Kilka refleksji o grzechu pierworodnym

Polskie określenie „grzech pierworodny” brzmi dla mnie jakoś dziwnie: kto właściwie miałby urodzić ten grzech? Jest to raczej grzech pierwszy, pierwotny, popełniony na początku czasów. Grzech pierwotny to wejście zła w świat. Pierwszy grzech spowodował lawinę dalszego zła, którego człowiek stał się niewolnikiem. Z błędnego koła grzechu człowiek nie potrafił wyzwolić się sam, dlatego Bóg musiał się wcielić, aby „wykupić” nas z tej niewoli. Chrystus jest drugim Adamem – choć to określenie nie jest chyba najszczęśliwsze, skoro Adam sprowadził zło na świat, a Chrystus je pokonał. Raczej jest chyba przeciwieństwem Adama, ratownikiem Adama, ale nie jego powtórką. Gdzie ponadto w tym odkupieniu podziała się Ewa? Kto jest drugą Ewą? Przecież w opowieści o Edenie zgrzeszyli oboje: Adam i Ewa. Czy mówiąc, że Chrystus jest drugim Adamem, nie odbieramy Ewie prawa do Jego łaski?

Kwestia budząca na ogół wewnętrzny sprzeciw ludzi myślących to obarczenie człowieka na wieki grzechem, który popełniło dwoje ludzi, Adam i Ewa. Czy Bóg nie powinien raczej ukarać tylko tych dwoje, a ich potomstwu znów dać rajską sytuację? Jednak nie chodzi o to, że Bóg mści się na dalszych pokoleniach. Eden to opowieść mityczna, w której Adam i Ewa to archetypy każdego człowieka. Innymi słowy, każdy z nas, postawiony w sytuacji rajskiej popełniłby ten sam grzech, który popełnili Adam i Ewa. Mit o raju jest odpowiedzią na dręczące człowieka pytania: dlaczego Bóg stworzył niedoskonały świat, dlaczego musimy cierpieć, dlaczego jest zło, a nie tylko dobro. Mit ten jest próbą wytłumaczenia przyczyn ułomności naszego życia i jego dualistycznego charakteru.

Kolejne nieporozumienie, to wyznawane w starożytności przekonanie, że grzech pierworodny rozprzestrzenia się przez stosunki seksualne. Stąd wniosek, że matka Jezusa musiała być dziewicą, skoro Jezus nie podlegał powszechnemu zniewoleniu grzechem. Seks jako metoda prokreacji oczywiście przenosi geny, czyli „oprogramowanie” człowieka. Skażeni rodzice wydają na skażony świat skażone dzieci. To jasne. Jednak błędem jest mniemać, że przyczyną grzechu jest seks. Seks jest zwykłą czynnością życiową, która może być grzeszna, jak wszystko inne, ale nie musi. Bóg „zaplanował” dla ludzi taką metodę prokreacji i nakazał nam się rozmnażać. Uznał swe dzieło za dobre i warte powielania i za takie my też musimy je uznać. Jesteśmy dobrzy w naszej istocie, w naszej podstawie bytu, w naszym najgłębszym istnieniu. Wyszliśmy od dobra i ku dobru zmierzamy. Punkt wyjścia nie jest jednak dokładnie tam, gdzie punkt dojścia. Zbadajmy zatem najpierw punkt wyjścia tak, jak opisuje go Księga Rodzaju.

Bóg umieścił człowieka w ogrodzie Eden, gdzie zasadził dla niego wiele drzew, w tym dwa drzewa specjalne: drzewo życia i drzewo poznania dobra i zła. Owoce z drzewa poznania dobra i zła były  śmiertelne i Bóg zakazał ich spożywania. Wąż, zwierzę stworzone przez Boga, był bardzo przebiegły. Mówi on Adamowi i Ewie, że zjedzenie owocu nie spowoduje śmierci, ale korzyść: poznają bowiem dobro i zło, jak zna je Bóg. Ewa, skuszona obietnicą „wiedzy”, skosztowała zakazanego owocu i dała go Adamowi. Otworzyły się ludziom oczy i poznali, że są nadzy. Poznali, co to wstyd. Bóg dowiedziawszy się o złamaniu zakazu, przeklina węża, wprowadza nieprzyjaźń między mężczyznę a kobietę, przeklina całą ziemię. Odtąd los człowieka staje się ciężki i znojny, pełen trudu i cierpień. Bóg wygnał Adama i Ewę z Edenu w obawie przed tym, aby czasem nie skosztowali owoców z drzewa życia, które dają życie wieczne. Przed ogrodem postawił Pan cherubów, którzy mieczem strzegli drogi do drzewa życia. Odtąd żyje człowiek na wygnaniu i tęskni do raju. Powrót do raju, gdzie życie było łatwe i miłe, gdzie Bóg gawędził przyjacielsko z człowiekiem, jest od wieków marzeniem człowieka zmęczonego życiem, ponoszącego klęski, cierpiącego, nierozumiejącego siebie, świata i sensu swej kruchej egzystencji.

Dlaczego wiedza o dobru i złu miała być niebezpieczna? Czy pierwsi ludzi nie mieli tej wiedzy, to znaczy nie odróżniali dobra od zła? Żyli, ale nie wiedzieli, czy jest im dobrze czy źle. Nie wiedzieli także, czy Bóg jest dobry, ani czy oni sami są dobrzy. Życie takie nie satysfakcjonowało ich. Mimo, że widzieli Boga, że żyli w dostatku i bez wysiłku, chcieli czegoś więcej. Wiedzieli, że czegoś nie wiedzą. Bóg sam im to oznajmił. Zastanawiali się, kim jest Bóg i w czym ich przewyższa. Chcieli Go poznać, bo czuli, że czegoś im brakuje. Bóg ze swej strony nie ukrył przed nimi drzewa poznania. Postawił je w ogrodzie i wyraźnie je opisał. W swej wszechwiedzy mógł także z pewnością przewidzieć, że jakieś podstępne stworzenie, jak wąż, przekona ludzi do złamania zakazu. Bóg spodziewał się złamania zakazu. Spodziewał się jednak także powrotu ludzi do raju, bowiem stoi tam ciągle drzewo życia. Na razie bramy ogrodu pozostały zamknięte i są pilnie strzeżone, ale powrót jest zawsze możliwy. Bóg nie zniszczył ogrodu i drzewa życia. Ta potencja zawsze jest aktualna.

Świat rozpadł się na pół. Dualizm obecny jest w naszym życiu i dotyczy wszystkich naszych spraw. Każda rzecz pozytywna ma swój cień, swój negatyw. Dzięki temu wiemy  już niezawodnie, jaka jest różnica między dobrem  a złem. Wiedza to niełatwa, opłacona często doświadczeniem zła na własnej skórze. Dużo wiedzy to dużo trosk, jak mówi Kohelet. „Bo w wielkiej mądrości – wiele utrapienia, a kto przysparza wiedzy – przysparza i cierpień” (Koh 1, 18) Opis świata Koheleta jest właśnie opisem świata po upadku. Podobnie jak pierwsza szlachetna prawda Buddy: wszystko jest cierpieniem.

Wracając jednak do tradycji judaistycznej, myślę, że właśnie Księga Koheleta najlepiej opisuje świat po upadku. Co ciekawego mówi nam o świecie Kohelet? Marność nad marnościami i pogoń za wiatrem. Cechą życia jest pustka i brak celu. A przynajmniej tak się człowiekowi wydaje. Człowiek jest stworzeniem niezaspokojonym, ciągle nieusatysfakcjonowanym. Bez końca musi podejmować wysiłki, aby utrzymać się przy życiu. A pod koniec życia stwierdza, że były to wysiłki próżne i nie przyniosły oczekiwanej satysfakcji. Człowiek wiecznie poszukuje szczęścia, ale jest to cel nieosiągalny. Wątpi zatem w siebie, w sens swego istnienia. „Bo wszystkie dni jego są cierpieniem, a zajęcia jego utrapieniem”. (Koh 2, 23) Dualizm świata poetycko przedstawia Kohelet w wierszu, który można by nazwać „Jest czas na wszystko”. Jest czas rodzenia i czas umierania, czas burzenia i budowania, płaczu i śpiewu, szukania i tracenia, zachowania i wyrzucania, milczenia i mówienia, miłowania i nienawiści, wojny i pokoju. Losem człowieka jest niewiedza co do istoty świata, Boga i siebie samego. „Nie pojmie człowiek dzieł, jakich dokonuje Bóg od początku aż do końca” (Koh 3, 11) Mądrość nie jest dla człowieka w pełni dostępna, tajemnice istnienia są niezgłębione.

Świat nie jest sprawiedliwy, a człowiek podlega uciskom i cierpieniom. Los człowieka porównuje Kohelet do losu zwierzęcia. Śmierć spada na niego znienacka, a losu swego człowiek nie przewidzi. Człowiek lęka się starości i śmierci. Kiedy się przerwie srebrny sznur i stłucze czara złota, wróci proch człowieka do ziemi.

Tak właśnie widzieli świat egzystencjaliści. Jest to sposób widzenia świata wyzwalający człowieka, ponieważ jest dojmująco prawdziwy. Widzenie świata jako koła cierpień, a siebie jako jego cząstki, pozwala nam spojrzeć na samych siebie łagodnie i z wyrozumiałością, przestać od siebie oczekiwać niemożliwego: a to tego, by wszystko pojąć, a to tego, by dużo osiągnąć, a to tego, by być zawsze szczęśliwym. Pozwala nam zauważyć własną bezsiłę i kruchość, a jednocześnie zdziwić się, że mimo to jakoś żyjemy, jakoś udaje nam się przetrwać, a nawet czasem doznać radości. Niektórym też pozwala zauważyć jakąś siłę, która musi nas wspierać, aby nasza egzystencja była możliwa. Siłę, która nas nieskończenie przewyższa i sprzyja nam. Postawa Koheleta pozwala zadziwić się cudami zwykłego życia materialnego, które na co dzień nam umykają, nie zwracamy na nie uwagi. Jeśli bowiem zacznę moje rozważania od jakiegoś „dna”, najgorszej możliwej sytuacji, wtedy samo to, że moje ciało żyje, oddycha, przetwarza pokarmy, komunikuje się – okazuje się niezrozumiałym i wspaniałym cudem, wprawiającym niemal w ekstazę i zachwycenie. Zatem stan upadku ewidentnie czegoś nas uczy. Bez świadomości zła nie ma świadomości dobra.

Zatem Bóg pozwolił człowiekowi „poddać się marności”. „Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 19) Zatem św. Paweł sugeruje tutaj, że to Bóg poddał ludzi marności i grzechowi. Jednak od tego poddania nieodłączna jest nadzieja na wyzwolenie. „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie”. (Rz 11, 32) Czyli jednak dochodzimy do wniosku, że nieposłuszeństwo i upadek miało swój ukryty cel. Dziwi się też temu św. Paweł: „Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11, 33) Człowiek zapewne musiał przejść jakąś drogę od początkowej rajskiej kondycji, poprzez wygnanie z raju, życie w świecie skażonym przez zło, aby wreszcie osiągnąć wyzwolenie z niewoli grzechu. Poprzez przejście tej ciężkiej drogi człowiek ulega transformacji, dojrzewaniu duchowemu. W rezultacie jest bliższy Bogu niż w Edenie. Człowiek wraca do pierwotnej jedności z Bogiem przemieniony tak, że Bóg jest bardziej dla niego zrozumiały. Człowiek musi przejść tą drogę, aby poznać Boga. Czy raczej: poznawać. Czy poznawanie to kiedyś się kończy? Mam nadzieję, że nie, i jak uczył Grzegorz z Nyssy, wspinamy się wciąż na nowe stopnie poznania Boga jakby po wędrującej w górę spirali. Tak też można wyobrazić sobie przejście od raju, poprzez upadek, aż do wybawienia. Wybawienie jest powtórzeniem rajskiej sytuacji na wyższym poziomie spirali duchowej.

31 myśli nt. „Kilka refleksji o grzechu pierworodnym”

  1. To znaczy nie wierzy Pan w coś takiego jak grzech pierworodny? Uważa Pan, że takie zdarzenie nie miało miejsca? Bo takie pojęcie z pewnością istnieje w teologii.

  2. Najwazniejszy artykul na tym blogu.
    Bez tego tematu nie byloby chrzescijanstwa.

    Uwaga! W judaizmie upadek Adama i Ewy jest postrzegany jako pojedynczy wypadek bez konsekwencji na przyszlosc.
    Bog zawarl kolejne przymierza z Abramem, Jakubem, mojzeszowym Izraelem, ktore trwaja dalej.

    Chrzescijanstwo widzi jednak w upadku Adama i Ewy kluczowa przyczyne historii religii: potrzeby odkupienia – odnowienia przymierza (Adam-Chrystus).

    Zlamane przymierze jak cien ciagnie sie za ludzkoscia.
    Czlowiek rodzi sie sam w sobie dobry ale z niezasluzona duchowa skaza.
    Dopiero wg. autorow chrzescijanskich Chrystus/chrzest uwalnia.

  3. Pani Anno, jeszcze co do tej seksualnosci.

    Moralnosc chrzescijanska z patologiczna gorliwoscia przez stulecia kladla chorobliwie nacisk na grzechy zwiazane z seksualnoscia.
    Przesadzona nadgorliwosc ?

    Chyba tylko pozornie.
    Przeciez freudowska psychoanliza glosi, ze cala nasza aktywnosc kreci sie wlsnie wokol seksualnosci.
    Dlatego Genesis pokazuje, ze czlowiek jest bytem ulomnym. Najbardziej zas ujawnia sie jego kruchosc w dziedzinie plciowosci.
    Czyzby mieli nasi praojcowie w wierze podswiadomie te przeczucia ?

  4. Nawiązując do Pani słów:

    „Eden to opowieść mityczna, w której Adam i Ewa to archetypy każdego człowieka.”

    proponowałbym jednak trzymać się wykładni KKK:

    „KKK 390 Opis upadku (Rdz 3) używa języka obrazowego, ale stwierdza wydarzenie pierwotne, fakt, który miał miejsce na początku historii człowieka.”

    W świetle katechizmu Pani stwierdzenie to herezja.
    Pozdrawiam.

  5. Może nie szafujmy tak łatwo mocnym słowem „herezja”. Czy najlepiej byłoby gdyby wszyscy katolicy wkuli na pamięć KKK i mieli odpowiedź na każde pytanie? Czy może lepiej, żeby sami siebie zapytali, co o różnych rzeczach myślą? Nie trzeba wkuwać gotowych formułek i bezmyślnie się pod nimi podpisywać. To nie jest żadna wiara. Wiara wymaga krytycznego namysłu i nie ma nikogo, kto w 100% zgadza się z artykułami KKK.

  6. Jeśli ktoś chce wyznawać oficjalną wersję katolicyzmu a nie jej odnogę, którą sam stworzył – w kwestiach wyjaśnionych przez KKK powiniem tych wyjaśnień się bezwzględnie trzymać. Własne interpretacje i domysły można stosować jedynie tam, gdzie nie ma jednoznacznej wykładni przygotowanej przez odpowiednie organa Kościoła, chociaż nawet tam w pierwszej kolejności powinno się oprzeć na dostępnych wyjaśnieniach przygotowanych przez teologów lub wyższych w hierarchii duchownych.

    Możemy na prawdy wiary patrzeć krytycznie i interpretować je według własnego uznania, ale w konsekwencji zaczynamy wyznawać jedną z mutacji katolicyzmu (czyli de facto nie katolicyzm). To tak jak byśmy powiedzieli, że jesteśmy katolikami ale to piekło wydaje nam się na nasz rozum jakieś takie zbyt okrutnie, więc w nie nie wierzymy. To już wtedy nie jest katolicyzm.

  7. Ale to jest zwykłe segregowanie ludzi według poglądów. Są sztywne kategorie i kto się w nich mieści to katolik? A może możliwe są inne kategorie, nie wykluczające, ale włączające? W moim mniemaniu jestem katoliczką, a nawet nie przeczytałam całego KKK. Czy jest wiadomo, ilu katolików przeczytało i się zgadza ze wszystkimi artykułami KKK? Według mnie ok. 5% przeczytało, a ilu się ze wszystkim zgadza, nie mam pojęcia.

  8. Ale oczywiście inni mogą myśleć, że reprezentuję jakąś, jak to Pan/Pani ujęła „odnogę” katolicyzmu. Nie przeszkadza mi to.

  9. Moim zdaniem – jeśli biblijna relacja jest prawdą – to wygnanie Adama i Ewy z raju były elementem z góry zaplanowanego scenariusza. Wyobraźmy sobie, że zostawiamy w domu bez opieki małe – powiedzmy pięcioletnie – dziecko. Przed wyjściem wtykamy do gniazdka dwa nieizolowane druty, tak, by wystawały, i przykazujemy, by dziecko ich nie dotykało, a już pod żadnym pozorem żeby nie chwytało jednocześnie jedną ręką jednego druta, a drugą drugiego. Po powrocie czujemy swąd palonego ciała martwego dziecka… Czy przed sądem wymigamy się odpowiedzialności – chyba nie. Raz, że znając przekorę dziecka powinniśmy przewidzieć, iż zakaz zachęci do jego złamania, a dwa, że gdybyśmy nie chcieli zabić dziecka, nie zostawialibyśmy drutów. Bóg jeszcze bardziej był świadom ludzkich ułomności, wszak jest wszechwiedzący a ludzi stworzył na swoje podobieństwo. Zresztą Szatana też stworzył, wiedział jaki jest i wiedział, że stanie się „katalizatorem” zjawiska.

    Ponadto bezsensowne jest przypisywanie Adamowi i Ewie „grzechu”. Aby zgrzeszyć, należy mieć rozeznanie, co jest dobre a co złe. Bez tej wiedzy nie mogli oni również wiedzieć, że złe jest nieposłuszeństwo wobec boskich zakazów. Bez rozeznania dobra i zła, nie można mówić o winie!

  10. Oczywiście – należy wyłączyć myślenie i dawać jak najwięcej na tace. Takich właśnie potrzebuje watykańskie „Ciało kierownicze”.

  11. Ależ wiadomo dlaczego. Gdyby chrześcijańska moralność zakazywała np. zakładania fioletowych sznurowadeł, to wszyscy bez problemu by się podporządkowali, konfesjonały – i co gorsza tace – świeciłyby pustkami. Gdyby z kolei zakazywała jedzenia i picia, to bardzo szybko ilość wyznawców by się zredukowała do zera (znów puste tace). Wymyślono więc, by zakazać seksu – ograniczając do prokreacyjnych czynności małżeńskich. Jako, że to jedna z najsilniejszych potrzeb, przeto wszyscy te zakazy łamią, grzesząc i uczynkami i myślami. Mamy pełne konfesjonały a i wierny w poczuciu nieustannej winy więcej daje na tacę. Po prostu. Żaden Freud tu niepotrzebny.

  12. Oczywiście, że piekło jest zbyt okrutne. Kara powinna być sprawiedliwa. Cierpienie za cierpienie. Naczelne przykazanie, to przykazanie miłości bliźniego. Jego naruszenie skutkuje cierpieniami bliźnich.

    Weźmy zabójcę – zabijając np. czyjąś córkę pozbawia ją – powiedzmy 50 lat cieszenia się życiem, a oprócz tego jej bliscy cierpią. Powiedzmy, że cierpi 5 osób, każda średnio cierpi przez 20 lat. Razem mamy 150 lat – i tyle powinna trwać kara! Nawet najwięksi i najpotężniejsi niegodziwcy nie nagrzeszyli tyle, by stanowiło to równowartość wiecznego cierpienia.

    Weźmy Hitlera czy Stalina. Nawet sumując wszystkich więźniów obozów i Gułagów, Żydów w getcie, ludzi cierpiących po stracie bliskich – ogrom cierpień jakie spowodowali, można wycenić na określoną, skończoną liczbę lat. Niech to będzie nawet i milion lat, Cóż to jest wobec wieczności?

    Sprawiedliwą karą dla Hitlera – moim zdaniem – może być albo wcielanie się – po kolei – w ciało każdej ze swych ofiar, albo tyle lat cierpienia, ile w sumie cierpiała każda skrzywdzona przez niego istota.

    I ani sekundy więcej!

    Skoro, jako człowiek, zostałem stworzony na podobieństwo Boga, to mam prawo oczekiwać, że Jego logika sprawiedliwości jest podobna do mojej.

    I tyle w temacie piekła.

  13. Można rzeczywiście tak ostro patrzeć na opowieść o Edenie, który nie był wszak aż takim znów rajem, skoro te druty wystawały z gniazdka w postaci drzewa wiadomości. No i skoro szatan – katalizator – był stworzeniem Boga. Tak to wygląda, jakby to musiało się stać i były warunki ku temu, żeby tak się wlaśnie stało. W takiej interpretacji jest to oskarżenie Boga o grzech ludzki i niesłuszne przypisywanie winy ludziom. Ludzie wzięli na siebie tą winę, aby Boga uniewinnić.

  14. Dzięki sdd za tą uwagę. Tylko dlatego że nie praktykuje się dziś stosów to mogę mowic, co myślę.

  15. Ta teoria religii jako manipulacji kapłańskich nie jest mi obca. Myślę, że wiele można tą teorią wytłumaczyć, choć powstaje pytanie, dlaczego ludzie byli przez wieki takimi głupcami, żeby tego nie zauważyć? Dlaczego przez lata, wieki i tysiąclecia nie przeciwstawili się kapłańskiemu „wyzyskowi”? Co prawda Jezus się przeciwstawiał, ale nie zostało to zauważone. Dla wielu religia bez kapłanów, ofiar, pokut, itp nie jest możliwa, muszą wiedzieć, że łaskę kupili za odpowiednią cenę, że się właściwie wysilili, aby na nią zasłużyć. I kapłani będą zawsze im potrzebni.

  16. Jeśli ktoś tylko ma za co, to dużo łatwiej jest kupić odpust i spokój sumienia za pieniądze aniżeli dobrymi uczynkami. W tym sensie głęboko mądre jest twierdzenie, że bogatemu trudniej wejść do Królestwa Niebieskiego aniżeli wielbłądowi przejść przez ucho igielne. Ojcowie kościoła też to zauważyli – no i dziś Watykan ma nieprzebrane skarbce. Co do głupców – wystarczy poczytać niektóre wypowiedzi, by to zrozumieć. Zmieniła się technika, ale ludzka głupota nie zmieniła się ani o jotę. Poza tym kiedyś kościół miał na zbytnich wolnomyślicieli dość sugestywne środki perswazji – m.in. wspomniane już stosy – ale nie tylko.

  17. A może inaczej. Grzech i zło jest czymś ludzkim. Czymś nierozerwalnie związanym z ludzką naturą. Z człowiekiem – przedstawicielem świata zwierząt. Człowiek nie chciał, nie mógł się z tym pogodzić. Stworzył biblię, gdzie – po pierwsze odciął się od świata zwierząt, wywyższając się nad nim, po drugie „zwalił” część winy na swoje zło – oficjalnie na Adama i Ewę,a nieoficjalnie na swego Stwórcę.

  18. Poleganie na rozumowi „wyższych w hierarchii” zawsze jest tragiczne w skutkach. Mnóstwo Niemców w latach 30. i 40. XX wieku także wyłączyło myślenie i powierzyło to niezwykle trudne i odpowiedzialne dzieło „wyższym w hierarchii”. Efekty były tragiczne i dla innych i dla nich samych.

  19. Anno, sama kiedyś przytaczałaś na Kleofasie cytat z Julianny z Norwich, która usłyszała , że grzech musiał się wydarzyć. Prawdopodobnie w bycie człowiekiem żyjącym tu na Ziemi od początku wpisane było poznanie dobra i zła i konsekwencje zwrócenia się ku złu. Już sama skłonność czy możliwość do czynów grzesznych jest takim „obciążeniem” człowieka ale z drugiej strony jeśli zło jest brakiem dobra i taka rzeczywistość jest możliwa to czemu człowiek miałby być jej doświadczenia pozbawiony. Może żeby pojąć i doświadczyć dobra zwyczajnie musimy znać i doświadczać zła.

  20. I jeszcze apropos teologów. Dla mnie teolog katolicki, teolog judaistyczny czy teolog islamski to tak, jak marksistowski ekonomista. Tylko pozornie analizuje, wyjaśnia i rozważa, a w rzeczywistości tylko dopasowuje teorie do rzekomo objawionych prawd. Prawdziwym teologiem może być ktoś, kto z pokorą przyznaje się do swego agnostycyzmu. Ktoś kto wierzy (bo jeśli nie wierzy, to ciężko mu pisać o kimś, kogo nie zna), ale nie wie na pewno. Tylko wtedy, gdy odrzucimy wydumane watykańskie idee, gdy zaczniemy być krytyczni wobec Biblii i Koranu, gdy zaczniemy być obserwatorami i analitykami świata, tylko wtedy przybliżymy się do Prawdy. A tę – głęboko w to wierzę (ale pewności 100% nie mam) – poznamy dopiero po godzinie śmierci. I wtedy fanatycy religijni z duchowym uśmieszkiem będą patrzeć na własną głupotę, w której tkwili za życia.

  21. Dziękuję za „objawienie” i wskazanie drogi do „prawdy”.

    Odnosząc się do proponowanej przez Pana „drogi”, dedykuję pełne pokory motto, które zawarłem we wcześniejszym komentarzu:

    Zdumiewają mnie ludzie, którzy pragną „poznać” Wszechświat, podczas gdy dla mnie znalezienie drogi w Chinatown jest już wystarczająco trudne.
    WOODY ALLEN

    Trochę pokory i taktu nie zaszkodzi, zwłaszcza gdy pragnie się zdefiniować „prawdziwego teologa”, ponieważ sztuka definiowania jest właśnie najtrudniejsza. Być może, a przekonam się o tym finalnie po śmierci, nie udała się ona także Panu.

  22. Czy ja wskazuje drogę… Hmmm. Po prostu chodzi o to, żeby odróżnić teologa – które to zajęcie leży w kompetencji filozofii, od głosiciela doktryny. Głosiciel doktryny nie jest teologiem, podobnie jak marksistowski ekonomista nie jest ekonomistą tylko marksistą.

  23. Zgodzę się z sdd, że teologia katolicka ma takie ograniczenie w postaci dogmatów, że nie może całkiem swobodnie się rozwijać. Każdy wniosek niezgodny z jakimś dogmatem musi prowadzić poza katolickość. Nie wiem, czy tak samo jest w przypadku teologii judaizmu czy islamu. Ale jest to z pewnością słabość. Cokolwiek pomyślisz, teologu, musisz dojść do właściwego wniosku, który został już określony. Ta niewola dogmatu i chęć pewności sprawia, że często popada się w fundamentalizm i przekonanie, że przekonania są najważniejsze i niezmienne i że Boga nie można ująć inaczej niż przez katolickie/żydowskie/islamskie formuły. A ja jestem po stronie krytycznego i uczciwego podejścia nawet jeśli ma to oznaczać, że już nie będę uznawać jakiegoś dogmatu. Dogmat nie wystarcza. Lepiej nie zgodzić się z dogmatem niż zgodzić się uznawać coś, do czego nie masz przekonania.

  24. Estel, pamiętam o Julianie. Ale myślę dalej, dalej i dalej. I zastanawiam sie oto: jeśli grzech był konieczny według Boga, to nie można za niego obarczyć winą ludzi. Jeśli to Bóg tak chciał, że grzech był konieczny to jest to wina Boga. Takie się tu wyłaniają niespodzianki.

  25. To ciekawe ujęcie. To wina człowieka, widzi on zło, które wyrządza i nie chce za nie przyjąć odpowiedzialności. Wymyśla kogo by tu obarczyć winą. I obarcza „nieoficjalnie swego stwórcę”. Ale pomyślmy dalej. Może stwórcą jest natura, która wymaga od ludzi walki o przetrwanie, stosowania przemocy i w efekcie grzechu. Człowiek zanurzony w naturze musi działać zgodnie z jej prawami. A jeśli Bóg stworzył naturę to musi za jej stworzenie w ten sposób ponieść odpowiedzialność.

  26. Może Bóg „odpowiada” tylko za opcję, a już człowiek intencjonalnie ulegając złu popada w stan grzechu i wina pojawia się tylko kiedy wie że robi źle ale jednak się na to decyduje. To by było najbardziej logiczne, tylko pytanie wtedy o cierpienie- czy to niezawinione też było planem Boga, czy jest po prostu wypadkową życia na planecie gdzie zło jest opcją.

  27. Ale jeśli dał „opcję” to nie wiedział, czym to się skończy? Ja też ciągle o tym rozmyślam i wikłam się w sprzecznościach. Nie da się wsztkiego pogodzić. Zawsze coś nie pasuje. Musimy się biedzić i dręczyć.

  28. No na pewno wiedział czym to się skończy i nawet paradoks jest taki że Bóg aby tę rzeczywistość naprawił przyszedł na Ziemię i dał się zabić, aby dać ludziom nadzieję, że ta opcja nie ma szans ostatecznie zwyciężyć. Kiedyś nienawidziłam wątpliwości, dziś nawet je lubię bo nie pozwalają osiąść na laurach w poszukiwaniu Prawdy.

  29. A może ludzie zabili Boga (Jezusa), bo nie dawał im się zrozumieć, nie mogli mu wybaczyć stworzenia świata, w którym jest zło i chcieli żeby sam na sobie zaznał cierpienia i zła, taka zemsta ludzi na Bogu? To oczywiście takie teoretyczne rozważania, które nie mają nic wspólnego z wiarą chrześcijańską oprócz tego, że zakładają wcielenie Boga w Jezusa. A Bóg dał się zabić ponieważ czuł się odpowiedzialny za zło świata, czyli nawet za zło tych, którzy go krzyżowali. Wziął winę całkowicie na siebie w ten sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *