie mają dostępu do Boga, bo odrzucają Jezusa?”

    Oto kilka moich refleksji. Deklaracja soborowa „Nostra aetate” stała się trwałym wyzwaniem dla tożsamości chrześcijańskiej oraz dla samego dialogu chrześcijan i żydów. Przynagla do ustawicznego procesu uczenia się, oczyszczania ze szkodliwych uprzedzeń i przesądów, budowania przyjaźni i zaufania. Przypomina, że Bóg nie odrzucił Ludu Izraela i nie wybrał w jego miejsce Kościoła jako nowego Ludu. Ma to poważne konsekwencje dla samego rozumienia wiary chrześcijańskiej. Nie wolno nam chrześcijanom wywyższać się i określać własnej tożsamości ze szkodą dla Żydów. Chrześcijanie błędnie sądzili, że w porównaniu z judaizmem mają bardziej wzniosłą etykę, szlachetniejszą wizję człowieczeństwa i doskonalszą wiarę.

    Okazuje się, że BARDZIEJ NIŻ TEOLOGIA DZIELI NAS CZĘSTO HISTORIA PRZENIKNIĘTA DOKTRYNĄ POGARDY. Lata dialogu przyniosły bodaj zaczątki dobroczynnej terapii. Nie doszło jeszcze jednak do przezwyciężenia lęku i nieufności, a to jest warunkiem prawdziwego i trwałego pojednania. Konieczna jest przede wszystkim wymowa czynów i faktów, które świadczyłyby o rzeczywistej przemianie mentalności. Najtrudniejszą przeszkodą jest niezgoda w sprawie chrześcijańskiej wiary w Jezusa Chrystusa.

    Niektórzy uczeni żydowscy przyznają, że Jezus z Nazaretu był wybitnym mistrzem słowa i nauczycielem wzniosłej moralności. Żydowski historyk i profesor literatury hebrajskiej, Joseph Gedaliah Klausner (1874-1958) zdecydowanie odmówił Jezusowi tytułu proroka i Mesjasza. Z kolei Schalom Ben-Chorin (1913-1999) w swojej książce pt. „Bruder Jesus, der Nazarener in jüdischer Sicht“ napisał: „WIARA JEZUSA JEDNOCZY NAS, WIARA W JEZUSA DZIELI NAS“. Tym samym wskazał na nieprzezwyciężalną różnicę i przeszkodę między Żydami i chrześcijanami. W chrześcijańskiej wierze Jezus Chrystus jest ośrodkiem wiary w Boga i całej egzystencji religijnej, a to jest obce judaizmowi. Niektórzy gotowi są co najwyżej zaliczyć Go do szeregu proroków, apokaliptyków i nauczycieli.

    A jednak również to, co dzieli jest dzisiaj przedmiotem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Czy możliwa jest CHRYSTOLOGIA CHRZEŚCIJAŃSKA, która byłaby dla strony żydowskiej MNIEJ KONTROWERSYJNA? Chrześcijanie zaangażowani w dialog poszukują takich sformułowań, które nie miałyby charakteru antyjudaistycznego. Podkreślają zatem najpierw, że Jezus jest prawdziwym człowiekiem i że był Żydem, co stawia Go po naszej ludzkiej stronie. Nie jest to przypadkowy fakt historyczny, lecz podstawowa prawda teologiczna. Kto oddziela osobę Jezusa od Jego przynależności do ludu żydowskiego, tym samym narusza prawdę o wcieleniu. Z drugiej strony Jezus zajmuje centralne miejsce w chrześcijańskim pojmowaniu Boga i naszego stosunku do Niego. Jest więc również całkowicie po stronie Boga. Chrystologia, która przeczyłaby biblijnej prawdzie o jednym jedynym Bogu, miałyby tym samym charakter antyżydowski. Judaizm akcentuje ścisły monoteizm i teocentryzm w oparciu o świadectwo Biblii hebrajskiej.

    Chrześcijańska wiara w Trójcę Osób Boskich (Ojciec, Syn, Duch Święty) uważana była od wieków przez Żydów za wiarę w trzech Bogów. Zarzut tri-teizmu wciąż dochodzi do głosu w dialogu chrześcijańsko-żydowskim. Trzeba zdawać sobie z tego bardzo jasno sprawę i szukać przezwyciężenia trudności w oparciu o oczyszczoną i teocentryczną chrystologię. W przeciwnym razie teologowie żydowscy nie uznają Jezusa za ważną postać w dziejach swojego narodu. Trzeba również przybliżać samym chrześcijanom postać Jezusa jako człowieka wraz z Jego nauczaniem.

    4. NIEZGODA ŻYDÓW TO WYRAZ ICH WIERNOŚCI WOBEC WŁASNEJ TRADYCJI WIARY. Spróbuję to wyjaśnić.
    Główną przeszkodą dla Żydów nie jest zresztą tylko sama chrystologia i wiara chrześcijan w Jezusa Chrystusa, która bezpośrednio i egzystencjalnie ich nie dotyczy. Chodzi raczej o chrześcijańską naukę o powszechnym znaczeniu zbawczego dzieła Jezusa Chrystusa, a w konsekwencji o misję wśród Żydów oraz ich nawracanie. Prowadzenie misji nie jest wprawdzie zamachem na fizyczną egzystencję Żydów, ale na ich religijną tożsamość. Za złe mają chrześcijanom, że modlą się do Boga, żeby wyznawcy judaizmu przez Mesjasza Jezusa doszli do zbawienia, choćby to miało miejsce dopiero u samego kresu ludzkich dziejów.

    W tej sytuacji pytajmy o to, w jaki sposób można lepiej zrozumieć i pogodzić się z negatywnym stanowiskiem żydowskim. Mamy w gruncie rzeczy do czynienia z PARALELNYM ISTNIENIEM JEDNEJ WIARY OBOK DRUGIEJ. Inaczej odczytujemy objawienie Boga. Jak więc rozwiązać ten paradoks w zaufaniu do Jego wierności w stosunku do Izraela i do Kościoła?

    W odmowie uznania Jezusa ze strony Izraela chrześcijanie mogą (i powinni) dostrzec wyraz wierności wobec tradycji żydowskiej. Taką interpretację sugeruje oficjalna deklaracja Papieskiej Komisji Biblijnej z 2001 r. Mówi ona o tym, że Żydzi i chrześcijanie czytają tę samą Biblię, ale odczytują ją inaczej w poczuciu wierności wobec swojej własnej tradycji wiary. „Każda z tych dwóch lektur solidaryzuje się z odpowiednią dla niej wizją wiary, której jest wytworem i wyrazem. W konsekwencji są one niesprowadzalne jedna do drugiej” (nr 22). Znaczy to, że pojednanie obydwu paralelnych interpretacji nie jest po prostu możliwe.

    Wola kontynuowania dialogu żydowsko-chrześcijańskiego wymaga przede wszystkim zdecydowanego wyrzeczenia się misji w stosunku do Żydów. PRZYMIERZE BOGA Z LUDEM ŻYDOWSKIM JEST JEGO ZBAWCZĄ DROGĄ DO BOGA – TAKŻE BEZ UZNANIA JEZUSA CHRYSTUSA I BEZ SAKRAMENTU CHRZTU. Bóg jest wierny słowu swojego dawnego Przymierza zawartego na Synaju, które nigdy nie zostało cofnięte.

    Takie stanowisko nie jest zaprzeczeniem nowotestamentowego wyznania wiary, że Bóg posłał swego Syna jako „Zbawiciela świata”, a więc nie tylko dla zbawienia nie-żydów: „On jest Zbawicielem świata” (J 4,42), „Ojciec posłał Syna, Zbawiciela świata” (1 J 4,14). W swojej mowie skierowanej do żydowskich przełożonych, starszych i nauczycieli Prawa apostoł Piotr tak mówił o Nazarejczyku: „Nie ma w nikim innym zbawienia. Nie dano bowiem ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12).

    Nowy Testament rzeczywiście wyjaśnia śmierć i zmartwychwstanie Jezusa jako powszechne dzieło zbawcze. Musimy jednak POZOSTAWIĆ SAMEMU BOGU ODPOWIEDŹ na pytanie, czy ta śmierć przezwyciężona przez zmartwychwstanie wzmacnia w jakiś sposób znaczenie Przymierza na Synaju i czy przyczynia się do skuteczności jego oddziaływania. Podobnie POZOSTAWMY BOGU DECYZJĘ, czy Żydzi i chrześcijanie spotkają się na swojej drodze do Królestwa oraz kiedy i jak się to dokona. Tego po prostu nie wiemy. I nie wstydźmy się tej niewiedzy.

    Powyższe stwierdzenia prowadzą do kolejnego ważnego wniosku. Szacunek dla tajemnicy Boga stawia granice teologii zarozumiałej i pretendującej do udzielania przedwczesnych odpowiedzi. ABSOLUTNA PRAWDA PRZYNALEŻY JEDYNIE SAMEMU BOGU I OBJAWI SIĘ DOPIERO U KRESU DZIEJÓW ŚWIATA. Bezpodstawne są zatem wszelkie eschatologiczne spekulacje i ludzkie roszczenia do absolutnej pewności.

    Dramatyczna schizma między Żydami i chrześcijanami ma w sobie coś tragicznego i fatalnego. Winę ponosimy także my chrześcijanie z powodu antyżydowskiej interpretacji Pisma. W nasze ludzkie spory wciągamy samego Boga. Zarzucamy Żydom upór i zatwardziałość serca, bo nie uwierzyli w boskiego Posłańca. Zapominamy o słowach apostoła Pawła: „Bóg nie odrzucił swojego ludu” (…). Nieodwołalne są bowiem dary i powołania Boże” (Rz 11,2.29). W rzeczywistości nasza wiedza o Bogu jest niewyobrażalnie ograniczona. Wskutek tego trzeba z dystansem i nieufnością odnosić się do tego rodzaju teologii, która rzekomo zna odpowiedź na wszystkie pytania.

    Zapytuję często sam siebie: CO BÓG PRAGNIE POWIEDZIEĆ NAM CHRZEŚCIJANOM ZA POŚREDNICTWEM ŚWIADECTWA JUDAIZMU I JEGO ODMOWY W STOSUNKU DO JEZUSA? A mówi On do nas zwłaszcza w szczerym dialogu i bezpośrednim spotkaniu z „Innymi”. Możemy wówczas usłyszeć w głębi ducha to, czego do tej pory usłyszeć nie byliśmy w stanie. Rodzi się wówczas nowe spojrzenie i nowa wrażliwość. Coś w nas samych zostaje zmienione i wzbogacone. Głos Boga może dotrzeć do nas w postaci iście prorockiego pouczenia ze strony tych, których traktowaliśmy z pogardą jak obcych. Przekonujemy się jak wiele nas łączy. Będziemy wskutek tego bardziej gotowi być dla siebie nawzajem cierpliwymi świadkami i wyrozumiałymi orędownikami na drodze pojednania. Wtedy i my chrześcijanie szybciej i głębiej pojmiemy, że niezgoda na Jezusa z Nazaretu ze strony Żydów jest wyrazem ich szczerej wierności wobec własnej tradycji i Przymierza na Synaju.

    Tyle, Panie Szymonie, moich refleksji na niektóre przynajmniej Pańskie pytania. Może choć trochę okażą się pomocne…

  44. Ekumenizm

    Ks. prof. Wacław Hryniewicz poruszył bardzo ważne zagadnienie, które nieodłącznie jest związane z podjętym przeze mnie i Dariusza problemem: dialog chrześcijańsko-żydowski. Odkrycie żydowskiego Jezusa, będące swoistego rodzaju wyzwoleniem się z „niewoli bultmaniańskiej” (A. J. Droge, The Facts about Jesus: Some Thoughts on E. P. Sanders „Jesus and Judaism”, „Criterion” 26 [1987] 12, s. 15), zbliżyło do siebie nowotestamentalistów obecnych po obydwóch stronach barykady.

    O ile Żydzi i chrześcijanie mogą nie być w stanie porozumieć się w kwestii drugiej i trzeciej osoby Trójcy Świętej, to osoba Ojca wydaje się być wymiarem Boga, który łączy żydowskie i chrześcijańskie rozumienie, i że można w ten sposób odnaleźć wspólną płaszczyznę teologiczną. Wydaje się, że jest to możliwe również, gdy rozważa się nauczanie i religię Jezusa historycznego: czyli takiego Jezusa, jaki był, gdy żył i działał jako człowiek. Wśród najbardziej znanych dwudziestu książek uczonych, którzy opisali w sposób przekonujący palestyński judaizm czasów Jezusa, jest też kilku Żydów, a wszyscy oni widzą Jezusa zanurzonego w swojej kulturze. Są to m.in.: Joseph Klausner Jesus of Nazareth (1925); David Flusser Jesus (1969); Paul Winter On he Trial of Jesus (1961); Geza Vermes Jesus the Jew (1973), Jesus and the World of Judaism (1983), The Religion of Jesus the Jew (1993) oraz Paula Fredriksen From Jesus to Christ (1988).

    Od czasu II Soboru Watykańskiego znaczna część teologów, którzy zajmowali się problematyką relacji judaizm-chrześcijaństwo mówi, całkiem otwarcie, o bezcelowości misji chrześcijańskiej wśród Żydów. Dzielą się oni na zwolenników POJEDYNCZEGO PRZYMIERZA, albo PODWÓJNEGO PRZYMIERZA.

    Kardynał Carlo M. Martini z Mediolanu (zwolennik pierwszej perspektywy) stwierdził: „Jezus jest w pełni Żydem; apostołowie to Żydzi; i nikt nie może mieć wątpliwości co do ich przylgnięcia do tradycji przodków. Zwiastując i inaugurując mesjańską Paschę Jezus, uniwersalny Odkupiciel i cierpiący Sługa, nie czynił tego w opozycji do przymierza synajskiego. Raczej wypełnia On sens Synaju” (C. M. Martini, Christianity and Judaism: A Historical View, „Explorations”, 2 [1988] 2, s. 2).

    Nie ma potrzeby wywyższania się i deprecjonowania judaizmu, ponieważ tym samym chrześcijanin uderzałby w podstawy swojej religii: w Pierwsze Przymierze i Jezusa z Nazaretu. Nie można zrozumieć chrześcijańskiej Biblii bez Biblii hebrajskiej. Ks. Piotr Jaskóła stwierdza wprost: „Historia żydowsko-chrześcijańskich stosunków pokazuje, że nigdy nie brak było chrześcijan, którzy za coś oczywistego uważali, że Żydzi muszą się uczyć od Jezusa, ale wydaje się, niestety, że niewielu było w historii chrześcijan, którzy byliby chętni posłuchać czego się uczy w synagogach. Tymczasem (przykładowo) podstawowa dla chrześcijanina Modlitwa Pańska (zob. Mt 6, 9-13), okazuje się być wzorowana na starych żydowskich modlitwach: Kaddish i Szemoneh Esre. W dodatku Jezus obchodził żydowskie święta, jak Sukkot (zob. J 7, 1-39), Hunakka (zob. J 10, 22) i paschę (zob. Mk 14, 12-25)” (P. Jaskóła „Judaizm w perspektywie teologii ewangelickiej” w: Dzieci Jednego Boga, Warszawa, 1991, s. 276).

    Każdy teolog budujący wizerunek Jezusa w opozycji do Starego Testamentu jest, obecnie, uważany za niewiarygodnego (historycznie i teologicznie!). Samo odrzucenie przez Jezusa czy apostołów niektórych tradycji starotestamentalnych nie oznaczało porzucenia ich en bloc. Tak samo postąpili przecież prorocy: Ezechiel i Deutero-Izajasz. „Kościół, spontanicznie ożywiany przez Ducha, zdecydowanie potępił postawę Marcjona i zawsze przeciwstawiał się jego dualizmowi” (ks. Michał Czajkowski). Marcjonizm, który obecnie polega na budowaniu kontrastu pomiędzy ST a NT, to, w tej chwili, jedna z najgorszych „herezji” 🙂 . Wizję symplicystyczną należy odrzucić niczym zły sen; choć wymaga to znacznego przeformułowania Heilsgeschichte.

    Ks. prof. W. Hryniewicz (czym mnie zaskoczył) stwierdził: PRZYMIERZE BOGA Z LUDEM ŻYDOWSKIM JEST JEGO ZBAWCZĄ DROGĄ DO BOGA – TAKŻE BEZ UZNANIA JEZUSA CHRYSTUSA I BEZ SAKRAMENTU CHRZTU (Waclaw Hryniewicz OMI10 maja 2015 o 11:02 ).

    W Polsce wzorem do naśladowania nie są jednak wybitni teolodzy, lecz święta, o nieco infantylnym umyśle, Faustyna. A ona zapatrywała się na ww. kwestię zupełnie inaczej (jako że żyła przed II Soborem, co jednak zupełnie nie przeszkadza współczesnym jej naśladowcom, kontynuować jej idei w czasach teraźniejszych):

    «W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu św. nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu św., ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. (…) I w nocy , kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. (…) I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak (się stało), że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu św. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą, i zaraz nastąpiło konanie» (ŚWIĘTA S. M. FAUSTYNA KOWALSKA, Dzienniczek , nr 916).

    Tu mamy do czynienia z pełnym magicznym obrzędem. Żydówkę, wbrew jej woli, poddano obrzędowi chrztu (w trakcie utraty przytomności!), a, pomimo że nigdy nie prowadziła chrześcijańskiego życia, została po śmierci przeniesiona do katolickiego raju. W tym wypadku decydujący był sam rytuał, a nie wola człowieka lub Boga (dlatego też religię, tak ciężko odróżnić od magii). Jeżeli katolicy z Polski nie chcą wypatrywać bezsilnych innowierców w szpitalach oraz chować się w krzewach rosnących w pobliżu synagogi z wodą święconą, by znienacka „kropić” nią Żydów, to niech dobrze zastanowią się nad tym, czy przyznać świętej Faustynie tytuł doktora Kościoła (Św. Faustyna doktorem Kościoła). Może wystarczy świętość?

  45. Do Panów Szymona i Roberta Kossa

    Panie Szymonie!
    Każdy człowiek na swój punkt widzenia, dla każdego co innego może mieć szczególne znaczenie. Zwrócił Pan uwagę, że w Credo nie ma mowy o miejscu narodzenia Jezusa z Nazaretu, zatem nie jest to temat sam w sobie istotnej wagi. Owszem, ale jest określenie Jezusa jako Mesjasza-Chrystusa, a miejsce narodzin w Betlejem jest jedną z przesłanek mesjańskiej identyfikacji Jezusa jako Mesjasza. Dla mnie Pana pytanie „jakim KONKRETNIE Mesjaszem-BOGIEM jest dzisiaj, dla człowieka – Jezus?” jest wtórne wobec problemu mesjańskiej tożsamości Jezusa: najpierw muszę być pewna, że Jezus został prawidłowo określony jako Mesjasz, a potem rozważam, czy i jakie ma to znaczenie dla mnie. Czyli dla mnie najpierw historia i fakty, potem teologia i osobiste zaangażowanie w wierze.

    Co do dalszych pytań, które Pan postawił, nie wiem, jak odpowiedzieć, bo mam coraz więcej wątpliwości co do treści wiary: skoro coraz częściej „okazuje się”, że to czy tamto zdanie w Nowym Testamencie ma mało wspólnego z rzeczywistością, to cała doktryna chrześcijańska dla mnie traci Biblię jako podstawę wiarygodności.
    Przytacza Pan słowa Jezusa: „Idę przecież przygotować wam miejsce. 3 A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”( Ew. Jan 14,3)” – a ma Pan pewność, że to naprawdę słowa Jezusa? Bo o słowach „Ty jesteś Piotr-Opoka, i na tej Opoce zbuduję Kościół mój” z Mateusza to już w czytałam, że Jezus nic takiego nie powiedział, a później ewangeliści włożyli w jego usta słowa, jakie im pasowały do jakiegoś celu, i skorzystali na tym biskupi Rzymu. Inaczej mówiąc, roszczenie Kościoła Rzymsko-Katolickiego do prymatu w chrześcijaństwie nie ma żadnego Jezusowego umocowania.

    I tu przechodzę do odpowiedzi dla Pana Roberta Kossa.

    Pisze Pan Robert: „obecność tych braków-win w zasadzie nie podważa jego wiarygodności. Braki te nie wynikają bowiem z istoty Kościoła. ( W Kościele katolickim j e s t łaska i sakramenty). Ponadto Kościół sam podjął krytykę swych braków. Już Sobór Watykański II uznał konieczność stałej reformy w Kościele a tym samym ocenił krytykę w Kościele jako zjawisko dodatnie.”
    Panie Robercie, jeżeli dla Pana o wiarygodności Kościoła Rzymsko-Katolickiego świadczy fakt, że JUŻ Sobór Watykański II dojrzał potrzebę stałych reform w Kościele, to co powiedzieć o wiekach, podczas których stale pojawiali się śmiałkowie chcący reformować Kościół, ale jakoś nie mogący tego osiągnąć? Np. odkąd za pp Urbana II (1088-1099) powstała kuria rzymska, stała się obiektem nieustannych reform, które nie zdołały przez wieki wyeliminować np. symonii. Dzięki symonii papieżem został Aleksander VI (1492-1503). Czy wg Pana osoba wybrana dzięki przekupstwu jest miarodajnym następcą Piotra Apostoła?

    I problem podstawowy: na czym opiera się prymat rzymskiego papieża? Na następstwie sukcesji Piotra? Ale której: rzymskiej czy antiocheńskiej?
    Papież przez wieki był głową państwa kościelnego, które zaistniało dzięki donacji Pepina, fałszywie zwanej donacją Konstantyna, co wykrył kardynał Mikołaj z Kuzy w I połowie XV wieku, ale dopiero w XIX wieku Kościół przyznał, że to było fałszerstwo. Galileusz niesłusznie został skazany przez inkwizycję, sam po 350 latach doczekał się rewizji procesu, a kardynał Bellarmino, który fatalny proces prowadził, został świętym.
    Mi nie chodzi o „jednostkowe przypadki amoralnych papieży czy pedofilii”, bo po pierwsze to nie są jednostkowe przypadki, a w sprawie pedofilii polecam lekturę irlandzkiego raportu Ryana lub instrukcję Crimen Sollicitationis, ujawnioną przez ks. Roberta Doyle`a, a po drugie o wiarygodność całej instytucji począwszy od jej biblijnych korzeni.

    Pozdrawiam Panów!

  46. Pani Anno!

    Przepraszam, że wejdę w słowo, ale nie mogę przejść do porządku dziennego nad pewnymi uproszczeniami, krzywdzącymi.

    Nie można uczynić sobie bożka z Biblii. Prof. Kalina Wojciechowska w jednym z komentarzy wskazała mi, jak często protestanci dopuszczają się grzechu bibliolatrii (Kalina Wojciechowska 20 lipca 2014 o 13:31 ); trend ten przeniknął do katolicyzmu, skutecznie infekując umysły wiernych. Biblia powstała jako przekaz Ducha Świętego w kwestiach wiary, a nie nauk empirycznych (historia, biologia, fizyka itd.). Nie należy odczytywać tekstów biblijnych w sposób taki, jakby to była pisana historia bez uwzględnienia czynnika teologicznego. Nowy Testament powstał po wydarzeniach paschalnych. Nie jest to czysta historia, ale teologiczny zapis bazujący, od czasu do czasu, na rzeczywistych wydarzeniach. Celem nadrzędnym ewangelistów nie było wierne odtworzenie historii, lecz zapis ich wiary w to, że Jezus jest Mesjaszem i Synem Bożym. Dopiero wydarzenie paschalne uświadomiło uczniom, kim był Jezus.

    Za życia Jezusa nikt nie chciał za Niego umierać: zdradził Go jeden z Jego uczniów, wyparł się Go jeden z liderów, cały Jego najbliższy krąg rejterował się ucieczką, a jeden z nich nie zważał nawet, iż ucieka bez odzienia. Dlaczego nikt nie chciał umrzeć z Człowiekiem, który chodził po wodzie, uciszał na rozkaz wiatr, odnajdywał w pyszczku ryby pieniążka, leczył dziesiątkami trędowatych, wskrzeszał zmarłych, „przylepił” odcięte ucho, nakarmił w cudowny sposób kilka tysięcy mieszkańców Galilei, wszystkich kochał, przytulał dzieci i, w ogóle, był jak „do rany przyłóż”? Za to za paschalnego Jezusa chcieli już umierać wszyscy, a z Jezusem historycznym nikt nie chciał ponieść męczeńskiej śmierci. Wnioski pozostawię czytelnikowi, ale jedną rzecz stwierdzę bez prawdopodobieństwa: gdyby nie wiara we wskrzeszenie i wizje (być może również doznania akustyczne) nie narodziłoby się chrześcijaństwo; i czymś logicznym jest, właśnie w tym układzie, że rzutowano obraz paschalnego Chrystusa na życie historycznego Jezusa. Rzutowano także życie Kościoła (prymat Piotrowy). Dla człowieka, który wierzy w zmartwychwstanie, nie jest to fałszerstwo. Jezus obiecał, że Duch Święty będzie towarzyszył uczniom aż do skończenia świata. Nie mówił nic takiego, że skończy się Jego działanie z chwilą napisania Drugiego Listu świętego Piotra, jak chcą niektóre fanatyczne ugrupowania protestanckie, które uczyniły sobie złotego cielca z Biblii (sola Scriptura). Kłamał?

    Ks. dr Grzegorz Strzelczyk wspomina o zafałszowaniu nauk Jezusa w następujący sposób:

    «W świetle historycznych ustaleń jest rzeczą wręcz oczywistą, że pomiędzy nauczaniem przedpaschalnego Jezusa a najwcześniejszym nawet kerygmatem istnieją poważne różnice, które wyjaśnić można wyłącznie intensywnością doświadczeń paschalnych i popaschalnych. Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, uczniów powinno się rzeczywiście obarczyć odpowiedzialnością za zafałszowanie oryginalnego orędzia Jezusa» (Jezus historyczny w perspektywie dogmatycznej).

    Jeśli zatem wierzymy w zmartwychwstanie (ja przynajmniej w to wierzę – na zasadzie wiary, nie faktów empirycznie weryfikowalnych), to nie trzeba się obawiać depaschalizacji źródeł. Z Darkiem mogę rozmawiać tylko na jednym poziomie, ponieważ nie uznaje on możliwości interwencji sił ponadnaturalnych, ale, komu jak komu, wierzącemu nie powinny przeszkadzać naleciałości interpretacyjne. Po coś Duch Święty istnieje? Chyba że jest niepotrzebny – wtedy wydajmy jedynie komentarz do Biblii, i zawieśmy pracę teologów.

  47. Do Pani Anny K.
    W wpisie z dnia dzisiejszego poruszyła Pani wiele zagadnień, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć w jednym komentarzu. Siłą rzeczy niektóre uwagi adresowane do mnie muszę pozostawić na razie bez odpowiedzi.

    Jest faktem, że to w Antiochii około 110 roku n.e. za biskupa Ignacego wprowadzono system prezbiterialno –episkopalny, który został przyjęty w całym Imperium. Jednak od samego początku wspólnota Rzymu cieszyła się ogromnym szacunkiem. /Ignacy pisze list do niej, że kieruje się „prymatem miłości”/ chyba także dlatego, że na terenie Rzymu znajdowały się groby najważniejszych apostołów, Piotra Pawła. Istnienie tu episkopatu o charakterze hierarchicznym można wykazać z całą pewnością od ok. II w. ( biskup Anicent).
    Hans Küng, znany z krytycznego stanowiska wobec sukcesji i nieomylności, przyznaje:
    „ Tak więc prezbiterialno-episkopalna organizacja Kościoła … nie stanowiła jednak żadnego odstępstwa i ponad wszelką wątpliwość miała ogromne znaczenie duszpasterskie. Nie bez powodu została przyjęta za normę obowiązującą w początkach ecclesiam catholica. W sumie był to brzemienny w skutkach proces rozwoju historycznego, który umożliwił wspólnotom chrześcijańskim zarówno ciągłość w czasie, jak i jedność w przestrzeni., czy też katolickość w czasie i przestrzeni. Dlatego nie należy tego krytykować, dopóki działa w duchu Ewangelii, dla dobra ludzi…” / H. Küng, Krótka historia Kościoła Katolickiego, Wrocław 2004 s.29/.
    Szwajcarski teolog podaje trzy normy, które już od II wieku aż do dzisiaj są uważane za odróżniające stanowisko Kościoła Katolickiego od ruchów nieortodoksyjnych.
    1. Skrócone wyznanie wiary, wygłaszane zwyczajowo podczas chrztu. Określało ono podstawy wiary, które dawały się rozszerzyć o definicję i dogmaty.
    2. Ostateczne ustanowienie kanonu pism Nowego Testamentu z którymi Kościół się związał, jako podstawa dla wszelkich innych pism kościelnych.
    3. Urząd biskupa. Słynne zdanie Ireneusza? „ Gdzie biskup tam i Kościół”. Odtąd listy biskupów i synodów biskupich składają się na Tradycję. / tamże s. 34/./
    Dopiero reformacja odrzuciła trzeci ze standardów / urząd biskupa/. Oświecenie zakwestionowało drugi / kanon Pisma Świętego/, a w naszych czasach kwestionuje się także pierwszy / zasady wiary/.
    Kościół to grzesznicy ale i święci. Jeśli odrzucimy Ewangelie i Kościół grzeszników to co nam pozostanie? Donatyzm? Gnoza? Ateizm? Judaizm?
    Zdaniem H. Künga „ Kościół wciąż ma przed sobą wielką przyszłość pod warunkiem, że dokona się w nim gruntowna odnowa w duchu zgodnym z Ewangelią, jak i ze współczesnymi czasami” / tamże, s.12/.
    Kościół jako jedyna instytucja przetrwał 2000 lat i pozostał na całym świecie wielką potęgą duchową. Nie zniszczył go ani nazizm, ani stalinizm, ani islam.
    Nie wierzę w instytucje Kościoła ale w Jezusa Chrystusa, który pozostaje podstawą teologii, liturgii i tradycji. Mimo fatalnych papieży i okresów upadku Kościół nigdy nie zagubił Chrystusa Pana.
    „ Imię Jezusa przewija się wciąż jak złota nitka, którą wyszyta jest tkanina historii Kościoła. Chociaż tkanina ta jest w wielu miejscach rozdarta i poprzecierana, owa złota nitka wciąż się przewija”/ tamże s.12/.
    Pozdrawiam

  48. Szanowny Panie Profesorze!

    Ponieważ to nasz z Andrzejem pierwszy wpis i debata w „Sanktuarium”, chciałbym nie tylko podziękować za znalezienie czasu, mimo innych obowiązków – chciałbym także podkreślić, że tej „dziwacznej” 🙂 ateistyczno-katolickiej akcji pewnie nigdy by nie było, gdyby nie zainicjowana przez Pana Profesora niedawna, wielotygodniowa debata o ateizmie, która nas ogromnie zainspirowała. „Sanktuarium ” – to nic innego, jak próba wspólnego opowiadania o świecie, który dla ateistów nauka wyjaśnia (ale zaledwie w kilku procentach), a wierzących prowadzi Głos z Obłoku (który jednak często jest niewyraźny).

    Jak wyważyć proporcje zaufania: do niepełnej nauki i niewyraźnego Głosu? Odpowiem najpierw na część Pana wypowiedzi, dotyczącą niedoskonałości Kościoła, bo tu nauki humanistyczne mają coś do powiedzenia.

    Problem dla teologii katolickiej widzę tutaj – jeśli mogę sobie pozwolić na pewną sugestię mimo mojego ateizmu – w narastającej wiedzy o uniwersalności zabiegów, podobnych do chrześcijańskiej „teologii oczekiwania po 2000 lat bez pełnego Królestwa”. Wraz z Andrzejem zgromadziliśmy powyżej dziesiątki religioznawczych, antropologicznych i psychologicznych przykładów na to, jak wspólnoty apokaliptyczne (doskonale!) radzą sobie z niespełnioną kluczową przepowiednią. Te przykłady pochodzą z różnych religii, kultur i z całych ostatnich 2000 lat. Wygląda na to, że odpowiedzi, jakie Pan Profesor podaje za Drugim listem Piotra – Bóg chce nas jeszcze czegoś nauczyć, a my skupmy się na działaniach, to nawet przyspieszymy Królestwo – to odpowiedzi nie tyle specyficznie chrześcijańskie, co realizujące pewien schemat przechodzący przez wiele wieków i wiele kultur: ogólnoludzkie. Gdy rozpoznajemy je jako takie (nie wyjątkowe) – problem kolosalnego, 2000-letniego spóźnienia pełnego Królestwa nagle może otworzyć chrześcijaństwo na inne religie, uczynić je częścią ogromnej wspólnoty bez granic w czasie i przestrzeni, której Kościół nie powinien się chyba wypierać. (Trudno myśleć tak samo, jak inni – i nadal upierać się przy swojej wyjątkowości…). Moim zdaniem Kościół musi w tym momencie jakoś mocno przesunąć akcent ze swej unikalności na świadomość, że wiele innych religii, często w historii Kościoła uważanych za „pogan”, „heretyków” itp. – podąża równoległą drogą, stanowi część jakiegoś wspólnego, nie do końca zrozumiałego przedsięwzięcia (?).

    Co do judaizmu Jezusa z Nazaretu i (zwłaszcza polskich) problemów z antysemityzmem. Uderzyła mnie historia opowiedziana przez Andrzeja za Dzienniczkiem siostry Faustyny (to chyba taka swoista Piąta Ewangelia dla pewnej części naszych współczesnych katolików). Andrzej widzi tutaj problem w pogańskiej, magicznej interpretacji chrztu i, oczywiście, w antyjudaizmie – dla mnie głównym problemem jest struktura edukacyjna w Kościele. (Teolodzy wiedzą, ale do wielu wiernych wiedza nie dociera).

    Gdy zrobiliśmy Znak numerem o Jezusie historycznym, ks. Strzelczyk zaapelował o to, aby Third Quest – najnowszy etap poszukiwań wiedzy historycznej o Jezusie – uczynić przedmiotem nauczania w Seminariach. Zamiast tego polski katolicyzm dostaje np. interpretacje teologiczne TQ (prace ks. prof. Marka Skierkowskiego) albo, na niższym poziomie, apologetykę popularno-historyczną (książki Pawła Lisickiego). Tłumaczenia Vermesa czy Ehrmana pomagają, ale czy tego się używa w seminariach? Nasza z Andrzejem inicjatywa napisania do Pana Lisickiego została podyktowana przekonaniem, że jednym z najlepszych „wsporników” dla dialogu z Żydami byłaby popularność wiedzy o czasach, kiedy rodzący się Kościół był po prostu i bez cudzysłowu – częścią Judaizmu II Świątyni.

    Tutaj jednak znów mamy problem unikalności – tym razem unikalności Jezusa z Nazaretu. Co jest Boskiego w Jezusie, skoro Bóg jest tylko jeden i jest nim (był nim dla pierwszych chrześcijan) – Jahwe? Badacze jak James Dunn próbują szkicować nowe formuły. W zakończeniu „Czy pierwsi chrześcijanie czcili (worship) Jezusa?” (2010), krytycznego, wyważonego przeglądu stanu badań nad narodzinami chrystologii (jakiego Pan Lisicki nawet nie ma w bibliografii…) – Dunn pisze:

    Tak wiec na nasze główne pytanie możemy odpowiedzieć negatywnie i przypuszczalnie tak właśnie powinniśmy odpowiedzieć. Ale nie w momencie, gdyby efektem tego miał być mniej odpowiedni sposób oddawania czci Bogu. Ponieważ cześć, która tak naprawdę zrodziła chrześcijaństwo i stanowi o jego unikalnym wkładzie w dialog religii – to cześć oddawana dzięki Jezusowi, cześć Boga objawiona w i poprzez Jezusa. Chrześcijaństwo pozostaje religia monoteistyczną. Jedynym, któremu można oddawać cześć, jest Jedyny Bóg. Ale jak chrześcijaństwo mogłoby zrezygnować z uhonorowania tego, przez którego wierzy ono, ze Bóg najpełniej się objawił, przez którego Jedyny Bóg najbardziej zbliżył się do naszej, ludzkiej doli (condition of humankind)? (s. 151)

    Czy ktoś wśród teologów katolickich rozwija podobne intuicje, oparte mocno na historii? Co powiedzieliby na to Żydzi?

  49. Dariusz Kot
    11 maja 2015 o 19:15
    „Andrzej widzi tutaj problem w poganskiej, magicznej interpretacji chrztu i oczywiscie w antyjudaizmie – dla mnie glownym problemem jest struktura edukacyjna w Kosciele. (Teolodzy wiedza, ale wielu wiernych wiedza nie dociera). ”
    Tylko, z czego wynika brak tej wiedzy u wielu wiernych? Brak nauczania na lekcjach religii, kazaniach, prasa katolicka?
    Mnie uczono, że dowodem na Bóstwo Jezusa jest to, że nazywano Go Synem Bożym. Dzisiaj wiem, że to nie jest tytuł deifikujący.
    Swoją drogą mam pytanie do Pana Dariusza: dlaczego Sanhedryn ( a ściślej ewangeliści) uznał za bluznierstwo to, że Jezus nazwał się Synem Bożym i Mesjaszem? Geza Vermes twierdzi, że żaden z nich nie oznacza złamania prawa żydowskiego.

    pozdrawiam szymon

  50. Szanowni Państwo
    Kościół katolicki twierdzi:
    KKK 576
    ” W oczach wielu w Izraelu Jezus sprawiał wrażenie przeciwnika podstawowych instytucji narodu wybranego:

    1. posłuszeństwa wobec Prawa w integralności jego przepisów pisanych i, według faryzeuszów, w interpretacji tradycji ustnej;

    2. centralnego charakteru Świątyni Jerozolimskiej traktowanej jako miejsce święte, w którym w sposób szczególny mieszka Bóg;

    3.wiary w jedynego Boga, w którego chwale nie może mieć udziału żaden człowiek”

    Mam wątpliwości do 3 punktu – gdzie Jezus był przeciwnikiem wiary w Jedynego Boga?

    pozdrawiam szymon

  51. Panie Andrzeju!
    Pragnę ponownie nawiązać do Pana odpowiedzi.

    Dostrzegam spore różnice między Pańskim a moim podejściem do wzajemnych odniesień historii i teologii.
    Wielokrotnie zajmowałam się analizą starożytnych źródeł i większość problemów, jakie Pan sygnalizuje odnośnie kwestii opisu dzieciństwa Jezusa jako Chrystusa w nawiązaniu do dziejów Mojżesza czy Romulusa i Remusa, znam. Co więcej, sama te zagadnienia sygnalizowałam w swojej książce do łaciny. Rzecz w tym, że mimo odrzucenia wiary w boskie rodzicielstwo Romulusa i Remusa, nie kwestionuję faktu, że ktoś był pierwszym królem Rzymu o nieznanym nazwisku – Romulus to „Rzymianin” tak, jak „Siculus” to Sycylijczyk, i że miał brata, którego zabił. Względem tego zjawiska, jakim jest bratobójstwo u progu rzymskich dziejów, historycy przyjmują kryterium zażenowania, w myśl którego Rzymianie nie opowiadaliby mitu o założeniu swego miasta przez bratobójcę, gdyby nie była to prawda.

    Jeśli chodzi o zestawienie Mojżesza i Jezusa jako Mesjasza, analogia jest dokładnie czytelna w cytatach z Księgi Wyjścia i Ewangelii Mateusza, które Pan podał. To bezdyskusyjne. Ja jednak nie wyprowadzam stąd wniosku, jaki Pan podaje:
    „Ewangelista po prostu mruga do nas okiem, i mówi: to wszystko ściągnąłem z życia Mojżesza, gdyż o dzieciństwie Jezusa nic nie wiem.”
    Ja nie dostrzegam tu „mrugnięcia okiem” i „ściąganiem z Mojżesza” pokrycia niewiedzy co do dzieciństwa Jezusa. Czy gdyby Mateusz był dobrze poinformowany, to by „nie ściągał”? Ja dostrzegam myśl przewodnią: podobnie jak Mojżesz został powołany do dzieła wybawienia Izraela z niewoli egipskiej, tak Jezus został powołany do dzieła wybawienia Izraela z niewoli grzechu. Z tego nie wnioskuję, że Mojżesz nie urodził się w Egipcie, a Jezus nie urodził się w Betlejem.
    „Metryka urodzenia” Jezusa to nie czasy patriarchów ani proroków sprzed wieków, to nie genealogie, które wyrażają treści teologiczne, a sięgają do zarania ludzkości.
    Proroctwo Micheasza o Betlejemczyku jako o Tym, który będzie Pokojem, ma sens tylko w odniesieniu do Betlejemczyka, inaczej każdy może być Betlejemczykiem, także urodzony w Jerozolimie, Jerychu, Nazarecie, a dlaczego nie poza Izraelem? Czy o Szymonie bar Kochba też układano opowieści, że urodził się w Betlejem uznawszy go za Mesjasza?
    Pochodzenie z rodu Dawida nie wiąże się z miejscem urodzenia, ale proroctwo Micheasza tak, chociaż – zależy którą wersję proroctwa weźmiemy: cytat z Ks. Micheasza brzmi u Mateusza nieco inaczej niż oryginał, ale, jak sądzę, jest właśnie dopasowany do Betlejem jako miejsca, nie jako przenośnie plemienia Judy.

    Jeśli chodzi o tekst Łukasza, nie chcę szczegółowo odnosić się do jego konstrukcji, bo ja widzę tam nie tylko te tematy, które Pan poruszył, jednak czy z tego fragmentu Ewangelii wolno wywnioskować, że Jezus nie narodził się z dziewicy, bo to literatura, a nie opis rzeczywistych zdarzeń? Skoro „argumenty świadczą, że był to zabieg literacki”, to czy ten zabieg literacki może, czy nie może być podstawą do sformułowania z Credo: „… który dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy…”? Jezus był człowiekiem i urodził się z Maryi, ale czy z dziewicy Maryi, skoro opis Łukasza odrzucimy jako niehistoryczny?

    Dalsze przykłady, jakie Pan podaje co do Buddy czy Aleksandra Wielkiego to analogie na korzyść naturalnego rodzicielstwa Maryi i Józefa, zatem powyższa treść z Credo o dziewictwie matki Mesjasza odpada.

    Jest też szczegół, który zwrócił moją uwagę. To chronologiczne zestawienie Heroda i Jezusa. Pisze Pan: „Jego narodzinom towarzyszyła wojna domowa (po śmierci Heroda)” To oznacza, że Jezus urodził się po śmierci Heroda, a podczas wojny między sukcesorami. Odpada więc twierdzenie prof. Vermesa, że Jezus urodził się za panowania Heroda, bo musiało to nastąpić jeszcze za życia Heroda.

    Skoro pojawia się szereg zagadnień historycznych w opowiadaniach o dzieciństwie Jezusa, nie można rozpatrywać ich wyłącznie z literacko-teologicznego punktu widzenia.

    Pozdrawiam!

  52. Panie Robercie,

    trwałości Kościoła, jego ogromu i dorobku kulturowego oczywiście lekceważyć nie można, byłoby to śmieszne. Ale i tutaj możliwa jest różnica poglądów. Mam wrażenie, ze Pani Anna widzi Kościół (w sensie duchowej/kulturowej wspólnoty) z jego tysiącami lat istnienia trochę tak jak szkielet dinozaura – przygniatający ogromem, przy którym śmieszne wydają się największe ze współczesnych zwierząt – ale zarazem pozbawiony życia. Pan widzi go bardziej jak sekwoje, kolosy nie tylko prastare, ale nadal żywe – i Panu z kolei wydaje się śmieszne, żeby jakieś nasze krótkotrwale problemy i idee miały cokolwiek w Kościele zmieniać.

    Czy ten moloch jest dziś sekwoją czy szkieletem dinozaura? Oczywiście, po części jednym i drugim, a katolicy muszą sami podjąć tutaj decyzje.

    Panie Robercie, proszę jednak popatrzeć, jak Pan broni biskupów, kanonu i credo – broni ich Pan WBREW reformacji, oświeceniu i sceptycznej współczesności. Wydaje mi się to nieco … porywcze, emocjonalne. Jest nasza hierarchia władzy duchownej (katolicka) – i jest ich (protestancka na przykład). Wydaje mi się, ze w dużej mierze Kościół rozwijał swą teologię w ten właśnie niespokojny sposób – w opozycji do czegoś. Argumentem na rzecz uznania czegoś za pismo niekanoniczne było często, że „tego pisma używali heretycy”.

    Dzisiaj chrześcijanie mogą to wszystko spokojnie prześledzić, poczytać jak argumentowali Ojcowie i zobaczyć, czy ten impuls sprzeciwu, konfliktu, walki ideowej – nie odegrał przypadkiem za dużej roli? (Dzisiaj zresztą także mamy np. impuls antyliberalny, impuls przeciw Nowemu Ateizmowi. I mam wrażenie, ze znów preferowane są takie kierunki np. w Jesus Quest, które za bardzo nie „podkładają” Kościoła „wrogom”. Ksiażka Pana Lisickiego z jego atakiem na bardziej krytycznych biblistów, z jego oburzeniem, że ks. Meier (ksiądz katolicki!) pisze o braciach Jezusa – wydaje się mi podyktowana właśnie takimi obawami).

    W ramach Sanktuarium marzyliby mi się katolicy, którzy nie obawiają się „podłożyć” ateistom i ateiści, nie obawiający się odsłaniać pęknięć w naukowym „obrazie” świata. Z drugiej strony ma Pan zupełną rację, pytając: co nam właściwie pozostanie? Pani Anna Conolly mówiła kiedyś o rzeczach, które niby niby są drobiazgami, jak Betlejem czy Jezus bez braci – ale w pewnym momencie można wyjąc za dużo cegiełek z tego budynku i może on runąć….

    Tutaj jednak akurat badania historyczne widzę także jako szanse. Może pod całą tą średniowieczną konstrukcją Kościoła ukrywają się fundamenty właśnie wiele mocniejsze, zasłonięte przez późniejsze dobudówki, konstrukcje teologiczne i idee? Kto wie? Papież odwołuje się np. do ducha prorockiego: „wszyscy ochrzczeni to prorocy”. „Panie uwolnij swój lud od klerykalizmu, daj mu ducha prorockiego”. (http://m.vatican.va/content/francesco/en/cotidie/2013/documents/papa-francesco-cotidie_20131216_eye-opened.html). Czy wizja Jezusa historycznego apokaliptycznego proroka nie wychodzi temu jakoś naprzeciw?

  53. PYTANIA OTWARTE

    Do Pana Dariusza
    Dziękuję za refleksje pobudzające do myślenia. Ma Pan wiele racji co do niedostatków kościelnej edukacji, zwłaszcza osób duchownych w seminariach. Niestety, nie mam na to żadnego wpływu. Od lat noszę piętno „heretyka” z powodu nadziei na zbawienie wszystkich. A takiego się nie słucha, nie czyta, a nawet nie czytając potępia i wyłącza „motu proprio” z Kościoła.

    Faktem jest, że istnieje nadal wielka nieufność wobec Jesus Quest, nawet w ekumenicznym wydaniu Third Quest. Dotyczy to nie tylko seminariów, ale również wydziałów teologicznych na uniwersytetach. Stąd dystans polskich teologów, zwłaszcza chyba biblistów. Żałuję, że nie mają odwagi ani chęci włączania się w debaty na Kleofasie. Kiedy niektórych młodszych zachęcam, mówią mi, że są tak zagonieni samym obecnym systemem edukacyjnym (dydaktyka, rozliczanie na podstawie publikacji i zebranych punktów, praca nad własną rozprawą naukową), że czasu i sił nie staje na obecność w blogu. Czy to tylko wymówka?

    Kiedy swoim znajomym powiedziałem o nowym forum dyskusyjnym pt. „Sanktuarium”, reakcja była zgoła negatywna: nie czyńmy ze świątyni miejsca targowiska idei, sporów i kłótni! To nie „dziedziniec pogan” ani „dziedziniec dialogu”. Musiałem sięgnąć do języka angielskiego i wyjaśnić dalszy sens słowa „sanctuary”. To nie tylko „the part of religious building considered most holy”, ale również „a place of protection or safety from harm, esp. for a person escaping from officers of the law”. (We wpisie pokrótce zostało wyjaśnione, że chodzi o miejsce bezpieczne, miejsce schronienia). Wspominam o tym, gdyż dla wielu wydaje się wręcz nadużyciem samo posługiwanie się tutaj słowem „sanktuarium”.

    Z Panem Pawłem Lisickim miałem przed laty swoje kilkakrotne zderzenia na łamach „Więzi” (zob. m.in. jego polemiczne teksty zebrane w książce pt. „Puste piekło. Spór wokół ks. Wacława Hryniewicza nadziei zbawienia dla wszystkich”, pod red. Józefa Majewskiego, Biblioteka „Więzi”, W-wa 2000). Raczej nikła jest moja nadzieja na to, że ustosunkuje się on do krytycznych uwag „Listu otwartego” i weźmie udział w dyskusji. Obym się mylił!

    Nie nadążam za Pańską nadzieją, Panie Dariuszu, że historyczne chrześcijaństwo zgodzi się na rezygnację ze swojej wyjątkowości i własnej religijnej tożsamości. Pan jako ateista (na 88%!) pisze w swoim komentarzu z 11 MAJA 2015 O 19:15 : „Moim zdaniem Kosciol musi w tym momencie jakos mocno przesunac akcent ze swej unikalnosci na swiadomosc, ze wiele innych religii, czesto w historii Kosciola uwazanych za „pogan”, „heretykow” itp. – podaza rownolegla droga, stanowi czesc jakiegos wspolnego, nie do konca zrozumialego przedsiewziecia (?)”.

    Owszem, wszyscy podążamy do nieznanej nam z ludzkiego doświadczenia przyszłości. To nasz wspólny ludzki los. Tylko wiara i nadzieja mówią o tym coś więcej. Słowa Pana łatwo mogą być odbierane są jako zwyczajny synkretyzm. A tego myśl ortodoksyjna obawia się ogromnie, bodaj najbardziej.

    Chyba nieco podobnie może reagować większość wierzących także na słowa Pana w komentarzu z 12 maja 2015 o 02:17 : „W ramach Sanktuarium marzyliby mi sie katolicy, ktorzy nie obawiaja sie „podlozyc” ateistom i ateisci, nie obawiajacy sie odslaniac pekniec w naukowym „obrazie” swiata”.

    Rozumiem Pana intencje. Marzenia są bez wątpienia rzeczą wzbogacającą i szlachetną, ale czy liczą się z realiami po wieloletnich doświadczeniach narzucanego ateizmu jako światopoglądu jedynie naukowego?
    Dobrze, iż rozumie Pan obawy ludzi wierzących: „Z drugiej strony (…): co nam wlasciwie pozostanie? Pani Anna Connolly mowila kiedys o rzeczach, ktore niby niby sa drobiazgami, jak Betlejem czy Jezus bez braci – ale w pewnym momencie mozna wyjac za duzo cegielek z tego budynku i moze on runac…”.

    I dodaje Pan: ”Tutaj jednak akurat badania historyczne widze takze jako szanse. Moze pod cala ta sredniowieczna konstrukcja Kosciola ukrywaja sie fundamenty wlasnie wiele mocniejsze, zasloniete przez pozniejsze dobudowki, konstrukcje teologiczne i idee? Kto wie? (…) Czy wizja Jezusa historycznego apokaliptycznego proroka nie wychodzi temu jakos naprzeciw?”

    Z kolei ja również pytam: Czy odwołanie się papieża Franciszka do ducha prorockiego: „wszyscy ochrzczeni to prorocy”, „Panie uwolnij swoj lud od klerykalizmu, daj mu ducha prorockiego”, rzeczywiście zmierza w tym kierunku? Chyba papieżowi chodzi jednak o coś innego. Tak przypuszczam. Łatwo jest „wczytywać” w jego wypowiedzi swoje własne „marzenia”. Ale niech uczestnicy dyskusji również wypowiedzą się na ten temat.

    Cytuje Pan w poprzednim komentarzu słowa James’s Dunn’a: „Chrzescijanstwo pozostaje religia monoteistyczna. Jedynym, ktoremu mozna oddawac czesc, jest Jedyny Bog. ALE JAK chrzescijanstwo mogloby zrezygnowac z uhonorowania tego, przez ktorego wierzy ono, ze Bog najpelniej sie objawil, przez ktorego Jedyny Bog najbardziej zblizyl sie do naszej, ludzkiej doli (condition of humankind)?”

    Pyta mnie Pan w związku z tą wypowiedzią: „Czy ktos wsrod teologow katolickich rozwija podobne intuicje, oparte mocno na historii? Co powiedzieliby na to Zydzi?” Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania.

    James Dunn chyba nie jest w stanie także dać bardziej konkretnej odpowiedzi, gdyż pyta: „ALE JAK…?” Właśnie: ale jak? Pytanie otwarte. I nasze pytania otwarte.

  54. „Dobrze, iż rozumie Pan obawy ludzi wierzących: „Z drugiej strony (…): co nam wlasciwie pozostanie? Pani Anna Connolly mowila kiedys o rzeczach, ktore niby niby sa drobiazgami, jak Betlejem czy Jezus bez braci – ale w pewnym momencie mozna wyjac za duzo cegielek z tego budynku i moze on runac…”.”

    Nie wszyscy wierzący mają takie obawy, ponieważ dowiedzieć się/zrozumieć/ poznać to nie to samo co DOŚWIADCZYĆ. Ludzie, którzy doświadczyli w swoim życiu Boga raczej nie ucierpią nawet jeśli tych cegiełek wypadłoby sporo. Do tej pory nauka nie rozbroiła tej budowli mimo, że wiele cegiełek wypadło i sądzę, że poszukiwania grup i jednostek nie są w stanie poważnie uszkodzić konstrukcji.

  55. Panie Dariuszu!
    Rozumiem o czym Pan mówi, że myślenie Biblią określało ogląd rzeczywistości, i skoro rozpoznano w Jezusie Mesjasza, to z całym „bagażem”. Ale dlaczego to miałoby rozmijać się z rzeczywistością?
    Czy o Mesjaszu jest gdzieś mowa, że miał być ukrzyżowany w Jerozolimie? Czy opis jego męki i śmierci jest rzeczywisty, czy może też inspirowany jakimś proroctwem?
    Czy każdy „kandydat na mesjasza” miał opinię urodzonego w Betlejem?

    Ja zdecydowanie bardziej niż przytaczania mechanizmu myślenia kategoriami prorockimi, oczekuję wskazania, dlaczego jest kwestionowane urodzenie Jezusa w Betlejem: skąd to ma być wiadomo?

    Pozdrawiam!

  56. Panie Dariuszu, pisze Pan do mnie:
    „… proszę jednak popatrzeć, jak Pan broni biskupów, kanonu i credo – broni ich Pan WBREW reformacji, oświeceniu i sceptycznej współczesności. Wydaje mi się to nieco … porywcze, emocjonalne. Jest nasza hierarchia władzy duchownej (katolicka) – i jest ich (protestancka na przykład). Wydaje mi się, ze w dużej mierze Kościół rozwijał swą teologię w ten właśnie niespokojny sposób – w opozycji do czegoś. Argumentem na rzecz uznania czegoś za pismo niekanoniczne było często, że „tego pisma używali heretycy”.
    Ma Pan rację. Już w okresie patrystycznym Kościół był atakowany a to przez Żydów, a to przez pogan, a to przez heretyków. Z najstarszych pism apologetycznych ( nie bójmy się tego słowa) znane są dzieła już z II wieku ( Justyna, Tacjana, Cypriana, Tertuliana i In.). Zasygnalizuję jeszcze, ze katoliccy i protestanccy apologeci podjęli obronę religii chrześcijańskiej przeciw naturalistycznej myśli oświecenia w XVII w. ( Hugo Gratius, Daniel Huet). A w XIX wieku apologetyka była już naukowym sprawdzianem boskiego pochodzenia chrześcijaństwa ( J. S. Drey). W nawiązaniu do niej ks. Kwiatkowski, a zwłaszcza ks. T. Gogolewski ( mój nauczyciel) i ks. Hładowski ( po części dziś ks. H. Seweryniak) tworzą apologetykę jako krytykę chrześcijańskiej refleksji religijnej nad wiarogodnością Jezusa Chrystusa i Kościoła. I o ile Pan, jako ateista, nie rezygnuje z negatywnego uzasadniania wiarygodnością chrześcijaństwa, to ja chciałbym te uzasadnienie sprawdzić a może wyśrodkować. Apologetyka w moim rozumieniu nie jest bowiem obroną chrześcijańskiego Objawienia, ale jego krytyczną oceną. Szkoda, że na uczelniach katolickich zastąpiła ją w ostatnich latach teologia fundamentalna.
    Jeszcze jedna uwaga. Oczywiście reformacja nie zniszczyła całkowicie urzędu biskupiego. Sam Luter liczył, że reformę Kościoła uda się przeprowadzić wewnątrz Kościoła. Podobnie oświecenie i czasy współczesne nie odrzuciło całkiem Pisma jak i Credo. Mozart ( mason!) pisze najwspanialszą muzykę w oparciu o nie. A i Beethoven wielkie swe dzieło Missa solemnis napisał pod koniec życia.
    Do innych myśli Pana nawiążę w wolnym czasie. Na razie dziękuję za uwagę i pozdrawiam R.K.

  57. OBAWY WIERZĄCYCH

    Pytanie do Estel
    W komentarzu z 12 MAJA 2015, 10:22 Estel pisała na temat obaw ludzi wierzących: „Nie wszyscy wierzący mają takie obawy, ponieważ dowiedzieć się/zrozumieć/ poznać to nie to samo co DOŚWIADCZYĆ. Ludzie, którzy doświadczyli w swoim życiu Boga raczej nie ucierpią nawet jeśli tych cegiełek wypadłoby sporo. Do tej pory nauka nie rozbroiła tej budowli mimo, że wiele cegiełek wypadło i sądzę, że poszukiwania grup i jednostek nie są w stanie poważnie uszkodzić konstrukcji”.

    Czy jednak to optymistyczne zapewnienie da się łatwo pogodzić z tym, o czym sama Estel wspomniała wcześniej w komentarzu z 30 KWIETNIA 2015 , 11:08 ?
    Oto jej słowa: „Jak w tym wszystkim umiejscowić wiarę w Trójcę Świętą ? Czy Trójca też „padnie ofiarą” naukowych zdobyczy rozumu ? Ktoś udowodni na podstawie źródeł, że to wymysł bez pokrycia i z naszej wiary zostanie strzęp”

  58. Już tłumaczę. Otóż w tym komentarzu użyłam złego słowa- zamiast „wiara” powinno raczej być zasada religii, choć pewnie i to złe sformułowanie. Chodziło mi o to, że w toku poszukiwań może dojść do takiej sytuacji gdzie zostaną podważone same fundamenty nauczania o Bogu. Zadałam to pytanie, bo skoro niektórzy usiłują w źródłach historycznych szukać „odbóstwienia” Jezusa to wtedy automatycznie trzeba założyć, że Trójca Święta nie istnieje. Jednak…dla mnie osobiście nie jest to żadne wymknięcie się kolejnej cegiełki. Właściwie gdyby dziś ogłoszono, że Trójca to wymysł bez pokrycia to nic mojej wierze by się nie stało. Istnieje Bóg, istnieje Jezus oraz Duch Święty – czy w formie Trójcy jako jeden Bóg w trzech Osobach, czy też każdy „z osobna” to w zasadzie niczego nie zmienia. Przynajmniej dla mnie…

  59. Panie profesorze Hryniewicz

    Czy werset Mt 28,19 nie dowodzi, że Jezus wierzył w Trójce Świętą?
    18 Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. 19 Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

    pozdrawiam szymon

  60. Estel
    12 maja 2015 o 22:00
    ” Właściwie gdyby dziś ogłoszono, że Trójca to wymysł bez pokrycia to nic mojej wierze by się nie stało. Istnieje Bóg, istnieje Jezus oraz Duch Święty – czy w formie Trójcy jako jeden Bóg w trzech Osobach, czy też każdy „z osobna” to w zasadzie niczego nie zmienia. Przynajmniej dla mnie…”

    Wspaniały temat do dyskusji. Czy wiara w Trójce Św. zaprzecza/uniemożliwia zaufanie Panu Jezusowi i przestrzeganie Jego nauki? Będziemy PRZECIEŻ sądzeni z tego, czy kochaliśmy drugiego człowieka, a nie z tego, czy wierzyliśmy w określone dogmaty chrześcijańskie, w imię których często chrześcijanie , niestety mordowali np. inkwizycja, wojny religijne itp.

  61. Ksieze Profesorze,

    nie upieram sie przy mojej interpretacji. W roznych wiekach i roznych kulturach ruchy apokaliptyczne reaguja na niespelnienie sie kluczowej przepowiedni bardzo skutecznie i w ramach podobnego schematu postepowania, a wczesne chrzescijanstwo nie bylo tu wyjatkiem – tyle mozna moim zdaniem spokojnie wywnioskowac na podstawie materialow, jakie z Andrzejem przedstawilismy. Ponadto, moim zdaniem, ten zgromadzony material odpowiada na krytyke hipotezy o Jezusie apokaliptycznym na popularnej zasadzie, ze „gdyby Jezus oczekiwal bliskiego Krolestwa i sie pomylil, chrzescijanstwo by sie nie rozwinelo”. Taka krytyka upada, bo zasada okazuje sie byc odwrotna do tego, czego na zdrowy rozsadek bysmy oczekiwali: ruchom apokaliptycznym sytuacje niespelnienia przepowiedni bardziej pomagaja w rozwoju, niz szkodza.

    Tutaj interpretacja historyczna sie konczy, a zaczyna sie teologiczna – to ta czesc, przy ktorej sie nie upieram. Wydawalo mi sie mianowicie, ze dla teologa chrzescijanskiego powstaje tu zagadka nastepujaca: jesli uznac opisany powyzej uniwersalny schemat postepowania za zainspirowany Duchem sw., (mamy go w Nowym Testamencie) – skad obecnosc tego schematu w innych religiach i kulturach? Jak najbardziej moglem sie jednak mylic, widzac to jako szanse chrzescijanstwa (a nie zagrozenie), a moze nawet w ogole mylilem sie, uznajac ten pod-temat za wart uwagi?

    Inna sprawa: czy uleglem pokusie, zeby„wczytywać” w wypowiedzi Franciszka swoje własne „marzenia”? Zestawilem proroka apokaliptycznego Jezusa (hipoteze historyczna) z papieskim wezwaniem do odnowienia tradycji prorockiej, ustawianej przez niego w opozycji do klerykalizmu (idea duszpasterska). Oczywiscie, ze nie jest to zadna wyczerpujaca i udokumentowana analiza, pokazujaca, ze badaczom Jesus Quest i Franciszkowi – dokladnie na tym samym zalezy. Wydawalo mi sie po prostu, ze moze to kogos tutaj – na blogu teologicznym – zaciekawic. Ze ktos to podejmie…

    W obu sprawach w dzien pozniej jestem juz zdecydowanie mniejszym optymista.

  62. WYZNANIA RELIGIJNE JAK DYSCYPLINY NAUKOWE?

    Ksieze Profesorze,

    rozmyslam ponownie nad Ksiedza negatywna reakcja na moje obserwacje, ktore ja sam widzialem jako konstruktywne – i przyszlo mi cos do glowy. Zastanawiam sie, czy czegos by tu nie wyjasnilo porownanie wyznan religijnych z dyscyplinami naukowymi?

    Juz tlumacze, o co mi chodzi. Kazda dyscyplina i kazde wyznanie definiuje w dosc scisle okreslony sposob swoja dziedzine, ma swoj jezyk – i nie pozwala na wprowadzanie niespojnych z tym jezykiem elementow.
    I teraz mysle tak: wbrew podzialowi na dyscypliny w nauce najwieksze rewolucje biora sie czesto z (wczesniej budzacego niemal zgroze!) zespojenia dziedzin poprzednio oddzielonych. W ten sposob np. Galileusz zwiazal fizyke i astronomie, gdy odkryl dzieki teleskopowi, ze niebo nie sklada sie z jakiejs radykalnie odmiennej substancji, niz Ziemia, i takze na niebie maja miejsce zmiany, Z kolei matematyzacja fizyki przez Newtona rozpoczela kolosalny przewrot cywilizacyjny, inzynierie itd.

    Czy sukcesy nauk, wciaz wylaniajacych nowe dziedziny, lamiacych stare granice dyscyplin – nie zachecaja teologow do nasladowania, do jakiejs proby chociaz? Czy np. w ramach dialogu ekumenicznego probuje sie patrzec na odmienne wyznania – w takich „naukopodobnych” kategoriach?

    W kazdym razie, dla ateisty „naukolubnego” naruszanie granic, pomieszania dziedzin – kryja potencjal tworczy, nie rodza tak szybko obawy o „utrate tozsamosci”. Stad moze po czesci nasze odmienne perspektywy…

  63. Darku, chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak trudna jest dla chrześcijanina akceptacja Jezusa jako wizjonera apokaliptycznego; trzeba samemu przebyć drogę np. ks. Meiera, żeby docenić gigantyczną próbę wiary, jaką przedstawia dla ortodoksyjnego katolika, Jezus mylący się w tak ważnej kwestii (zob. np. Mt 10, 23). Kim był Człowiek, który zapowiadał, że światu grozi, już niebawem, kosmiczny kataklizm: Słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku, gwiazdy zaczną spadać z nieba i moce niebieskie zostaną wstrząśnięte […] Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą (Mt 24. 29. 34-35). Pokolenie przeminęło… Co dalej?

    Mechanizmy, mechanizmy wpisane w psychologię apokaliptycznych ruchów parareligijnych, uratowały wędrowny ruch Jezusa przed regresem i rozpadem. Misja, która też była motywowana bliską paruzją, przeniosła żydowskie idee Mesjasza na grunt pogan, gdzie spotkała się z niesamowitym entuzjazmem. Królestwo Boże jednak znów nie nadeszło. Gdy w Nicei cesarz Konstantyn zaprosił szacownych biskupów na kosztowne przyjęcie, legioniści rzymscy (którzy trzysta lat wcześniej rozpięli Jezusa na Krzyżu) utworzyli szpaler, przez który dumnie maszerowali następcy Galilejczyka. Euzebiusz z Cezarei popadł z tych powodów w prawdziwą ekstazę : Był to bez wątpienia obraz Królestwa Jezusa Chrystusa i wydawało się nam, że śnimy (VC III, 15). Pytanie pozostaje otwarte: Czy rzeczywiście było to spełnienie snu Jezusa Chrystusa, czy raczej było to urzeczywistnienie Jego koszmaru? Mezalians tego królestwa z władzą państwową to prześladowania, nietolerancja i, nie bójmy się użyć tego słowa, choć przychodzi mi ono z trudem, narodziny głupoty, która aż naprawdę boli. Tyle historii…

    Darku, nie chcesz w pewnych mechanizmach, o których tyle napisaliśmy, dostrzec działania Ducha Świętego: skoro większość ruchów apokaliptycznych przetrwało kryzys, to nic dziwnego, że chrześcijaństwo nie wyłamało się z tego schematu – to Twój, w pewnym sensie, meta-historyczny wniosek, który pozwala Ci pielęgnować Twój ateizm. To nie inspiracja boska, lecz zupełnie ludzki czynnik zadecydował o waszym sukcesie.

    Zadajesz pytania teologom: Co zamierzacie z tym zrobić? Jeszcze nie obeschła farba drukarska na książkach, które wpisują chrześcijaństwo w schematyczne zachowania, a Ty już wymagasz od teologów, którzy pracują znacznie wolniej, nowej, spójnej z nowymi odkryciami wizji chrystianizmu. Tymczasem muszą się oni najpierw pogodzić z apokaliptycznym prorokiem, który błędnie spodziewał się nadejścia królestwa Bożego za swojego życia. Zajmie to, znając z historii ich tempo, wiele lat.

    Hans Küng, kontrowersyjny teolog, który pogodził się z „Jezusem-wizjonerem królestwa”, w związku z tym, pozwolił sobie w „Życiu wiecznym” zacytować J. Blanka: „Fakt, iż Jezus głosił posłanie eschatologiczne, nie jest jeszcze niczym szczególnym, lecz sytuuje Jezusa z Nazaretu jednoznacznie w Jego epoce i środowisku. A zatem szczególny charakter może mieć jedynie sposób, w jaki Jan i Jezus podjęli ideę oczekiwania bliskiego końca dziejów, w jaki ja zinterpretowali oraz praktyczne wnioski, które z niej wyciągnęli, bądź których nie wyciągnęli” (H. Küng, Życie wieczne?, Kraków 1993, s. 152). Czy inni teolodzy podążą drogą niemieckiego teologa i rozwiną te zagadnienia? Nie wiem, ale wydaje mi się, że mogą, po prostu, nie mieć innego wyjścia, jeżeli będą chcieli mieć jeszcze wpływ na ludzi wierzących, którzy są coraz lepiej wykształceni i zaznajomieni w Jesus Quest.

  64. Mam prośbę do Roberta: czy można by jakoś ponumerować komentarze, żebym wiedziała jaka ma być kolejność czytania. Jeśli ktoś wejdzie na stronę po kilku dniach dyskusji to nie ma szansy, żeby przeczytać po kolei komentarze. Ja się nie mogę połapać.
    Czy nazwa Sanktuarium czyli schronienie oznacza, że musimy się schronić w bezpiecznym miejscu, żeby mówić, co myślimy? Przed kim się trzeba chronić? Ale podoba mi się taki schron, taki azyl.

  65. Pani Anno (C), na pewno nie przed tak otwartym umysłem, który Pani posiada. Zapraszamy do „Sanktuarium”. Pani refleksje są dla nas bardzo cenne.
    Pozdrawiam.

  66. O właśnie, mam tak samo, wydaje mi się, że kiedyś nie było takiego bałaganu, teraz czytanie i odnajdywanie wpisów jest bardzo męczące.

  67. Andrzeju, pokaz mi, gdzie ja wyciagnalem wniosek o „zupelnie ludzkim czynniku”? Gdzie napisalem, ze „w tym dostrzegam dzialania Ducha”, bo wszystkie ruchy apokaliptyczne w ten sam sposob reaguja na kryzys? Ja tego w moich wpisach nie widze.

    Moja sugestia byla taka: ewentualne widzenie dzialania Ducha w pewnych zachowaniach uniwersalnych powinno chyba nasunac teologom mysl o uniwersalnym dzialaniu Ducha, poza granicami chrzescijanstwa nawet. Dlatego ks. Prof. Hryniewicz zarzucil mi sugerowanie synkretyzmu. Moja sugestia-pytanie brzm: jesli w tym bylo dzialanie Ducha, to chyba nie mozna go juz ograniczac W TAKICH PRZYPADKACH tylko do wczesnych chrzescijan? Mozna?

  68. Panie Dariuszu,
    w dalszej części swej wypowiedzi skierowanej do mnie, czytam:
    „Tutaj jednak akurat badania historyczne widzę także jako szanse. Może pod całą tą średniowieczną konstrukcją Kościoła ukrywają się fundamenty właśnie wiele mocniejsze, zasłonięte przez późniejsze dobudówki, konstrukcje teologiczne i idee? Kto wie? Papież odwołuje się np. do ducha prorockiego: „wszyscy ochrzczeni to prorocy”. „Panie uwolnij swój lud od klerykalizmu, daj mu ducha prorockiego”. (http://m.vatican.va/content/francesco/en/cotidie/2013/documents/papa-francesco-cotidie_20131216_eye-opened.html). Czy wizja Jezusa historycznego apokaliptycznego proroka nie wychodzi temu jakoś naprzeciw?”
    I znowu przyznaję Panu rację. Z tym zastrzeżeniem, że dla mnie Jezus to ktoś więcej, niż apokaliptyczny prorok. Spróbuję ukazać to, co jest istotą Kościoła nierzadko ukrytą pod patyną dogmatów i tradycji.
    Jest bardzo trudno ustalić, co Jezus rzeczywiście powiedział i uczynił w celu uzasadnienia swego posłannictwa i swoich roszczeń. Najstarszą spisaną refleksją uznaną przez Kościół są cztery kanoniczne Ewangelie. Później wypracowano różne formuły. Wobec sporów z monarchianami a zwłaszcza z Ariuszem na Soborze Nicejskim wypracowano znaną formułę – Symbol. Każdy późniejszy Sobór był początkiem nowej debaty. Symbol nicejsko-konstantynopolski jest do dziś oficjalnym wyznaniem wiary wszystkich Kościołów Wschodu i Zachodu.
    Później doszło pojęcie unii hipostatycznej opartej wszak na Nowym Testamencie. Formuła wiary Chalcedonu stwierdza, że Jezus Chrystus w jednej osobie jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. To z kolei prowadziło do refleksji nad właściwym rozumieniem ludzkiej natury Jezusa. Orzeczenia Soborów Chalcedońskiego i Konstantynopolskiego II mówiły jednak nieco abstrakcyjnie o dwóch naturach. III Sobór Konstantynopolski wobec dalszych sporów orzekł ,że w Jezusie trzeba przyjąć dwa rodzaje woli, przy czym ludzka wola Jezusa całkowicie jest podporządkowana woli Bożej.
    Można mówić o konsekwencjach, jakie wypływają z pojęcia unii hipostatycznej dla poznania ludzkiej wolnej woli. Jezus zdawał sobie sprawę ze swej jedności z Ojcem, posiadał zarazem pełną świadomość ludzką. Podobny jest związek między unią hipostatyczną a wolnością Jezusa. Miłość – to niepojęta jedność dwojga, którzy różnią się od siebie, a mimo to pozostają jednym i w swojej obopólnej wolności nie mogą istnieć bez siebie. Bóg, który objawił się w Jezusie, jest miłością ( por. 1 J 4,8.16).
    Miłość zawsze była w Bogu, a Jezus jest tego zupełnie nowym, historycznym urzeczywistnieniem. Wzajemna miłość Ojca i Syna jest niewyczerpana., a jej nadwyżką i nadmiarem (miłości) jest Duch Święty. W przekonaniu chrześcijan w historii zaistniał tylko jeden wyjątek, gdzie Duch jeden jedyny raz zamieszkał w pełni i bez deformacji w Jezusie Chrystusie.
    „ Duch, który w pełni oddziaływuje w Chrystusie, z różnym natężeniem działa wszędzie w historii ludzkości; wykazuje, że Jezus Chrystus jest celem i Głową wszystkich ludzi. Ciało Chrystusa, Kościół, to coś większego, coś, co wykracza poza instytucjonalne granice Kościoła; istnieje od początku świata; należą do niego wszyscy, którzy godzą się na to, aby w wierze, nadziei i miłości kierował nimi Duch Chrystusa” / W. Kasper, Jezus Chrystus, Warszawa 1983, s.279/. I chyba to miał na myśli papież Franciszek we wskazanych przez Pana medytacjach.
    Ten dostęp do Ducha osiągany jest w różnych religiach jedynie fragmentarycznie. Pełnia osiągana jest jedynie tam, gdzie ludzie wyraźnie i jawnie godzą się na to, aby zawładnął nimi Duch Pana. Kościół staje się wtedy Ciałem Chrystusa, bo w nim w sposób jawny żyje Duch Pana. Ale jest też prawdą , że Duch działa także wśród tych ludzi, którzy szukają ostatecznego sensu swego istnienia.
    Czy jednak te anonimowe drogi wyznawców różnych religii i światopoglądów równie wyraźnie prowadzą do Niego?
    Zaciekawiły mnie w Pana ostatnich wypowiedziach uwagi o Duchu. Czy tego samego Ducha mamy na myśli?

  69. ROZNE STREFY DZIALANIA DUCHA?

    Panie Robercie (Koss),

    Pana interpretacja slow Papieza jak na razie mnie nie przekonala. Franciszek moim zdaniem ustawia proroctwo w opozycji do legalizmu, autorytaryzmu i klerykalizmu. („When there is no prophecy among the people, clericalism fills the void. It is precisely this clericalism that asks Jesus: ‘by what authority do you do these things, by what legal authorization?”)

    Nie potrafie zobaczyc w tej sytuacji zwiazku miedzy Pana interpretacja, a tymi napieciem miedzy autorytetem a proroctwem, ktory wskazal Papiez. Moze ten zwiazek istnieje, ale jak na razie ja go nie widze. Gdzie Pan go konkretnie widzi? Prosze o wiecej wskazowek.

    Natomiast ucieszyly mnie oczywiscie Pana stwierdzenia, sugerujace jakies – czastkowe, oslabione – oddzialywanie Ducha Bozego takze poza Kosciolem. Tutaj moznaby na przyklad pytac o „miejca wspolne” zachowan w ruchach apokaliptycznych (w i poza chzrescijanstwem). Synkretyzm (zarzut postawiony mi powyzej przez ks. Hryniewicza) czy ateizm (zarzut Andrzeja) – nie sa chyba zatem jedynymi opcjami.

    Dziekuje za te podpowiedz.

  70. KRUCHOŚĆ I WARTOŚĆ SANKTUARIÓW

    Pani Anno,

    bezpieczeństwa przed osobami posiadającymi nad nami władzę zapewnić nie potrafimy. (Stąd moja ogromna wdzięczność dla ks. prof. Hryniewicza, który – choć i tak już ma różne problemy – jednak nas wsparł, znalazł czas, opowiedział swym uczniom itp.).

    Gdyby jednak udało nam sie utrzymać dobry poziom merytoryczny i samokrytyzm światopoglądowy – być może uda nam się osłonić naszych czytelników przed czym innym. Przed zbytnim zaufaniem do własnych racji. Nie będzie to łatwe. Dopiero zaczynamy i wiele spraw będzie czasami zgrzytać, stare nawyki powrócą. Na ile jednak będziemy w stanie chcielibyśmy zabezpieczać naszych czytelników przed tą łatwością „rozumowania na skróty”, „wskazywania wroga”, „polowania na czarownice” – w jaką popada się łatwo w polskiej, zideologizowanej, nerwowej sieci.

    Non in commotione, non in commotione… jako ateiście nie wypada mi zakończyć tego powiedzenia, ale Pani pewnie i tak odgadnie, co mam na myśli.

  71. Ja odbieram to „schronienie” jako nawoływanie do szczerości wewnętrznej, szczerości przed samym sobą, tzn uwolnienia się od skrępowania doktryną. Wielke czasu mi zabrało, abym zdobyła się na taką wolność, wiele czasu i poczucia winy. Zniewolony umysł nie jest nic wart.
    Panie Andrzeju, co do zmartwychwstania pisał Pan, że to najbardziej przekonało uczniów Jezusa o Jego statusie itp. Tak. Ale ja mam inny pomysł, który nie neguje zmartwychwstania, ale dowartościowuje życie ziemskie Jezusa. Przyszedł mi do głowy ten pomysł już dawno, kiedy w telewizji uslyszałam wiadomość, że jakaś nastolatka popełniła samobójstwo, a nagle po tym zdarzeniu jej rodzinie i przyjaciołaom przypomniało się, że rzeczywiście już przez jakiś czas miała problemy w życiu, była jakaś zdołowana. Ale w ciągu jej życia to ignorowali, jakby nie dotarło to do nich w całości. Natomiast samobójstwo uzmysłowiło im z całą jasnością problemy, którym nie umiała sprostać w życiu. Po jej śmierci mówili: a, tak, widziałam, była smutna i mówiła, że życie nie ma sensu. Itp. Tak samo uczniowie, przed zmartwychwtaniem znali Jezusa, owszem, ale to, co robił i czego nauczał okazało się dla nich jasne dopiero po zmartwychwstaniu, To wydarzenie ich oświeciło co do Jezusa, jeszcze tego Jezusa żyjącego. Nastolatka cierpiała psychicznie i była w depresji, ale ludzie to zauważyli po jej śmierci, po wydarzeniu, które to potwierdzało, w tym wypadku po samobójstwie. Jezus był charyzmatycznym prorokiem, głosił rzeczy wyzawalające ludzi i dające im nadzieję, ale z całą jasnością zobaczyli to uczniowie dopiero po Jego zmartwychwstaniu. Tak to widzę.

  72. DALSZY CIĄG PYTAŃ OTWARTYCH:
    CZY MODEL APOKALIPTYCZNY SIĘ PRZEŻYŁ?

    Jesteśmy w kręgu zagadnień trudnych, wynikających z epokowych przemian i wyzwań. Nic dziwnego, że nie mamy gotowych rozwiązań. Przypuszczam, że owo „ALE JAK?” James’a Dunn’a powtarzać się będzie jeszcze przez wiele następnych pokoleń.

    Cieszę się, że P. Andrzej Nowicki (13 maja 2015, 06:58) przywołał ważną książkę Hansa Künga „Życie wieczne?”, w oryginale: „Ewiges Leben?” München –Zürich 1982. Nie mam pod ręką polskiego przekładu, więc posłużę się tekstem oryginalnym. Chcę dopowiedzieć jeszcze wyraźniej pewne myśli, które Küng rozwinął w rozdziale „Auferweckung der Toten?” (Wskrzeszenie umarłych?), w paragrafie poświęconym śmierci Jezusa (s. 121-126) i eschatologicznemu horyzontowi wydarzeń. Sądzę, że są to wielce pomocne rozważania, które mogą ułatwić zrozumienie i dalszą dyskusję.

    FAKT PODSTAWOWY:
    Jezus żył, głosił słowo i działał (potem zaś pierwsza wspólnota i Paweł) w ramach wyobrażeń apokaliptycznych. Czy chodzi o świadomość, że życie ludzi toczy się na końcu starego i początku nowego czasu? NIE! Jezus żył wraz z ówczesnymi ludźmi w stanie apokaliptycznego oczekiwania bliskiej zmiany: niech przyjdzie Jego (JHWH) Królestwo! Całe apokaliptyczne pokolenie oczekiwało wówczas, wraz z Nazarejczykiem, Królestwa Boga – królestwa sprawiedliwości, wolności, radości i pokoju w najbliższym czasie. I rozczarowało się w tymże oczekiwaniu! Potwierdzenie tego faktu znajdujemy w najstarszych warstwach tradycji synoptycznej. Tego nie da się zaprzeczyć! Było to przecież coś gorszącego. Dlatego w późniejszych pismach i warstwach NT to oczekiwanie już zostało złagodzone, a nawet unieszkodliwione (bereits entschärft).
    (Dodaję od siebie: czy nie widać tego wyraźnie w tzw. II Liście Piotra z początku II w., który cytowałem w jednym z poprzednich komentarzy?).
    Tu właśnie Küng przytacza w przypisie stanowisko J. Blanka z jego książki: „Der Jesus des Evangeliums”, München 1981, s. 159), przytoczone przez P. Andrzeja.

    CO RÓŻNI JEZUSA OD APOKALIPTYKÓW TAMTEGO CZASU?

    Właśnie to, że nie kierowała Nim chęć zaspokojenia ludzkiej ciekawości (Neugierde). Nie wyznaczył daty ani miejsca Królestwu Boga. Nie zarysował obszernie przebiegu apokaliptycznego dramatu.
    W wyraźny sposób odrzucił dokładne obliczenia nadejścia wydarzeń eschatologicznych. Jak najbardziej ograniczył obrazowe wyobrażenia Królestwa Bożego w porównaniu z wczesno-żydowską apokaliptyką. Mimo tego pozostał jednak zasadniczo w obcych nam dzisiaj ramach rozumienia bliskiego oczekiwania (Naherwartung), w horyzoncie apokaliptyki.

    CO POWIEDZIEĆ Z NASZEJ DZISIEJSZEJ PERSPEKTYWY?

    Sam rozwój historii sprawił, że apokaliptyczny model/rama rozumienia (Verstehensrahmen) stał się przestarzały (überholt). Horyzont apokaliptyczny definitywnie się przeżył (endgültig versunken!).
    Przy oczekiwaniu bliskiego końca chodziło nie tyle o błąd Jezusa, co o uwarunkowany czasem i z czasem związany światopogląd, podzielany przez Jezusa z wieloma ówczesnymi ludźmi, podobnie zresztą jak chodzi o inne sprawy. Jezus i Jemu współcześni nie ‘pobłądzili’ ani mniej, ani więcej niż błądziły pokolenia ludzi, którzy przed Kopernikiem wierzyli w Ptolemeuszowy obraz świata.

    CO JEST PEWNE?

    Właśnie to, że nie można i nie należy dzisiaj sztucznie przywracać do życia horyzontu apokaliptycznego. A jest to rzeczywiście wielka pokusa w tzw. „czasach apokaliptycznych”. Nie chodzi, rzecz jasna, tylko o adwentystów czy Świadków Jehowy. Często również pokusie tej ulegają także zwolennicy teologii politycznej. Ówczesny, obcy nam model wyobrażeniowo-interpretacyjny przesłoniłby i zniekształciłby nam dzisiaj całe zagadnienie. Budziłby w dodatku w naszej teraźniejszości fałszywe oczekiwania.

    PYTANIE O SENS

    Wszystko zmierza dzisiaj przede wszystkim do pytania o sens podstawowej myśl Jezusa. Czy najpilniejsza sprawa, o którą Jezusowi chodziło w głoszeniu nadchodzącego Królestwa Boga jeszcze teraz ma dla nas sens? I to w całkowicie zmienionym horyzoncie doświadczeń ludzkości, która pogodziła się z tym, że bieg dziejów świata, przynajmniej na razie (vorläufig), toczy się dalej, jakkolwiek ku końcowi.

    WSPARCIE ZE STRONY EGZEGETYCZNEJ

    Jest jeszcze jeden ważny element w dociekaniach Künga. Nawiązuje on do analiz specjalisty od Starego Testamentu, Georga Fohrera (Grundstrukturen des Alten Testaments, Berlin-New York 1972, s. 267). Zdaniem tego egzegety, sam Nazarejczyk, przy całym swoim horyzoncie apokaliptycznym, poruszał się wraz ze swoim przesłaniem i zasadniczym nastawieniem nie po linii apokaliptyki, lecz poszczególnych wielkich proroków sprzed okresu wygnania. Szwajcarski teolog zdecydowanie podziela to przekonanie.

    NIE ODLEGŁA PRZYSZŁOŚĆ, ALE KSZTAŁTOWANIE TERAŹNIEJSZOŚCI

    Weźmy pod uwagę podstawowe myśli Jezusa, program, sprawę za którą się opowiadał, Jego głoszenie Królestwa Boga. Nie poszedł On rzeczywiście po linii apokaliptyków, którzy całe swoje zainteresowanie koncentrowali na przyszłości, ale właśnie po linii wielkich proroków przed wygnaniem, którzy mówią równocześnie o teraźniejszości, przeszłości i przyszłości.
    Podobnie jak wielcy prorocy, Jezus także nie chce przepowiadać odległej przyszłości i pocieszać perspektywą czasu ostatecznego (Endzeit). Chce określać teraźniejszość, kształtować to, co tu i teraz, ponieważ tak właśnie determinowana jest bliska przyszłość.
    A więc mamy do czynienia z koncentracją, radykalizacją oraz intensyfikacją nauki proroków.

    W odniesieniu do przychodzącego Królestwa, Jezus nie ogłasza jakiegoś prawa czy dogmatu jako najwyższej normy postępowania dla ludzi, lecz wolę Boga, która skierowana jest całkowicie na zbawienie/ocalenie/szczęście („Heil”), czyli integralne dobro człowieka. Tym samym koncentruje i konkretyzuje naukę proroków oraz ich apel: „czyńcie dobro i nic złego”. Co więcej, radykalizuje krytykę proroków wobec niesprawiedliwości i przerostów rytualizmu.

    ***
    Oto zasadnicze myśli szwajcarskiego teologa, które naprawdę warto gruntownie przemyśleć, aby nie gubić się w meandrach apokaliptyki. Przekonują mnie te wywody i wytyczają mądry horyzont rozumienia tych trudnych spraw. Czy są do przyjęcia dla P. Dariusza?

    ***
    O innych sprawach, m.in. Panom Dariuszowi i Szymonowi napiszę nieco później. Znowu dałem się, być może niepotrzebnie, włączyć w dyskusję, odkładając na bok swoje zaległości.

  73. Jak to niepotrzebnie??? Właśnie potrzebna taka przeciwwaga dla apokaliptycznego proroka w sensie końca świata i zniszczenia, które ma nadejść w przyszłości. W pełni solidaryzuję się ze zdaniem Ks. Hryniewicza!

  74. Może coś na temat konieczności powrotu chrześcijaństwa do Jezusa historycznego, żyjącego na ziemi (może już coś wcześniej pisałam w tym guście). Na razie mamy przepaść: niewyjaśniony jest związek między Jezusem a prawdami wiary, których ma on być wszak podstawą. Edward Schillebeeckx pisze, że uczniowie w czasie życia i po śmierci Jezusa doświadczyli czegoś tak pozytywnego, że chcąc wyrazić to niezwykłe doświadczenie musieli sięgnąć po najbardziej wzniosłe religijne idee i słowa-kody („most lofty religious ideas and codewords”) dostępne w świecie żydowskim i pogańskim: syn człowieczy, prorok apokaliptyczny, mesjasz, syn Boży, Pan. Użyli tych słów, aby wyrazić jakoś swe doświadczenie Jezusa. Tytuły, choć ważne, są wtórne (secondary), nadano je Jezusowi dopiero po jego śmierci. Uczniowie odkryli w Jezusie coś, co nie może być sprecyzowane czy nazwane bezpośrednio. Dlatego pośrednio tylko udało im się to przekazać na dwa sposoby. Pierwszym były historie z życia Jezusa, jego opowieści i powiedzenia. Drugim: kerygmaty, czyli wyrażenie tego, co znaczył dla nich Jezus w języku wiary. Jest oczywiste, że pierwsi chrześcijanie znajdowali zbawienie w Jezusie. Nazywali tę zbawienną rzeczywistość imieniem Chrystus, syn człowieczy, Pan itp. Zastosowali koncepcje już istniejące w ich kulturze do Jezusa (Mesjasza, Pana) i wypełnili je znaczeniem chrześcijańskim. Istniejące znaczenia tych koncepcji przy tym zmodyfikowali tak, aby pasowały do Jezusa. Myślę, że nie stworzyli innych nowych kategorii, by wyrazić swoje „doświadczenie zbawienia”, ponieważ nikt by tego nie zrozumiał. Musieli trafiać do ludzi posługujących się określonym językiem, żyjących w pewnej tradycji. A to doświadczenie może nie do końca pasowało do tych kategorii, może częściowo można je było z nimi zintegrować, na pewno była jakaś część wspólna, ale były tez obszary niezgodności, niewyrażalności.
    A zatem uczniowie mieli do dyspozycji Jezusa historycznego, z którego zrodziło się ich doświadczenie zbawienia, z czego wyprowadzili kerygmaty wiary.
    Równanie uczniów wyglądało następująco:
    Jezus historyczny + doświadczenie zbawienia w Jezusie = kerygmaty
    Jest to dla nas równanie z dwiema niewiadomymi, nie mamy bowiem ani Jezusa historycznego ani doświadczenia zbawienia.
    Co nam zatem pozostaje? Odkryć pierwszy składnik równania, aby otrzymać wynik w postaci doświadczenia zbawienia:
    Jezus historyczny + kerygmaty = doświadczenie zbawienia
    Nie jest to proste równanie matematyczne, bo w takim wypadku kerygmaty minus doświadczenie równałyby się Jezus historyczny, jak również doświadczenie minus kerygmaty byłyby Jezusem historycznym. Równanie dla ludzi, którzy nie mieli kontaktu z żywym Jezusem musi być inne. Do uzyskania doświadczenia nie wystarczą tylko kerygmaty. Dlatego musimy poznać Jezusa historycznego.
    Wagę i konieczność poszukiwania Jezusa historycznego podkreśla także Schillebeeckx. Wierzący nie może ignorować odkryć historyków, musi je przyjąć do wiadomości. „Dzięki nowej, empirycznej prawdzie, wiara chrześcijańska nie ma nic do stracenia i wiele do zyskania”. „Musimy podnieść kwestię historyczności, jeśli mamy czuć się pewnie co do naszej chrześcijańskiej wiary; inaczej teologia będzie ślepa i autorytarna” . Kto wetuje poszukiwania Jezusa historycznego, ten wydaje się zakładać, że „zbawienie w Jezusie jest powiązane wyłącznie z jego zmartwychwstaniem”. Jeśli kerygmat Wielkanocny (o śmierci i zmartwychwstaniu) byłby wystarczającą i jedyną podstawą zbawienia, jakie byłoby wtedy znaczenie i przydatność Ewangelii? Według Schillebeeckxa nowoczesna teologia nie może ignorować podejścia krytyczno-historycznego. Ignorowanie go oznaczałoby ograniczanie siły chrześcijaństwa do czysto formalnych kerygmatów. Nie znaczy to, że takie „kerygmaty-bez-Jezusa” nie mają swoistej siły, jednakże w takim przypadku „chrześcijaństwo traci swoją historyczną podstawę i staje się czysto przypadkowym zjawiskiem w życiu człowieka jako istoty religijnej, które może zniknąć z niego tak łatwo jak się pojawiło”. Idee (kerygmaty, stwierdzenia Credo) w oderwaniu od życia Jezusa stają się puste i przestają komunikować prawdę o zbawieniu. „Dlatego dla mnie wiara chrześcijańska zawiera nie tylko żywą obecność zmartwychwstałego Jezusa, ale także połączenie z jego życiem na ziemi; ponieważ to właśnie jego ziemskie życie zostało uznane i uprawomocnione przez Boga poprzez zmartwychwstanie. Dla mnie zatem chrześcijaństwo czy kerygmat minus historyczny Jezus z Nazaretu jest w ostatecznym rozrachunku próżne – w zasadzie nie jest to w ogóle chrześcijaństwo. … Nie można tracić z oczu osobistej historii Jezusa ani nie można dopuścić do tego, aby nasze mówienie o niej zdegenerowało się do ideologii” (Jesus…).
    „Sytuacja staje się krytyczna, kiedy podstawa doświadczenia jest usunięta, kiedy ludzie już nie rozumieją, dlaczego zbawienia powinno się szukać konkretnie w tym Jezusie sprzed 2000 lat. W takim przypadku nie ma już mowy o doświadczeniu zbawienia w Jezusie. A w końcu wiara jest osłabiona, jeśli musi szukać zbawienia tylko na podstawie autorytetu innych, jeśli nie ma nic, co odpowiada jej w osobistym doświadczeniu człowieka. Wiara wtedy ulatnia się z życia, umierając przez swą własną nieistotność i konflikt z doświadczeniem ludzkim” (Christ-the Experience of Jesus as Lord, s. 64).
    Obserwuję i wiem to z całą pewnością, że chrześcijanie nie rozumieją, jaki związek mają wyznawane przez nich prawdy wiary z konkretną rzeczywistością ich ziemskiej egzystencji. Wydaje im się, że ten związek nie istnieje i nie jest im on potrzebny, więc nawet nie zastanawiają się nad jego możliwością. Dlatego Credo pozostaje bez związku z ich życiem i bez wpływu na nie. Aby zmienić tą sytuację oddzielenia życia człowieka od prawd wiary religijnej, należy powrócić do początku. Zdaje się, że będziemy robić krok w tył, ale to będzie właśnie krok w przód.

  75. Tak, zgadzam się, że te podwaliny i fundamenty istnieją głębiej niż sądzimy. Wcześniejsze, silniejsze, ja wiem, że tak jest, no może nie wiem, ale czuję. Ale nie jest tym fundamentem wizja Jezusa apokaliptycznego proroka.

  76. Takie zamieszanie z tą kolejnością, że piszę chyba komentarze nie w tym miejscu co trzeba.

  77. Pojawiły się wątpliwości, czy obecny układ komentarzy nie jest gorszy od starego, w którym komentarze szły od najstarszego do najświeższego i (o ile sam dobrze pamiętam) była możliwość tylko 1 odpowiedzi na dany komentarz. Nie wiem, co się stanie, jeśli teraz przestawię blog na stary układ, to znaczy jak się ustawią aktualne komentarze. Możemy spróbować, może nie będzie katastrofy. Tylko proponuję, żebyśmy najpierw gruntownie się zastanowili, jaki układ nam pasuje. Może zastanówmy się w ramach tej dyskusji, bo chyba tu zagląda najwięcej dyskutantów. Mam nadzieję, że właściwej dyskusji zanadto to nie rozbije.
    PS Czy zauważyliście, że pojawiło się zdjęcie profilowe Andrzeja (N.)? 😉

  78. Panie Szymonie:
    Pyta Pan (12 maja 2015, 22:17:53): „Czy werset Mt 28,19 nie dowodzi, że Jezus wierzył w Trójce Świętą?”
    Osobiście, jako chrześcijanin, nie mam wątpliwości. Jest bardzo wiele innych miejsc Nowego Testamentu, które mówią o Duchu nie jako o bezosobowej mocy, sile, energii Bożej, ale jako o Osobie. Jakże często o Duchu pisał Łukasz (zob. Konkordancja biblijna). Późna Ewangelia Jana mówi o „Innym Paraklecie” (Kimś-Przywoływanym-na pomoc, Orędowniku, Obrońcy, Wspomożycielu), którego Ojciec pośle na Jego prośbę (J 14,16-17.26; 15,26; l6,7-8.13). Te właśnie liczne teksty są podstawą nauki chrześcijańskiej o Duchu Świętym jako Osobie. Nauka o trójjedynym Bogu jest bazą Ekumenicznej/Światowej Rady Kościołów (World Council of Churches).

  79. Szanowna Pani Anno C.

    Bardzo ciekawe wątki Pani zasygnalizowała w swej wypowiedzi np. formuła: doświadczenie zbawienia w Jezusie. Co to może oznaczać dla dzisiejszego pragmatycznego człowieka, dla którego szczęście to poczucie bezpieczeństwa i samozadowolenie ( zawodowe, rodzinne itp). ? Czy ta formuła teologiczna nie jest już dzisiaj anachroniczna, nieżyciowa i nieprzekładalna? Jakież to problemy życiowe, ma rozwiązać ” doświadczenie zbawienia w Jezusie” – to pytanie zadają mi moi znajomi niewierzący. Nie umiem im na to odpowiedzieć…

    pozdrawiam szymon

  80. Do p. Szymona: dobre pytanie: co to znaczy doświadczenie zbawienia dla współczesnego człowieka. Jutro odpiszę, bo już idę spać. W nocy się zastanowię.

  81. Nie sposób odpowiedzieć na tyle wątków; jestem chwilowo bezsilny, zbyt wiele myśli przechodzi mi przez głowę.

    1. Ks. prof. W. Hryniewicz i jego głos

    Głos profesora jest niezwykle cenny. Ważne jest, że ksiądz odczytuje Jezusa apokaliptycznie, chociaż nie czyni – za H. Küngiem – z Nazarejczyka „gorącego apokaliptyka”. To zagadnienie na pewno lepiej naświetli Dariusz – warto by tu wyjaśnić pewne niedomówienia.
    Josef Blank, profesor Nowego Testamentu w Saarbrücken, zadał wiele ciekawych pytań w przywołanym przez H. Künga cytacie. Ale czy Szwajcar udzielił właściwych odpowiedzi, których oczekiwał niemiecki teolog? Czy te odpowiedzi mają pokrycie w źródłach, bo może tylko w pobożnych życzeniach? Warto będzie rozwinąć ten kształtujący się wątek.

    2. Anna Connolly

    Bardzo ciekawy wykład na podstawie myśli, za którymi stoi Edward Schillebeeckx. Zgadzam się z większością jego wniosków, chociaż mój odczyt danych źródłowych jest nieco odmienny. Np. nie uważam, że wszystkie tytuły Jezusowe ukształtowały się dopiero w rzeczywistości popaschalnej. Z głównym wnioskiem jednak się całkowicie zgadzam: chociaż postać Jezusa przykrywa bluszcz i cień złowrogiego (dla historyka) mitu, to nie ulega wątpliwości, że za tymi procesami psychologicznymi, musiała stać postać ponadprzeciętna. Trudno uwierzyć, żeby tak głębokie przemiany i procesy uruchomiło wielkie nic. Do tego problemu również będzie wypadało wrócić.

  82. Dziękuję Pani Anno, i zachęcam innych forumowiczów do „pochylenia” się nad pytaniem: co to znaczy doświadczenie zbawienia w Jezusie dla współczesnego człowieka?

    pozdrawiam szymon

  83. Andrzej Jan Nowicki
    13 maja 2015 o 23:08 :
    „Żarty, żartami: Jezus historyczny nie wierzył w Trójcę, i nie wierzyli w nią Jego uczniowie.”

    Szanowny Panie Andrzeju

    Może i Pan Jezus nie nazywał Ojca, Syna i Ducha Św. – Trójcą, ale przybliżał Apostołom tą niepojętą Rzeczywistość. Jak inaczej wyjasnić słowa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (Mt 28, 19). Kiedy Chrystus zapowiada zesłanie Ducha Świętego na Apostołów, mówi: „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam” (J 14, 16). „Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy” (J 14, 26). „Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie” (J 15, 26). Apostołowie podjęli tajemnicę Trójcy Świętej: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi” (2 Kor 13, 13). „Tym zaś, który umacnia nas wespół z wami w Jezusie Chrystusie i który nas namaścił, jest Bóg. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1, 21-22). „Piotr, Apostoł Jezusa Chrystusa do wybranych. (…) Według tego, co przewidział Bóg Ojciec, aby w Duchu zostali uświęceni” (1 P 1, 1)

    pozdrawiam szymon

  84. Panie Szymonie, chwilowo usunąłem tekst o Trójcy, bo muszę go jeszcze przemyśleć. Proszę się wstrzymać z komentarzami dotyczącymi tego problemu (skierowanymi do mnie). Na razie nie chcę wchodzić w to zagadnienie.

    W jednym przyznam Panu rację natychmiast: nie ma dymu bez ognia (znam z grubsza tekst NT i występujące w nim formuły trynitarne).
    Pozdrawiam.

  85. Ksieze Profesorze,

    musze sie zastanowic. Chodzi o „odrzucenie tych przekonan, ktore u Jezusa i jego uczniow wynikaly z ogolnie wowczas przyjetych, a dzis odrzuconych schematow kulturowych”. (Na przyklad schematu apokaliptycznego). Taka eliminacja ma sens, bo jak inaczej mowic do wspolczesnego czlowieka? Tylko w ten sposob mozna zaczac szukac odpowiedzi na pytanie Kunga: „Czy najpilniejsza sprawa, o którą Jezusowi chodziło w głoszeniu nadchodzącego Królestwa Boga jeszcze teraz ma dla nas sens?”

    Podobnie jak Andrzej, naprawde doceniam powazne podejscie do hipotezy apokaliptycznej, do nauki w ogole, jakie widzimy w postawieniu przez Ksiedza tego pytania.

    Ale ta konkretna rekonstrukcja „apokaliptyzmu”, jaka proponuje Fohrer? Nie wydaje mi sie, aby w ten sposob mozna dzis odpowiedziec Kungowi. Nie widze, przynajmniej na razie, czym Jezus Fohrera – krytyk niesprawiedliwosci spolecznej, skupiony na terazniejszosci – roznilby sie od Jezusa „liberalnego” i „zaangazowanego”Jesus Seminar. A najnowsze wersje hipotezy apokaliptycznej, od Sandersa do Allisona, wyrosly wlasnie z krytyki Jesus Seminar. Poza tym, skoro Jezus mialby sie nie pomylic, dlaczego „wlaczyly sie” we wczesnym chrzescijanstwie te wszystkie mechanizmy, ktore – natchnione lub nie – sa odpowiedzia na bledna apokaliptyczna przepowiednie?

    Wyczuwam opor przed uznaniem bledu Jezusa. Dlaczego taki opor? Nawet Papiez Benedykt w swoich ksiazkach przyznal, ze jako Mesjasz Jezus nie wpisal sie we wspolczesne mu oczekiwania. Czy jesli „zawiodlby” takze jako prorok, bylby to powazniejszy problem? Byl czlowiekiem, mogl sie pomylic.

    Podpisalbym sie glownie pod wstepnymi uwagami Ksiedza Profesora: „Jesteśmy w kręgu zagadnień trudnych, wynikających z epokowych przemian i wyzwań. Nic dziwnego, że nie mamy gotowych rozwiązań. Przypuszczam, że owo „ALE JAK?” James’a Dunn’a powtarzać się będzie jeszcze przez wiele następnych pokoleń.”

  86. Wczesne źródła nie uprawniają do wniosku, że chrześcijanie wierzyli w Trójcę, na tych samych zasadach co chrześcijanie w Nicei. Istnieje pokusa, która sprawia, że próbuje się odczytywać passusy Pawłowe w „okularach” nicejskich, ale nie prowadzi to do właściwych wniosków. Rozwój chrystologii, który doprowadził do wyżyn teologii Janowej, jest widoczny na kartach NT. Najlepszym sposobem harmonizacji Janowej perspektywy z innymi tekstami NT jest doktryna Trójcy Świętej.

    Skoro Jezus jako Człowiek nie głosił się Bogiem, ale do tego wniosku doszli uczniowie Jego uczniów (fakt solidnie poświadczony przez egzegezę) pod koniec I wieku, to jak można twierdzić, że Jezus z Nazaretu wierzył w Trójcę? Nie spotkałem się jeszcze, choć przeczytałem wiele książek historycznych na temat Nazarejczyka, z takim twierdzeniem. Dlatego zaszokował mnie komentarza ks. prof. W. Hryniewicza. W istocie jest on dla mnie niezrozumiały.

    Wczesna liturgia judeochrześcijańska nie różniła się od tej, którą podzielali zwolennicy Hillela. Kategoryczne stwierdzenie Janowej chrystologii o Jezusie (Pan mój i Bóg mój), doprowadziło, prawdopodobnie, do włączenia w Amidah przekleństwa minim. Rozpoczął się proces kształtowania „ortodoksyjnej” nauki chrześcijańskiej o Bogu, w oderwaniu od żydowskiego podglebia, za pomocą rygorów myślenia w greckich kategoriach logicznych i filozoficznych. Chrystologia angelomorficzna, obecna we wczesnym chrześcijaństwie, okazała się być niewystarczająca dla coraz bardziej spekulatywnej teologii. Nie było wtedy „ortodoksji”, która miałaby pochodzić – nawet jeśli uznamy to za impuls – od nauczyciela (jednego) stojącego u podstawy takowego wierzenia. Święty Justyn w Dial. 61, 1 stwierdza, iż Chrystus jest Mądrością Ojca. Logos-Mądrość jednak nie jest tożsama z Ojcem, jest „jakby drugim Bogiem”. Boskość Jezusa i Ducha Świętego ujmowano za pomocą klucza angelologicznego. Wykorzystywano symbolikę mal’ach YHWH (zob. Rdz 31, 11 nn.; 48, 15-16; Wj 3, 2; Ml 3, 1), która pozwalała judeochrześcijanom czcić Jezusa i jednocześnie pozostać pobożnymi Żydami, którzy w synagogach w każdy szabat powtarzali ze swoimi braćmi „Szema”. Również nieżydowscy chrześcijanie uznawali, że Nazarejczyk jest adoptowanym synem Bożym, a Syn Boży to, tak naprawdę, wcielony Duch Święty (Pasterz Hermasa Parab. V,6,5 oraz IX, 1, 1).
    Kontynuatorzy tradycji stojących za świętym Jakubem, „bratem Jezusa”, którzy na skutek różnych czynników działali na obszarze Syrii, twierdzili, że Jezus został spłodzony z ludzkiego nasienia i wybrany, i w ten sposób nazwany z wyboru Synem Bożym, Chrystus zaś zstąpił nań z wysoka w postaci gołębicy. Mówią, że nie został zrodzony z Boga Ojca, lecz stworzony – jak jeden z archaniołów, jednakże większy od nich (Epifaniusz cyt. za Welburn Andrew, Początki Chrześcijaństwa. Esseńskie misterium, gnostyckie objawienie, chrześcijańska wizja, Wydawnictwo Spektrum, Warszawa 1998, s. 84-85). Ebionici odrzucali, o czym często się zapomina, listy Pawłowe, uważając ich autora za apostatę (zob. Euzebiusz z Cezarei HE III, 27, 1-6).

    Tradycja Janowa, ukształtowana w swej dojrzałej postaci bardzo późno, jest najbliżej ortodoksyjnej chrystologii (co wcale nie oznacza, że nie ma pomiędzy nimi różnic). Istnieje ogromna ilość teorii wyjaśniających rolę oraz pochodzenie hymnu o Logosie. Termin ten, jak i cała historia zstępującego Logosu, stała się niezwykle nośna w chrześcijaństwie i pomogła niektórym jej kręgom w głoszeniu Bóstwa Jezusa, a gnostykom posłużyła do uzasadniania swoich różnorakich teorii na temat złożonej hierarchii przejść dokonujących się za pośrednictwem eonów. Jak głosili: Ewangelia Prawdy jest radością tych, którzy otrzymali łaskę od Ojca Prawdy, aby poznali Go mocą Słowa, które przybyło z Pełni Bytu. W Prologach Antymarcjońskich pojawiła się pogłoska, że umiłowany uczeń swoje sprawozdanie z działalności u boku Jezusa dyktował Marcjonowi – ta tradycja jest świadectwem tego, jak wielkim poważaniem, cieszyła się wśród gnostyków Ewangelia Jana.

    W gminach po – Pawłowych spotkała się ona z różnym przyjęciem. Jak pisał Epifaniusz część chrześcijan opowiadała się przeciwko kanoniczności Ewangelii Jana, ponieważ korzystali z niej montaniści i gnostycy. Zyskiwała ona sobie jednak i zwolenników wśród chrześcijan nie-gnostycznych, czego przykładem może być Epistola apostolorum – pisemko mówiące o rozmowie, którą przeprowadzili apostołowie z Jezusem po zmartwychwstaniu. Napisane w formie listu, prawdopodobnie w drugiej połowie wieku II. W liście tym Logos/Słowo zstępuje na ziemię i w swojej wędrówce przybiera postacie aniołów, aby na samym końcu przyjść jako Gabriel do Maryi i stać się człowiekiem. Jednak najstarsze świadectwa użytkowania Jana spotykamy u gnostyków (Naasane cyt. przez Ref Hipolita 5.7.2 – 9 [ok. 120 – 140], Wstęp Walentyniana do Prologu Ewangelii Jana cyt. przez Ireneusza Adv. Haer. 1.8.5 – 6 [ok. 140 – 160], komentarze Herakleona do Ewangelii Jana [ok.150-180]).

    Nie rozumiem twierdzenia, że Jezus historyczny wierzył w Trójcę Świętą. Co zatem stało się potem? Zapomniano o tym fakcie? Jest to tak istotna innowacja, w stosunku do wszystkiego, w co wierzyli Żydzi, że wyłożenie takowej prawdy nawet pojedynczemu Żydowi zajęłoby Jezusowi całe lata. Dzieje Apostolskie przekonują nas, że wśród judeochrześcijan byli faryzeusze i kapłani świątynni! Wierzyli za Jezusem w Trójcę? Ile dysput na ten temat stoczono na kartach Dziejów Apostolskich? Problemem była chrystologia czy przepisy Tory? Ja mam w to uwierzyć? Nie było tak. Przy całym moim olbrzymim szacunku dla ks. prof. Wacława Hryniewicza, nie jestem w stanie, przy tych materiałach źródłowych, przy tych pracach historyków chrześcijaństwa, które mam przed sobą w biblioteczce, przy tylu badaniach – przecież uczciwych i bogobojnych naukowców chrześcijańskich – przystać na taki wniosek. Może źle ten wniosek zrozumiałem?

  87. „SZLACHETNY NIECH BĘDZIE CZŁOWIEK, POMOCNY I DOBRY”

    Tempo w blogu zawrotne. Chyba za szybkie, aby przemyśleć spokojnie trudne sprawy. Będę musiał pauzować. Ale jeszcze to i owo. Niebawem muszę się wyłączyć na jakiś czas z dyskusji.
    ***
    1. W komentarzu P. Szymona (13 maja 2015, 23:28) czytam słowa P. Andrzeja Nowickiego „Żarty, żartami: JEZUS HISTORYCZNY NIE WIERZYŁ W TRÓJCĘ, I NIE WIERZYLI W NIĄ JEGO UCZNIOWIE”.
    Odpowiedź P. Szymona: „Może i Pan Jezus nie nazywał Ojca, Syna i Ducha Św. – Trójcą, ale przybliżał Apostołom tą niepojętą Rzeczywistość”.
    I wyjaśnienie P. Andrzeja (13 maja 2015, 23:41:08 ): „Panie Szymonie, chwilowo usunąłem tekst o Trójcy, bo muszę go jeszcze przemyśleć”. (Można usunąć? Ja tych słów nie widziałem). Ale do rzeczy.
    ***
    2. Przede mną tzw. ŹRÓDŁO Q i logion Jezusa: „Każdemu, kto mówi przeciwko Synowi Człowieczemu, będzie odpuszczone. Temu jednak kto bluźniłby Duchowi Świętemu, nie będzie odpuszczone” ( Q 12, 10; przekład ks. A. Paciorka).
    Taki właśnie zapis słów o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu przekazuje zrekonstruowana przez biblistów najwcześniejsza EWANGELIA GALILEJSKA Q. (Wyjaśniam osobom mniej orientującym się w tych zagadnieniach, a czytającym wypowiedzi blogowe). Jest to najbardziej pierwotna Ewangelia wypowiedzi/logiów Jezusa (the Sayings Gospel Q), powstała w latach 40. i 50. naszej ery, rzadko brana pod uwagę przez polskich teologów. Egzegeci wciąż dyskutują nad tym, czy Jezus rzeczywiście wypowiedział słowa o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu.
    ***
    3. ZASTANAWIA MNIE PARALELA: Syn Człowieczy – Duch Święty. Osoba – osoba? Osoba – bezosobowa moc?
    Moje zasadnicze pytanie: czy można bluźnić nieosobowej sile, mocy i energii boskiej? Myślę, że można. Ale tu PARALELA DWÓCH PODMIOTÓW, JEDNOSTEK, „OSÓB” (choć to później ukształtowane pojęcie). Zestawienie sugeruje przeciwstawienie: „przeciwko Synowi Człowieczemu – będzie odpuszczone; przeciwko Duchowi – nie będzie odpuszczone. Syn Człowieczy występuje w obronie Ducha i wypowiada słowa usilnego apelu, by ludzie nie bluźnili/grzeszyli przeciwko Duchowi.
    Zresztą przekład słowa „odpuszczone” wymaga wyjaśnienia. Greckie słowo „aphíēmi” oznacza coś więcej niż samą gotowość wybaczania, która nigdy w Bogu nie ustaje. Zawiera także myśl o zwolnieniu ze zobowiązania, umorzeniu długu, anulowaniu bądź zaniechaniu kary. Nie chodzi w tym przypadku o sam akt darmowego przebaczenia ze strony Boga. Innymi słowy: nie zareaguje On zwykłym aktem przebaczenia na grzech/bluźnierstwo przeciwko Duchowi. Nie będzie ono przebaczone w sensie umorzenia długu lub anulowania kary.Nie podlega amnestii! Ten grzech nie może być pozostawiony bez kary i poprawy. Pod tym względem nie ma odpuszczenia. Trzeba spłacić cały dług do końca.

    Ale to tylko wyjaśnienie językowe. Chodzi mi przede wszystkim o WYRAŹNĄ PARALELĘ MIĘDZY DWOMA ADRESATAMI BLUŹNIERSTWA: SYNA CZŁOWIECZEGO I DUCHA ŚWIĘTEGO. NIE SĄDZĘ, ABY CHODZIŁO JEDYNIE O BEZOSOBOWĄ MOC BOSKĄ. Wypowiedź obecna już w pra-Ewangelii logiów Jezusa, wskazywałaby na ich autentyczność. Czy nie znaczy to, że mamy do czynienia z logionem Jezusa historycznego? Znowu pytanie otwarte. Być może na później, a nie już teraz.
    ***
    4. Wspomniałem wcześniej, że nauka o trójjedynym Bogu jest bazą Ekumenicznej/Światowej Rady Kościołów (World Council of Churches, WCC). Chodzi o bazę doktrynalną. Bez jej przyjęcia przez dany Kościół czy wspólnotę wierzących nie można być członkiem WCC.
    Zakwestionowanie tej nauki pociąga za sobą daleko sięgające konsekwencje. Piszę o tym, bo to nie jest rzecz błaha w całokształcie debaty, która została zapoczątkowana.
    Jeśli chodzi o dialog z innymi religiami świata, to w gremiach ekumenicznych przestrzega się przed niebezpieczeństwem synkretyzmu. Uszanujmy własną tożsamość oraz inność Innych! Uczmy się ko-egzystencji i pro-egzystencji, czyli bądźmy pomocni jedni drugim. To podstawowy wymóg autentycznego dialogu. Goethe mądrze zachęcał: „Edel sei der Mensch, hilfreich und gut” (Szlachetny niech będzie człowiek, pomocny i dobry!)
    ***
    5. Panie Dariuszu!
    O Duchu Świętym często myślałem i pisałem wielokrotnie, że Jego obecność i działanie nie ogranicza się bynajmniej do Kościoła, czy do chrześcijaństwa w ogóle. Słusznie Pan pisze o „róznych strefach dzialania Ducha” (13 maja 2015, 18:03).
    Ambrozjaster, anonimowy autor z IV wieku, głosił z głębokim wyczuciem uniwersalizmu: „wszelka prawda, niezależnie od tego, kto ją wypowiada, pochodzi od Ducha Świętego”, „Omne verum, a quocumque dicatur, a Spiritu Sancto est”. Słowa te przytacza wielokrotnie Tomasz z Akwinu (zob. m.in. „Summa theologiae” II-II, q. 172, a. 6, ad 1). Wypowiedź tę można odnieść nie tylko do prawdy, ale również do dobra, piękna oraz wszelkich autentycznych przejawów życia duchowego wszystkich ludzi. Wszelkie dobro, piękno i cześć oddawana Bogu, niezależnie od tego, gdzie one są obecne, pochodzą od Ducha Świętego. Są znakami Jego obecności. To On jest inspiratorem prawdziwego poznania, wszelkiego dobra, piękna i otwarcia człowieka ku Bogu. To wyraz MĄDREGO I ŻYCZLIWEGO UNIWERSALIZMU (lubię to słowo!).

    ***
    6. Jeszcze jedno słowo do P. Dariusza. W komentarzu z 13 maja 2015, 06:16 pisze Pan o możliwym pożytku porownywania wyznan religijnych z dyscyplinami naukowymi. I pyta Pan: „Czy np. w ramach dialogu ekumenicznego probuje sie patrzec na odmienne wyznania – w takich „naukopodobnych” kategoriach? Chyba jednak nie zaprawiliśmy się jeszcze w tego rodzaju podejściu. Cenię stare powiedzenie: ‘Nil (skrót od „nihil”) inausum!’ Nie faworyzujmy zatem ‘niczego nieodważnego’.
    Apostoł Paweł też zachęcał: „Ducha nie gaście, proroctw nie lekceważcie, wszystko badajcie, zachowujcie to, co dobre, od wszelkiego zła się powstrzymujcie” (1 Tes 5,19-22). A więc i tutaj jakiś związek z Duchem Bożym. Echo tego apelu słychać także w Liście do Efezjan, którego autorem, mógł być raczej uczeń Pawła, który pisał: „Nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego” (Ef 4,30).
    Zasmucać można tylko osobę, a nie bezosobową moc i siłę.

  88. Szanowny Panie Andrzeju

    Pan Jezus otwarcie nie ogłosił się Bogiem Jahwe, bo Żydzi monoteiści, nie byli na to gotowi, dlatego pośrednio pokazywał im, że jest tożsamy z Bogiem.
    Chrystus też, tak jak Bóg, ma moc odpuszczania grzechów:

    „Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?” Łk 5:21;

    „Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów” Łk 5:24
    Jezus, jak Bóg, określił siebie jako „Pana szabatu”:

    „jeśli nazwiesz szabat rozkoszą, a święty dzień Pana [Jahwe] – czcigodnym” Iz 58:13;

    „Syn Człowieczy jest Panem szabatu” Łk 6:5.
    J 5,18
    18. Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.
    (BT)

    Więcej argumentów za Bóstwem Jezusa i Trójcą Świętą: http://www.apologetyka.info/trojca-swieta,2/
    Co Pan sądzi o tych argumentach?
    pozdrawiam szymon

  89. Do Pana Szymona!
    Przywłaszczenie sobie kultu przynależnego tylko Bogu mogłoby świadczyć, że Nazarejczyk mógł uważać się za samego YHWH. Natomiast przypisanie sobie prerogatyw zastrzeżonych dla Boga nie zawsze musi oznaczać – w tradycji żydowskiej – poczucia równości z Bogiem. To rozróżnienie jest niezwykle ważne, ponieważ zazwyczaj egzegeci poprzez drugi punkt próbują (zresztą bezskutecznie) przekonać uczonych biblistów, iż Nazarejczyk za swej ziemskiej kadencji głosił swoją boską tożsamość.

    Sięgnijmy po parę przykładów dla ilustracji tego podejścia:

    1.Jezus odpuszcza grzechy, a tylko Bóg może to robić. Jezus w ten sposób chciał pokazać, że jest Bogiem.

    Nie można w żaden sposób uznać tego działania za wchodzenie w kompetencje zastrzeżone dla samego YHWH. Po pierwsze, uczeni w Piśmie, błędnie zinterpretowali słowa Jezusa, ponieważ sami obserwatorzy cudu – według Mateusza – uwielbili Boga za to, że dał człowiekowi taką moc (zob. Mt 9, 8). Moc ta wynika z daru Boga dla człowieka-uzdrowiciela. Po drugie, Esseńczycy z Qumran podobnie zapatrywali się na to zagadnienie. W ich Pismach, Nabonid król babiloński, był trapiony przez chorobę przez siedem lat i dopiero interwencja egzorcysty, który odpuścił mu grzechy, uwolniła go od choroby (zob. 4Q242 frag. 1-3,1-9). Jezusowi, co najwyżej, można przypisać wchodzenie w kompetencje egzorcysty, a to już nie implikuje – w żaden sposób – wysokiej chrystologii.

    2. Jezus został nazwany przez „głos z Niebios” (bat kol) Synem Bożym. Jezus nie jest więc Synem Boga w sposób metaforyczny, ale jest nim na sposób ontyczny.

    Znów nie można uznać tej argumentacji za prawidłową, albowiem współczesny Jezusowi, Chanina ben Dosa, również został uznany przez „głos z Niebios” za syna Bożego (zob. bTaan 24b). Na ile więc interpretacja – która odczytuje relacje chrztu Jezusa poprzez znacznie późniejsze konstrukcje ukształtowane w obcym, wyrachowanym i greckim świecie – nie jest wykładnią egzegetów, którzy nie rozumieli, i nie chcieli rozumieć jej na żydowskim tle. Czy gdyby o Jezusie ułożono taką samą opowieść jak o rabbim Iszmaelu, który był męczennikiem i synem Bożym znającym tajemnice swojego Ojca, to nie stałaby się ona koronnym argumentem wysokiej chrystologii synoptyków? Wystarczy wyobrazić sobie, że, w cytacie poniżej, nie ma rabbiego Iszmaela, ale jest „Jezus z Nazaretu” – ileż opasłych tomów wytworzyliby ojcowie Kościoła, apologeci i egzegeci na jego temat!

    Wtedy aniołowie, słudzy niebiescy rzekli do Świętego, który jest błogosławiony: – „Ten mąż sprawiedliwy, któremu pokazałeś wszystkie tajniki najwyższych światów i któremu wyjawiłeś wszystkie tajemnice podziemi ma zginąć taką dziwną i straszliwą śmiercią? Czy taka jest Tora i za nią zapłata?” Odrzekł im Święty i błogosławiony: – „Cóż mogę zrobić dla syna? Taki jest wyrok i nikt nie może go udaremnić”. Rozległ się głos boży na niebie „Jeśli posłucham innego głosu, zamienię cały świat w chaos, czyli tochu wawohu”. Zapytał go wtedy cesarz: – „Czy jeszcze ufasz swemu Bogu?” Odparł mu: – „Tak, on mnie wprawdzie zabija, ale jemu ufam (Hi 13, 15). Zaraz też rabbi Iszmael wydał ostanie tchnienie (bSanh 14a, Awot de Rabbi Natan 38; Witold Tyloch, Opowieści mędrców Talmudu, Gdynia 1993, s. 236).

    Rabbi Iszmael, męczennik i syn Boga, umiera z całkowita ufnością wobec swojego Stwórcy, po nieudanym powstaniu Bar Kochby (132-135 r.). Zatem „fakt” ogłoszenia przez głos Niebios tego, iż ktoś jest Synem Bożym był zabiegiem, który w judaizmie stosowano dla wyróżnienia osób, które były przez otoczenie odbierane jako osoby sprawiedliwe, charyzmatyczne czy też obdarzone mądrością – był to też tytuł Mesjasza (zob. 1 Hen 105, 2; 4 Ezdr 7, 28-29; 13, 32. 37. 52; 14, 9; 4QFlor kol. 1, 10-12).

    Ostatecznie głos z Nieba zadecydował, że każdy Izraelita jest synem Bożym:

    Słyszałem głos z niebios podobny do gruchotania gołębia mówiący: „Biada, że zrujnowałem mój dom, że spaliłem moją świątynię, biada, że wypędziłem moich synów i rozproszyłem ich między narodami” (bBer 3a).

    Jezus określany przez innych, a może nawet i przez samego siebie, jako Syn Boży był przez Izraelitów jemu współczesnych odbierany nie jako uzurpator godności boskiej, ale jako Żyd sprawiedliwy, mądry i wybrany przez Boga do przyszłej godności Mesjasza. Wyjście poza ww. konstatację jest nieuzasadnioną próbą przenoszenia idei Nicei i Chalcedonu na postać Galilejczyka z początków pierwszego wieku naszej ery.

    Chrześcijaństwo jest odrębną od judaizmu religią, która uważa, iż to ona jest kontynuatorką Biblii Hebrajskiej, a nie jest nią judaizm rabiniczny, karaimizm oraz islam. Jednak początki ruchu Jezusa były zupełnie inne. Nazarejczycy byli jedną z żydowskich sekt skoncentrowaną wokół Świątyni i charyzmatycznej postaci świętego Jakuba Sprawiedliwego, brata Pańskiego. Nie byłoby to możliwe, gdyby już na tym etapie nazarejczycy głosili, iż Jezus to YHWH. Nie jest to odkrywcze, ale zmusza to nas do pewnych wniosków: gdyby bowiem proklamowano Jezusa Bogiem, to taka koegzystencja nie byłaby dopuszczalna, ponieważ judaizm – i ten starożytny, i ten obecny – charakteryzuje się ścisłym monoteizmem. Nazarejczycy zostaliby wykluczeni z kultu świątynnego oraz synagogalnego nie w czasach Yavne, ale już w latach trzydziestych pierwszego wieku. Tymczasem – dowiadujemy się o tym od historyka żydowskiego Józefa Flawiusza – ludność Jerozolimy oraz gorliwi w przestrzeganiu Tory, tak oburzyli się postępkiem saduceusza Ananosa, który bezprawnie skazał Jakuba na śmierć przez ukamienowanie, że doprowadzili go do zdeponowania z funkcji arcykapłana (zob. Józef Flawiusz Dawne dzieje 20, 200-201)! Wielu chrześcijan – zauważa profesor James H. Charlesworth – zdumiewa fakt, że modlitwy synagogalne, które odmawiał Jezus i Jego pierwsi wyznawcy, obecnie są odmawiane tylko przez pobożnych Żydów. Jezus i Jego wyznawcy odmawiali również Szʾma, czyli powszechnie znane credo z Księgi Powtórzonego Prawa 6, 4. W okresie przed 70 r. zwolennicy Hillela i Jezusa mieli te same pisma i liturgię (James H. Charlesworth, Chrześcijanie i Żydzi w pierwszych sześciu wiekach w: Chrześcijaństwo a judaizm rabiniczny: historia początków oraz wczesnego rozwoju, red. Hershel Shanks, przeł. Waldemar Chrostowski, Warszawa 2013, s. 508).

  90. Jedno sprecyzowanie: piszac „byl czlowiekiem” nie chce przesadzac, czy byl „tylko” czlowiekiem (i nikim wiecej) czy „takze” czlowiekiem (a jednoczesnie Bogiem). Andrzej pisal – jesli dobrze pamietam – o chrystologii Jezusa-Boga, w ktorego ludzkiej swiadomosci nie musialaby sie pojawic swiadomosc Bostwa (ks. Strzelczyk), a zatem nie jest to chyba wszechwiedza, wykluczajaca mozliwosc pomylek. Podobne rozwiazania proponuje inny z uczestnikow moich debat o Jezusie historycznym: ks, Paczos. Chyba nawet najbardziej ortodoksyjna chrystologia mowi zreszta o „unizeniu sie” Boga w Jezusie, a podjecie ludzkiej omylnosci nie wchodziloby chyba w konflikt z tym wyobrazeniem (byloby tylko wzieciem na Siebie jeszcze jednej z naszych slabosci).

  91. Panie Dariuszu,
    Dot. wpisu z dn. 13/05/2014 godz.18.03/.
    „Gdy w Kościele brakuje proroctwa, brak tam samego życia Bożego, a wówczas przeważa klerykalizm ”. Mówił o tym Papież podczas porannej Mszy w kaplicy Domu św. Marty. w dniu 16,12,2013 r.
    Cytowana przez Pana wypowiedź Franciszka nie ma charakteru nieomylnego. Nie było to wystąpienie ani „ex cathedra”, ani skierowane do Kolegium biskupiego jako magisterium sollemne lub ordinarium jako jego głowa. Przyznam się, że nie do końca zrozumiałem, co wówczas papież miał na myśli. Jak się zdaje, do tego tematu więcej nie wrócił. Ale mogę się mylić. Ks. prof. W. Hryniewicz ma na pewno większą wiedzę w tym temacie. Proszę zapytać. Ja niestety muszę na razie wyłączyć się z dyskusji z powodów technicznych.
    Pozdrawiam, R.

  92. Pan Andrzej napisał:
    „Po pierwsze, uczeni w Piśmie, błędnie zinterpretowali słowa Jezusa, ponieważ sami obserwatorzy cudu – według Mateusza – uwielbili Boga za to, że dał człowiekowi taką moc (zob. Mt 9, 8)”

    1. To Pan tak twierdzi. Ja uważam, że uczenie w Piśmie są bardziej kompetentni w ocenie takich czynów niż lud. Proszę mi pokazać, gdzie w Torze człowiek mówi o sobie, że jest Panem szabatu? To Jezus mówi:„Syn Człowieczy jest Panem szabatu” Łk 6:5, a przecież tylko Bóg jest Panem szabatu.
    2. Nie twierdzę, że bycie Synem Bożym implikuje bycie Bogiem, tym niemniej Jezus jest jednorodzonym Synem Bożym (Jana1,14) Nie wiem czemu Pan porusza ten argument?

    Pan Andrzej napisał;
    „Wielu chrześcijan – zauważa profesor James H. Charlesworth – zdumiewa fakt, że modlitwy synagogalne, które odmawiał Jezus i Jego pierwsi wyznawcy, obecnie są odmawiane tylko przez pobożnych Żydów. Jezus i Jego wyznawcy odmawiali również Szʾma, czyli powszechnie znane credo z Księgi Powtórzonego Prawa 6, 4. W okresie przed 70 r. zwolennicy Hillela i Jezusa mieli te same pisma i liturgię.”

    No i co z tego? Jezus wierzył w Jednego Boga, ale nie zaprzecza to temu, że z nim się utożsamiał jako Jego Syn.
    3. Pan Jezus posłużył się zwrotem „Ja Jestem”
    Jan. 8:58
    58. Odpowiedział im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, pierwej niż Abraham był, Jam jest (gr. ego eimi).
    (BW)
    W tym zwrocie jest aluzja do słów z Wyj 3:14 „Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: JESTEM, KTORY JESTEM.

    4. Apostoł Paweł przypisuje Panu Jezusowi bycie Stwórcą, jak Bóg;
    Hbr 1,8-10: „Do Syna zaś [powie]: […] Tyś, Panie, na początku osadził ziemię, dziełem też rąk Twoich są niebiosa.” – Mowa o Jezusie.
    Warto te słowa zestawić z Iz 44,24
    „Tak mówi Pan (JHWH), twój Odkupiciel, Twórca twój jeszcze w łonie matki: Jam jest Pan (JHWH), uczyniłem wszystko, Sam rozpiąłem niebiosa, rozpostarłem ziemię; a któż był ze Mną?”

    5. Polecam werset: Mk 12,35-37

    35. Nauczając w świątyni, Jezus zapytał: Jak mogą twierdzić uczeni w Piśmie, że Mesjasz jest Synem Dawida?
    36. Wszak sam Dawid mówi w Duchu Świętym: Rzekł Pan do Pana mego: Siądź po prawicy mojej, aż położę nieprzyjaciół Twoich pod stopy Twoje.
    37. Sam Dawid nazywa Go Panem, skądże więc jest [tylko] jego synem? A wielki tłum chętnie Go słuchał.
    (BT)
    A gdzie tu tytułowe Bóstwo Chrystusa? Jest ono ukryte w słowach Dawida „rzekł do Pana mego”. Warto zauważyć, że już wtedy Jezus był Panem Dawida! Co to znaczy mieć swojego pana/Pana? Wg mnie oznacza to „służyć jemu”. Niezależnie od tego, czy chodzi tu o panów ziemskich, czy o Pana niebieskiego, to mamy im służyć. Na podstawie tego można wyciągnąć wniosek, że Dawid już wtedy był sługą Jezusa. Ale czy jest to gdziekolwiek bezpośrednio w Biblii napisane, żeby Dawid służył jakiemuś innemu Panu niebieskiemu niż Bogu Jahwe? Nie! Ja nie znalazłem. Biblia ukazuje nam Dawida tylko jako sługę Boga Jahwe

    Czytaj więcej na: http://zebrowski.apologetyka.info/trojca-swieta/jezus-chrystus-jako-jahwe/bostwo-chrystusa-w-psalmie-1101,248.htm

    pozdrawiam szymon

  93. Ksieze Profesorze,

    zrodlo Q to solidne zrodlo, ale logion, ktory ksiadz cytuje – jak kazdy – ma znaczenie zalezne zarowno od jezyka, jak i od gatunku literackiego. Nie wiemy, czy Jezus nie posluzyl po prostu personifikacja. Na pewno w jego kulturze nie byloby to niczym niezwyklym:

    „Lecz oni się zbuntowali i zasmucili
    Jego Świętego Ducha” (Iz 63:10)

    „dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą” (Mdr 9:4)

    „Posłał swe słowo, aby ich uleczyć
    i wyrwać z zagłady ich życie” (Ps 107:20)

    Duch sie smuci, Madrosc siedzi na tronie, slowo zostaje poslane z jakas misja. Dunn przypisuje takie personifikacje „bytow posredniczacym” miedzy Bogiem a stworzeniem – poetyckosci jezyka, checi podkreslenia przez autorow, jak wazne i dramatyczne byly opisywane wydarzenia (pisanie z duzej litery w polskim tlumaczeniu wprowadza tu niekiedy w blad, przemycajac pozniejsza tresc trynitarna – DK). Dunn podkresla takze: „W zadnym z tych przypadkow nie powstala mysl o oddawaniu czci komus innemu, niz Bogu”. (Did the First Christian…, s. 90).

    Co do koniecznosci zachowania tozsamosci w dialogu ekumenicznym – ksiadz Profesor zna sie na tym o niebo lepiej od nas, warto chyba jednak rozroznic takie teologiczne uwarunkowania (wspolczesne) od rekonstrukcji historycznej stanowiska pierwszych chrzescijan i Jezusa (w I wieku). Andrzej, jesli dobrze rozumiem, mowil tylko o tym drugim.

    Ksieze Profesorze, prosze odpowiadac nam wtedy, gdy bedzie to mozliwe. Nawet ze sporym spoznieniem, po przerwie itd. Lub nawet zostawic te debate, jesli zabierajac czas wyrzadza ona powazne szkody w innych zobowiazaniach ksiedza – na pewno NIE uznamy tego za rozwiazanie debatowanych problemow po naszej mysli, za Ksiedza rezygnacje z obrony wlasnych tez. Beda inne okazje, aby dokonczyc.

    Cieszymy sie z Ksiedza udzialu, bardzo na tym korzystamy, ale takze nie chcemy Ksiedza uprzejmosci naduzywac.

  94. Szanowny Panie Dariuszu

    Argumentów za tym, że Duch Św. jest Osobą jest wiele, i nie jest to tylko jakichś jeden werset. Mowa tutaj o takich wersetach, w których Duch Święty naucza i przypomina (J 14,26); słucha (J 16,13); ustanawia (Dz 20,28); składa świadectwo (Dz 5,3); przejawia swoją wolę (1 Kor 12,11; 1 Kor 2,10; Dz 15,28; Dz 16,6); udziela darów (1 Kor 12,1-11); smuci się (Ef 4,30; Rz 14,17; Hbr 10,29); itp.

    Czytaj więcej na: http://zebrowski.apologetyka.info/trojca-swieta/duch-swiety/osobowosc-i-bostwo-ducha-swietego-zbior-argumentow,623.htm

    pozdrawiam szymon

  95. Do p. Szymona w sprawie doświadczenia zbawienia w Jezusie. Czym było to doświadczenie dla uczniów Jezusa a czym jest dla nas i czy w ogóle jest? Kto pragnie zbawienia? Ci, co źle się mają, do takich przyszedł Jezus. Widocznie ci, co dobrze się mają mogą sobie sami poradzić. Chorzy potrzebują lekarza, nie zdrowi. Może dziś jest tak samo. Potrzebę zbawienia odczuwają ci, którym źle, którzy są chorzy. Ja wlaśnie czuję potrzebę zbawienia, czyli dostania czegoś dobrego za darmo, bez wysiłku. Dlaczego źle się mam? Dlatego, że widzę, ile jest zła na świecie, któremu nie można zapobiec, ile jest cierpienia, które nie wynika ze złej woli człowieka, ale z praw natury, którym podlega człowiek. Jeśli teraz zakładam, że podstawową zasadą świata jest walka o przetrwanie, walka między gatunkami oraz wewnątrz gatunku ludzkiego, w której musi być przemoc, to ja się nie mogę zgodzić na taki świat. Prawo konieczności, prawo zabijania, prawo śmierci. Taki świat mnie powoli zabija. Oczekuję zatem jakiejś iskierki nadziei, hope of deliverance from the darkness that surrounds us (Paul McCartney). Ten świat w takiej formie jak dziś jest nie do zaakceptowania jeśli wziąć pod uwagę sumę cierpień stworzeń wszelkiego rodzaju. Zbawienie jest uwolnieniem od cierpienia przede wszystkim, jest radością, jest szczęściem.
    Jezus musiał być dla swoich uczniow ucieleśnieniem i dawcą tej nadziei – ślepi widzą, głusi słyszą, wszystko idzie ku lepszemu, świat ulega naprawie, rządzi dobro, nie zło. Jeśli moc wewnętrzna Jezusa umiała wpływać na świat zewnętrzny, co przejawiało się głównie w uzdrowieniach, to przeszła ona także na uczniów, sami dokonywali cudów „w imię Jezusa”. Moc wewnętrzna ucieleśniła się w tamtym świecie w tamtym krótkim czasie. Jezus był przekonany, że oto królestwo jest tuż, już nadchodzi, już blisko, obok. A jednak został ukrzyżowany, a jednak oczekiwanie na Jego powrót nie ziściło się, a jednak całe pokolenia chrześcijan nie zobaczyły na własne oczy królestwa Bożego na ziemi. Klęska, porażka. Czekamy jeszcze czy już utraciliśmy nadzieję? Myślę, że dziś nie mamy potrzeby zbawienia, pozostawiliśmy wszystko w rękach człowieka. Liczymy tylko na siebie. Tylko ten, kto widzi, że w ostateczności nie można liczyć na człowieka, chce opieki, zbawienia, otoczenia miłością przez Boga. Doświadczenie zbawienia w Jezusie w czasach współczesnych jest zaćmione, niewyraźne, kołacze się gdzieś na dnie naszego serca od czasu do czasu.

  96. Panie Szymonie,

    jesli w pismach Bibii hebrajskich bylo sporo personifikacji „bytow posredniczacych”, to oczywiscie trafily one takze do autorow ruchu po-Jezusowego jako nalezacego poczatkowo do religii Zydow. Dotyczy to jednak nie tylko Ducha, ale takze Slowa czy Madrosci. Dlaczego robic wyjatek tylko dla Ducha? Albo tylko dla Ducha i Slowa – z wylaczeniem Madrosci?

    Co zatem zrobic Panie Szymonie ze stanowiskiem Jamesa Dunna, ze w Biblii hebrajskiej spokojnie moga to byc literackie personifikacje (Co powinnismy chyba przeniesc takze na pism chrzescian, dopoki nam teksty nie podpowiedza inaczej?) I co z uwaga Dunna, ze brak sygnalow, ze „byty posredniczace” otaczano kultem – dlaczego nie odniesc jej takze do wczesnych pism ruchu Jezusa?

    Ci ludzie przeciez, jak juz ustalilismy powyzej wspolnie z Anna Kapa „patrzyli w kategoriach Biblii hebrajskiej”. Ta Biblia to najwazniejszy historycznie kontekst dla interpretacji ich pism.

  97. Pani Anno (C),

    czytajac o Pani tesknocie za obiecanym zbawieniem – postanowilem pozwolic sobie takze na chwile ogolniejszej refleksji. Dobre jest takie „odejscie”, zmiana perspektywy w naszej goracej, coraz bardziej rozbudowanej debacie.

    Moja refleksja: my ateisci nie mamy zbyt wielkich szans na wieczne zycie i szczesliwosc, ale czasami mam wrazenie, ze mamy wiecej powodow do wdziecznosci, a takze do nadziei. Ateisty spogladanie w przeszlosc i przyszlosc nie przygnebia, choc zaden Bog nie interweniuje w naszej obronie.

    Wytlumacze, co mam na mysli. Dla nas swiat i zycie zaczynaja sie od zupelnego chaosu, chemicznego zametu, pierwszych nieorganicznych replikatorow, potem pierwszych tworow zdolnych do darwinowskiej mutacji i selekcji: zycie. Selekcja form zycia jednak, podyktowana czysto losowymi procesami kosmicznymi i geologicznymi, klimatem – jest slepa, jedna masowa zaglada tysiecy gatunkow nastepuje za druga – i tak przez miliardy lat, organizmy przystosowane do pewnych niszy sa wymazywane wraz z ich zniknieciem…

    A mimo to w pewnym momencie zniszczenie nie przychodzi na tyle dlugo, ze pojawia sie wyzszy poziom organizacji, system nerwowy i przetwarzanie informacji, a wraz nim mozliwosc korygowania niszy, ochrony niszy. W koncu jeden ze ssakow ma mozg na tyle rozwiniety, ze wlasciwym mu srodowiskiem staje sie „nisza kognitywna”. Mozliwosc wykorzystywania praw przyrody sprawia w koncu, ze ten gatunek sam staje sie on jak zywiol – dzis nasze budowle przewyzszaja gory, tworzymy sztuczne rzeki, wiekszosc form zycia na Ziemi dawno „ustawilismy” pod nasze potrzeby.

    Oczywiscie, ze w zastepstwie slepej natury – my sami sobie swietnie radzimy z krzywdzeniem siebie, a juz zwlaszcza z niszczeniem wszelkiego innego zycia, niz nasze…. Ale w porownaniu z masakra milionow gatunkow przez miliardy lat przed nami, w porownaniu z warunkami „zycia” ludzi w czasach zbieracko lowieckich, w czasach Jezusa, jeszcze w Sredniowieczu – nasz swiat wydaje mi sie prawie rajem, prawie Krolestwem! Przynajmniej swiat Zachodu i rozwinietego Wschodu.

    Czy myslala Pani kiedys, co powiedzialby Zyd z I wieku, zwiedzajac pekajace od zywnosci hipermarkety, dowiadujac sie, ile pracujemy a ile odpoczywamy i bawimy sie, ile (dawniej zabojczych) chorob calkowicie kontrolujemy, jaka jest srednia dlugosc zycia? Co pomyslalby slyszac o prawach dzieci i kobiet, slyszac o delegalizacji niewolnictwa, ubezpieczeniach, demokracji, widzac samochody, komputery i roboty, przenoszac sie w kilka godzin na inny kontynent, rozmawiajac z kims na drugim koncu swiata, stojac u stop niebotycznej Burdż Chalifa, patrzac na zdjecia „glebokiego Kosmosu” z Hubble’a, na mapy genetyczne czlowieka….?

    Wszystko to osiagnela kultura, u ktorej poczatkow gdzies-tam-jakos jest min. Jezus i jego marzenie o Krolestwie. Moze zatem Krolestwo przyszlo, tylko chrzescijanie je przegapili? (Jeszcze chyba w sredniowieczu zakony byly centrami kultury, a teolodzy potrafili poprowadzic wyraziste linie od nauk Jezusa do najlepszych rzeczy, jakie przytrafily sie ludzkosci. Dzis ks. prof. Heller i ks. prof. Hryniewicz apeluja o doksztalcanie sie duchownych w naukach, ale chyba nie maja zbyt wielkich nadziei…).

    Dla ateisty swiat wyglada w kazdym razie zdecydowanie lepiej, niz kiedys. Nie do konca to nawet rozumiem….

  98. Szanowny Panie Dariuszu

    Nie wszystko można wyjaśnić słowem ” personifikacja” analizując teksty N.T.
    Np. odwoływanie się do personifikacji „mądrości” z Przypowieści Salomona jako „równouprawnionego” kontrprzykładu dla fragmentów mówiących o osobie Ducha Św. w Dziejach Apostolskich i Listach Apostolskich wyraźnie to pokazuje. Wiadomo np. że Księga Przypowieści Salomona, czy Apokalipsa wg św Jana, jest napisana innego rodzaju gatunkiem literackim niż np. księga Dziejów Apostolskich. Sama nazwa Księgi Przypowieści oraz jej początek (tzn. Przyp.1:5-6) pokazują, że ta księga zawierać będzie metafory i przenośnie, które nie należy rozumieć dosłownie. Innym zupełnie gatunkiem literackim są Dzieje Apostolskie (kronika historyczna) czy listy apostolskie (pisma dydaktyczne, doktrynalne).
    Duch Świety mówi o sobie samym i przemawia bezpośrednio do różnych ludzi, wydajac zborowi rozkazy:

    Dz.13:2 „rzekł Duch Święty: Odłączcie mi [grec. „mou”] Barnabę i Saula do tego dzieła do którego [JA] ich powołałem.”

    W następnym fragmencie, Duch Św. BEZPOŚREDNIO przemawia do ap. Piotra wydając mu polecenia:

    Dz.10:19-20 „RZEKŁ MU DUCH: Oto szukają cię trzej mężowie; wstań przeto, zejdz i udaj się z nimi bez wahania, BO JA ICH POSŁAŁEM”.

    Żadna „personifikacja” nie przemówi bezpośrednio do człowieka, lecz co najwyżej na kartach poematu czy przysłowia. Jeśli Duch Św. to czyni, to znaczy, że jest Osobą.
    Jest rzeczą oczywistą, że nie można obrazić, czy zasmucić czegos, co nie jest osobą! ‚NIE ZASMUCAJCIE BOŻEGO DUCHA ŚWIĘTEGO, którym jesteście zapieczętowani na dzień odkupienia’ (Efez.4:30)
    „Lecz Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imieniu moim, NAUCZY WAS WSZYSTKIEGO i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem.” (J.14:26). Jak nieosobowa moc może być naszym nauczycielem?
    W J.14:16 Jezus zapowiedział uczniom przysłanie innego Pocieszyciela – czyli widać, że się sam za takiegoż do tej pory uważał. Skoro Jezus był Osobą, i zapowiedział przysłanie innego Pocieszyciela, czyli chodzi o Osobę, a nie o pocieszenie.

    pozdrawiam szymon

  99. Panie Szymonie,

    warto sobie pewne sprawy od razu wyjaśnić. Andrzej Jan Nowicki wierzy w Trójcę, nie ma więc potrzeby zasypywania mnie cytatami biblijnymi. Uznaję rolę Ducha Świętego, jako czynnika, który jest obecny w kształtowaniu doktryn Kościoła; a zatem wystarczy mi orzeczenie dogmatyczne w Nicei.

    W swoich wpisach, zapewne za Lewandowskim, prezentuje Pan niesamowity miszmasz cytatów biblijnych, by uzasadnić, może lepiej: umocować naukę o Trójcy w NT. Po pierwsze, Lewandowski jest apologetą, który polemizuje ze współczesnymi neo-arianami i przyjmuje w tym celu ich perspektywę: sola Scriptura. W moim wypadku jest to zbyteczne, gdyż wystarczy mi orzeczenie w Nicei i Chalcedonie (które neo-arianie odrzucają).

    Po drugie, wielokrotnie, i to nawet w trakcie tej dyskusji, podkreślałem, że tradycja Janowa (oraz ta z Listu do Hebrajczyków, której autorem nie jest święty Paweł, jak Pan twierdzi) jest bardzo blisko Nicei. Powiem więcej: wydaje mi się, że gdyby ich autorzy żyli w 325 roku, to bez problemu podpisaliby się oni pod rozstrzygnięciami dogmatycznymi tego Soboru.

    Stwierdza Pan, że lepiej interpretowali czyny Jezusa uczeni w Piśmie, aniżeli Jego uczniowie. Właściwie ten wniosek mógłbym pozostawić bez komentarza, ale Pan sam w tym samym wpisie, gdy powołuje się na rozmowę Nazarejczyka o Ps 110, przywołuje Jego słowa: Jak mogą twierdzić uczeni w Piśmie, że Mesjasz jest Synem Dawida? Skąd się wzięła ta dychotomia: gdy interpretacja soferim umożliwia wysoką chrystologię – to wtedy jest w porządku, ale gdy jej nie umożliwia – to wtedy jest nie OK? Poważny błąd logiczny, który ma swoje konsekwencje.

    Wracając do „syna człowieczego pana szabatu”. Tora ustna, na którą powoływali się faryzeusze (i część soferim), stwierdza: Szabat został dany wam (tj. ludziom), a nie wy szabatowi” (Yoma 85b). Gdy uczniowie Jezusa zostali oskarżeni o łamanie szabatu (nie Jezus), Nazarejczyk na podstawie czynu Dawida (halacha) oraz przepisów Tory ustnej usprawiedliwił swoich uczniów. Najdobitniej odczytał to teolog, o którym teraz trochę więcej mówimy, Hans Küng: U Jezusa sabat przestaje być religijnym celem samym w sobie, to człowiek staje się celem sabatu.

    Reasumując: dostrzegam wysoką chrystologię tradycji Janowej oraz Listu do Hebrajczyków. Uważam, że redaktor Ewangelii Jana wierzył w Osobowość Ducha Świętego, ponieważ męski zaimek εκεινος (ekeinos) został użyty przez niego anaforycznie do rzeczownika rodzaju nijakiego, jakim jest το πνευμα (to pneuma) w 14, 26 i 15, 26. Nie jest to reminiscencja lub hebraizm, bo hebr. ruach (oraz aram. rûha’) jest rodzaju żeńskiego.

    Wysoka chrystologia Janowa nie jest zakorzeniona w naukach historycznego Jezusa, ale w mistycznych rozważaniach na temat Jego Osoby przez autora/ów, którzy żyli dwa pokolenia po Nim, i pod koniec pierwszego wieku wykończyli i zredagowali specyficzną ewangelię, która, co tu dużo mówić, jest w pewnym napięciu wobec pierwotnej tradycji o Jezusie. Tak więc tradycja Jana i synoptycy świadczą o istnieniu różnych obrazów Nazarejczyka. Były one niezależne od siebie i w niejakim napięciu wobec nauk (tych, które może rozpoznać) historycznego Jezusa. Poprzez dodatek 21, 1 – 25 Ewangelia Jana została zharmonizowana z tradycją synoptyczną i dopiero współczesna egzegeza odkryła specyfikę ezoterycznego kręgu Janowego.

    Wydaje mi się, że dostatecznie wyjaśniłem Panu moje stanowisko. Nie chce już wracać do tego tematu, ponieważ wątek ten wymagałby utworzenia odrębnego wpisu. Niemniej jednak dziękuję za Pana głos.

    Pozdrawiam.

  100. Panie Dariuszu, jak to przegapiliśmy królestwo? Czy ktokolwiek może uznać, że obecny stan tego świata przypomina królestwo Boże? Musi się ono zamanifestować dla wszystkich ludzi na świecie, według mnie, a nie tylko dla tych, którzy mieli szczęście urodzić się na cywilizowanym Zachodzie, jak Pan czy ja. I owszem, uznaję, że bez współczesnej techniki musiałabym umrzeć parę razy, bo medycyna uratowała mnie od ataku ślepej kiszki i pozwoliła mi urodzić dwójkę dzieci przez cesarskie cięcie, a wielu innych zawdzięcza jej zycie. Tak, ale co z tymi, dla których medycyna jest bezsilna. Trzeba patrzeć na wielką perspektywę całego świata, w którym pełno jest niewinnego cierpienia. Co z tymi zagazowanymi w obozach nazistowskich? Co z tymi nieszczęsnymi żonierzami, ledwo dosrosłymi, którzy polegli w wojnach o wolność naszego cywilizowanego świata? Co z dziećmi urodzonymi ze śmiertelną chorobą, co z ludźmi cierpiącymi tak, że chcieliby umrzeć? Co ze zwierzętami masowo uśmiercanymi dla naszego pożywienia? Co z okrutnymi reżimami, które torturują i zabijają? Z wyzyskiem ludzi, którzy harują dla marnych groszy? Co z tym całym złem świata? Królestwo z całą pewnością jeszcze nie nadeszło. Nie można mówić, że dla mnie nadeszło, bo udało mi się jakimś cudem uniknąć urodzenia w Etiopii, wojny światowej i śmiertelnej choroby. Poza tym śmierć pozostała. Żadna nauka i poznanie praw natury jej nie zniweluje, lub zniweluje za niebotyczną cenę cierpienia innych.
    Bliski mojemu sercu poeta Miłosz widzi świat podobnie i nie może pogodzić istnienia dobrego Boga ze złem świata. Oto dwa jego wiersze, które o tym mówią:

    „Jak mogłeś”

    Nie pojmuję, jak mogłeś stworzyć taki świat,
    Obcy ludzkiemu sercu, bezlitosny.
    W którym kopulują monstra i śmierć
    Jest niemym strażnikiem czasu.

    Nie potrafię uwierzyć, że Ty tego chciałeś.
    To musiała być jakaś przed-kosmiczna katastrofa,
    Zwycięstwo inercji silniejszej niż Twoja wola.

    Wędrowny rabbi, który nazwał Ciebie ojcem naszym,
    Bezbronny człowiek przeciw prawom i bestiom tej ziemi,
    Pohańbiony, rozpaczający,
    Niech mnie wspomaga
    W moich modlitwach do Ciebie.

    „Na próżno”

    Bogowie albo są wszechmocni, ale sądząc po świecie,
    jaki stworzyli, nie są dobrzy,
    albo są dobrzy, ale świat wymknął im się z rąk,
    więc nie są wszechmocni.
    Szkoła Epikura

    Sześcioletni, czułem grozę w kamiennym porządku świata.

    Na próżno później szukałem schronienia
    w kolorowych atlasach ptaków, pucułowaty kustosz Koła
    Miłośników Przyrody.

    Karol Darwin, niedoszły duchowny, z żalem ogłosił
    swoją teorię doboru naturalnego, przewidując, że
    będzie służyła teologii diabelskiej.
    Ponieważ głosi ona triumf silnych i przegraną
    słabych, co jest dokładnie programem diabła, którego
    nazywają dlatego Księciem Tego świata.

    Wszystko co biega, pełza, lata i umiera jest
    argumentem przeciwko boskości człowieka.

    Zwróciłem się do przeciw-Natury czyli do sztuki,
    żeby z innymi budować nasz dom z dźwięków
    muzyki, barw na płótnie i rytmów mowy.

    Zagrożeni w każdej chwili, znaczyliśmy nasze dni
    na kamiennym albo papierowym kalendarzu.

    Przygotowani na to, że dźwignie się z otchłani zimna
    ręka, żeby nas wciągnąć razem z naszym
    niedokończonym budowaniem.

    Ale wierząc, że niektórzy z nas otrzymują dar, łaskę
    wbrew sile ciążenia.

  101. Pani Anno,

    powiedzialbym tak, ze opisujemy ten sam swiat na dwa rozne sposoby: ja bardzo krotko przyjmuje do wiadomosci koszmary tego swiata, a wiekszosc uwagi skupiam na jego dobrych stronach, czuje za nie wdziecznosc. Pani dostrzega pewne dobre strony, ale koncentruje sie i widzi przede wszystkim koszmary, wspolczuje Pani ofiarom tego swiata.

    Zamiast teraz zarzucac sobie brak wspolczucia, a Pani brak wdziecznosci – proponowalbym zastanowic sie nad przyczynami, dla ktorych nasze perspektywy sa tak odmienne. Moim zdaniem jest to kwestia tla. Na tle naturalistycznej „masakry milionow gatunkow zywych przez miliardy lat”, na tle koszmarow zycia ludzi prymitywnych, starozytnych, czy nawet sredniowiecznych” – wspolczesnosc nasuwa mysl o Krolestwie. Natomiast na tle chrzescijanskiej eschatologii, zreszta wzorowanej na zydowskich opisach raju, gdzie nie ma juz smierci, chorob, sprawiedliwosc jest powszechna, nie ma cierpienia, morderczej pracy – na takim tle we wspolczesnym swiecie rzucaja sie w oczy koszmary. Mysl o Krolestwie wydaje sie kiepskim zartem.

    Cytuje z Pani wierszy: „nie potrafię uwierzyć”, „niedoszły duchowny, z żalem ogłosił swoją teorię”, „na próżno”. Czasami mam wrazenie, ze juz tyle razy zawiedliscie sie w nadziejach na Krolestwo, ze juz na nie wcale nie czekacie. Tutaj ateistyczna wiara, ze wspolczesnosc jest o wiele lepsza od przeszlosci – moglaby stanowic jakas przeciwwage. Z kolei ateista potrzebuje ochrony przed robieniem wszechmocnego bozka z nauki, potrzebuje takze spojrzenia, ktore siega poza centra kulturalne „Zachodu i rozwinietego Wschodu”.

    Dobrze byloby, gdyby rozmowy w Sanktuarium pozwalaly nam wylapywac wlasnie takie momenty, kiedy sie nawzajem potrzebujemy.

  102. Zupełnie się z Panem zgadzam, że można patrzeć tak i tak. Tylko problemem jest punkt wyjścia. Jeśli chrześcijanie i Żydzi uważają, ze początkiem była historia (dosłowna czy symboliczna) o Adamie i Ewie i raju cudownym jaki tam panował, raju bez śmierci i zła, (choć jednak zło było przyczajone przecież), to teraźniejszy świat musi się nam wydać koszmarem, światem po upadku. Na tym tle daleko nam do Królestwa, bo dążymy do doskonalości. A z punktu widzenia nauki, ewolucji, miliardów lat chaosu i walki, mroków średniowiecza itp, to nasze czasy są perłą drogocenną.
    Czy chrześcijanie przestali czekać na Królestwo na ziemi? Wydaje mi się, że przestali, czekają tylko na zbawienie po smierci, w zaświatach, w niebie. Ten świat spisali na straty. To jest problem, to jest niezgodne z nauką Jezusa, przecież On wyczuwał, że rychło cały świat się zmieni dramatycznie. Ale się nie zmienił. To porażka, którą się udało zamaskować przez przeniesienie punktu ciężkości w zaświaty. Porażka idei Jezusa. A kto to wszystko przeniósł w zaświaty? Kolejne pokolenia, które nie mogły się doczekać królestwa na ziemi, począwszy od św. Pawła. To przeniesienie zniechęca nas do zmiany tu i teraz. Ale z drugiej strony przecież ewidentny jest postęp ludzkości, tylko zastanawiam się czy nie jest to postęp wyłącznie techniczny, i czy koszt tego postępu nie przekroczy zysków z niego i ludzkość wyjdzie ostatecznie na straty… Widzę, że ja mam podejście pesymistyczne, które rozjaśnia tylko wiara w Boską interwencję. Ale gdyby wszyscy byli tacy pesymistyczni jak ja to postępu żadnego by nie było. Dlatego to postęp wydaje mi się nawet bardziej charakterystyczny dla ateistów, bo oni muszą się spieszyć, żeby zdążyć przed śmiercią, a my zawsze mamy czas. ..

  103. Chyba niektórzy chrześcijanie (jak ja) nigdy nie sądzili, że należy czekać na Królestwo na tej Ziemi. Jezus powiedział, że Królestwo jest w was, z Jego nadejściem ono się przybliżyło (też słowa z Ewangelii), ale chyba nikt na poważnie nie sądzi że na tej Ziemi z jej prawami nastąpi Królestwo (idylla, sielanka, baranek z lwem w czułym uścisku). Ja całą naukę Jezusa odczytuję jako przesłanie do wnętrza człowieka i tutaj upatruje morderczych konfliktów wewnętrznych wierzących, że tak jak ludzie z czasów Jezusa oczekują, że oblicze tego świata się odmieni, no nie odmieniło się i nic nie trzeba było maskować tylko przyjąć po prostu właściwą interpretację.

  104. A mnie się wydaje, że „właściwa” interpretacja, czyli „wewnętrzna” przyszła po porażce „zewnętrznej”. Wydaje mi się, że Jezus oczekiwał przemiany tego świata i nie lokował naszych nadziei wyłacznie w zaświatach. Wnętrze musiało zrealizować się w zewnętrzu. Zresztą przy Nim się tak działo – ludzie zdrowieli, cieszyli się. Teraz tak mówimy, że to tylko ma być wewnątrz nas Królestwo, ale jednak jeśli by konsekwentnie było w ludziach, to musiałoby być na zewnątrz, widoczne. A nie jest. Zmieniliśmy interpretację. Zresztą pokażcie mi jednego, który ma wewnątrz siebie Królestwo.

  105. Nie wiem, czy znaja Panie taki tekst Tomasza Kwietnia „Trzecia droga”? Czesto go przywoluje, bo gdy mowie o Jezusie jako proroku apokaliptycznym – to ten tekst dobrze wprowadza w powstajace w zwiazku z tym pytania teologiczne (historiozoficzne).

    To medytacja o tym, co z chrzescijanstwem sie stalo po 2000 lat czekania, czy juz nawet NIE czekania na Krolestwo (jak w przypadku Pani Estel). Tekst jest dramatyczny nie tylko z powodu niecierpliwego „sporu z Bogiem”, ale takze dlatego, ze autor chyba sam nie wytrwal na „trzeciej drodze”, jaka zaproponowal. W dwa lata po napisaniu tech rozwazan odszedl z zakonu dominikanow. Prosze zatem czytac ostroznie i krytycznie. (http://tygodnik.onet.pl/wiara/trzecia-droga/j7qts). Ciekaw jestem Pan opinii o tych refleksjach: moze cos tam znajdziemy dla wzbogacenia naszej obecnej rozmowy?

  106. Pani Anna C:
    „Zresztą pokażcie mi jednego, który ma wewnątrz siebie Królestwo.’

    To zależy, co konkretnie ma Pani na myśli. Jak dosłownie potraktujemy słowa Jezusa: miłujcie nieprzyjaciół, nadstawiajcie drugi policzek itp, to nikt z ludzi takiej „wysokiej” etyki nie realizuje. Słyszę z kazań, aby w każdym człowieku widzieć ukochane dziecko Boże i mu służyć, tylko kto naprawdę to widzi i realizuje, a nie tylko deklaruje? Święci? Pozostaje wierzyć, że w zaświatach jest lepiej i tam realizuje się Królestwo Bożę – bo co realnie, praktycznie pozostaje. Wszelkie próby stworzenia „nowego, idealnego człowieka” przez religie czy ideologie kończyły się koszmarem. Jezus nauczał, że Królestwo Boże jest w nas, może wtedy, gdy staramy się kochać innych ludzi, choć przecież grzech, choroby oraz śmierć w ich życiu i tak nie znika… Miejmy wiarę w Niebo w zaświatach, że dzięki naszym katolickim sakramentom i wierze, tam się dostaniemy.

    pozdrawiam szymon

  107. Każdy ma wewnątrz siebie zalążek Królestwa, każdy jest świątynią Ducha. Nigdy nie oczekiwałam raju na tym świecie bo on w samej swej istocie jest odmienną rzeczywistością od ziemskiej. Nie trzeba grzechu ludzi by widzieć, że ten świat rajem nie jest (zwierzęta jedzą się nawzajem zadając sobie śmierć chociażby) i naprawdę myślę, że tak jak napisał Szymon OCZEKIWAĆ, dla kogoś może wydać się to naiwne i ktoś może uważać, że to tylko wygodne dopasowywanie interpretacji ale dla mnie wcale tak nie jest. Z jakiegoś powodu ten świat jest jaki jest a Jezus przyszedł by PRZYBLIŻYĆ nas do Królestwa, kiedy stąpał po ziemi codziennie w każdym zakątku świata ktoś kogoś mordował i gwałcił, naprawdę nie sądzę by można dopatrywać się radykalnej przemiany ziemskiej rzeczywistości, to się odbędzie podczas paruzji (tak ja wierzę).

  108. Panie Dariuszu
    Jak pisze autor :”Przyjdzie, kiedy przyjdzie, my żyjmy porządnie na tym świecie” – usłyszałem od jakiegoś księdza. To sprowadza chrześcijaństwo do moralności.”

    To, moim zdaniem, mądra droga. W sumie chodzi o to, by żyć moralnie tzn. :przestrzegać przykazań Bożych, kościelnych, uczestniczyć regularnie we Mszy i sakramentach, modlić się i czytać Słowo Boże oraz walczyć z Bożą pomocą z wadami charakteru( grzechy główne). To piękny, katolicki program etyczny. Wdrażajmy go w życie ,a wtedy życie będzie szczęśliwsze – nasze i innych ludzi. Jeśli taki katolicki program etyczny będziemy wcielać w życie, to wierzę, że Jezus nas nagrodzi po śmierci, bo tu na ziemi tylko marność i przemijanie.

    pozdrawiam szymon

  109. Do Pani Estel – ja w paruzję za bardzo nie wierzę, za to wierzę w Niebo w zaświatach. Może trzeba odpowiednio zinterpretować wersety, które mówią o paruzji, w kontekście Królestwa Bożego w zaświatach.

    pozdrawiam szymon

  110. KRÓLESTWO BOŻE, KTÓRE NIE NADCHODZI?

    Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem dialog Pani Anny Connolly z Dariuszem Kotem dotyczący trudnego zagadnienia: królestwa Bożego, na które oczekiwali pierwsi chrześcijanie, a które nie nadeszło (zob. Jk 5, 8-9; 1 J 2, 18 itd.).

    W pewnym momencie Pani Anna stwierdza: To porażka, którą się udało zamaskować przez przeniesienie punktu ciężkości w zaświaty. Porażka idei Jezusa. A kto to wszystko przeniósł w zaświaty? Kolejne pokolenia, które nie mogły się doczekać królestwa na ziemi, począwszy od św. Pawła. To przeniesienie zniechęca nas do zmiany tu i teraz (15 maja 2015 o 16:25). By ostatecznie zauważyć: A mnie się wydaje, że „właściwa” interpretacja, czyli „wewnętrzna” przyszła po porażce „zewnętrznej”. Wydaje mi się, że Jezus oczekiwał przemiany tego świata i nie lokował naszych nadziei wyłącznie w zaświatach. […] Zmieniliśmy interpretację (15 maja 2015 o 17:38).

    Chciałbym się nad tym ważnymi spostrzeżeniami Pani Anny zatrzymać. Nowotestamentalne oczekiwania nie lokowały nadziei chrześcijan w życiu po śmierci, oni oczekiwali na gruntowną przemianę świata (nowe Niebiosa i Ziemia) za swojego życia; dlatego tak trudno jest nam biblijną perspektywę transponować na oczekiwania współczesnego chrześcijanina, który przesiąknięty niebiblijną, platońską koncepcją nieśmiertelności duszy, lokuje swoje nadzieje, wnioskując z wpisu Pana Szymona, już chyba jedynie w enigmatycznych zaświatach. Po co zatem modlitwa: „Przyjdź królestwo Twoje”? Co to za królestwo?

    Wiemy, że święty Papiasz oczekiwał widzialnego królestwa Bożego na ziemi, choć Euzebiusz z Cezarei nazwał go z tego powodu „nie tęgą głową”, to nie można zapominać, iż to właśnie Papiasz pobierał nauki u apostoła Jana oraz wczesnych przywódców Kościoła. Hieronim, tworzący pod koniec IV wieku, podkreślił: On [Papiasz] krzewił żydowską tradycję zwiastującą nastanie Millenium, a w jego ślady poszli Ireneusz, Apolinary i inni twierdząc, iż po zmartwychwstaniu Pan będzie rządził w ciele wraz ze świętymi (J. B. Lightfoot i J. R. Harmer, wyd. The Apostolic Fathers, Baker Book House, Grand Rapids, MI, 1988, s. 532). Święty Justyn także nie miał w tej sprawie żadnych wątpliwości: Otóż ja i wszyscy chrześcijanie zupełnie prawowierni, my wiemy, że nastąpi i ciała zmartwychwstanie i tysiąclecie w Jerozolimie, odbudowanej, upiększonej i powiększonej, tak właśnie jak to stwierdzają prorocy Ezechiel, Izajasz i inni (Justyn Męczennik – Apologia. Dialog z Żydem Tryfonem, Pisma Ojców Kościoła, tom IV, Poznań 1926, 80. 4-5, s. 247-248).

    Trajektorie poprawnego rozumienia królestwa Bożego, biegnące od Jezusa historycznego i Jego bezpośrednich następców, zostały gwałtownie przerwane i zmienione (o czym tak dramatycznie informuje Pani Anna) z początkiem trzeciego wieku. Nie tylko zaprzepaszczono niecierpliwe oczekiwanie paruzji, ale nawet jej materialne rozumienie. „Wraz z pojawieniem się Orygenesa, w środowisku chrześcijańskim wyrósł umysł zdolny zaadaptować «gnostycki» wymiar królestwa, związany z wewnętrznym panowaniem Boga w duszy ludzkiej, do ortodoksyjnej myśli chrześcijańskiej. […] W ten sposób Orygenes zaznacza punkt zwrotny” (E. Ferguson, The Terminology of Kingdom in the Second Century w: „Studia Patristica”, vol. XVII, s. 673, wyd. Elizabeth A. Livingstone, Pergamon Press, Oxford, 1982), z którego wynikają kłopoty, nieporozumienia znajdujące swoje odbicie w eseju przywołanym przez Dariusza (zob. Tomasz Kwiecień [były] OP, Trzecia droga). Jednocześnie dokonuje się zmiana ekonomicznej, społecznej, kulturalnej i psychicznej sytuacji wyznawców chrześcijaństwa. Na tym tle realizuje się krystalizacja dogmatu Chrystusa (zob. koniecznie Erich Fromm, Dogmat Chrystusa). Jezusa historycznego zaczyna pokrywać bluszcz mitu i płaszcz abstrakcyjnych tez spekulatywnej chrystologii. Oczywiste jest, że „gdyby nikt nie widział w czyniącym cuda rabbim z Galilei nic szczególnego, ciemności nawet by nie dostrzegły, że oto wzeszła światłość” (Carl Gustav Jung). Czy nie sformułowano jednak za dużo? Czy potrzebna była aż taka precyzja? Przecież zarówno niespełniona obietnica królestwa Bożego, czyni spustoszenia wśród współczesnych duchownych (vide T. Kwiecień), jak i chrystologia (zob. Adam Szostkiewicz, Jezus, Bóg i/lub człowiek).

    Czasami nie widać na horyzoncie dobrego rozwiązania. Dlatego bardzo spodobało mi się, że Pani Anna Connolly odnalazła z Dariuszem wspólną płaszczyznę porozumienia.

    Pozdrawiam

  111. Panie Andrzeju!
    Odwołam się do Pana słów:
    „Nie tylko zaprzepaszczono niecierpliwe oczekiwanie paruzji, ale nawet jej materialne rozumienie. „Wraz z pojawieniem się Orygenesa, w środowisku chrześcijańskim wyrósł umysł zdolny zaadaptować «gnostycki» wymiar królestwa, związany z wewnętrznym panowaniem Boga w duszy ludzkiej, do ortodoksyjnej myśli chrześcijańskiej.”

    Jak Pan odniesie to stanowisko do słów Jezusa z Ewangelii Jana 18, 36-38: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd .” Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś królem?” Odpowiedział Jezus: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.”

    Czego świadectwem było życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, skoro miało być świadectwem prawdy? Na czym polega ta prawda?

    Jakie królestwo Jezus zapowiadał: ziemskie czy niebieskie, czy niebieskie rozumiane jako ziemskie? Jezus u synoptyków i u Jana to ten sam Jezus?

    Ludzie mówią, że skoro Jezus zmartwychwstał, to gdzie jest, czemu nie przychodzi do ludzi, którzy w Niego wierzą? To Tomasza przyszedł i nie zganił go za niewiarę, ale pokazał ręce i bok. Dlaczego do mnie, do Pana, do niewierzących czy wyznawców innych religii nie przychodzi? Czy do nas chrześcijan w ogóle kiedykolwiek przyjdzie?

    Pan Szymon uznaje, że Bóg rozliczy nas z tego, jak kochamy ludzi, jak świadczymy im dobro. A kodeks prawa kanonicznego jasno daje ekskomunikę za herezję. Czy mamy pewność tego, w co wierzymy, czy sama moralność wystarcza za całe chrześcijaństwo?

    Czy przez 2000 lat chrześcijaństwo doszło do tego, że rozważa, które słowa powiedział Jezus, a zrozumienie tych słów leży daleko poza możliwościami zwykłego wiernego?

    Proszę dokładniej określić swoje słowa: „poprawne rozumienie królestwa Bożego, biegnące od Jezusa historycznego i Jego bezpośrednich następców”.

    Pozdrawiam Pana!

  112. Pan Andrzej napisał: http://teologia.jezuici.pl/list-otwarty-do-pana-pawla-lisickiego/comment-page-2/#comment-51200
    „Po co zatem modlitwa: „Przyjdź królestwo Twoje”? Co to za królestwo?”

    Może po to, aby realizowała się w nas i poprzez nas ( uczynki) miłość i prawda, czyli Królestwo Boże. Oczywiście tu na Ziemi w sposób niedoskonały ( grzeszność), a w pełni, dopiero – po śmierci w zaświatach, czyli innym wymiarze. Analiza tego zagadnienia: http://www.analizy.biz/marek1962/pieklo.pdf
    „(…)poprzez śmierć człowiek wkracza w rzeczywistość niczym nie
    przesłonioną, wkracza w prawdę. Zajmuje teraz takie miejsce, jakie mu się
    rzeczywiście należy. Skończyła się maskarada, fikcje i pozory. Człowiek jest
    już tylko tym, kim jest w rzeczywistości. Sąd polega na zrzuceniu
    wszystkich masek, ktore dokonuje się w śmierci. Sąd jest samą prawdą,
    objawieniem się prawdy. Ale ta prawda nie jest jakimś obojętnym neutrum.
    (…)
    Przepaść, ktora nazywamy piekłem, wybiera sobie sam człowiek. Rzecz
    polega w istocie na tym, że człowiek chce być całkowicie samodzielny.
    Piekło to chcieć być tylko sobą, wynik zamknięcia się człowieka w sobie. I
    na odwrót-do istoty tego, co nazywamy niebem należy, że można je tylko
    otrzymać, tak jak piekło można tylko dać sobie. Niebo, wypełnienie miłości,
    jest zawsze darem. Piekło jest osamotnieniem tego, który nie chce niczego
    przyjąć, odrzuca swój status żebraka i chce polegać na sobie (…)/J.Ratzinger
    „Śmierć i życie wieczne”
    Bo cóż innego nam pozostaje, Panie Andrzeju? Pytanie kluczowe; czy Pan Jezus obiecał, że na Ziemi zrobi wkrótce ( po zmartwychwstaniu) Królestwo Boże?
    Jeśli TAK, to czemu go nie widać? Widocznie inaczej ono się przejawia, niż myśleli Jego uczniowie. Ono jest w każdym człowieku, który żyje miłością i prawdą. Królestwo Boże to PEŁNE, DOSKONAŁE I WIECZNE zjednoczenie z Chrystusem ( Bogiem). Tu na ziemi nie możemy tego osiągnąć, bo grzech, prawa natury itd.
    Uznanie, że Pan Jezus mógł się pomylić w tak ważnej kwestii dla zbawienia, to bardzo niebezpieczna myśl. Czy nie zaprzecza ona Bóstwu Jezus, a jeszcze zasiewa w wątpliwość- jak tu się mylił, to może i w innych sprawach… To prowadzi nas do herezji, zwątpienia i nihilizmu. Przede wszystkim kwestionuje zbawczą rolę Pana Jezusa. Jezus nas zbawia i dzięki Słowu Bożemu oraz sakramentom możemy tego doświadczać i praktykować( miłość i prawda).
    Nie ma się co oszukiwać – bezpośrednio działania Boga jako Miłości i Prawdy nie widać. Tylko pośrednio, przez wiarę umacnianą sakramentami możemy ” widzieć” działanie Boga. Ziemia to królestwo człowieka, dlatego tyle w nim zła. Zaświaty, gdzie jest Niebo( ale też piekło i czyściec) to Królestwo Boga i tam zmierzamy, bo tu nie ma nadziei na pokonanie zła, śmierci itd. Nie wierzę w Boga – czarodzieja, który przyjdzie i za dotknięciem różdzki przemieni świat w raj= zero cierpienia, śmierci i grzechu. To utopia i marzycielstwo. W obozach ginęli np. Żydzi i katolicy, a Bóg nic nie zrobił. Dlaczego? Bo Ziemia to krolestwo człowieka i jego wolnej woli( często zdeprawowanej grzechem), a nie Królestwo Boga. Bóg szanuje ludzką wolę i oddał Ziemię w panowanie człowieka – ze wszystkimi konsekwencjami, zarówno dobrymi, jak i złymi.

    pozdrawiam szymon

  113. Witam
    Pani Anna C napisała: http://teologia.jezuici.pl/list-otwarty-do-pana-pawla-lisickiego/comment-page-2/#comment-51223
    „Czego świadectwem było życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, skoro miało być świadectwem prawdy? Na czym polega ta prawda?

    Jakie królestwo Jezus zapowiadał: ziemskie czy niebieskie, czy niebieskie rozumiane jako ziemskie? ”

    Polecam na początek przeczytać to: http://www.analizy.biz/marek1962/pieklo.pdf
    Wnikliwa analiza w książce „Opera Omnia T. X – Zmartwychwstanie i życie wieczne. Studia o eschatologii i teologii nadziei” Joseph Ratzinger http://www.wydawnictwokul.lublin.pl/sklep/product_info.php?products_id=2534
    Same nazwisko autora jest wystarczającą rekomendacją tej książki.

    Pani Anna C:
    „Ludzie mówią, że skoro Jezus zmartwychwstał, to gdzie jest, czemu nie przychodzi do ludzi, którzy w Niego wierzą? To Tomasza przyszedł i nie zganił go za niewiarę, ale pokazał ręce i bok. Dlaczego do mnie, do Pana, do niewierzących czy wyznawców innych religii nie przychodzi? Czy do nas chrześcijan w ogóle kiedykolwiek przyjdzie?”

    Szanowna Pani Anno. Wierzę jako katolik, że Pan Jezus przychodzi do nas zwłaszcza w sakramentach ( Eucharystia!) i Słowie Bożym. Tam Go proszę szukać! Przychodzi do wyznawców innych religii, jeśli się na Niego otworzą i zechce Bóg to uczynić. Zresztą Bóg poprzez Ducha Św. działa w innych religiach, choć nie tak doskonale, jak w naszej katolickiej wierze, bo my mamy np. sakramenty.
    Przyjdzie w sposób PEŁNY, DOSKONAŁY I WIECZNY w Jego królestwie – w Niebie, a nie na tej niedoskonałej, rządzonej przez niedoskonałego człowieka planecie.

    pozdrawiam w Panu – szymon

  114. ODWIECZNY KRZYK

    Pani Anno i Panie Szymonie!

    Pan Szymon stwierdza w kogo nie wierzy: Nie wierzę w Boga – czarodzieja, który przyjdzie i za dotknięciem różdzki przemieni świat w raj= zero cierpienia, śmierci i grzechu (18 maja 2015 o 00:23).

    Mam zatem przyjąć wizję Boga, który nie przyjdzie i nie spełni obietnicy, obietnicy, którą zwiastowali prorocy, której oczekiwali pierwsi chrześcijanie, czyli Nowych Niebios i Nowej Ziemi? Mamy nie powtarzać słów za 2 P 3, 13: Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość (por. Iz 65, 17; 66, 22; Ap 21, 1. 27). Czy Jezus nie oczekiwał królestwa Bożego, w którym mamy się spotkać z patriarchami na wiecznym, sielankowym bankiecie (Q=[Mt 8, 11; Łk 13, 28-29]; Mk 14, 25)? Czy umarli nie zostaną wskrzeszeni, jak Jezus zwany Chrystusem (zob. Mk 12, 26)? A jeśli się o Chrystusie opowiada, że został z martwych wzbudzony, jakże mogą mówić niektórzy między wami, że zmartwychwstania nie będzie? ( 1 Kor 15, 12). No właśnie, jak można tak mówić? Wszechmocny może znaleźć takie rozwiązanie, jakie oko nie widziało i ucho nie słyszało. Odrzucam Pana twierdzenia – niczym zły sen – i pozostaje przy wierze proroków, apostołów, ich następców oraz Credo, które wyznaję w Kościele („ciała zmartwychwstanie”).

    Co do Eucharystii: proszę pamiętać, że „ilekroć ten chleb jecie, a z kielicha pijecie, śmierć Pańską zwiastujecie, aż przyjdzie” (1 Kor 11, 26). Jeżeli chrześcijanie zrezygnują z wiary w to, że Bóg ma dla tego świata jakieś inne rozwiązanie, to próżna będzie ich taka wiara. Czyn Boga (powołanie wszechświata) byłby wtedy niezrozumiały, niepotrzebny. Tyle moich refleksji nad bardzo brutalną próbą zaprzepaszczenia chrześcijańskiego dziedzictwa przez Pana Szymona, w imię obrony – jak mi się wydaje – źle odczytanej ortodoksji Kościoła.

    Pani Anno, duchowy wymiar królestwa, o którym tyle mówi tradycja Janowa, jest również czymś bardzo istotnym. Oczekiwanie materializacji obietnic proroków, Jezusa i Kościoła nie oznacza, że mamy całkowicie porzucić częściowo już zrealizowaną eschatologię. Jak już podkreślałem tradycja Janowa dokonała pewnego namysłu nad samą misją Jezusa, udzielając innych odpowiedzi niż synoptycy. Ezoterycy Janowi nie odrzucili jednak judaistycznego przekonania o końcu czasów. Znajduje Pani przecież tam takie echo np. w słowach Marty: „Wiem, że powstanie z martwych podczas wskrzeszenia zmarłych w dniu ostatnim” (11, 23 n.). Janowy Jezus mówi z przekonaniem o powszechnym zmartwychwstaniu na końcu dziejów (5, 28 n. 6, 40). Niestety brak wypełnienia obietnicy Jezusa (zob. Mt 10, 23; 24, 32-34; 1 Tes 4, 15), której echo odnajdujemy także w tradycji Janowej w pytaniu Piotra skierowanym do Jezusa o przyszły los umiłowanego ucznia (21, 20-23), zrodził szereg problemów, które wymagały jakiegoś rozwiązania. Jak stwierdza Hubert Ordon SDS: W tekście pozostał jednak ślad dawniejszego przeświadczenia o rychłym nadejściu dnia Pańskiego (H. Ordon SDS, „Eschatologia” w: Egzegeza Ewangelii św. Jana, red. ks. Feliks Gryglewicz, Redakcja Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1992, s. 374).

    Ezoterycy rozwiązali ten problem następująco: nie rezygnując z oczekiwania na „dzień ostatni” (6, 39 n. 44. 54; 11, 24; 12, 48), zaprezentowali wizję eschatologii częściowo zrealizowanej (5, 25). Z czasem w chrześcijaństwie zaczęto zbytnio akcentować Janową perspektywę zrealizowanej eschatologii, tracąc z oczu widok na ostateczne wypełnienie historii. Nastąpił współczesny kryzys: chrześcijanie nie są w stanie modlić się o „dzień ostatni”, a swoje nadzieje lokują już tylko w zaświatach.

  115. DUCH YHWH: trzecia droga?

    Zamyśliłem się trochę – miałem nieco wolnego czasu – nie tylko nad kwestią osobowości Ducha Świętego, ale i nad tym, skąd takie przekonanie mogło się pojawić w tak dojrzałej postaci, którą zauważamy w Ewangelii według świętego Jana. Gdzie szukać korzeni tego zjawiska? Ks. prof. Wacław Hryniewicz dostrzega zalążki tego rozumienia już u Jezusa historycznego (zob. 14 maja 2015 o 11:13), Dariusz uspokaja nastroje, wskazując na możliwy metaforyczny (całkiem prawdopodobny) odbiór tych passusów (zob. 14 maja 2015 o 15:57;14 maja 2015 o 18:11).

    Wielką pomocą w tych rozważaniach mogą być pisma qumrańskie oraz święte księgi mandeizmu. Zacznijmy od tych pierwszych.

    Przede wszystkim już w niektórych ustępach starotestamentalnych DUCH YHWH JEST NIEWĄTPLIWIE OSOBĄ. Jako tego przykład powołam się tutaj na mało znany, ale bezsprzecznie potwierdzający to rozumienie, fragment Biblii Hebrajskiej. Ustęp ten stanie się niezwykle istotny, zwłaszcza gdy już przejdę do omawiania pewnych fragmentów z Qumran:

    A Pan rzekł: Kto zwiedzie Achaba, króla izraelskiego, aby wyruszył i poległ w Ramot Gileadzkim? […] Wtedy wystąpił duch i stanął przed Panem, i rzekł: Ja go zwiodę. […] Wyjdę i stanę się duchem kłamliwym w ustach wszystkich jego proroków (2 Krn 18, 20-22).

    Duch YHWH wstępuje (jeden) w wielu proroków, by fałszywie wieszczyli. Może On „ogarnąć” także pojedyncze osoby (zob. 2 Krn 18, 23). Gdy dokładnie wczytamy się w cały fragment, to nie ulega żadnej wątpliwości, że Duch YHWH – zapewne pojmowany tu jako anioł – jest Osobą.

    Duch YHWH odgrywał dużą rolę (właściwie Jego symbolika) w żydowskich sektach apokaliptycznych. Przyznana Mu ranga nie wykraczała jednak poza judaistyczne rozumienie: był On duchem podporządkowanym Bogu.

    Qumrańczycy byli kapłanami apokaliptycznymi – oczekiwali rychłego nadejścia Boga i eschatologicznej wojny Synów Światłości z demonami reprezentującymi Beliala (postać znana w NT z meteoru qumrańskiego u proto-Pawła). Ta dualistyczna, apokaliptyczna, tendencja przenika całą ich Regułę Zrzeszenia:

    Stworzył On (tj. Bóg) człowieka, by władał światem i ustanowił dla niego dwa duchy, aby podążał z nimi, aż do okresu Jego nawiedzin. Są to duchy prawdy i bezprawia. […] W ręku Księcia Światłości jest władza nad wszystkimi synami sprawiedliwości, […]. I przez anioła ciemności błądzą wszyscy synowie sprawiedliwości. […] Jednakże Bóg Izraela i anioł Jego prawdy pomagają wszystkim Synom Światłości (1QS kol. 3, 15-26).

    Zbieżność z Janowym Duchem Prawdy (peraqlît) uderzająca. Nie jest to wynik zapożyczeń Kościoła Janowego z Qumran, lecz, prawdopodobnie, wspólna matryca. Podobieństwo należy zaliczyć do werbalnego. Niemniej jednak te qumrańskie, przedchrześcijańskie, (bezsprzecznie) teksty sugerują, że w niektórych środowiskach żydowskich (zapewne różnych od faryzejskich sensu stricto), Duch YHWH był aniołem (Osobą), który działał z Bogiem dla zbawienia (lepiej: ocalenia) resztki Izraela.

    Sam Nauczyciel Sprawiedliwości w Psalmach Dziękczynnych wspominał o umieszczeniu w nim duchów (1QH kol. 4, 17-19), i dziękował Panu za „wylanie świętego ducha” na niego (1QH kol 4, 26). W swoich zwierzeniach powie:

    Ty bowiem jesteś prawdą i Twe słowo nie zostanie cofnięte. I ja, Twój sługa, poznałem przez ducha, którego umieściłeś we mnie (1QH kol. 5, 24-25).

    I ja, maskil, poznałem Cię, mój Boże, przez Ducha, którego umieściłeś we mnie, i wiernie słuchałem twej cudownej tajemnicy. Poprzez Twego Świętego Ducha zaszczepiłeś w mym wnętrzu wiedzę o sekrecie Twej roztropności (1QH kol 20, 11-14).

    Zapewne Duch Święty, który opanował Nauczyciela Sprawiedliwości (NS), objawiając mu tajemnice Boga, to Duch Prawdy (Książę Światłości) z Reguły Zrzeszenia. Dla wspólnoty zatem usta NS – to usta samego Boga (1QpHab kol. 2, 1-4); wszyscy powinni uznawać jego autorytet i nie kwestionować jego ustaw (CD-B kol. 20, 32). Jest on światłem dla swojego zgromadzenia (Nowego Przymierza), które powróci „w dniach ostatecznych” (CD-A kol. 6, 3-11).

    Chcę zwrócić uwagę na precedensy (przedchrześcijańskie) dla koncepcji Ducha Świętego-Anioła, którą spotykamy w Pasterzu Hermasa oraz we Wniebowstąpieniu Izajasza. Podkreślam, że Duch Święty pojmowany jako Osoba (nie moc Boża), rozpatrywany na tle judaizmu przełomu er, nie jest teorią pozbawioną podstaw. Cały czas pamiętamy, że jest to judaizm preortodoksyjny, wielopostaciowy, nienormatywny oraz niezdominowany przez rabinów (co nastąpi stopniowo po 70 r.), ale raczej przez charyzmatycznych nauczycieli i cudotwórców.

    Mandejczycy przechowali tradycję Jana Chrzciciela. W samych początkach Wędrowny Ruch Jezusa konkurował z Ruchem Chrztu Jana (Mt 11, 3-6; Łk 7, 18-35). Ruch Janowy miał swoje obrzędy i rytuały (Mk 2, 18). Część członków tego Ruchu Chrztu nawróciła się w czasach apostolskich misji na chrześcijaństwo, jak np. Apollos (Dz 18, 24-19, 1), który utworzył odrębne od Pawła i Piotra stronnictwo w Koryncie (1 Kor 1, 12; 3, 4-6). Janowe ugrupowanie było pierwszym problemem, z którym musiało się zmierzyć rodzące się i nieokrzepłe chrześcijaństwo.

    Co możemy powiedzieć o mandaizmie? „Jakkolwiek nie jesteśmy w stanie odtworzyć jej pierwotnej doktryny, to wydaje się przesądzone, że kształtowała się równolegle z chrześcijaństwem, nie będąc jednak jego pochodną. […] Grupy chrzcielne odrzucały dotychczasowy porządek dziejów, otwierając się na rzeczywistość duchową, tworzyły elitarystyczne wspólnoty oczyszczonych, oczekujących przyjścia czasów mesjańskich” (Przemysław Piwowarczyk, Mistycyzm żydowski a gnostycyzm w późnej starożytności, Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne 2006, t. 39, z. 2, s. 290).

    Warto tutaj, dla mniej zorientowanych, nadmienić, że w literaturze mandejczyków Jezus, który początkowo prosi o chrzest, spotyka się z odmową; ostatecznie Jan zgadza się udzielić obrzędu Galilejczykowi, jednak później przeprasza, że ochrzcił fałszywego proroka–Jezusa (Sidra d’Jahja 30). Dla mandejczyków Chrystus jest lucyferyczną istotą merkuryczną, która zwiodła wielu ich wyznawców.

    Ale nie to jest interesujące w tym zagadnieniu. Otóż spotykamy się u nich z pojęciem jawar (pomocnik). Jawar jest pośrednikiem objawienia rzeczy przyszłych i prowadzi do zbawienia (więcej na ten temat zob. A. Jankowski OSB, Paraklet w: „Egzegeza Ewangelii św. Jana”, red. Ks. Feliks Gryglewicz, Lublin 1992, s. 193-194; E. S. Drower, The Secret Adam, Oxford 1960, s. 62) . Wykazano niezależność tego obrazu od koncepcji świętego Jana; ale znów – biorąc pod uwagę wspólne podglebie Qumran, mandejczyków i ezoteryków Janowych – trudno mówić o przypadkowym zbiegu okoliczności w trzech ruchach religijnych, pomiędzy którymi nie wykazano – przynajmniej na razie – filiacji. Oczywiście mandejczycy, zanim przenieśli się do Mezopotamii, mogli mieć powiązania z esseńczykami, ale po przeniknięciu w ich kręgi gnozy (ok. II w.), rozwijali swoje koncepcje niezależnie od ich korzeni żydowskich. Jan Chrzciciel wypowiada się w ich świętych księgach – pod wpływem objawienia – bardzo podobnie jak NS i Jezus z Nazaretu:

    Jestem pasterzem, który kocha swoje owce; owce i owieczki, które pasę (Sidra d’Jahja 11).

    Wydaje mi się, że takie rozumienie roli Ducha Świętego, u Jezusa historycznego, może być prawdopodobne. Co więcej, w świetle przebadanych materiałów (wszystkie są związane ze środowiskiem bliskim Jezusowi), jest to wysoce prawdopodobne. Nie oznacza to, że Jezus wierzył w Trójcę – tak daleko bym się we wnioskach nie posunął, ponieważ to właśnie jest nieprawdopodobne; a trzeba bardzo uważać, żeby nie projektować własnej teologii, odnosząc się do posługi Jezusa. „Istnieje właściwie powszechna niepisana zgoda wśród współczesnych badaczy, że nazywanie Jezusa chrześcijaninem więcej pogmatwa, niż wyjaśni w sprawie religii, za jaką się on opowiadał” (cyt. za: Dariusz Kot, Jezus historyczny dzisiaj).

  116. Proponowalbym Andrzeju, taki punkt wyjscia: w pismach z okresu II Swiatyni, czyli w srodowisku religijnym Jezusa, a takze w ogole w Biblii hebrajskiej – spotykamy rozne teksty, gdzie duchy/duch/Duch Bozy wydaje sie/wydaja sie dzialac samodzielnie, co moze prowokowac do szukania w nich „zrodel” doktryny o Trojcy.

    Jesli teraz mielibysmy ustalic, na ile takie miejsca faktycznie moga byc wiazane z pozniejsza doktryna o Duchu sw.,( jednej z Boskich Osob Trojcy), musimy – moim zdaniem – miec listy cech po obu stronach i potem porownac te listy ze soba. Przede wszystkim zatem musimy – podobnie jak w przypadku nicejskiej definicji Bostwa Jezusa w naszym tekscie – uzgodnic, jaka lista konkretnych cech sklada sie na pojecie „Osoby Boskiej” w dojrzalej doktrynie. Dopiero wtedy bedzie mozna rzeczowo rozmawiac, bo w przeciwnym razie moze sie w pewnym momencie okazac, ze kazdy ma inne intuicje na temat „Osoby” i „Boskosci”. Jaka liste cech „Trzeciej Osoby Boskiej” bys proponowal?

    Moje drugie pytanie. Nie kazdy duch w Biblii hebrajskiej to Duch Bozy/Duch JAHWE. We fragmencie, od ktorego wychodzisz – 2 Krn 18, 20-22 – Tysiaclatka nie tylko daje mala litere, ale nawet tlumaczy „pewien duch”, aby podkreslic, ze nie chodzi o Ducha Swietego. A przeciez jest to tlumaczenie „historyczno-wyznaniowe”, gdzie wszelkie slady pozniejszej ortodoksji sa raczej podkreslane, niz niwelowane. Dlaczego Ty widzisz tutaj „Ducha JAHWE”?

    Trzecie pytanie: kwestia kultu o jakiej mowi Dunn. Duch Swiety w dojrzalej doktrynie Kosciola otaczany jest (chyba?) takim samym kultem, jak pozostale dwie Osoby. Czy zgadzasz sie, ze brak kultu Ducha w judaizmie II Swiatyni i jaka wage wedlug Ciebie mozna do tego przywiazywac?

    Nie jest to jeszcze moja wyczerpujaca odpowiedz na calosc Twoich argumentow, ale raczej proba ich wstepnego wyjasnienia, uporzadkowania (i pewnego skorygowania?).

  117. Do Pana D. Kota
    Szanowny Panie!
    Nieco wolnego czasu umożliwia mi na ponowne włączenie się do dyskusji. Ja jako 100% chrześcijanin /mniemam, że tak jest istotnie w oczach Boga/ przedstawię racje, dla których uważam Ducha Świętego za Osobę.
    Dla Pisma „ Duch nie jest bezosobową – witalną siłą natury”/ F. Nietzsche/. Duch Boży / ruah – pneuma/ z zasady działa wszędzie; wszędzie gdzie jest życie i gdzie życie powstaje / Rdz 1,2/. Lecz Duch Boży działa nie tylko w naturze, ale i w kulturze, rolnictwie, polityce; wszelka ludzka mądrość jest darem Ducha Bożego. To Duch poprowadzi dzieło stworzenia i historii ku ich spełnieniu. Duch zatem jest istotą mojej eschatologicznej nadziei i eschatologicznego zbawienia. Tę uniwersalną, twórczą i kreacyjną działalność Ducha dobrze ilustruje List do Rzymian /8,18 –30/.
    Według Nowego Testamentu uniwersalne historyczne działanie Ducha Bożego swój cel i swój normatyw osiąga w Jezusie Chrystusie. Jezus jest nie tylko Duchem natchniony, lecza z Ducha poczęty i zrodzony / Mt 1,18-20; Łk 1,35/. Podczas chrztu w Jordanie zostaje namaszczony Duchem / Mk 1,10 par/; całe działanie Jezusa znajduje się pod znakiem Ducha /Łk 4,14.18; 5,17/. Cuda Jezusa jako antycypacja nowego stworzenia uważane są za działanie Ducha / Łk 5,17;6,19. Mt 12,18-21.28/. W Duchu oddaje się na krzyżu Ojcu / Hbr 9,14/; mocą Ducha powstaje z martwych / Rz 1,4; 8,11; 1 Tm 3,16/ i staje się „ duchem ożywiającym” / 1 Kor 15,45/. Pneuma – to sposób egzystencji Pana; dlatego Paweł wręcz utożsamia Pana z Duchem / 2 Kor 3,11/.
    W Chrystusie Duch ostatecznie osiągnął swój cel, nowe stworzenie. Odtąd Jego zadanie polega na tym, żeby wszelką pozostałą rzeczywistość zintegrować z rzeczywistością Jezusa Chrystusa, albo tę rzeczywistość Jezusa Chrystusa zuniwersować. Jezus Chrystus poczęty z Ducha, przekazuje Go teraz i posyła jako swego Ducha / Dz, 2,33; J 15,26; 16,7;20,22/. Odtąd Duch jest Duchem Jezusa Chrystusa / Rz 8,9; Flp 1,19/, albo Duchem Syna / Ga 4,6/. Jego zadaniem jest przypominać o Chrystusie / J 14,26; 16,13n/. Pojęcie „w Duchu” i „ w Chrystusie” Paweł stosuje wręcz zamiennie.
    Analiza tych biblijnych wątków wskazuje, że Duch nie może być jedynie jakąś bezosobową siłą lub wielkością podporządkowaną Chrystusowi. Sobór Konstantynopolski I sformułował więc definicję:
    „ Wierzymy w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi i którego wraz z Ojcem i Synem czcimy i jednocześnie wielbimy” / DS. 150; Nr 250/.
    Tylko wtedy, gdy się uwzględni samodzielność Ducha Świętego w dziele obdarzenia łaską, w swoim zjednoczeniu z Chrystusem, czyni człowieka wolnym, nie zwodzi go, nie wyposaża w konkretne reguły lecz umieszcza w przestrzeni wolności. Przeto zadaniem Ducha jest nie tylko uświadomienie, kim jest Jezus Chrystus, lecz uobecnienie Jego duchowej pełni. Inaczej mówiąc, uniwersalizacja zbawczego dzieła Chrystusa dokonuje się w duchowy i historyczny / dzięki wolności w miłości/ , określony sposób. Dlatego Jezus Chrystus dzięki Duchowi Świętemu jest drogą, prawdą i życiem / J 14,6/.
    Pozdrawiam, R.K.

  118. Druhu Dariuszu!

    Z uwagą przyglądnąłem się Twojej odpowiedzi; bardzo cieszy mnie, gdy można od razu w punkcie wyjścia, ustalić podstawowe założenia. Istnieje wtedy realna możliwość osiągnięcia końcowego porozumienia, przynajmniej w niektórych punktach.

    Po pierwsze, nie będę bronił obrazu Ducha Bożego jako „Osoby Boskiej” w judaizmie Drugiej Świątyni ani nawet we wczesnym chrześcijaństwie. Każdy, kto choć pobieżnie jest zaznajomiony z historią rozwoju dogmatu Trójcy Świętej, wie, że sytuacja jest zgoła odmienna. Chciałby jedynie porozmawiać z Tobą o możliwości, którą sugeruje O. Betz, iż qumrański „duch prawdy” powinien być utożsamiony z archaniołem Michałem (por. 1 QS kol. 3, 24 n.). Mój cel jest więc znacznie skromniejszy: Duch YHWH jako członek niebiańskiego dworu i Osoba (nie w ST, gdzie jest to dynamiczna siła Boga lub, w nielicznych przypadkach, przedstawiciel świty YHWH, lecz w sekciarskim judaizmie Drugiej Świątyni). Ta koncepcja – wg niektórych uczonych – była tworzywem, na którym zaczęła bazować judeochrześcijańska pneumatologia angelologiczna, która znalazła ostateczny wyraz w skomplikowanej i nieżydowskiej (co warto podkreślić) koncepcji Ducha Świętego jako Trzeciej Osoby Boga.

    Po drugie, YHWH otaczało wiele duchów (stąd, u henochitów w Księdze Henocha Etiopskiej, Bóg to „Pan Duchów”). Zadajesz pytanie, odnosząc się do fragmentu, który zacytowałem z Drugiej Księgi Kronik: Dlaczego Ty widzisz tutaj „Ducha JAHWE”? Postanowiłem odpowiedzieć: ponieważ gdybyś poszerzył ten fragment o w. 23, to sam byś rozwiązał zagadkę. Oczywiście, że konfesyjnemu tłumaczowi Biblii Tysiąclecia (którą ks. Dąbrowski określił „Biblią tysiąca błędów”), przeszkadzało, że duch YHWH (gdyby napisał to wielką literą) może stać się „duchem kłamstwa”. Zapewne musiał dużo rozmyślać, co mógłby wtedy pomyśleć czytelnik, rozwiązał więc problem po swojemu.

    Po trzecie, kwestia kultu Ducha Bożego, w judaizmie Drugiej Świątyni, jest dla mnie poza dyskusją; tzn., że w świetle dotychczas mi poznanych materiałów źródłowych nie spotkałem żadnego modlitewnego (lub czegoś związanego z kultem YHWH) wezwania do Ducha. Późny, chrześcijański kult Ducha Świętego jest czymś specyficznym i przynależy on tylko do tego wierzenia.

    Przekonanie, że Duch Święty jest niestworzony, odnajdujemy m.in. u Orygenesa, który stwierdza:

    Jednakże do tej pory nie mogłem znaleźć w Piśmie Św. żadnego stwierdzenia, które określałoby Ducha Św. jako istotę stworzoną (factura) (Orygenes, De principis I, III, 3 ).

    Wydaje się więc, że na tak kruchej przesłance zbudowano koncepcję odwieczności Ducha Świętego. Należy jednak stwierdzić, iż jest to przesłanka błędna, o czym przekonują nas wybitni starotestamentaliści oraz znawcy literatury inter-testamentalnej. Skoro argument „z Pisma” stał się nieaktualny (gdy chodzi o ST), to pozostała nam wiara w Tradycję i w ciągle działającego w Kościele Ducha Bożego. Ale co dla nas katolików (oczywiście też nie wszystkich) jest wystarczające, takowe nie jest, z wiadomych względów, dla protestantów.

    Czekam na odpowiedź na argumenty, które zawarłem w pierwszym komentarzu.

    Pozdrawiam serdecznie.

  119. OD „DUCHA-ANIOŁA CHWALEBNEGO” I SYNA ADOPTOWANEGO DO WIARY W BOGA TRÓJJEDYNEGO

    Refleksje P. Andrzeja Nowickiego na temat osobowego „DUCHA YHWH” w niektórych wypowiedziach starotestamentalnych oraz w piśmiennictwie preortodoksyjnego judaizmu na przełomie starej i nowej ery pobudzają do dalszego myślenia. Uwrażliwiają na wieloznaczność samych terminów mówiących o duchu lub Duchu jak Osobie. Widzi on w tych refleksjach „trzecią drogę”, która daje pewien wgląd w zawiłości rozwoju myślenia o Duchu Boga jako Anioła , który jest Osobą. Mielibyśmy zatem w tym rozwoju pewien przedchrześcijański precedens, który ujawnił się wyraźnie w koncepcji Ducha-Anioła m.in. w „Pasterzu” Hermasa.

    W nawiązaniu do tego właśnie pisma i archaicznej myśli Kościoła w Rzymie chciałbym dalej posunąć refleksję o Duchu Bożym. Wybitny znawca myśli starochrześcijańskiej Jean Daniélou pisał przed laty: „Pierwszą cechą archaicznej i specyficznie judeo-chrześcijańskiej teologii jest posługiwanie się kategoriami zapożyczonymi ze SŁOWNICTWA ANGELOLOGII NA OZNACZENIE SŁOWA I DUCHA”(przekład W.H.). W oryginale: „Un premier trait de la théologie archaïque et proprement judéo-chrétienne est l’utilisation de catégories empruntées au vocabulaire de l’angéologie pour désigner le Verbe et l’Esprit”. J. Daniélou, „Théologie du Judéo-Christianisme”, Tournai 1958, 1974, s. 167; wyd. polskie: Teologia judeochrześcijańska. Historia doktryn chrześcijańskich przed Soborem Nicejskim, przeł. ks. Stanisław Basista, Kraków: WAM 2002).
    To ważne stwierdzenie uwrażliwia na nieukształtowane jeszcze słownictwo, które słowem „anioł” określało zarówno Słowo/Logos jak i Ducha. Nic dziwnego, że w starożytnych formułach Logos Boga pojawia się czasami jako „Anioł Pana”.

    Zauważmy jednak: sam wyraz „ággelos” (=angelos) znaczy po prostu „Posłany”/„Posłaniec”. Zdaniem Daniélou, to słowo jest SEMICKIM ARCHAICZNYM ODPOWIEDNIKIEM PÓŹNIEJSZEGO POJĘCIA OSOBY I NIE ZAKŁADA Z KONIECZNOŚCI CHARAKTERU STWORZONEGO (jw. s. 168-169). To ważne stwierdzenie: nie zakłada koniecznie stworzoności!

    Zarówno Boski Logos jak i Duch są Posłańcami Ojca w świat ludzi ze specjalną misją zbawczą, ocalającą ich przed zagubieniem i zatratą. Najstarsze zabytki piśmiennictwa chrześcijańskiego w Rzymie mają charakter wyraźnie judeochrześcijański.

    Archaiczna teologia rzymska zostawiła ślady niejasności i wczesnego braku precyzji m.in. w „PASTERZU” HERMASA, wywodzącego się z kręgów judeo-chrześcijańskich w Kościele rzymskim. Autor ten czerpał natchnienie w żydowskim piśmiennictwie apokaliptycznym. Pojawia się w nim określenie „ÁGGELOS ÉNDOXOS”, „Anioł chwalebny”, „Anioł czcigodny/wspaniały/sławny” (Mandata V, 33,7). Wszyscy zostali przez Niego „usprawiedliwieni” (!). Zgodnie z archaiczną teologią tego pisma, ten właśnie Anioł/Posłaniec jest Synem Bożym, który utożsamia się z Duchem: „Duch ten jest bowiem Synem Bożym”, „ekeîno gar Pneûma ho Hiós tou Theoũ estín” (Similitudines IX,1).

    Terminologiczne niejasności i brak precyzji są widoczne jak na dłoni w tej archaicznej teologii. Niezbędna precyzja pojawi się dopiero po wielu latach.

    Wracam do kategorii judeo-chrześcijańskich zapożyczonych ze słownictwa ANGELOLOGII na oznaczenie Słowa i Ducha. Myślę, że nie jest pozbawiony prawdopodobieństwa pogląd, że już apostoł Paweł przeciwstawiał się niejasnej, archaicznej teologii i wykazywał bezwzględną wyższość Jezusa Chrystusa nad aniołami: „On jest głową wszelkiej zwierzchności i władzy” (Kol 2,11). Sam apostoł (lub ktoś z jego współpracowników) przestrzegał przed „kultem aniołów” (Kol 2,18). List do Kolosan pisany był przez Pawła z więzienia w Cezarei ok. 60 r. n.e. lub w Rzymie (61-63 r.). Zasadne wydaje się również przypuszczenie, że na podstawie Listu do Kolosa napisany został List do Efezjan (o aniołach zob. Ef 3,10).
    ***
    ARCHAICZNA EPIKLEZA LITURGII RZYMSKIEJ

    Warto zwrócić uwagę na epiklezę przyzywającą Ducha Świętego w archaicznej epiklezie kanonu eucharystycznej liturgii rzymskiej. Występuje ona w znajdującej się po słowach ustanowienia modlitwie: „Supplices te rogamus…”, „Pokornie Cię błagamy, wszechmogąc Boże, niech TWÓJ ŚWIĘTY ANIOŁ zaniesie tę ofiarę na ołtarz w niebie przed oblicze boskiego majestatu Twego …” (w swojej formie ta prośba była także bardziej rozwinięta: „jube haec [dona] perferri per manus sancti Angeli tui in sublime altare tuum…”). To jest właściwa epikleza kanonu rzymskiego. Świadomość tego faktu popadała stopniowo w niepamięć, kiedy to od IV w. zaczęto uważać słowa ustanowienia Eucharystii („To jest Ciało moje…”, „To jest Krew moja…”) za formułę konsekracyjną darów chleba i wina.

    Przypominam o tym fakcie, gdyż niewielu katolików zdaje sobie sprawę z istnienia tej archaicznej epiklezy rzymskiej, w której pojawia się postać Anioła, mającego zanieść eucharystyczną ofiarę na ołtarz w niebie. Badacze wykazują, że archaiczna epikleza tego rodzaju jest starsza nawet od wprowadzenia słów ustanowienia do kanonu rzymskiego. Odzwierciedla ona doktrynę teologiczną z czasów „Pasterza” Hermasa. (Podobnie również w dawnej epiklezie mediolańskiej pojawiają się słowa o „aniołach” w liczbie mnogiej. To prośba, aby przez ich ręce Bóg-Ojciec przyjął ofiarę eucharystyczną na niebieskim ołtarzu: „ut hanc oblationem suscipias in sublimi altari tuo per manus angelorum tuorum”).

    Jest to EPIKLEZA WSTĘPUJĄCA w formie prośby o przyjęcie ofiary (oblatio) z darów chleba i wina dzięki ich przeniesieniu na ołtarz niebieski „przez ręce Świętego Anioła” (tym różni się epikleza wstępująca od wschodnich epiklez zstępujących, które proszą Boga o zesłanie Ducha na uczestników Eucharystii oraz na dary eucharystyczne celem ich przemienienia).
    ***
    JEZUS-SŁUGA, SYN ADOPTOWANY

    Nie jest wykluczone, że to właśnie ADOPCJONIZM dawnej teologii rzymskiej przyczynił się do ukształtowania wstępującego charakteru rzymskiej epiklezy. Zanoszenie ofiary przez Anioła/Posłańca na ołtarz niebieski jest odpowiednikiem adopcji Jezusa za Syna Bożego. Kanon rzymski był wyrazem doktryny Hermasa. W „Pasterzu” ów „Anioł Chwalebny” jest „Aniołem Pana (JHWH)” w tekstach Starego Testamentu. Jezus nazwany jest „Sługą”, który staje się Synem przez adopcję za radą „Chwalebnego Anioła” oraz innych aniołów. Jest ukazany jako Sługa niższy od właściwego Syna Bożego, czyli Ducha Świętego, „Anioła Chwalebnego” oraz niższy od innych aniołów, będących pierwszymi stworzeniami (protóktistoi). Jest Synem adoptowanym, „Aniołem Chwalebnym”. Adoptowany zostaje zresztą nie tyle sam człowiek, lecz „ciało” (sarks) Jezusa jako „Sługi” Boga.

    Doktryna zawarta w „Pasterzu“ rozpowszechniana była w Kościele rzymskim od II do III wieku. Samo dzieło było przyjmowane ze czcią należną świętym Pismom. Dopiero wraz z przełomem II i III w. doszło do przeciwstawienia się poglądom zawartych w pismach apokaliptycznych. Przezwyciężony został pogląd archaicznej teologii rzymskiej , w świetle którego Jezus był zwykłym człowiekiem, w którym zamieszkał Duch Święty, przejawiający swoje działanie jako „Anioł Chwalebny”.

    Oto ZAWIŁOŚCI I NIEJASNOŚCI, A NAWET SPRZECZNOŚCI ARCHAICZNEJ DOKTRYNY. Nic dziwnego, że „Pasterz” Hermasa określany jest jako „utwór dość ciemny” (Ks. Wincenty Myszor, Wstęp do „Ojcowie Apostolscy”, PSP tom XLV, Warszawa: ATK 1990, s. 9). Badacze dopatrują się w nim wpływów esseńskich bądź ebionickich, zwłaszcza w różnego rodzaju „Objawieniach”, z którymi wizje Hermasa mają sporo cech pokrewnych (zob. Daniélou, Théologie du Judéo-Christianisme, s. 77-78).

    ***
    TRUDNY CZAS ODKRYWANIA I DOJRZEWANIA

    Na tym tle łatwiej zrozumieć, z jakim trudem przebijała się przez lata myśl o bóstwie Syna i Ducha Świętego we wspólnotach uczniów Jezusa. Ileż to razy za swojego życia pytał On z wyraźnym zniecierpliwieniem: „Jeszcze nie rozumiecie i nie pojmujecie?”, „Dlaczego nie rozumiecie?” (Mk 4,12-13; 8,17; Mt 13,15.19; 16,9; J 8,43). Ewangelia daje wymowne świadectwo niezrozumieniu uczniów, którzy słuchali Jego pouczeń. Kiedy mówił o bluźnierstwie przeciwko sobie i Duchowi Świętemu także nie byli w stanie pojąć głębi tych słów. To niezrozumienie będzie się przedłużać przez lata po Jego śmierci. Przedłuża się przez wieki aż do dzisiaj.

    Nie wiem, czy kiedykolwiek tu na ziemi dowiemy się, co Jezus historyczny myślał naprawdę o Świętym Duchu Bożym jako Osobie. W komentarzu (14 maja 2015, 11:13) postawiłem PYTANIE OTWARTE na temat świadectwa Ewangelii Galilejskiej Q (12,10) o bluźnierstwie/grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Chodziło mi przede wszystkim o WYRAŹNĄ PARALELĘ MIĘDZY DWOMA ADRESATAMI BLUŹNIERSTWA: SYNA CZŁOWIECZEGO I DUCHA ŚWIĘTEGO. Podkreślałem, że nie sądzę, aby chodziło jedynie o bezosobową moc boską. Wypowiedź obecna już w pra-Ewangelii logiów Jezusa, wskazywałaby na ich autentyczność jako logion Jezusa historycznego. Nie przekonuje mnie sugestia P. Dariusza, że może chodzić w takich przypadkach jedynie o personifikację (14 maja 2015 o 15:57;14 maja 2015 o 18:11).

    Zaraz w następnym wersecie źródła Q (12,11-12) mamy dalszą ważną wypowiedź o Duchu: „Kiedy postawią was przed synagogami, nie martwcie się jak i co macie mówić. Duch Święty NAUCZY WAS w tej godzinie, co macie mówić”. Tu znowu charakter osobowy wypowiedzi: DUCH NAUCZY.

    Nadal skłonny jestem widzieć w tych wypowiedziach Jezusa rzeczywiste źródło oraz dyskretny, UKRYTY ZALĄŻEK przyszłego rozwoju świadomości wierzących o Bogu jako wspólnocie Osób – świadomości, która znalazła swój wyraz pod koniec I wieku w IV Ewangelii. Bez tego zalążka trudno doprawdy zrozumieć wpływ Ducha Świętego na dalszy, niełatwy przecież rozwój świadomości uczniów w myśleniu o Bogu. W Ewangelii Janowej (niezależnie od jej warstw redakcyjnych) także powtarzają się słowa o Duchu, że „ON NAUCZY WAS”, chociaż już w innym kontekście i szerszej oprawie słownej: „Orędownik zaś, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, ON NAUCZY WAS wszystkiego i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14,26). Ważne jest zapewnienie: „przypomni wam wszystko”.
    Chyba rzeczywiście Duch Boży przypominał w ciągu lat historii o czymś, czego uczniowie najprawdopodobniej nie rozumieli. Ukryty zalążek czekał na swój „kairós”, a więc na czas sprzyjający odkrywaniu boskich sekretów.

    W Ewangelii Łukasza jest charakterystyczny opis programowej mowy Jezusa w synagodze, w rodzimym Nazarecie (nie ma jej w źródle Q), kiedy to odczytuje On słowa z Księgi Izajasza: „DUCH PANA nade mną, dlatego namaścił mnie, abym zwiastował ubogim Dobrą Nowinę. Posłał mnie, aby głosił więźniom uwolnienie i niewidomym przejrzenie, abym wziętych do niewoli wypuścił na wolność i ogłosią rok miłosierdzia Pana” (Łk 4,18-18; Iz 61,1-2). Po przeczytaniu tych słów Nazarejczyk oświadczył: „Dzisiaj wypełniło się proroctwo Pisma, które słyszeliście”. A w proroctwie tym mowa o Osobie Ducha: „namaścił” i „posłał” na spełnienie niezwykłej misji, która już w Nazarecie zakończyła się dramatycznie, kiedy chciano Rodaka z krawędzi góry „strącić w przepaść” (Łk 4,29).
    Czy i tu nie można dopatrywać się ukrytego zalążka myśli dla coraz bardziej świadomego rozwoju wiary w Jezusa oraz w Osobę Ducha Świętego? Czy to jedynie popaschalne wpisywanie starotestamentowych proroctw w posłannictwo Jezusa? Pytania otwarte.

    O uchwałach podjętych nie bez kontrowersji na najwcześniejszym Soborze Jerozolimskim (Dz 15) powiedziano: „Postanowiliśmy bowiem, DUCH ŚWIĘTY I MY (édoksen gar tō Pneúmati tō Hagíō kai hēmîn), nie nakładać na was żadnego większego ciężaru oprócz tego, co konieczne” (Dz 15,28). Dlatego uważam, że tej właśnie obecności i pomocy Ducha Świętego w przypominaniu i wyjaśnianiu spraw wiary nie sposób odmówić także późniejszym orzeczeniom Soboru Nicejskiego (bóstwo Syna) i Konstantynopolitańskiego I (bóstwo Ducha wyrażono zresztą bardzo ostrożnie, aby nie odstręczyć wierzących nie gotowych jeszcze do takiego aktu wiary; wyrażone zostało jedynie przy pomocy kategorii „homotimía”, czyli wspólnej czci odbieranej przez Ojca i Syna).
    ***
    Tyle moich refleksji przed chrześcijańską uroczystością Pięćdziesiątnicy – Zesłania Ducha Świętego. Pięknych i dobrych „Zielonych Świąt”!

  120. PRZED ODPOWIEDZIĄ DARIUSZA

    Niektórzy noszą tytuł profesora, ale niczego nie potrafią nauczyć (ani nawet jasno się wyrazić). Ks. prof. Wacław Hryniewicz nie jest tego przykładem. Wielka szkoda, że niektóre jego komentarze nie są wpisami, bo ich możliwy rezonans nie jest adekwatny do treści. To tyle moich uwag do tekstu przybliżającego skomplikowaną angelologię Pasterzu Hermasa.

    Chciałem powrócić, by właściwie wyjaśnić Dariuszowi, dlaczego zacząłem moją refleksję z 21 maja 2015 o 00:32 właśnie od 2 Krn 18, 20-22.

    Biblia Hebrajska zawiera w sobie wiele warstw tradycji, często sprzecznych ze sobą. W jej najbardziej archaicznej formie to Bóg jest odpowiedzialny za wszystko, nawet zło. Szatan jest synem Bożym, który działa zgodnie z wolą YHWH i z Nim konsultuje swoje posunięcia. Minie trochę czasu, gdy Żydzi wypędzą szatana z Nieba i dadzą mu we władanie jedynie teren podksiężycowy.

    Późny judaizm (II w. p.n.e. – 70 r. n. e.) starał się tę warstwę tradycji jakoś zaadaptować, zinterpretować. Stąd pojawił się dualizm (nie wykluczając pewnych wpływów perskich): Bóg stworzył dwa duchy, jeden z nich to qumrańskich „duch prawdy” oraz „anioł ciemności”. Ten drugi ulegnie anihilacji wraz z ostatecznym wkroczeniem Boga w historię. Dzięki takiej interpretacji qumrańczycy doskonale sobie radzili z następującymi tekstami:

    A gdy od Saula odstąpił Duch Pański, zaczął go trapić duch zły, też od Pana (1 Sm 16, 14).

    Duch zły i Duch YHWH zostają zesłani przez Boga, który włada każdą sferą: zła i dobra. Duch zły był bytem osobowym i też był duchem Bożym. Teraz sięgnę do Pisma Świętego w Przekładzie Nowego Świata, czyli tłumaczenia Biblii przez apokaliptycznych, antytrinitarnych Świadków Jehowy (żeby nie było):

    I słudzy Saula zaczęli mówić do niego: „Oto teraz trwoży cię duch Boży zły” (1 Sm 16, 15)

    I działo się tak, że gdy duch Boży przychodził na Saula, Dawid brał harfę i grał swą ręką; i Saul doznawał ulgi, i czuł się dobrze, a zły duch go opuszczał (1 Sm 16, 23).

    Duch Boży – w tym wypadku zły duch – jest duchem osobowym (jest to w judaizmie rzecz pewna). Dlaczego zatem Duch Boży (dobry) miałby nie być bytem osobowym? W tym układzie byłby to oczywisty nonsens. Wydaje się, że w starotestamentalnych księgach historycznych Duch Boży jest bytem osobowym, tzn. aniołem, który jest zsyłany, by wywołać różne skutki. Wiem, że brzmi to niczym herezja, ale jakakolwiek inna interpretacja powoduje problemy nie do przezwyciężenia.

    Paralelny tekst do 2 Krn 18, 20 nn. w 1 Krl 22, 21-24, w przekładzie Biblii Warszawskiej, brzmi:

    „Wtedy wystąpił Duch i stanął przed Panem, i rzekł: Ja go zwiodę. A Pan rzekł do niego: W jaki sposób? A on odpowiedział: Wyjdę i stanę się duchem kłamliwym w ustach wszystkich jego proroków. Wtedy On rzekł: Tak, ty go zwiedziesz, ty to potrafisz. Idź więc i uczyń tak. Otóż teraz włożył Pan ducha kłamliwego w usta tych wszystkich twoich proroków; […] Więc Duch Pana (!!!) odszedł ode mnie, aby mówić przez ciebie?”

    Duch Pana w tym fragmencie jest bez wątpienia Osobą. Dałbym sobie za to uciąć obydwie ręce. Jakim więc kluczem hermeneutycznym, drogi druhu, zagwarantujesz mi, że i w tych fragmentach Biblii Hebrajskiej nie mamy do czynienia z Osobą?

    Wtedy Azariasza, syna Odeda, opanował Duch Boży (2 Krn 15, 1).

    Wtedy Duch Boży ogarnął Zachariasza, syna kapłana Jehojady (2 Krn 24, 20).

    Itd.

    W judaizmie preortodoksyjnym dokonało się przesuniecie anioła orędownika, który wstawiał się za Izraelem przed trybunałem Bożym, i występował w roli świadka obrony i oskarżenia. To przesunięcie pozwoliło zneutralizować wymowę tradycji z przełomu I i II Świątyni, która niepokoiła pewne środowiska żydowskie z przełomu er, głównie apokaliptyczne. Oto symptomatyczny fragment:

    Dwa duchy zajmują się człowiekiem, duch prawdy i duch kłamstwa […]. Duch prawdy świadczy o wszystkim i oskarża wszystko, a grzesznik płonie rumieńcem na skutek głosu własnego serca i nie może podnieść twarzy ku sędziemu (TestJud 20, 1. 5).

    Judeochrześcijaństwo, chociaż miało „ciągotki” w kierunku dualizmu, ostatecznie opowiedziało się za Jednym Duchem (ten wątek będę rozwijał), odrzucając dwie drogi obecne w Didache i w Liście Barnaby. Ostał się jedynie Duch Prawdy (zob. J 16, 13).

    W rabinicznym judaizmie Szechina nie jest bytem osobowym, ale duchami są tam niewątpliwie aniołowie. Angelologia ma zresztą proweniencję babilońską. Gdy jednak rozważamy judaizm rabiniczny, musimy zawsze pamiętać, że kształtował się on, spoglądając na chrześcijaństwo. Rabini „gasili” bardzo często kierunki z wcześniejszych epok, które wykorzystywali chrześcijanie. Niemniej jednak aniołowie dzielą się tam na dobrych i złych, a szatan nosi miano Jecer ha-ra – „Duch zła, Duch pożądania” i utożsamia się go z Aniołem Śmierci. Widać wyraźne ślady wcześniejszych wierzeń.

    Tyle wydaje mi się ważnych wyjaśnień, zanim napiszesz odpowiedź.

  121. Byc moze wszyscy zle sformulowalismy zagadnienie?

    Byc moze nie powinnismy pytac, czy w okresie II Swiatyni uwazano Ducha Bozego za osobe – byc moze mozna zadac lepsze pytanie? Po kilkakrotnym przeczytaniu materialow Andrzeja mam bowiem wrazenie, ze kategorie Ducha/aniola jako bezosobowej mocy/osoby/Osoby najzwyczajniej nie mialy dla autorow wiekszego znaczenia.

    Nawet jesli zgodzic sie, ze w II Krl 18 caly czas mowa tylko o jednym duchu, a werset „Wtedy wystąpił duch i stanął przed Panem, i rzekł” – swiadczy, ze jest on osoba,

    to i tak niemal zaraz obok mamy bezosobowe sformulowanie: „włożył Pan ducha kłamliwego w usta tych wszystkich twoich proroków”

    Nawet jesli zgodzic sie ze w Qumran mamy wobec Ducha /aniola poswiadczenie jego bycia ososba w wersie „Bóg Izraela i anioł Jego prawdy pomagają wszystkim Synom Światłości”

    to gdzie indziej w Qumran znajdziemy bezosobowe:
    „wylanie świętego ducha”

    Latwosc, z jaka tego typu zestawienia (osobowe/bezosobowe) tolerowano w tych samych wspolnotach, a nawet tych samych tekstach – sugeruje mi, ze kwestia „Ducha-osoby” nie byla jeszcze teologicznie znaczaca. Byc moze taki wniosek bylby najbezpieczniejszy, biorac pod uwage to, co mamy w materialach zrodlowych?

    Ks. prof. Hryniewicz nie jest przekonany o personifikacjach, ja nie jestem przekonany, ze w okresie II Swiatyni mowiono o Duchu Osobowym – ale byc moze obaj zadalismy zle, anachroniczne pytanie? Byc moze zrobilismy cos waznego z czegos, co w czasach Jezusa nie zwracalo niczyjej uwagi?

  122. O NIEOCZYWISTOŚCI METAFOR

    Wychodząc z pojęcia predykacyjnego metafora polega na przypisywaniu obiektom cech, których one nie posiadają. Tymczasem we fragmentach, które ci wskazałem, mamy przejścia od rzeczywistej osoby do nieosobowej personifikacji (duch Pana rozmawiający z Panem – duch kłamliwy w ustach proroków; anioł duch prawdy – wylany Duch Św.). Gdy Jezus nazywa Heroda lisem – to nie przeczy to istnieniu rzeczywistej postaci, gdy Paweł nazywa Jezusa skałą (lub Mądrością Bożą) – to nie zaprzecza istnieniu rzeczywistej postaci.

    Nie wydaje się prawdopodobne, by chrześcijaństwo budowało koncepcję osobowego Ducha Św. bez jakichkolwiek precedensów. Za pewnik można uznać to, że faryzeusze najprawdopodobniej odbierali hebr. „ruah” jako moc pochodzącą od Boga, a mieli oni największe wpływ na wierzenia ogółu społeczności żydowskiej – jeśli zaufamy obserwacjom Józefa Flawiusza. Wszyscy badacze jednak zgadzają się w jednym: Jezusa należy odczytywać na tle sekciarskiego judaizmu, na który oddziaływał ożywczy wpływ niecierpliwej eschatologii. Tymczasem – z czego już nie wszyscy sobie zdają sprawę – za qumrańskim dualizmem stoją osobowe dwa duchy. Twoja diagnoza jest błędna, gdy rozważamy teologię yachad z Qumran. Osobowość Ducha prawdy jest tam doskonale potwierdzona i była teologicznie znacząca. Chyba że napiszesz ją – wbrew szerokiemu konsensusowi – na nowo.

    Badacze ateistyczni, ale i żydowscy bardzo często starają się przedstawić chrześcijaństwo jako całkowite zaprzeczenie poprzedzającej go tradycji żydowskiej. Nie mam zaufania do tych apriorycznych założeń. Oxfordzki mistrz, profesor Geza Vermes stwierdził, że redaktor Ewangelii według św. Jana jako pierwszy nadał cechy osobowe Duchowi Świętemu i otworzył chrześcijaństwu drogę do Nicei. Profesor James Dunn widzi tradycyjną chrystologiczną inkarnację dopiero w tradycji Janowej. Chciałbym Ci zwrócić Darku na coś uwagę.

    Judeochrześcijaństwo rozwijało się swoją odrębną drogą. Odrzuceni przez gminy po-Pawłowe (lub ledwo tolerowani; zob. św. Justyn), deprecjonowani w piśmiennictwie ezoteryków Janowych i gnębieni przez swoich własnych współbraci Żydów, którzy stawali się coraz bardziej ortodoksyjni (czyt. rabiniczni), za pomocą judaistycznych sformułowań, już na początku wieku drugiego, zbudowali swoisty wizerunek Trójcy Św.

    Wniebowstąpienie Izajasza jest pismem, które powstało na początku drugiego wieku (nie później niż przed 150 r.). Opisy dzieciństwa Jezusa, które zawiera ten dokument, są niezależne od relacji świętych Mateusza i Łukasza (Apokryfy Nowego Testamentu. Ewangelie Apokryficzne, red. Ks. Marek Starowieyski, Kraków 2003, s. 148). Autor nie znał tych ewangelii. Tenże kompilator (modyfikował on tradycję wcześniejszą, żydowską, dotyczącą Izajasza), nie wykorzystuje Logoschrystologie obecnej u świętych Jana i Justyna. Nie zna on zatem także tej tradycji. Co zresztą nie zaskakuje, ponieważ tworzy on prawie równocześnie z nimi. ALE, CO JEST ZDUMIEWAJĄCE, PREZENTUJE ON OBRAZ NIEBIAŃSKIEGO TRONU, NA KTÓRYM ZASIADA BÓG OJCIEC, PO JEGO PRAWICY ANIOŁ SYN BOŻY, A PO LEWICY ANIOŁ DUCH ŚW.

    Czy nie wypadałoby w tym momencie – moim zdaniem – odejść od przestarzałej i nieprzystającej do danych źródłowych tradycyjnej koncepcji części naukowców: skoro do budowy takiego obrazu nie były potrzebne wywody Jana, to inkarnacja (Jezus jest tam Aniołem, który narodził się z dziewicy Maryi) i osobowość Ducha Św. są obrazami niezależnymi od wpływów Kościoła Janowego. Należy zadać nowe pytania, by otrzymać właściwe odpowiedzi.

  123. Andrzeju,

    oczywiście bez oporów potwierdzam do momentu:

    ” Wszyscy badacze jednak zgadzają się w jednym: Jezusa należy odczytywać na tle sekciarskiego judaizmu, na który oddziaływał ożywczy wpływ niecierpliwej eschatologii”.

    Zgadzam się też z „qumrańskim dualizmem „.

    W związku z czym podejrzewam, że i dalsza część Twoich wniosków może być słuszna. Co do ich wagi: Twój punkt dojścia wygląda jak alternatywna (judeochrześcijańska, historycznie solidniejsza od oficjalnej) droga do ortodoksyjnej teologii Ducha – co jest bardzo mocną tezą, a także naprawdę intrygującą. Ponieważ wyraźnie oddzielasz te tradycje od Janowej, widzę powody, aby uznać to za podejście respektujące stan badań i chciałbym przyjrzeć się temu na spokojnie i na poważnie.

    Moją wiedzę o linii rozwoju judeochrześcijaństwa po roku 70. przedstawiłem w tekście „Kościół zapomniany” i bez wątpienia Duch odgrywa tam ogromną rolę. Ks. prof. Hryniewicz słusznie wskazuje na słowa Jakuba „Duch Święty i my” podczas soboru w Jerozolimie. Za bardzo sensowny uważam też Twój argument, że „Nie wydaje się prawdopodobne, by chrześcijaństwo budowało koncepcję osobowego Ducha Św. bez jakichkolwiek precedensów”.

    Mam od dobrej chwili wrażenie, ze nie jestem dość dobrze przygotowany do tej debaty, a poza tym chciałbym zasugerować, aby zrobić z niej zupełnie osobny temat. Może zebrałbyś Twoje uwagi w jeden całościowy artykuł i zrobilibyśmy z niego za chwilę jakiś kolejny artykuł w Sanktuarium? Napisaliśmy jeden przeciw uproszczeniom apologetów Kościoła, warto więc napisać także drugi przeciw uproszczeniom antyklerykalnym 🙂

    (Zdradzę tylko, ze swej strony mam podejrzenie, że ważny może być adopcjonizm ebionitów [Jezus jako tymczasowo przybrany Syn Boży lub Mesjasz jako tymczasowo nawiedzający Jezusa – od chrztu do śmierci, tak jak w Ewangelii ebionitów]. Na ten wątek także zwrócił już uwagę ks. prof. Hryniewicz).

    Uważam, że trochę marnujemy bardzo obiecującą i mało znaną w Polsce teorię, rozgryzając ją jako poboczny wątek w ramach ogromnej debaty, która wyszła od czegoś innego. Odłóżmy to i opracujmy dokładniej, osobno. Nie spieszmy się. Co sadzisz?

  124. Ok.

    Zawsze cieszy mnie, gdy jednak zmuszę kogoś do krytycznej refleksji (i vice versa).

    Pozdrawiam.

  125. Reasumując: dostrzegam wysoką chrystologię tradycji Janowej oraz Listu do Hebrajczyków. Uważam, że redaktor Ewangelii Jana wierzył w Osobowość Ducha Świętego, ponieważ męski zaimek εκεινος (ekeinos) został użyty przez niego anaforycznie do rzeczownika rodzaju nijakiego, jakim jest το πνευμα (to pneuma) w 14, 26 i 15, 26. Nie jest to reminiscencja lub hebraizm, bo hebr. ruach (oraz aram. rûha’) jest rodzaju żeńskiego.

    Jeżeli Panie Andrzeju to jest kluczowy argument na rzecz personalnego charakteru Ducha św. to zarówno my jak i neo-arianie możemy spać spokojnie ;-). Przecież cała ta mowa to παροιμία co expressis verbis zaznaczył Chrystus. Po drugie zaimek względny nie łączy się tutaj z τὸ πνεῦμα τῆς ἀληθείας czy τὸ πνεῦμα τὸ ἅγιον, ale z παράκλητος jako podmiotem głównym, więc Jan poprawnie użył zaimka rodzaju męskiego. Nawet godząc się na zmianę rodzaju (z czym się nie zgadzam) nie udowodni Pan, że Jan wierzył w osobowość Ducha św. ewentualna zmiana rodzaju byłaby po prostu następstwem prozopopeji (personae fictio). Czy Jan i autor Listu do Hebrajczyków podpisali by orzeczenia z Nicei? Dobrze, że Pan dodał „wydaje mi się” ponieważ przesłanki w tej materii są mniej niż słabe.

  126. Panie Robercie, jeśli to jeszcze aktualne, optuję za przywróceniem dawnego układu komentarzy. Czytam bloga z opóźnieniem i konieczność wyszukiwania kolejnych wpisów, tak aby zorientować się w przebiegu dyskusji jest dla mnie prawdziwą udręką.

  127. Pozwolę sobie wrzucić jedną myśl. W całej tej dyskusji patrzymy na rozwój chrześcijaństwa wyłącznie jako dzieła człowieka. Otóż choćby fenomen mówienia obcymi językami w czasie zesłania Ducha Świętego budował wiarę dużo bardziej niż tylko wypowiadane przez apostołów teksty. Podobnie jest i dziś wierzący nie wierzą wyłącznie na podstawie intelektualnych dywagacji, ale doświadczania działania Boga w swoim życiu. Zatrzymanie się wyłącznie na poziomie intelektu skazuje człowieka na wątpliwości do końca życia. Wszak nawet fizyk nie wie co będzie stanowczo twierdził za 50 lat, a my chcielibyśmy rozwiać wszelkie wątpliwości rozumu na podstawie skąpych źródeł sprzed prawie 2 tys lat. Ukończyłem studia teologiczne na KUL, ale to nie uczyniło mnie prawdziwie wierzącym. Wiara przyszła przez żywy kontakt z Bogiem. Dziwne wydaje mi się spojrzenie na historię Kościoła, wykluczające z rozważań wpływ elementu osobistego doświadczenia Boga, na rozwój całego Kościoła. Absolutnie nie jestem przeciwnikiem powyższych badań, są potrzebne i sensowne, ale równocześnie skazane na wieczną niepewność. Myślę, że nikt na podstawie takich badań nie dojdzie do prawdziwej wiary w Boga. Gdyby Jezus uważał, że najważniejsza jest jasność teologicznych formuł pisałby traktaty. Jezus jednak głównie mówił o sposobie życia, o modlitwie, o miłości w sercu – na tej drodze spotyka się Jezusa. Bez tych elementów poszukiwania można prowadzić do końca świata.
    Na koniec zacytuję św. Pawła który dobrze ukazuje tę różnicę w podejściu: „A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.”

  128. I jeszcze do Pana Dariusza w sprawie:
    13 MAJA 2015 O 18:03
    ROZNE STREFY DZIALANIA DUCHA?
    Zdecydowanie polecam wysłuchanie:
    https://www.youtube.com/watch?v=3oLuzJpyAd8
    https://www.youtube.com/watch?v=jTyjYMGMELs
    Myślę, że w odróżnieniu od wielu teoretyków jest to niezwykle rzadki przypadek teoretyka, który najpierw był zaawansowanym praktykiem zarówno buddyzmu, ezoteryzmu i chrześcijaństwa. Moim zdaniem jest to odpowiedź na wiele pytań dotyczących prawdy w różnych religiach. Przy okazji można zobaczyć jak różni się poszukiwanie czysto teoretyczne z poszukiwaniem, które jest drogą życia. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *