Gnoza – najbardziej wpływowa herezja w chrześcijaństwie

Herezja to przeciwieństwo ortodoksji. Ortodoksja kształtowała się w sporze z herezją. Herezja ma zatem zasługi dla ortodoksji. Nie możemy pomyśleć o ortodoksji, nie myśląc o herezji. Herezja i ortodoksja nakładają się na siebie w wielu przypadkach, a jednoznacznej ścisłej granicy nie można zawsze przeprowadzić. W pewnym sensie trzeba stać się heretykiem, żeby naprawdę poznać i docenić ortodoksję. Nie ma nikogo ortodoksyjnego w 100%. Bowiem ortodoksja jest ogólna i obiektywna, a człowiek szczególny i subiektywny.

Najsilniejszą i najciekawszą herezją jest gnoza.

Gnoza, zwana też od XVIII wieku gnostycyzmem, była systemem religijnym powstałym u schyłku starożytności, którego niektóre elementy przeniknęły do chrześcijaństwa. Samo słowo gnoza pochodzi z języka greckiego i oznacza wiedzę, w tym przypadku wiedzę duchową konieczną do zbawienia duszy. Wiedza ta pochodzi z objawienia przekazywanego wyłącznie wybranym, którzy są zdolni do jej odbioru. Religia gnozy oparta jest na niezwykle rozbudowanej mitologii, która nieco przypomina powieści fantasy. Przebrnięcie przez te mity jest dla mnie niemożliwością z powodu ich wielkiej objętości i przejmującej nudy.

Gnoza jest jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie, skąd pochodzi zło. Ludzką podstawową obserwacją na temat świata jest obecność zarówno dobra, jak i zła. Wszystko, o czym pomyślimy ma swój pozytywny – dobry i negatywny – zły aspekt. Na przykład życie jako egzystencja i śmierć – jej koniec, postrzegany jako nicość i zagłada,  a z pewnością jako lęk przed nieznanym. Miłość można przeciwstawić nienawiści, hojność – skąpstwu, pracowitość – lenistwu, szczęście – nieszczęściu itp. Każde istnienie jest okupione kosztem innych istnień, które giną, aby żyć mógł ktoś inny. Zjadając mięso – bierzemy pośrednio udział w zabijaniu zwierząt (dlatego wśród gnostyków popularny był wegetarianizm). Czytając książkę – pośrednio przyczyniamy się do śmierci puszczy Amazońskiej. Jeżdżąc samochodem – zatruwamy środowisko. Nie ma rzeczy, której konsekwencje nie byłyby dwoiste: dobro okupione jest złem. Postęp technologiczny okupiony jest zniszczeniem ziemi i jej zasobów. Ludzie decydują się jednak płacić cenę popełniania zła za swój dobrobyt i rozwój. Zabijamy zwierzęta, robimy na nich eksperymenty, podbijamy narody lub walczymy w obronie swej niepodległości, niszczymy środowisko, jednym słowem czynimy mnóstwo zła (niekoniecznie własnoręcznie), ale czujemy się usprawiedliwieni, że prowadzi to do jakiegoś wyższego celu. Gnostycy są bardzo wyczuleni na zło świata. Nie mogąc sobie wytłumaczyć jego pochodzenia, doszli do wniosku, że istnieją  w kosmosie  dwie przeciwstawne siły: to, co dobre i boskie oraz to, co złe i ziemskie, ludzkie. Stworzycielem człowieka i świata nie był dobry Bóg, ale zły demiurg, a człowiek jest stworzeniem nieudanym i przypadkowym. Kosmos jest miejscem zmagania sił dobra z siłami zła. Gnostycy czuli się niewolnikami zła i desperacko szukali wyjścia ze swojej  beznadziejnej sytuacji.

Podstawowa idea gnostyków polega na przekonaniu, że w świecie materii tkwią uwięzione boskie cząstki, boskie iskry pochodzące ze świata duchowego, które czekają na swe uwolnienie i powrót do swego pierwotnego miejsca zamieszkania. Świat, cała materia i ludzie powstali w rezultacie jakiejś kosmicznej pomyłki, stworzeni przez złego demiurga. W materię wplątały się jakimś sposobem dobre iskry boskie, które będą się męczyć dopóki nie wyzwolą się z materii. Materia jest w gnozie przeciwstawiona duchowi. Świat materii jest utożsamiany ze złem, świat ducha z dobrem. Dobro było kojarzone z duchem, zło z ciałem i materią. Ten krańcowy dualizm gnostycki wszedł niestety także do chrześcijaństwa, między innymi przez św. Augustyna, który był sympatykiem gnozy zanim nawrócił się na chrześcijaństwo.

Generalnie dla gnostyka świat jest pełen zła, a jego stwórcę identyfikuje gnostyk z Bogiem Starego Testamentu. Boga Żydów nazywa „przeklętym bogiem”, ponieważ stworzył świat widzialny i zamknął przed człowiekiem bramę do wiedzy.

Gnoza wyraźnie wartościuje negatywnie część fizyczno-psychiczną człowieka. Tylko część duchowa, iskra, dusza, jaźń nieprzemijająca mają wartość pozytywną. Iskra musi przejść długą drogę do wyzwolenia ze świata. Nie każdemu człowiekowi będzie dane takie wybawienie. Ludzie dzielą się w gnozie na istoty duchowe (pneumatycy) i istoty ziemskie, materialne (hylicy lub psychicy). Pneumatycy są elitą zdolną pojąć boską wiedzę. Hylicy są „niewiedzącymi”. Zaczątki teorii o predestynacji w chrześcijaństwie biorą się właśnie z tego podejścia. Dusza na swej drodze do wybawienia pokonuje wiele niebezpieczeństw ze strony sił ciemności. Pomocna jest w tej drodze znajomość pewnych zaklęć – modlitw, które pozwalają duszy pokonywać kolejne stadia drogi. Zbawienie jest przeznaczone dla wybrańców, dla dusz bezgrzesznych i czystych. Dusze „niewiedzących” zostają unicestwione na sądzie ostatecznym z powodu wielkiej siły szatana, przeciwnika światłości. Czasem jednak wystarczy czyściec, w którym dusza nabiera pożądanej pobożności i doskonałości. Czystość duszy osiągana jest przez jej oczyszczenie się z brudu materii.

Zbawienie duszy opisywane jest jako osiągnięcie pokoju, a obrazowo przedstawione jako „duchowe wesele” odbywające się w „komnacie małżeńskiej”. Dusza, która pokonawszy trudności trafiła do świata boskiego i spotkała swego anioła – oblubieńca, wchodzi wraz z nim do komnaty weselnej, w której może oglądać Ojca. Już Ewagriusz z Pontu zachęcał mniszki, aby traktowały Chrystusa jako swego oblubieńca, a później całe mnóstwo zakonnic doświadczało mistycznych zaślubin z Jezusem. Oto, co pisze Ewagriusz o dziewicach i ich niebieskim oblubieńcu: „Dziewicze oczy ujrzą Pana, a uszy dziewic usłyszą Jego słowa. Usta dziewicy ucałują swego Oblubieńca, zmysłem zaś powonienia pobiegnie ona ku wonności olejków Jego. Dziewicze ręce obejmą Pana i czystość ciała zostanie przez Niego przyjęta. Dusza nieskażona zostanie uwieńczona i żyć będzie na wieki wraz ze swoim Oblubieńcem; otrzyma szatę duchową i będzie ucztować z aniołami w niebie; zapali niegasnącą lampę i nie zabraknie oliwy w jej naczyniu; otrzyma wieczne bogactwa i odziedziczy królestwo Boga”. (Ewagriusz z Pontu, Pisma ascetyczne, Napomnienie dla dziewicy, s. 334) Widać tu wyraźnie gloryfikację dziewictwa, tak charakterystyczną dla gnozy. Motyw złączenia z Oblubieńcem i ucztowania z aniołami także wyraźnie nawiązuje do gnozy. Koncentracja na duszy, położenie nacisku na czystość ciała przez wyrzeczenie się seksu – to znane elementy gnozy. Gnoza będzie przez całe wieki aż po czasy dzisiejsze oddziaływać na chrześcijaństwo. To, co pisze Ewagriusz zostanie powtórzone setki razy przez kolejnych mnichów i ascetów, tak że utrwali się w chrześcijaństwie jako sztywny i niepodlegający dyskusji dogmat.

Bliska gnozie jest koncepcja walki duszy z siłami ciemności, która to walka zamienia się w interpretacji mnichów w ustawiczne odpieranie ataków demonów. Demony zagrażające czystości ciała i duszy tak przerażające ascetów są ucieleśnieniem gnostyckich sił zła, archontów, które są odpowiedzialne za zniewolenie boskich iskier w ciałach. W gnozie popularny jest też motyw wyrzeczenia się świata, jako kwintesencji zła. „Kto poznał świat, znalazł trupa, a kto znalazł trupa, tego świat nie jest wart” mówi Jezus w gnostyckiej Ewangelii Tomasza. Gnostyk musi żyć w stałej czujności, aby zawsze odpierać ataki przeciwnika. Jest on „zapaśnikiem” i „atletą”, nieustannie toczącym walkę. Życie jako czujność i walka będzie także  ideałem chrześcijańskich ascetów.

Nowy Testament a gnoza

Gnostyk Szymon Mag występuje w Dziejach Apostolskich jako chciwy czarnoksiężnik i kuglarz, który chce nabyć dar nakładania rąk od apostoła Piotra, za co zostaje wykluczony z gminy. Z innych źródeł wiadomo, że Szymon głosił, jakoby sam był Chrystusem i był rzekomo czczony przez swoich zwolenników jako „Pierwszy Bóg”. Założył gminę gnostycką, która była przez chrześcijan traktowana jako konkurencja. Szymonianie przejęli bowiem część wierzeń chrześcijańskich. Widać wyraźnie, że gnoza nie była obca pierwszym chrześcijanom i z racji niejakiego podobieństwa ideowego stanowiła dlań znaczącą konkurencję. Tak jak gnoza miała wątki wspólne z chrześcijaństwem, tak też chrześcijaństwo wplotło w swą naukę elementy gnozy. Świadczą już o tym listy św. Pawła oraz Ewangelia św. Jana. Mimo, że Kościół uznał gnozę za herezję, wątki gnozy będą dawać o sobie znać w ciągu całych dziejów chrześcijaństwa, tak że niekiedy przegięcie chrześcijaństwa w stronę gnozy będzie prawie równoznaczne z jej akceptacją i wchłonięciem. Tej jedności chrześcijaństwa i gnozy nie zobaczymy w Nowym Testamencie, choć wielu badaczy nazywa Ewangelię Jana ewangelią gnostycką, a pewne elementy teologii Pawła przywodzą jednoznacznie na myśl idee gnozy.

Listy Pawła oraz Ewangelia Jana mają przynajmniej jedną cechę wspólną: brak zainteresowania życiem i nauczaniem Jezusa – człowieka, zupełna koncentracja na Chrystusie – zbawcy. Jezus Jana jest już „nie z tego świata”, mówi inaczej niż w ewangeliach synoptycznych, przemawia długo i wzniośle. Jan nie opisuje Jego przypowieści, które są sednem nauczania Jezusa w ewangeliach synoptycznych. Paweł w ogóle nie mówi o życiu Jezusa, dla niego istnieje tylko Chrystus napotkany na drodze do Damaszku, Chrystus zmartwychwstały, żyjący w niebie z Ojcem.

Paweł walczy w swoich listach przeciwko poglądom o charakterze gnostyckim. W Pierwszym Liście do Koryntian pisze, że wiedza (gnosis) wbija w pychę, miłość zaś buduje. „Gdyby ktoś mniemał, że coś wie, to to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy. Jeśli zaś ktoś miłuje Boga, ten jest poznany przez Niego”. (1 Kor 8,2-3) Nad wiedzę Paweł stawia miłość. To nie my mamy poznać Boga, ale mamy zostać poznani przez Boga.

Paweł dzieli ludzi na duchowych (pneumatikos) i zmysłowych (psichikos) lub cielesnych (sarkinois). Człowiek zmysłowy nie pojmuje spraw duchowych.

„Ci bowiem, którzy żyją według ciała, dążą do tego, czego chce ciało; ci zaś, którzy żyją według Ducha – do tego, czego chce Duch. Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju. A to dlatego, że dążność ciała wroga jest Bogu, nie podporządkowuje się bowiem Prawu Bożemu, ani nawet nie jest do tego zdolna. A ci, którzy żyją według ciała, Bogu podobać się nie mogą”. (Rz 8, 5-8) „Jeżeli będziecie żyć według ciała, czeka was śmierć. Jeżeli zaś przy pomocy Ducha uśmiercać będziecie popędy ciała – będziecie żyli”. (Rz 8, 13) Można oczywiście spierać się o interpretację tych słów Pawła, ale nie sposób nie zauważyć podobieństwa do gnostyckiego podziału na pneumatyków i psychików (hylików). Słowa Pawła zostały przez mnichów i świętych chrześcijańskich zrozumiane jako konieczność umartwienia ciała fizycznego oraz niezaspokajania naturalnych potrzeb cielesnych i psychicznych. Wnikliwi badacze zauważą o wiele więcej zbieżności pism Pawła z gnozą. Św. Paweł z pewnością nie jest wolny od wątków antycielesnych, ale biorąc pod uwagę jego dzieło jako całość, sprawa ta nie stanowi istotnego punktu jego nauczania, do którego Paweł przywiązywałby nadmierną wagę. Paweł jest generalnie wielkim optymistą jeśli chodzi o los człowieka i jego wartość w oczach Boga. Jest też optymistą co do stosunku Boga do człowieka, Jego nieustającej miłości i łaski. W tym sensie Paweł jest kontynuatorem spuścizny Jezusa i Jego wizji dobrego i wybaczającego Ojca. Z pewnością jednak Paweł w większym stopniu niż Jezus zauważa działanie szatana, ma większe poczucie zła działającego w świecie, a zatem konieczności walki i czujności, co znowu możemy przypisać wpływom gnozy.

Ewangelia Jana również zawiera pewne gnostyckie odniesienia. Jan posługuje się parami przeciwieństw: światło i ciemność, prawda i kłamstwo, góra i dół, Bóg i diabeł. Świat podlega władzy diabła. Świat nie rozpoznaje światłości. Jednak, w przeciwieństwie do gnostyków, Jan podtrzymuje ideę stworzenia świata przez dobrego Boga, czy też Jego Słowo, Logos. Słowo gnosis nie pojawia się w Ewangelii Jana. Brak też negatywnego podejścia do ciała i materii, brak zachęty do cierpień i umartwień. Przeciwieństwo nieba i ziemi potrzebne jest Janowi do podkreślenia boskiego pochodzenia Jezusa i Jego zbawczej mocy. Zbawienie dokonuje się według Jana nie przez wiedzę, ale przez wiarę, przez rozpoznanie w Jezusie Syna Bożego, Zbawiciela świata. Znów, patrząc całościowo na Ewangelię Jana widzimy, że jest ona przesiąknięta miłością wcielonego Boga do człowieka. Jan widzi już w Jezusie nie tylko Mesjasza, ale kogoś równego Ojcu, samego Boga. Wątki gnostyckie niewątpliwie występują tu po to, aby uwypuklić Janowe przesłanie, które brzmi: Bóg umiłował świat, Bóg jest miłością. Świat i człowiek – to umiłowani Boga i Bóg zrobi wszystko, aby doprowadzić do pełnej jedności między sobą a światem.

Manicheizm

Najsłynniejszym gnostyckim systemem religijnym był manicheizm. Jego nazwa pochodzi od założyciela tej religii, Maniego, urodzonego około roku 216 n.e. W wieku 20 lat Mani doznał pierwszej wizji nadprzyrodzonej, w czasie której objawione mu zostały tajemnice jego doktryny. Gminy manichejskie rozprzestrzeniły się przede wszystkim w Syrii, Egipcie i północnej Afryce oraz Iranie. Manicheizm dotarł też do Palestyny, Azji Mniejszej, Armenii, Dalmacji i Hiszpanii, a nawet do Chin. Religia Maniego opiera się na radykalnym dualizmie ducha i ciała, światła i ciemności, dobra i zła. Mani jest apostołem światłości, ostatecznym Mesjaszem, zbawcą, lekarzem duszy, który wyzwala dusze z materii i przywraca je królestwu światłości. Gmina manichejska podzielona była na dwie grupy: elity „wybranych” – „doskonałych” oraz większą grupę „słuchaczy” czy też katechumenów. Surowe wymogi etyczne mogą spełnić jedynie członkowie elity, którzy nie muszą brudzić sobie rąk sprawami cielesnymi. Są bowiem utrzymywani przez pracujących słuchaczy, którzy biorą na siebie „brudną robotę”, czyli tracą czas na pracę, kalają się seksem i ogólnie kontaktują ze światem. Wybrańcy natomiast starają się być od świata jak najdalej. Podlegają oni trzem pieczęciom – ust, dłoni i ciała, to znaczy muszą powstrzymywać się od spożywania wina i mięsa, kłamstwa, pracy oraz seksu. Doskonali mają poświęcać czas na studiowanie pism religijnych i ich kopiowanie. Wybrańcy spożywali tylko jeden posiłek dziennie, który dostarczali im słuchacze. Utrzymywanie wybrańców było uznawane za zasługę dla zbawienia duszy. Manichejczycy przywiązywali dużą wagę do postów. Ograniczając swoje posiłki czuli, że dokonują mniej zła, bo zabijają mniej zwierząt i roślin. Doskonali pościli aż przez 100 dni w roku.  Manichejczycy nosili w sobie wielkie poczucie grzeszności, co wyczytać można z zachowanych formularzy spowiedzi, popularnych w Iranie i Azji Centralnej. Mani wyjątkowo mocno w porównaniu z innymi kierunkami gnostyckimi podkreślał potęgę grzechu. Ta obsesja doszukiwania się zła w każdej czynności życiowej bardzo wyraźnie naznaczyła św. Augustyna, który zaraził się nią prawdopodobnie jako słuchacz manichejski.

Gnoza a mistycyzm

Gnostycki mit o upadku duszy w ciało i jej wstępowaniu do świata boskiego znalazł odzwierciedlenie w chrześcijaństwie mistycznym. Idea wzlotu doskonałej duszy do Boga już w życiu doczesnym to właśnie ekstaza mistyczna. Mit o wstępowaniu duszy przeradza się w doświadczenie mistyczne. Świadczą o tym na przykład przeżycia religijne wcześniej wspomnianego Ewagriusza z Pontu, najsłynniejszego mnicha egipskiego z IV wieku.

W pismach Ewagriusza napotykamy wiele wątków gnostyckich. Już pisałam o jego postawie wobec seksu i uwznioślaniu dziewictwa. Ewagriusz chyba do tego stopnia bał się kobiet, że nie uważał za stosowne spożywać posiłek z własną matką lub siostrą! Obsesyjnie poszukiwał spokoju i skupienia, unikając wszelkiego zamieszania w postaci zbliżania się do rzeczy światowych, w tym do ludzi. To oddzielenie od świata „przeciętniaków”, ludzi cielesnych przywodzi na myśl „wybrańców” manichejskich, strzepujących każdy pyłek światowy ze swoich nieskalanych dusz. Ewagriusz zalecał nieustanne pamiętanie o sądzie i śmierci (gnoza i neoplatonizm). Znana jest też Ewagriuszowi obsesja czystości i poczucie osaczenia przez demony: „liczne i wielorakie szyki demonów wystąpiły przeciwko nam, gdyż staramy się osiągnąć poznanie Chrystusa”. (Ewagriusz z Pontu, Pisma ascetyczne, t.1, List do Melanii, s. 129) Poznanie Chrystusa kojarzy się z gnozą, wiedzą. To sformułowanie występuje w jego pismach z dużą częstotliwością, widocznie to właśnie do „poznania” przykładał największą wagę. Ewagriusz pragnął osiągnąć czystość duszy, albowiem „nie można stanąć przed Bogiem będąc nieoczyszczonym” (Ew., List 43, s. 189) – czystość to typowy wątek gnostycki, jak i zresztą neoplatoński. Tęsknota do idealnego „stanu czystych” zmusza Ewagriusza do walki z demonami i odrzucania wszelkich podsuwanych przez nie obrazów. Jednak zło, jak uważali gnostycy, bez przerwy przyczepia się do ciała, i to, co odpędzone zostaje natychmiast zastąpione nowym brudem ziemskich pożądań i namiętności. Czysty stan trwa zatem tylko chwilę.

Ciało nazywa Ewagriusz workiem i każe nim gardzić. Z drugiej jednak strony wikła się w sprzeczności próbując przezwyciężyć gnostycką ideę złego świata: „Tak więc zło nie wyrasta z natury naszego stworzenia, która pochodzi od Boga! Nie byliśmy bowiem źli od początku, skoro Siewca, którym jest nasz Pan, zasiał na swojej roli dobre ziarno” (Ew., List 18, s. 153) „Nie wolno żadnego spośród cielesnych bytów nazywać złym; ci natomiast, którzy tak je nazywają, niech będą zawstydzeni” (Ew, List 30, s. 172) Mamy tu nawiązanie wprost do teorii gnostyckich o złu ciała, którym to teoriom Ewagriusz się przeciwstawia. Z pewnych jego słów można wnioskować nawet, że nosił w sobie nadzieję na zbawienie wszystkich stworzeń: „Był czas, kiedy zła nie było, i będzie czas, kiedy zła już nie będzie. Ale nie było czasu, gdy cnota nie istniała, i nie będzie czasu, gdy jej nie będzie. Nasienie bowiem cnoty jest niezniszczalne. Przekonuje mnie o tym ów bogacz, o którym jest napisane w Ewangelii, że kiedy doznawał udręk w Hadesie, litował się nad swymi braćmi. A przecież miłosierdzie jest dobrym nasieniem cnoty” (Ew, List 43, s. 190) Czyli zło będzie unicestwione, a wszelkie dobro musi przetrwać. Jednak mimo wyrażanego uznania dla dobrego dzieła Boga, ciała, Ewagriusz zachęca do pogardy wobec niego: „Gardź zatem cielesną naturą, która od początku jest podległa zepsuciu i ponownie popadnie w zepsucie. Troszcz się raczej o „obraz Boży”, aby nieskażony wyszedł z ciała” (Ew, List 48, s. 194) Obraz Boży wychodzący z ciała to oczywiście gnostycka dusza, uwalniająca się od cielesnego brudu, nieskalana. „Ten świat jest zły” pisze do pewnego przyjaciela Ewagriusz (Ew, List 52, s. 200), który nie może dać sobie rady ze sprzecznościami w swoich poglądach. Raz świat i ciało są dobre i pochodzą od Boga, innym razem złe i godne pogardy. Niestety, w dalszych losach monastycyzmu świat i ciało zostaną zrównane ze złem, a mnisi nie będą mieli już co do tego żadnych wątpliwości.

Poznanie Boga „porywa go (umysł) niczym na skrzydle i oddziela od cielesnego świata” (Ew, list 27, s. 166) Dla osiągnięcia takiej ekstazy należy uciekać od świata i zapominać o ciele. O skutecznym wyjściu duszy z ciała będą marzyć odtąd całe zastępy mnichów i zakonnic, a niektórym uda się je osiągnąć wielokrotnie.

Wpływ gnozy na św. Augustyna

Św. Augustyn był przez niemal dziesięć lat słuchaczem manichejskim. Po nawróceniu na chrześcijaństwo starał się odciąć od swej manichejskiej przeszłości i gnostyckiego negatywizmu, ale nie udało mu się tego dokonać. Jego koncepcja łaski zbawienia dla jednych, a potępienia dla drugich przywodzi na myśl manichejski podział na wybrańców i całą resztę. Jego dzieło przeniknięte jest lękiem przed straszliwym Bogiem czyhającym na grzesznika, nieskorym do wybaczania, zawsze surowo karzącym. Odległość Pawła od Jezusa jeśli chodzi o optymizm co do natury i losów człowieka jest niewielka, natomiast odległość Augustyna od Jezusa jest już wprost nie do przebycia. Jeśli gnoza pojawia się u Pawła jako chwilowy impuls, to u Augustyna jest wiecznym tłem jego rozważań. Sieć manichejskich skojarzeń i wrażeń oplątuje umysł i serce Augustyna w stopniu uniemożliwiającym uwolnienie się od niego. Gnoza odrzucona świadomie przez Augustyna, ciągle oddziaływała na niego poza jego świadomością. Wyniknęły z tego dla chrześcijaństwa niestety opłakane i godne pożałowania skutki.

Dzisiejsze wpływy gnozy

W czasach współczesnych wpływy gnozy manifestują się między innymi we wzroście popularności walki z szatanem, egzorcyzmów, konieczności obrony przed wielorakimi zagrożeniami duchowymi ze strony sił ciemności. Widać wyraźnie, że mimo uznania gnozy za herezję Kościół katolicki nie jest w stanie uwolnić się od jej wpływów.

Konsekwentne postanowienie o unikaniu zadawania bólu (pośrednio czy bezpośrednio) prowadzić musi z konieczności do śmierci jako najczystszej opcji. Tak właśnie rozumowała Simone Weil, która zagłodziła się na śmierć. Tak postępują wegetarianie, których ideałem jest zupełnie porzucenie odżywiania się pokarmami zwierzęcymi i roślinnymi (rośliny to też istoty czujące, które zabijamy). Ostatnim szczeblem ekologicznego stylu życiu staje się odżywianie się energią kosmiczną, praną, kończące się śmiercią. Gnostycyzm doprowadzony do swojej najbardziej konsekwentnej postaci prowadzi do wniosku, że tylko nieistnienie gwarantuje prawdziwą czystość. A przynajmniej nieistnienie w tym świecie.

50 myśli nt. „Gnoza – najbardziej wpływowa herezja w chrześcijaństwie”

  1. Coś jakby dzwoniło, ale …………
    Dwoje na pewno; żyło w czystości na tej ziemi, w ziemskiej materii.

    Zbawiciel i odkupiciel Jezus i Współodkupicielka Jego Mama Maryja.

    Nie jest ważne co do nas wchodzi; w sensie pokarmu, energetycznego zasilenia.
    Ważne co z nas jest i z nas wychodzi; w sensie ducha.

    W Roku Wiary poczułem potrzebę dopowiedzenia pod tym tekstem. Pozdrawiam.

  2. Zaciekawiły mnie odniesienia do gnozy u św. Pawła oraz w ewangelii św. Jana. Brakuje mi jednak odróżniania od siebie dwóch terminów: gnozy i gnostycyzmu. Wbrew pozorom to nie są synonimy (podobnie jak mistyka i mistycyzm). Gnoza to, najkrócej określając i nawiązując do etymologii (gnosis), wiedza która prowadzi do zbawienia. Gnostycyzm to byłby już zespół różnych doktryn religijnych, które powstały na bazie doświadczeń gnostycznych.

    Jeszcze jedna ważna rzecz, której zabrakło mi w tekście – w obrębie wczesnej teologii chrześcijańskiej pojawiła się próba pogodzenia gnozy (jako wiedzy zbawiającej) z chrześcijaństwem ortodoksyjnym. Była to próba Klemensa Aleksandryjskiego oraz Orygensa. Ci dwaj myśliciele chrześcijańscy poważnie rozważali możliwość doświadczenia gnozy na gruncie chrześcijaństwa. Zapomina się niekiedy o ich wysiłkach, a częściej przywołuje gwałtowne zerwanie z gnozą u św. Augustyna. I wydaje się, że chrześcijaństwo ortodoksyjne poszło drogą Augustyńską, widząc w gnozie (rozumianej już jako doktrynalny gnostycyzm) wyłącznie tożsamościowego wroga, czy właśnie herezję. Tymczasem nie musiało tak być, jeśli wczytać się w Klemensa i Orygenesa.

  3. Dziękuję za ciekawe uwagi. Co do nazw gnoza-gnostycyzm, to według Kurta Rudolpha, autora książki „Gnoza” termin gnostycyzm powstał w XVIII wieku i używany był raczej w sensie deprecjonującym. Dlatego prawdziwi gnostycy zwą swe wyznanie gnozą. Ale być może są też inne uzasadnienia.
    Co do Orygenesa i Klemensa to ich pism szczegółowo nie studiowałam, ale podejrzewam, że może tam być wiele elementów gnostyckich, bo to wszystko wrzało w tamtych czasach. O Orygenesie wiemy ogólnie, że przedstawiał w swoich pismach wiele pomysłów i idei, nie przejmując się zbytnio sprzecznościami. Więc na pewno i gnoza się tam dostała. Zresztą każdy myślący człowiek religijny musi się otrzeć o gnozę i serio nad nią zastanowić. Elementy gnozy mimo uznania jej za herezję są wciąż obecne nie tylko w Kościele ale w całej kulturze. Myślę, że bez tego ścierania się z gnozą nie można dziś pomyśleć o dojrzałym światopoglądzie. Gnoza musiala się pojawić i mieć duży wpływ na myślenie. Ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wybiera się gnozę, czyli przyjmuje się, że świat jest z natury zły i należy się od niego uwolnić, czy raczej chcemy afirmować świat i życie, wraz z elementem cielesnej egzystencji, a złu nie przypisywać tak wielkiej roli. Ja się skłaniam ku temu drugiemu poglądowi. Gnoza jako z natury elitarna jest mi obca. Nie znoszę podziałów: wybrańcy- służący tychże wybrańców. Elita uznająca się za elitę wcale nią nie jest. Tym, co się wydaje że są uwzniośleni i wolni od cielesnych uwarunkowań i pokus, nie wierzę.

  4. Również dziękuję za odpowiedź. Odwołując się do rozróżnienia gnostycyzm/gnoza, sięgnąłem do polskich badaczy tego zagadnienia (np. Artur Jocz). Sądzę, że dychotomia ta ma swoją wartość, gdyż nie każde doświadczenie gnozy musi się przekształcić w doktrynę gnostyczną. Powyższy przykład Klemensa i Orygenesa może o tym świadczyć.

    Zgadzam się z tym, że idea gnozy jest nie do ominięcia w myśleniu religijnym. Nie redukowałbym natomiast gnozy tylko do poglądu, iż świat jest zły. Owszem to istotny składnik tej idei, ale równie istotnym jest sama idea dualizmu ciało-dusza (co przejął Augustyn), jak i pogląd, że można wniknąć w wyższe szczeble duchowej rzeczywistości.

    Elitarność również kojarzy mi się z gnozą. I tu dochodzę do zaskakującej konstatacji. Czy współczesny Kościół Rzymskokatolicki, pod pewnymi względami silniej zhierarchizowany, niż w wiekach poprzednich i podkreślający wyższe „wtajemniczenie” stanu duchownego od stanu świeckiego (co widać nawet w sąsiednim głosie, w recenzji książki redaktora Rynkowskiego). nie jest w jakiś sposób gnostycki? Proszę zauważyć, że w wyznaniach gnostyckich również podkreślano taki podział na „wtajemniczonych” i na zwykłych uczestników kościoła.
    Także Państwa walka o to, żeby teologia tworzona przez osoby świeckie mogła na równych prawach uczestniczyć w dyskursie z teologią osób duchownych wpisuje się w ten problem. Co Pani o tym myśli?

  5. Zupełnie się z Panem zgadzam. Nawet nazwa „duchowieństwo” kojarzy się przecież z większym stopniem duchowości w porównaniu do reszty świata, czyli laikatu, czyli mniejszych lub większych ignorantów. Ks. Jagodziński uważa, że duchowni mają większe kompetencje do wypowiadania się o teologii, ponieważ obowiązuje ich celibat (gnoza się kłania – potępienie seksu), a więc mają więcej czasu na zajmowanie się teologią. Jednak to, że są odcięci od świata kobiet, rodzin oznacza też, że są w swoim myśleniu jednostronnie ukierunkowani, aby pogłębiać nurty już istniejące, kopać studnie dalej w głąb, wiercić odwierty, o ile dobrze pamiętam jego słowa. Natomiast świeccy wydają mu się bardziej powierzchowni, bo nie mogą sięgnąć aż tak głęboko. Ale oni sięgają w bok, na wszystkie strony, ponieważ muszą zintegrować niełatwy świat życia zawodowego i osobistego z duchowym. Dlatego Robert Rynkowski przedstawia sprawy z perspektywy człowieka świeckiego, o szerokich horyzontach, który nie kopie w głąb jednego tematu, ale rozgląda się wokoło i uwzględnia szeroki kontekst społeczny teologii.
    Ta postawa wyższości bardzo mi przeszkadza, chociaż w innych krajach się to już zmienia z racji kryzysu religijności. Nie można zdobyć wyznawców stawiając się ponad nich, przynajmniej w dzisiejszych czasach i stąd waga tej postawy dialogu, o której pisze Robert w swojej książce.

  6. Jeszcze jedno: oderwanie ciała od duszy ma korzenie platońskie i jest rzeczywiście istotnym elementem gnozy, który nie wyszedł na zdrowie chrześcijaństwu. Idee umartwiania ciała, aby oczyściła się dusza właśnie z tego poglądu wychodzą. Tymczasem w Ewangeliach nie ma takiego podziału, ani w Starym Testamencie. Słowo „psyche” oznacza zarówno duszę jak i życie, więc możemy chyba założyć, że Jezus – Żyd, który nie znał greckiej flozofii, nie używał słowa dusza w znaczeniu platońskim lub gnostyckim, czyli jako ta boska cząstka, która musi uwolnić się z brudnego ciała.

  7. Z pewnością platoński dualizm jest błędem,jest niezgodny z Objawieniem,ale też jasno z Objawienia wynika,że dusza ludzka posiada zdolność egzystowania bez ciała chociażby np.’Nie bójcie się tych,którzy zabijają ciało,lecz
    duszy zabić nie mogą.Bójcie się raczej Tego,który duszę i ciało może zatracić w piekle”(Mt10,28)
    „ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli.
    I głosem donośnym tak zawołały:Jak długo jeszcze,Władco święty i prawdziwy,nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym co mieszkają na ziemi?'(Ap6,9-10) i wiele innych.

  8. Czytając tekst Pani Anny Connolly dostrzegam pokłosie strachu Kościoła przed gnozą na przestrzeni wieków, co skutkowało całkowitym zamknięciem się na ten nurt i doczepieniem mu łatki: wrogiego i złego samego w sobie. Natomiast myślę, że było/jest w nim wiele głębi, której dzisiaj brakuje i zapewne pewne wątki (dobrze wykorzystane) mogłyby bardzo dobrze wpływać na naszą duchowość (samo to słowo, którego nie lubię, jest pozostałością dualizmu gnostyckiego).
    Niestety „żeby nie mieszać w głowach maluczkim” i dziś wiele odważnych teorii, hipotez już w zalażku się dławi i skazuje na banicję.
    Na potwierdzenie tych słów pozwolę sobie zacytować polskiego „gnostyka” Jerzego Nowosielskiego: „Czasami się to dobro robi i robi, a i tak wynika z niego zło. To bardzo faustowski problem. Właściwie to już są sprawy gnostyckie, a z Kościoła wypędzono gnozę, bo się jej po prostu przestraszono. A ona powinna być obecna w świadomości człowieka religijnego. Gnoza to poznanie lub przynajmniej usiłowanie poznania. Nie wiara, ale poznanie, dążenie do tego, żeby wiedzieć. Kościół się dwa razy przestraszył: raz manicheizmu i gnozy, które wypędził ze swojej doktryny, a drugi raz – po protestantyzmie – przestraszył się wykształcenia duchowieństwa…” (Zbigniew Podgórzec, Rozmowy z Jerzym Nowosielskim, Znak Kraków 2010, str. 388)

  9. Bardzo lubię Nowosielskiego i rzeczywiście ma on czasem skłonności gnostyckie, jak chyba każdy myślacy człowiek. Z pewnością są takie elementy gnozy, które są wartościowe. Ale gnoza poprowadzona do skrajności to negacja świata i cielesności, przesunięcie się w stronę duchowości. wtedy rodzi się konkurencja, kto jest bardziej duchowy, uduchowiony, kto ma większą wiedzę. Jednak dla chrześcijanina nie wiedza jest rzeczą najważniejszą, ale wiara i miłość, czego uczył Jezus. Nie podoba mi się elitaryzm i ścisła hierarchia w gnozie. Nie podoba mi się gnostycka skłonność do ascezy i czystości. To moje zdanie. A, i jeszcze nie podoba mi się sztywny dualizm bez pośredniości. Sztywne kategorie przeciwstawne sobie. Nie podoba mi się przecenianie sił zła.
    Proszę mi powiedzieć, co tak atrakcyjnego jest w gnozie?

  10. BYĆ CHRZEŚCIJAŃSKIM GNOSTYKIEM

    Słuszna uwaga Pana T. Wilgosza skłania mnie również do komentarza. Chrześcijańskim gnostykiem, miłośnikiem prawdziwej wiedzy (gnosis!), która budzi troskę nie tylko o (własne) zbawienie, ale również inspiruje do twórczości, chciał być w swoim życiu także rosyjski filozof MIKOŁAJ BIERDIAJEW. Z podziwem odnosił się do Klemensa Aleksandryjskiego, wczesnochrześcijańskiego myśliciela poszukującego wiedzy, która daje mądrość.

    Nowosielski dobrze znał pisma Bierdiajewa. Nic dziwnego że tak wypowiadał się o gnozie, jak mówił o tym w rozmowie ze Zbigniewem Podgórcem. Chyba żaden myśliciel tak nie piętnował jak Bierdiajew ascetycznej i ponurej wizji chrześcijaństwa. „Nie mogę zbawiać się sam, w pojedynkę. (…), „odrzucam egoizm zbawienia” – pisał. „Bogu wcale nie są potrzebni pokorni i posłuszni niewolnicy, wiecznie drżący i egoistycznie zajęci sobą. BOGU POTRZEBNI SĄ SYNOWIE [i córki, W.H.], WOLNI I TWÓRCZY, MIŁUJĄCY I PEŁNI ODWAGI. Człowiek strasznie skaził obraz Boga i przypisał Bogu swoje własne skażenie i grzeszną psychologię”.

    Chrześcijanin powinien cenić dar rozumu i wiedzy, która nie jest bynajmniej sprzeczna z wiarą i miłością. Bierdiajew pisał w sposób wręcz drastyczny. Posłuchajmy:

    „Mówią nam, że prosta baba zbawia się lepiej niż filozof, a do zbawienia nie jest potrzebna wiedza i kultura. Można jednak wątpić w to, że Bogu potrzebne są wyłącznie proste baby, że wyczerpuje się w tym Boży plan dotyczący świata, Boża idea świata. Zresztą ‘prosta baba’ jest obecnie mitem, gdyż stała się nihilistką i ateistką. Wierzącym zaś stał się filozof i człowiek kultury. [Bierdiajew pisał te słowa w okresie ateistycznego ateizmu w Rosji; przyp. W.H..]. Mogą na swój sposób zbawiać się ignoranci i durnie, a nawet idioci, można jednak wątpić, że w Bożą ideę świata, w zamysł królestwa Bożego, wchodzi wyłącznie zaludnianie raju ignorantami , durniami i idiotami. Można sądzić, nie naruszając przy tym należnej pokory, że Boży zamysł dotyczący świata jest bardziej wzniosły, bardziej różnorodny i bogaty, że wchodzi weń cała pozytywna pełnia bytu, ontologiczna doskonałość. Apostoł zaleca być DZIEĆMI WEDŁUG SERCA, ALE NIE WEDŁUG ROZUMU. Twórczość człowieka, sztuka, wynalazki, doskonalenie społeczeństwa nie są potrzebne dla osobistego zbawienia, ale dla zrealizowania zamysłu Bożego dotyczącego świata i człowieka, dla przemienienia kosmosu, dla królestwa Bożego, które obejmuje całą pełnię bytu. Człowiek powołany jest do bycia twórcą, współuczestnikiem Bożego dzieła stworzenia i urządzania świata, a nie tylko po to, aby się zbawiać”.

    I jeszcze jedna wypowiedź, równie dosadna:

    „Pora już przestać mówić o prostackim chrześcijaństwie, o chrześcijaństwie prostej baby. Takie chrześcijaństwo jest obecnie mitem. Nie takim było chrześcijaństwo Ojców Kapadockich. Wchodzimy w epokę chrześcijaństwa złożonego intelektualnie (…). Myśl, wiedza – są wolne ze swej natury i więdną pod wpływem przymusu. W samej myśli, w samej wiedzy zapala się nowe światło, następuje oświecenie. Na immanentnych drogach poznania zostaną w końcu uświadomione GRANICE UMYSŁU I GRANICE WIEDZY, zostanie przezwyciężony racjonalizm. Uświadomienie tych granic nie przekreśla wiedzy i nie poniża, ale poszerza poznanie; jest to docta ignorantia. Uświadomienie granic rozumu jest oświeceniem rozumu i zdobyciem dla siebie wyższego rozumu”.

    Tyle z książki Nikołaja Bierdiajewa, GŁOSZĘ WOLNOŚĆ. WYBÓR PISM. Wybór, wstęp i przekład Henryk Paprocki, Warszawa: Fundacja Aletheia 1999.

    Zachęcam serdecznie do jej lektury! TRZEBA DUŻO MĄDROŚCI I ODWAGI, ABY BYĆ CHRZEŚCIJAŃSKIM GNOSTYKIEM, NIE OBCIĄŻONYM JEDNAK BŁĘDAMI TEGO NURTU, KTÓRY NAZWANO GNOSTYCYZMEM.

  11. Jeśli wierzyć uznanym przez KrK objawieniom prywatnym to tutaj mamy wszędzie „wybrańców” bez wykształcenia, ludzi prostych, nierzadko z nizin społecznych (Faustyna, dzieci z Fatimy, Bernadetta i wiele wiele innych przykładów, gdzie na odbiorcę orędzia, objawienia zostawali wybierani tzw. prostaczkowie).
    W tych przypadkach nie można było mówić o wielkim intelektualizmie, a zostały one pokazane przez Kościół jako wzory do naśladowania.
    Mam wrażenie, że cały czas patrzy się na ludzi okraszających swoją wiarę „nadmiarem rozumu” bardzo nieufnie, dając właśnie za najlepszy przykład wyżej wymienionych świętych na zasadzie – patrz Bóg wybiera tych, którzy nie zadają pytań, tylko wierzą i są pokorni.

  12. Bardzo ciekawie pisze Bierdiajew. Muszę sobie kupić tą książkę. Z pewnością inne jest chrześcijaństwo prostej baby, a inne intelektualisty. A pomiędzy prostą babą a intelektualistą jest wiele kategorii pośrednich. Co wystarcza prostej babie, nie wystarcza intelektualiście. Każdy powinien się wgłębiać w wiedzę na miarę własnych potrzeb. A na świecie zawsze było więcej prostaczków niż intelektualistów. Więcej ludzi oglądających TV niż czytających Ewangelię, nie mówiąc o dziełach teologów. Proste baby może nie miały możliwości zagłębić się w słowo Boże, bo musiały całe życie pracować. Większość ludzi na świecie jest zbyt zajęta troską o przeżycie, aby mieć czas na intelektualne refleksje. Z tego może wynika obfitość świętych – prostaczków. Po prostu odpowiada statystycznie rozkładowi społeczeństwa. Byli też święci intelektualiści, np. Edyta Stein.
    Nie podoba mi się nazywanie kogoś prostą babą. Czy intelektualista stawia się wyżej tzw prostej baby z powodu swojej wiedzy? Poza tym, dlaczego to ma być baba, a nie chłop? Pułapki elitaryzmu: nie można dostrzec, że nauczyć się można czegoś o Bogu od prostej baby lub prostego chłopa.

  13. Bierdiajew pisał: „MÓWIĄ NAM, że prosta baba zbawia się lepiej niż filozof…” Skoro tak mówią, to i on posługuje się tym językiem, aby wyjaśnić nieporozumienie. Oczywiście, że to język drastyczny i razi nas w dobie tzw. inclusive language. Jeżeli już, to mówmy o „prostej babie” i „prostym chłopie”. Nie sądzę, że Bierdiajew chciał „stawiać się wyżej” (co to znaczy?) od „prostej baby” z powodu swojej wiedzy. Sam wyraźnie podkreśla, że nasz ludzki rozum i nasza ludzka wiedza znają w trakcie poszukiwań swoje granice; że w końcu jest to tylko docta ignorantia.

    „Obfitość świętych prostaczków”, o której pisze Estel i Anna.
    W Kościele chętnie powołuje się na słowa Jezusa: „Wysławiam Cię, Ojcze (…), że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25; przekład Biblii Tysiąclecia). Prostaczkom? W oryginale: „NEPIOIS”, a więc dzieciom w wieku 2-6 lat, małoletnim. Ale to jest właśnie wiek, w którym dziecko bez końca stawia najwięcej pytań: „dlaczego?” Chce po prostu wiedzieć! Tymczasem, jak mówi Ewangelia, nawet uczniowie nie stawiali czasem Jezusowi pytań, bo się bali! A On zachęca wręcz do postawy owych „nepioi”, ciekawych świata małolatów. Dlaczego tak boimy się pytań? Bez dobrych pytań nie ma dobrych odpowiedzi. Nie stawiać sobie i innym pytań to oznaka lęku i ucieczki. Nawet prości ludzie mają swoje lęki, nie dowierzają, ale boją się o tym mówić (zwłaszcza swoim proboszczom!).

    SPROSTOWANIE. W swoim komentarzu przeoczyłem w pośpiechu błędne sformułowanie: „Bierdiajew pisał te słowa w okresie ateistycznego ateizmu w Rosji”. Masło maślane! Chodzi oczywiście o „komunistyczny ateizm” w ZSRR. Nie warto się śpieszyć. „Festina lente” – mówi stara łacińska maksyma.

  14. Z bardzo pobieżnego przeglądu różnych tłumaczeń wychodzi, że przekłady „protestanckie” mają tu najczęściej „niemowlętom”. Może to też nie do końca to, o co chodzi (może powinno być „maluchom”, „dzieciaczkom”, „małym dzieciom”), ale już bliżej. Jest też wersja „maluczkim”, ale to słowo kojarzy się z kimś, kto nic nie znaczy, więc też chyba nie jest za dobre, mimo że dzieci w czasach biblijnych za wiele nie znaczyły.

  15. „Niemowlę” (=jeszcze nie mówiące!), noworodek, dzieciątko ssące pierś matki (osesek), to greckie „BRÉPHOS”. Np. Dzieciątko Jezus, (tó) BRÉPHOS IĒSOUS.

    Nie sposób nazywać „niemowlętami” te dzieci, do których odnosi się greckie słowo „NEPIOI”. Niemiecka „Einheitsübersetzung” przekłada Mt 11,25: „…den Unmündigen aber offenbarst hast”, a więc „małoletnim”.

    Boję się beztroski tłumaczy greckiego oryginału. Nie bez powodu mówi się: „Traduttore – traditore!” Tłumacz – zdrajca.

  16. Ja ma NT tłumaczony z greckiego (tak jest tutaj napisane) i też są „prostaczkowie” zamiast dzieci. Dlaczego wstawiono do diabła tych prostaczków? Przecież to jest całkowicie inny sens. Co to jest w ogóle za tłumacżenie z greckiego? Czuję się zrobiony w trąbę. Wyobrażam sobie teraz, że z racji tego złego przekładu i w oparciu o tych prostaczków, ktoś poświęcił dwadzieścia lat życia na rozmyślanie na temat jakiegoś objawienia, które się dokonuje u prostaczków, ale nie dokonuje się ono jednocześnie u roztropnych. Pewnie nie brakowało takich, którzy z tej racji porzucili roztropność na rzecz bycia prostaczkami.

    Druga rzecz to mi się wydaje wręcz niepojęta. Jak to jest możliwe, że uczniowie Jezusa mieli syna Boga obok siebie, który potrafił wskrzesić Łazarza, który już cztery dni leżał w grobie, a po wskrzeszeniu ucztował; który dzieweczce rozkazywał: wstań dzieweczko etc. I mając tego syna Boga obok siebie nie zadali mu pytania skąd jest te cholerne zło, ani też tego np. czy ludzie muszą aby umierać i dlaczego istnieje cierpienie, albo np. Dlaczego Hioba musiały spotkać takie katusze, że już nie powiem, że dziwi mnie zupełnie, że nikt z uczniów nie wdał się w polemikę dotyczącą samego Pana Ciemności i nie dopytał: istnieje, czy to jest tylko wytwór wyobraźni ludzkiej ? Jest prawdziwy, czy to tylko materializacja jakiegoś sadystycznego ‚fragmentu’ człowieka, która się dokonuje pod wpływem wyobraźni. Jest całkowicie zły, czy też ma jakieś swoje racje i tym podobne.

  17. Chciałem też dopytać o coś następującego: skoro przy przekładzie z greckiego ktoś wstawia ‚prostaczków’ zamiast ‚dzieci zadające pytania’ to co w rzeczywistości powiedział Jezus i jaką możemy mieć tego pewność, że w ogóle coś podobnego powiedział? Język Ewangelii Mateusza był językiem greckim, czy pierwotnie był to język aramejski, albo hebrajski i została ona na grekę przetłumaczona? Ewangelista Mateusz spisywał te wypowiedzi korzystając z jakiegoś źródła spisanego, czy też jakiejś tradycji wędrującej jako opowieść? A tekst pierwotny Ewangelii – zachował się ten spisany przez Mateusza, czy też jakiś jego odpis? Ile było takich odpisów tego źródła, z którego korzystał Ewangelista, albo pośredników przechowujących opowieść? Czy można mieć tutaj pewność co do tego, że źródłem był jakiś zwój tekstu? Kto go mógł spisać? Wykluczam oczywiście coś podobnego jak to, że Mateusz był świadkiem tej wypowiedzi Jezusa i zachował się jak protokolant. Albo, że protokolantem był ktoś inny. A Jezus ? Czy mógł coś podobnego powiedzieć po grecku ? Nie chcę sugerować, że nie mógł się nauczyć greki, skoro inni uważali go za syna Boga, ale musiał przemawiać tak, żeby ktoś Go mógł zrozumieć, skoro ta wypowiedź ma miejsce po innej wypowiedzi o charakterze mowy prorockiej. Więc był to język aramejski? Na ile wierny mógł być zapis z którego korzystał Ewangelista? W jakim języku mógł ten zapis być …zapisany? A jeżeli to była tradycja ustna? Na ile mogła być wierna pierwotnej wypowiedzi Jezusa? Przecież, jeżeli zważyć ile tutaj kłopotów translacyjnych czeka na przekład tej wypowiedzi i jeżeli przypomnieć, że pomylono się przy tłumaczeniu z jednego języka na drugi, to można po prostu przyznać wprost, że cała ta treść mogła być równie dobrze wyssana z palca i Jezus mógł nigdy czegoś podobnego nie wypowiedzieć publicznie. A jeżeli już powiedział – i ktoś tak stwierdzi przy okazji tej wypowiedzi – to możemy mieć tylko blade pojęcie o tym co takiego chciał przekazać – natomiast treści wypowiedzi możemy być pewni ‚na wiarę’. Nie jest tak ? (Chociaż mnie się podoba – przyznaję – wersja z dziećmi).

  18. Ojcze Wacławie, bardzo się cieszę, że się Ojciec pojawił i ożywił dyskusję. Cieszę się tym bardziej, że mam w tym swój mały udział :-). Pierwszy akapit Ojca chyba sobie wydrukuję i włożę do mojego pudełka (relikwiarza) razem z kartką od Ojca z 1993, którą wysłał mi Ojciec do Taize. Niesamowite fragmenty z Bierdiajewa (od Ojca już zaraziłem się Bułgakowem, teraz kolejny Rosjanin na B)i rozmyślania wokół NEPIOIS – oba wątki zmierzające do dodania nam odwagi. Ja aż poczułem kopniaka: „czemu się boicie? Czemu nie stawiacie odważnych pytań, tez? Macie być twórcami, współuczestnikami Bożego dzieła stworzenia, przemieniać Kosmos!”
    A ja tu nieśmiało wysuwam nos nad klawiaturę…
    Mali Nepiois niczego się jeszcze nie boją, ale i sędziwi mędrcy już się nie boją i zarażają swoją odwagą. Dziękuję Ojcze.

  19. Właśnie – dlaczego mamy przyjąć Królestwo Boże jak dzieci? Te słowa Jezusa łączą się z tym, że dzieci pojmują „te rzeczy”. Dzieci nie mają jeszcze wiedzy. One dopiero sobie w głowach świat układają. Natomiast dorośli, zarówno prostaczkowie jak też intelektualiści mają już wszystko poukładane i nie mają wątpliwości, czy jest to poukładane dobrze, czy może można by poukładać lepiej. Mają swoje nawyki myślowe, schematy myślenia, według których wszystko oceniają i sądzą. Dzieci są jeszcze wolne od schematów. Jezus nauczał przede wszystkim sposobu myślenia, nie wiedzy jako takiej. „Jak myśleć?” zamiast „co myśleć?”
    Chrześcijanie powinni myśleć na przekór schematom, podważać ustalone „prawdy”, pytać właśnie „dlaczego?”. Powinni jak Jezus burzyć coś, aby coś na nowo zbudować. Oddzielić, aby inaczej połączyć.
    Tomek pyta, dlaczego uczniowie nie zadali Mu tak wielu ważnych pytań. Ale może zadali, tylko w Ewangeliach to nie jest opisane. Przecież Ewangelie to tylko wycinki, nie całość. Ewangelista Marek przyznaje, że Jezus nauczał ludzi w przypowieściach, czego nie zawsze rozumieli, natomiast uczniów bliższych nauczał oddzielnie. Pewnych Jego nauk zapewne Ewangeliści nie zapisali. Z tym trzeba się pogodzić.
    Kiedy zastanawiałam się nad tym, co właściwie przekazują Ewangelie, to doszłam do wniosku, że wiemy tylko tyle, ile Ewangeliści chcieli nam ujawnić, ile zapamiętali bądź od kogoś usłyszeli, jak to odebrali i zinterpretowali. Pewne rzeczy w Ewangeliach są czystą interpretacją, np to, co Jezus powiedział przed Piłatem, bo żaden uczeń nie był tego świadkiem.
    Co do języka to wiem już teraz, że grecki oryginał różni się czasem znacznie od polskich przekładów, więc postanowiłam nauczyć się greki. Idzie mi to dość powoli, ponieważ ten język niczego znanego mi nie przypomina. Jest fajna książka B D Ehrmana „Przeinaczanie Jezusa”, która opowiada właśnie o jezyku, kopiowaniu manuskryptów, dodawaniu fragmentów do Ewangelii etc. Jak z tego wszystkiego dojść do sedna przekazu Jezusa? Trudno, ale chyba jest to do pewnego stopnia mozliwe.

  20. Jeszcze jedno: są tacy, którzy mówią, że Jezus nie powiedział nic nowego, że wszystkie Jego słowa już kiedyś przez kogoś były wypowiedziane. Skąd więc ta Jego uderzająca nowość? Właśnie stąd, że On brał różne kawałki stąd i zowąd i je inaczej układał, przestawiał, pokazywał różne możliwości, paradoksy nawet i sprzeczności. To był Jego oryginalny sposób myślenia, który sprawił, że widzimy sprawy w nowy sposób, mimo że wszystkie składniki „nowej wiedzy” wydają nam się znane.

  21. Jeszcze w kwestii nepiois: u ks. R. Popowskiego jest „małym”, ale to słowo też raczej nie oddaje do końca tego, o co może chodzić w słowie greckim. Z kolei gdyby zastosować tu „małoletnim”, to kojarzyłoby się chyba z małoletnimi z kodeksów. W każdym razie widać, że tłumacze szukają lepszych odpowiedników polskich słów, oczywiście jeśli uważają, że mogą i powinni przeciwstawić się jakiejś tradycji translatorskiej. A z tą nie jest łatwo, bo przecież gdy Mt 11, 25 będzie czytany w kościele, to w przekładzie Biblii Tysiąclecia, a więc z „prostaczkami”. Ale to pokazuje, że zwodnicze jest opieranie się na jednym tłumaczeniu, bez przynajmniej próby dotarcia do możliwych znaczeń oryginału.
    I w ten sposób dochodzimy do pytania Tomka, co tak naprawdę powiedział Jezus. Na temat powstania Ewangelii, kolejności ich powstawania, autorstwa itd. jest wiele teorii. Pewne jednak jest, że Jezus nie mówił po grecku, a więc niezależnie od tego, w jakim języku były spisane ewangelie, słowa Jezusa musiały być przetłumaczone. Przy tej operacji oczywiście mogły pojawić się przekłamania, nawet wynikające nie z niekompetencji tłumacza, ale z tego, że nie było stuprocentowego odpowiednika danego słowa albo Grecy pod danym terminem rozumieli coś innego niż Żydzi. Inna sprawa, w jakim języku były pisane ewangelie. Są różne teorie, wśród nich i dość ciekawa teoria Jeana Carmignaca, według której najpierw powstała Ewangelia Marka (hebrajska) i „Zbiór mów” (hebrajski). Z nich kompilator stworzył jeden dokument: uzupełnioną Ewangelię Marka (hebrajską). Ten dokument zaginął, bo nie został przetłumaczony na grecki. Jednak to właśnie z tego dokumentu powstała Ewangelia Mateusza (hebrajska), której autor dodał do „uzupełnionego Marka” np. ewangelię dzieciństwa, pewne przypowieści itp. Z kolei Łukasz korzystał ze wszystkich czterech źródeł (hebrajski Marek, hebrajski Marek uzupełniony, hebrajski „Zbiór mów” i hebrajski Mateusz), ponieważ jednak nie znał hebrajskiego, postarał się o ich przetłumaczenie na grecki, a następnie z tego materiału ułożył swoją ewangelię, dokonując retuszów w tłumaczeniu, które było pełne semityzmów. Za tym, że pierwotnie Mateusz i Marek były napisane po hebrajsku, przemawiałoby to, że dość łatwo przełożyć je z powrotem na hebrajski. Teoria Carmignaca wzbudziła wiele kontrowersji, ale są i tacy, którzy uważają ją za prawdopodobną. Jednak gdyby była ona prawdziwa, to pokazywałaby, że od samego początku mamy do czynienia z tłumaczeniem, które zawsze jest w jakimś stopniu zdradą oryginału. Jeśli zatem pytasz, Tomku, o pewność, że Jezus powiedział dokładnie to, co jest zapisane w Mt 11, 25 (po grecku), a przynajmniej miał na myśli greckie słowo „niepiois”, to takiej pewności nie można mieć.
    Czy w tej sytuacji mamy odrzucić ewangelie w kąt jako niewiarygodne, bo mogą być w nich słowa, których Jezus nie wypowiedział albo wypowiedział inaczej? Można tu oczywiście odwołać się do natchnienia Ducha Świętego i Tradycji, a więc roli świadków w przekazie informacji o dziele Jezusa. Ale można też zadać sobie pytanie, czy w ogóle jest coś takiego jak jakiś przekaz w czystej postaci, niczym nieskażony. Przecież gdy przeniesiemy na papier to, co jest mówione, to już tu następuje pierwsza interpretacja, a choćby najdokładniejszy opis sytuacji nie odda wszystkich niuansów. Oprócz tego nie następuje jakaś bezpośrednia transmisja tekstu do naszych głów w ten sposób, że wywołuje on u każdego z nas te sam skojarzenia. Myślę więc, że nie należy zbytnio przejmować się tym, że nie mamy bezpośredniego dostępu do słów Jezusa, bo gdybyśmy nawet mieli, i tak dla każdego znaczyłyby one coś innego. Ale też możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje, że chrześcijaństwo jest tak fascynujące.

  22. Do obydwu Tomków

    JESZCZE O „PROSTACZKACH”

    To zdumiewająca historia. Nasz stary biblista JAKUB WUJEK w swoim przekładzie z 1599 r. miał czucie oryginału greckiego. Jezus wyznaje, że pewne rzeczy Bóg zakrył przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je „MALUTKIM” (nie: „maluczkim”!). Mam przed sobą także Nowy Testament Marcina Lutra (Text der Lutherbibel). On też tłumaczył podobnie: „(du) …hast es den UNMÜNDIGEN offenbart“. A więc „małoletnim“. Tak też w naszym przekładzie ekumenicznym z 2001 r.: „…odsłoniłeś je tym, którzy są jak MAŁE DZIECI” Nie wiem doprawdy, kto pierwszy wpadł na pomysł z tymi „prostaczkami. Chyba w naszej „Tysiąclatce”.

    Wiemy, że Jezus mówił po aramejsku. Warto czytać wstępy do poszczególnych Ewangelii, a w tym przypadku do Ewangelii według Mateusza (powstałej ok. r. 80 po Chrystusie). Z tekstu wynika, że autor napisał ją głównie dla chrześcijan pochodzenia hebrajskiego. W przekładzie ekumenicznym (2001) czytam: „Dziś dużą popularnością cieszy się teoria, mówiąca o DWUETAPOWOŚCI powstawania tej Ewangelii. Pierwotnie Księga ta, niezależna od Ewangelii według Marka [uważanej przez wielu biblistów za wcześniejszą, przyp. W.H.], byłaby autorstwa Mateusza. Ostateczna zaś wersja byłaby jej TŁUMACZENIEM, dokonanym przez uczniów Apostoła, uwzględniającym też Ewangelię według Marka i własne źródła”.
    Skoro Jezus mówił po aramejsku, więc ta pierwotna wersja Ewangelii była zapisana w języku aramejskim. Niestety, nie zachowała się (i chyba się już nie odnajdzie). Szkoda! Znamy tylko tekst grecki.

    SPRAWA ZADAWANIA PYTAŃ JEZUSOWI PRZEZ UCZNIÓW.

    W mowie pożegnalnej Jezus mówił: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale TERAZ znieść nie możecie” (J 16,12; przekład Biblii Tysiąclecia). Przekład ekumeniczny: „… ale teraz nie możecie temu podołać”. Ważne słówko: „TERAZ”. A po zmartwychwstaniu? Czytajmy końcówki czterech Ewangelii. Łukasz w Dziejach Apostolskich zapisał: „Ukazywał się przez 40 dni i mówił o królestwie Boga” (Dz 1,3). Ileż spraw można poruszyć przy tym temacie! A więc rozmawiali, pytali: „Panie, czy w tym czasie przewrócisz królestwo Izraelowi?”. To ich widać bardzo interesowało! I to zapisano. Odpowiedź była stanowcza: „Nie wasza to rzecz poznać dni i godziny, które Ojciec ustanowił swoją mocą…” (Dz 1,6).

    O innych pytaniach nie wiemy. Może były, ale jeśli Ewangelie spisywano kilkadziesiąt lat po odejściu Jezusa, po prostu nie zapisano ich więcej. Może zatarły się w pamięci. Może uznano je za mniej potrzebne człowiekowi. Nie wiem. I tak podziwiać można pamięć tamtych ludzi, nie przytłoczoną natłokiem informacji, których doświadczamy obecnie. Była to chyba w dużej mierze pamięć zbiorowa, pamięć wspólnot, w których stale słuchano świadków Ewangelii, Dobrej Nowiny Jezusa. Bibliści trudzą się, aby ustalić autentyczne Jego słowa, tzw. ipsissima verba Iesu. Nie jest to zadanie łatwe. Mamy Ewangelie kanoniczne takie jakie mamy. I jest to w sumie jedna „czterokształtna Ewangelia” odzwierciedlająca różną wrażliwość poszczególnych autorów.

    Nie dowiemy się, czy uczniowie, którzy przeżyli boleśnie dramat Golgoty nie pytali Jezusa, zwłaszcza po zmartwychwstaniu – jak napisał Tomek – ,,skąd jest to cholerne zło (…), czy ludzie muszą aby umierać i dlaczego istnieje cierpienie”. Musimy sami przebijać się do odpowiedzi na podobne pytania w oparciu o całe świadectwo mądrości Biblii. Niełatwe zadanie na całe wieki i tysiąclecia (jeśli przetrwamy na naszej Planecie Ziemi). Bądźmy wdzięczni za choćby ten niezwykły werset Mt 11,15 o NEPIOI – „małych dzieciach”, „małoletnich”, nieustannie zadających pytania. (Uwaga: nepiois – to trzeci przypadek, dativus, komu Ojciec objawił „te rzeczy”).

    Pozdrawiam obydwu Tomków i życzę mądrej drogi życia.

  23. Jeszcze odnośnie mojego pierwszego komentarza- ten nacisk w kościele na szczególną rolę ludzi „prostych” chyba bierze się stąd, że jest takie przekonanie, że za duża wiedza może wpędzić człowieka w pychę, a ta jest główną przeszkodą do dialogu z Bogiem i pozytywnej Jemu odpowiedzi. Przykłady tych świętych pokazują, że nie mając za dużo wiedzy, a tylko niezachwianą wiarę można stać się narzędziem w bożych rękach.
    Mnie to do końca nie przekonuje, jednak nie da się nie zauważyć, że ogromna większość tych objawień rzeczywiście miała miejsce wśród ludzi, którzy nie mieli teologicznego wykształcenia, wielokorotnie nie mieli żadnego!
    To wygląda jakby Bóg „ucierał nosa” tym, którzy życie poświęcają na zgłębianie Go, a wybierał „ignorantów”, którzy za dużo nie myślą, ale ufają we wszystko.
    Taki przykład może skłaniać w skrajnej formie do tego, że żeby poznać i spotkać Boga należałoby odrzucić księgi i wierzyć tak jak robili ci prości, niewykształceni święci, że to jest droga do Boga.

  24. Również pozdrawiam i przy okazji dziękuję za książkę Bóg wszystkim we wszystkich (którą aktualnie przeglądam).

    Ciekawe jest to spostrzeżenie, że 11,25 Mt dotyczy nie prostaczków a dzieci. Ale jeszcze ciekawsze jest w tym wszystkim to, że ktoś zauważył, że w tym wieku zadaje się najwięcej pytań, co jest absolutnie kluczowe (ja kiedyś zadałem w tym wieku swojemu ojcu – podczas jazdy pociągiem – pytanie, czy Ruda Śląska jest ‚śląska’ ponieważ produkuje się w niej kiełbasę śląską, co wywołało śmiech wszystkich wokół). Może to być przecież zachęta do tego, żeby szukać na własną rękę, od nowa, a nie zdawać się tylko na autorytet i świadectwo, czy przeczucie innych. To jest bardzo ważne, a o tym się teraz raczej nie pamięta. Kościół dzisiaj tego nie uczy! A szkoda.

  25. Estel wraca do problemu podkreślania w Kościele szczególnej roli ludzi „prostych”. Owszem, wiele jest objawień prywatnych było udziałem osób „prostych”, ale przecież i ci „wykształceni” nie byli ich pozbawieni, co potwierdzałby np. przypadek św. Tomasza z Akwinu, mimo że do kaplicy św. Mikołaja w Neapolu, miejsca, w którym Doktor Anielski miał doświadczyć wizji, podczas której usłyszał: „Dobrze o mnie napisałeś, Tomaszu”, nie jeżdżą pielgrzymki. Myślę, że wniosek, iż Bóg chce utrzeć nosa „wykształconym” nie całkiem jest uprawniony. Może tu chodzić raczej o coś innego. By to zobrazować, odwołam się do teologa żydowskiego, Abraham J. Heschela, chociaż podobne wypowiedzi znajdzie się zapewne u autorów katolickich:

    Co więcej, modlitwa może prowadzić do wglądu; często ubogaca nas rozumieniem, jakiego nie można by osiągnąć na drodze spekulacji. Nasze najgłębsze olśnienia, decyzje i postawy rodzą się w chwilach modlitwy. Często tam, gdzie zawodzi refleksja, sukces odnosi modlitwa. Tym, czym myślenie jest dla filozofii, modlitwa jest dla religii. Ale modlitwa może iść dalej niż spekulacja. Prawda świętości nie jest prawdą spekulacji – to prawda kultu.

    Jeśli do tego dodamy przekonanie Ewagriusza z Pontu, że „jeżeli jesteś teologiem, będziesz prawdziwie się
    modlił, a jeśli prawdziwie się modlisz, jesteś teologiem”, to widzimy, że być może filozof i „prosta”, ale modląca się „baba”, by odwołać się do Bierdiajewa, nie są od siebie wcale bardzo odlegli, jeśli chodzi o poznanie Boga, chociaż dochodzą do niego innymi drogami. Owszem, błędem jest, jeśli myślimy, że któraś z dróg jest lepsza (Bierdiajew sprzeciwiał się wywyższaniu drogi „prostej baby”). Najlepiej, gdy wiedza i kultura oraz modlitwa spotykają się w jednej osobie. Jeśli jednak tak się nie dzieje, to modlitwa może doprowadzić, jak się wydaje, do tego samego co spekulacja. Nie chodzi tu więc o niezachwianą i bezrefleksyjną wiarę, ale o modlitwę.

  26. W nawiązaniu do Estel i P. Roberta – jeszcze kilka refleksji, zanim znowu oddam się całkowicie pilnej pracy pisarskiej.

    W Pierwszym Liście do Koryntian są słowa, które często służą pochwale świętych pokornych, niewykształconych, niechętnych myśleniu i pytaniu. Broniąc nauki o Krzyżu, uznawanej przez pogan i żydów za „głupstwo”, a będącej przejawem „mocy Boga”, Apostoł Paweł przytacza słowa z proroctwa Izajasza: „Wytracę mądrość mądrych i rozum rozumnych obrócę wniwecz” (1 Kor 1,19; Iz 29,14). Oczywiście, można pytać: Jaką mądrość? Jaki rozum rozumnych? Skoro jednak wieść o Krzyżu uchodzi w oczach tychże „rozumnych” za głupstwo, taki stan rzeczy rzuca cień na wiarygodność samej Ewangelii. Dla Pawła to właśnie Chrystus jest przecież „mocą Boga i mądrością”, a to, „co głupie u Boga, jest mądrzejsze niż ludzie” (1,24-25). No i argumentacja zwrócona wprost do Koryntian – przypatrzcie się dobrze waszej wspólnocie: „niewielu tu mądrych według ciała”. I jeszcze mocniej: „To właśnie, co głupie według świata, wybrał Bóg, aby ZAWSTYDZIĆ mądrych; to, co słabe według świata, wybrał Bóg, aby ZAWSTYDZIĆ to, co mocne; (…) żeby żaden człowiek nie mógł się chlubić przed Bogiem” (1,27.29). Znamienne słowa. Dwa razy o zawstydzeniu przez Boga! Ale kogo? Kogo? – Ówczesnych „mądrych”, co szydzili z mądrości Ewangelii i „głupstwa” mowy o krzyżu.

    Czy to ma być zachętą dla nieuctwa i potępieniem szukania prawdziwej mądrości? Bynajmniej! Sam Apostoł nie był żadnym „prostaczkiem”, ani nieukiem. To człowiek wykształcony u wielkiego mistrza. Poznawszy Chrystusa stale szukał głębszego rozumienia Jego tajemnicy: „aby Go poznać – zarówno moc Jego zmartwychwstania, jak i udział w Jego cierpieniach” (Flp 3,10). Do tego zachęcał wierzących. Czymże innym są jego listy? To już nie przypowieści, ale solidna i dalekosiężna refleksja nad tym, co wydarzyło się w dziejach ludzkich wraz z przyjściem Chrystusa, Jego nauczaniem, wydarzeniami śmierci i zmartwychwstania. To nauka o prawdziwej mądrości, chrześcijańska „sofio-logia”, wiara refleksyjna, której częstym wyrazem w listach są momenty prawdziwie modlitewne.

    I jeszcze jedno. Wielu wybitnych Ojców Kościoła było w swoim czasie ludźmi wykształconymi o wysokiej kulturze i szerokich horyzontach umysłowych, co wcale nie stało na przeszkodzie, aby Kościół uznał ich za świętych, niejednokrotnie z przydomkiem „Wielki”. To ludzie modlący się i mówiący o potrzebie modlitwy. Bierdiajew wymienił dla przykładu Ojców Kapadockich (zob. mój wcześniejszy komentarz).

    Mamy więc w chrześcijaństwie RÓŻNORODNOŚĆ DRÓG do Boga. Każda i każdy z nas musi odnaleźć swoją własną i niepowtarzalną drogę. Pan Bóg nie musi „ucierać nosa” tym, którzy trudzą się myśleniem i wybierać jedynie „ignorantów”. Ma swoje dzieci, które wybierają – często przy udziale innych, wpływie dobrym czy złym – drogę swojego życia. Ma więcej darów niż rozdał, jak często mawiał ktoś z moich nieżyjących już bliskich.

  27. Rzeczywiście tyle dróg do Boga ilu ludzi. Może to tylko wrażenie, ale wydaje mi się, że w Polsce, w takich zwyczajnych parafiach, nie ośrodkach akademickich nie przybliża się ludziom- wiernym opcji zgłębiania Boga rozumem. Ja często słyszę, że nie należy zadawać zbyt wielu pytań, bo to może zaprowadzić na manowce i oddalić od Boga, a za przykład są podawani owi święci, o których pisałam. Może dlatego nazywa się nasz Kościół ciemnogorodem? Może też ludziom niepotrzebne jest głębsze drążenie, pamiętam z dzieciństwa proboszcza mojej byłej parafii, który organizował życie intelektualne. Proboszcz na wniosek parafian odszedł, bo ludziom przeszkadzało, że zajmuje się pierdołami -dosłownie, a kościół w środku nieodmalowany i wypadałoby wymienić ogrodzenie. Nie była to jakaś wiejska parafia. Mi brakuje w Kościele takiej zachęty do pogłębiania wiedzy, dawania przykładów świętych takich jak podał ks. Hryniewicz i Robert.

  28. Wieczorną już porą otwieram dzisiaj Nowy Testament, a oto wzrok mi pada od razu na słowa o najważniejszym pierwszym przykazaniu:

    „Będziesz miłował Pana, swego Boga,
    całym swoim sercem,
    całą swoją duszą i
    CAŁYM SWOIM UMYSŁEM (Mt 22,37).

    Miłować Boga nie tylko sercem i duszą, ale również CAŁYM UMYSŁEM.
    Czy to nie jest przykazanie niezwykłe? Miłość intelektem? Serce na pierwszym miejscu. Tak! Ale jest także miłość umysłu, wręcz miłość intelektualna. Nie musimy skazywać intelektu na wygnanie i panicznie się go lękać…
    Resztę pozostawiam na spokojną niedzielną medytację.

  29. Chciałem o coś jeszcze dopytać. O różnicę pomiędzy Ewangeliami Mateusza, Marka i Łukasza jeżeli chodzi o opowieści o opętanych oraz o ślepcach. Opieram się na moim tłumaczeniu NT z języka greckiego, ale podobnie jest w Tysiąclatce. Np. jeżeli chodzi o opętanych Mateusz (Mt. 8, 28) twierdzi, że było ich dwóch, a Marek (Mk. 5, 2) twierdzi, że opętany był tylko jeden człowiek. U Łukasza ten passus jest identyczny jak u Marka, jeżeli chodzi o liczbę opętanych (jest to tylko jeden człowiek Łk. 8, 27). U Mateusza Jezus uzdrawia też dwóch ślepych (Mt, 20,30), a u Marka (10, 46) ślepy jest tylko jeden człowiek, i w dodatku znany z imienia (Bartymeusz, syn Tymeusza), natomiast u Łukasza, ślepy jest też jeden, ale za to Łukasz bliżej nie przybliża jego imienia (pewien ślepiec). Chciałem zapytać czy coś wiadomo na temat upodobania Mateusza do liczby mnogiej?

  30. Nie jestem biblistą. Szkoda, że speców od Biblii rzadko widuje się w Kleofasie. Można by ich podpytywać. Mogę więc mówić tylko o swoim odczuciu.
    Wydaje mi się, że tego rodzaju rozbieżności nie mają głębszego znaczenia teologicznego. Ważne jest ogólne przesłanie. Podobne rozbieżności występują w relacjach o ukazaniu się Jezusa kobietom po zmartwychwstaniu. Tam także u jednego ewangelisty pojawia się u grobu jeden anioł, u innego dwaj. Tak zapamiętali. Taki był przekaz i pamięć we wspólnotach.

    Nie wiem, czy to jest zamiłowanie do liczby mnogiej, czy może raczej próba mocniejszego uwierzytelnienia przez świadectwo dwóch świadków określonego wydarzenia, lub tych ludzi, którzy doznali na sobie wyzwolenia lub uzdrowienia. Im więcej wyzwolonych lub uzdrowionych, tym większy cud i moc Mistrza z Nazaretu. Nie zmienia to w zasadzie sensu i egzystencjalnej wymowy relacjonowanych wydarzeń. Nie potrzeba na siłę uzgadniać tych drobnych rozbieżności.
    Tak myślę. Może rasowi bibliści mają jakieś inne uzasadnienia. Trzeba by poszukać w ich komentarzach do poszczególnych Ewangelii.

  31. A czy to nie jest tak, że mogły zachodzić jakieś problemy z tłumaczeniem z języka aramejskiego, albo hebrajskiego na język grecki i że w drodze tłumaczenia utracono jakąś wartość liczbową rzeczowników ‚ślepiec’ i ‚opętany’ ? Niestety nie znam ani tych języków i nic nie wiem na ich temat, a także nie znam żadnej książki, która mogłaby zajmować się takimi detalami, które mogą być znaczące dla np. teorii dotyczących powstania tekstów. Absolutnie przy tym nie sugeruję, że historie są przez to niewiarygodne. Prawdę mówiąc bardziej mnie zdumiewa tutaj, jeżeli chodzi o wiarygodność cudów, to, że wskrzeszenie córki Jaira opisywane jest przez trzech Ewangelistów, a wskrzeszenie młodzieńca z Nain tylko przez Łukasza. W dodatku Łukasz zaznacza, że po wskrzeszeniu młodzieńca „lęk ogarnął wszystkich” i „wielbili Boga”, a także, że „wieść rozeszła się po całej Judei i po całej okolicznej krainie”. Podobnie jest ze wskrzeszeniem Łazarza. Wspomina o tym Jan. Pozostali nie. Łazarz w dodatku zasiadł później na wieczerzy przy stole z Jezusem. Był jednym z zasiadających. Można się domyślić, że jadł z Nim, po tym jak cztery dni leżał w grobie. Pierwsze moje pytanie jest takie: jak to możliwe, że pozostali Ewangeliści nie słyszeli ani nie widzieli spisanego tego akurat wydarzenia? Wspólnoty nie odnotowały tego wydarzenia, które rozeszło się po całej Judei, a za to odnotowali w pamięci przywrócenie wzroku ślepcowi i uzdrowienie głuchoniemego (Marek wspomina nawet jak to się odbyło, według niego Jezus wsadził palce w uszy głuchoniemego, a potem dotknął ręką języka). Dodatkowo część Żydów, która przyszła do Marii – oni widzieli według Jana wskrzeszenie Łazarza. Wielu z nich uwierzyło, a część doniosła o wskrzeszeniu faryzeuszom. Z jakiegoś jednak powodu nie zostali faryzeusze zdjęci lękiem. Nikt z nich też nie weryfikował cudu „sprawdźcie, czy tam rzeczywiście jest i czy Łazarz żyje”, za to „zwołali Radę Najwyższą” na której zastanawiali się co uczynić z człowiekiem, który dokonuje wielu cudów! W to po prostu nie mogę uwierzyć. Albo te fragmenty ktoś dopisywał w ramach kolejnych „redakcji” tekstów, albo tutaj zachodzą rzeczy, które nie mieszczą mi się w głowie.

  32. Natomiast ja przeglądałem NT w poszukiwaniu cudów uzdrowień i wskrzeszeń, żeby przekonać się czy rzeczywiście jest tak jak pisze ksiądz, że według potocznego myślenia ludzi w tamtym okresie, choroba powstawała wskutek grzechu. Pisze o tym ksiądz w książce „Bóg wszystkim we wszystkich” na stronie 142. Jest to dla mnie zdumiewająco barbarzyński pogląd. Ale czy rzeczywiście ludzie tak wówczas myśleli? Nikt przecież nie podejrzewał, że córka Jaira zgrzeszyła i nikt tego nie sugeruje. Podobnie jest ze ślepcami, sparaliżowanymi, z człowiekiem z uschniętą ręką, z teściową Szymona Piotra, z niewiastą, która dotknęła się szaty, z Łazarzem i z wieloma innymi, którzy byli wnoszeni, przynoszeni, albo przybywali żeby zostać uzdrowionymi. W zasadzie zdumiewa to, że tak wielu z chorych było przynoszonych przez innych. Czy ludzie byliby skłonni do takiej empatii wobec grzeszników, gdyby ten pogląd był powszechny? Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie odrzuca od cudów, wskrzeszeń opisanych w Ewangeliach. To jest ta cała symbolika duchów nieczystych, legionów, demonów szarpiących ciałami, która przy okazji uzdrowień dochodzi do głosu i którą niestety posługuje się Jezus. Czy nie sądzi ksiądz, że tego rodzaju wtrącenia (wypędzanie duchów, demonów) powinny być potraktowane w taki sam sposób jak pewne obrazy Boga ze Starego Testamentu, o konieczności kwestionowania których pisał ksiądz bardzo ładnie i odważnie, powołując się na Orygenesa? Czy nie jest tak, że traktując te obrazy dosłownie – można by się zawstydzić? Ja się wstydzę powiedzieć i przyznać, że Jezus wypędzał duchy na serio zamiast po prostu uzdrawiać chorych na epilepsję. Nie dlatego, że to jest jakaś ujma dla rozumu współczesnego człowieka, ale dlatego, że traktowanie tych rzeczy dosłownie rodzi złe owoce. Do dzisiaj istnieją egzorcyści i tropiciele Pana Ciemności, którzy odwodzą ludzi od zasięgania porad lekarzy i szerzą kulturalną ciemnotę. Wstydzę się zatem tych obrazów duchów i demonów, bo jeżeli brać to na poważnie, to wtedy bardziej szlachetne i bardziej rozumne wydają mi się działania zwykłych ludzi, np. lekarzy, rehabilitantów, psychologów.

  33. W poprzednim komentarzu, P. Tomku, czytam: „Niestety nie znam ani tych języków i nic nie wiem na ich temat, a także nie znam żadnej książki, która mogłaby zajmować się takimi detalami, które mogą być znaczące dla np. teorii dotyczących powstania tekstów”. Są na świecie takie książki. Np. Éric Edelmann, „Jésus parlait Araméen. À la recherche de l’enseignement originel, Paris : Les Éditions du Relié 2000. Trzeba takie studiować. Ale czy jest po polsku jakieś studium na ten temat, nie wiem. Proszę pytać biblistów choćby w DEONie. To przede wszystkim ich kompetencja.

    O sposobie potocznego myślenia ludzi w tamtym okresie, że choroba powstawała wskutek czyjegoś grzechu zob. choćby J 9,2 (pytanie uczniów i zdecydowana odpowiedź Jezusa).

    Nie jestem w stanie ustosunkować się do Pańskich pytań i wątpliwości. Po prosu mam pilną
    pracę do wykonania. Nie mogę poświęcać się tylko blogowi. Dlatego często się wyłączam. Mnie też niepokoi działalność dzisiejszych egzorcystów. Nie zamierzam jednak wdawać się w dyskusje nad demonologią i opętaniami. Radzę szukać samodzielnie. Niedawno w „Tygodniku Powszechnym” sporo pisano na te tematy. Odsyłam. Sorry.

  34. Tomku, masz trudności z cudami, a zwłaszcza wskrzeszeniami i wypędzaniem demonów. Największą koncentrację na cudach wykazuje Ewangelia Marka, gdzie opisy cudów stanowią ok. 30% tekstu. To dużo. Ja akurat nie mam problemu z wierzeniem w cuda. Sama się sobie dziwię dlaczego. Przecież w innych przypadkach jestem krytyczna i dociekliwa. A tutaj mi nic nie przeszkadza. Ale rozumiem, że ludzie mają z tym kłopot.
    Do cudów można podejść dwojako: detalicznie i ogólnie. Marek detalicznie wylicza wszystkie cuda, aby czytelnik jego ewangelii wszedł w kontakt z rzeczywistością nadprzyrpodzoną, w której poruszał się Jezus. Porzuć na chwilę myślenie detaliczne i ogarnij wzrokiem całość. Wtedy obraz świata, jaki przedstawia Marek zachwyci Cię, bo będzie to inny świat, z którego przyszedł i do którego odszedł Jezus. Jezus w Ewang. Marka jest w stałym kontakcie ze światem Boga oraz światem demonów, innymi słowy ze światem innym niż nasz. Ci wszyscy, którzy znajdą się w otoczeniu Jezusa i ulegną Jego wpływowi są też częściowo w tym świecie. Świat ten ma właściwości leczące – ci, którzy ukochali i uwierzyli są uleczeni. Także ci, za których ktoś uwierzył. Marek jest poetą w tym sensie, że jego ewangelia to nie są czyste fakty, wiadomości etc, ale obraz rzeczywistości, którego słowa oddać nie mogą. Musi się posługiwać różnymi środkami wyrazu, a za najlepsze uznał cuda.

  35. Anno – czy dobrze rozumiem, że traktujesz cuda i ich opisy jako środek artystycznego wyrazu ułatwiający wprowadzenie do jakiejś innej rzeczywistości, jako poezję Ewangelii, która ma za zadanie podkreślenie wartości miłości i wiary ? Czy też jednocześnie ważny jest każdy cud z osoba i każdy z osobna jest dla Ciebie prawdziwy?

    Ten problem dotyczący wiarygodności – to jest problem bardzo osobisty – ale może nie bardzo istotny dla innych. Zastanawiałem się jak pogodzić drobiazgowość u Marka i skrupulatność u Mateusza w tym jak spisywali cuda i na ile ich świadectwo można uznać za prawdziwe, skoro nie uwzględnili oni wskrzeszenia młodzieńca z Nain, albo Łazarza. (To nie był taki ot, cud trzeciej kategorii, nad którym musi się zastanawiać jakieś kolegium, czy aby to nie jest jednak proces naturalnego zdrowienia. Łazarz leży cztery dni w grobie, a potem zasiada na wieczerzy!) Skoro Ewangelista Łukasz zapisuje, że wieść o cudzie rozeszła się po całej Judei, to coś tu jest nie tak, ponieważ u innych Ewangelistów na ten temat nie ma ani słowa. Dziwi mnie, że przebiegli faryzeusze, po tym jak doniesiono im o wskrzeszeniu, zareagowali jak bohaterowie nieumiejętnie napisanej sztuki literackiej – zaczęli się naradzać – co zrobić z człowiekiem, który czyni takie cuda, zamiast po prostu przyznać: „panowie faryzeusze, bracia zakonu obłudy – zdaje się, jeżeli potwierdzi się co ten Żyd powiedział, że mamy przekichane i wszystkie nasze szpetne intencje wyjdą na światło dzienne, bo ten, który czyni takie rzeczy nie może być zwykłym człowiekiem. Ty, człowiecze z długą brodą! Będziesz naszym posłańcem – idź i sprawdź, czy to, co mówi ten Żyd to jest prawda.” Podobnych spraw można by wymieniać mnóstwo.

    Drugi problem – to jest ta cała sprawa demonów, duchów nieczystych i całego świata upadłych aniołów. Rozumiem, poziom wiedzy dwa tysiące lat temu był inny i ludzie mogli uważać, że ktoś, u kogo pojawiają się ataki, torsje, albo komu występuje piana na usta jest nawiedzony przez nieczystego ducha, albo nawet legion demonów, ale dzisiaj, jeżeli ktoś twierdzi podobnie, to chyba się nie zastanawiał nad konsekwencjami takiego myślenia i trzeba by mu powiedzieć, że jest nieco zabobonny, co może być krzywdzące dla niego i zwłaszcza innych. Teraz jeżeli prywatnie tak sobie myśli to jest jedna sprawa i jego kłopot oraz jego otoczenia, w którym to kłopocie i tak powinien pomagać Kościół! Ale jeżeli to jest nie tylko sprawa poglądu, ale że tak powiem sprawa zawodowa…Nie będę tutaj szeroko o tym pisał, ale są wśród ludzi Kościoła nadal tacy, którzy podpierają się jego autorytetem i tropią narzędzia Pana Ciemności wśród młodzieżowych książek w księgarniach, wśród książek psychologicznych, nawet tych pop-psychologicznych, które nie tyle są czasami niemądre, ile są narzędziem Belzebuba w jego mściwym projekcie strzyżenia dusz. Dla tej samej osoby ‚zabawa’ to jest narzędzie szatana, za pomocą którego opanowuje on umysły i serca Dzieci Bożych, i wedle tego samego człowieka choroby powstają wskutek grzechu! Wszystko jest dalej tak, jakby aktualne były kazania kaznodziejów opisane np. przez Jeana Delumeau w książce o grzechu i strachu w okresie wieków średnich. Nadal mamy średniowiecze. To jest raczej przykre. Tymczasem Kościół zajmuje się … walką z hipotezami badaczy gender! Prędzej uwierzę, że mogę być opętany przez demona i że może mnie zgubić Samael, niż w to, że badania dotyczące wpływu wychowania na kształtowanie się tożsamości są złe i doprowadzą do zgubienia ludzi.

  36. Ja osobiście wierzę w poszczególne cuda dokonane przez Jezusa. Ale wiem, że są teologowie, dla których cuda są nieistotne. Dla mnie są ważne. Zresztą nawet w kościele na mszy kiedy recytuję z innymi Credo wydaje mi się że przeszłam do jakiejś innej rzeczywistości, gdzie wszystko jest możliwe. Wierzę w Boski świat i w to, że może on ingerować w nasz świat od czasu do czasu. Może to naiwne, ale bardzo mi się podoba wiara w cuda i w zmartwychwstanie. Bez tego wszystkiego przecież religię można by nazwać światopoglądem bądź filozofią życiową. Musi być jakiś element metafizyczny, niezgodny z naszym potocznym myśleniem, cudowny właśnie.
    Nie rozumiem za bardzo co chcesz powiedzieć o przebiegłych faryzeuszach. Czasem ewangeliści coś pisali aby zilustrować swoje poglądy, coś co nie zawsze było prawdą historyczną.
    Co do walki z demonami to mnie to zupełnie nie interesuje. Żadne demony, szatan czy zło wcielone na mnie nie robi wrażenia. Jezus rozmawiał z demonami wg Marka, przepędzał je, nawedł szedł z nimi na układ, kazał stać za sobą etc. Ale jakoś nie zabijał ich, nie bał się i nie „demonizował” (tzn nie podkreślal ich siły). My teraz mamy jakiś taki czas, że ludzie lubią podkreślać siłę szatana. Dlaczego? Może wierzyć w szatana jest łatwiej niż w Boga? Albo mówić tak: „to wina szatana to wszystko, nie moja”. „Jedyne co muszę zrobić ze swoim życiem to przegonić szatana ode mnie”. A naprawdę zajmowanie się szatanem jest tematem zastępczym, bo ludzie powinni zająć się sobą i swoim wnętrzem.

  37. „Nie musimy skazywać intelektu na wygnanie i panicznie się go lękać…”
    Intelekt może się stać pośerdnią przeszkodą w wierze w pewnym szczególnym przypadku. Pamiętam rozmowę z kimś, kto powiedział, że omal nie stracił wiary po zagłębieniu się w dyskusje na jednym z portali propagujących racjonalne myślenie (ateistyczne) Ilość argumentów, na które nie potrafił znaleźć kontrargumentów dosłownie go przygniotła. Polegając na samym intelekcie można czasem samemu przed sobą nie umieć wybronić tego, w co się wierzy. Dlatego tak jak ksiądz zacytował mamy miłować Boga sercem i duszą oraz rozumem i powinna się tu znaleźć równowaga.

  38. O EGZORCYSTACH I TEOLOGII WYZWOLENIA – DWIE RÓŻNE SPRAWY

    W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” nr 38 znowu o egzorcystach (Jak egzorcyzmują całe kolejki ludzi na Pomorzu). W tymże numerze interesujące teksty o tym, jak Watykan przekonuje się do latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia, tak przecież piętnowanej nieomal jak niebezpieczna herezja. Papież Franciszek przyjmuje Gustavo Gutierreza, uchodzącego za ojca tej teologii. Czy minęły czasy nieufności?

    O kontrowersjach na temat opętania i egzorcystów zob. w nr 33 i 35 „T.P.”. Czytaj na: powszech.net/egzorcysci

  39. Dziękuję za namiary – czytałem np „czarną propagandę” i nadal jestem przerażony. Znam osobiście wykształcone osoby, które dopuszczają możliwość opętania. Cóż! Różne są formacje intelektualne. Moim zdaniem wszystkich, którzy dupuszczają opętania należy formować i edukować. Księża powinni zająć od swoich szeregów. I to szybko. Jak to jest możliwe, że główny demonolog kraju podpiera się w swojej działalności autorytetem Kościoła? Ksiądz, który opowiada, że w swojej posłudze spotkał się czterokrotnie z opętaniem demonicznym nie może być dawany za przykład rozsądnego kapłana. Jemu też należy pomóc. W ziemski sposób kierując uwagi o zabobonnym charakterze takiego myślenia o diable i o szkodliwości dla siebie i innych. Być może wskazany jest także psycholog. Tego nie trzeba się wstydzić.

  40. CHRZEŚCIJAŃSCY GNOSTYCY BYLI, SĄ I BĘDĄ

    Choć zanikła dyskusja o gnozie i chrześcijańskich gnostykach, chcę dodać jeszcze słów kilka. Od samych początków chrześcijaństwo spotykało się nie tylko z zainteresowaniem, ale także z pogardą i obojętnością ze strony pogańskiej elity intelektualnej. Często ta pogarda przeradzała się w zajadłą drogość i szyderstwo. I tak np. CELSUS szydził z chrześcijan, że „zjednują sobie wyłącznie głupców, prostaków, szaleńców, niewolników, proste kobiety i małe dzieci”. (wypowiedź tę znamy z dzieła Orygenesa „Contra Celsum” III,44; tłum. S. Kalinkowski).

    Otóż sam Orygenes bronił się przed tym zarzutem; podkreślał chrześcijański obowiązek starania się o mądrość: „nauka chrześcijańska bardziej niż jakakolwiek inna doktryna WZYWA DO MĄDROŚCI” (także). Dowodził, że nauka chrześcijańska wymaga wręcz, aby pośród wiernych byli mądrzy (tamże, III,45). Zachęcał: „Niechaj przychodzi wykształcony, mądry, roztropny, jeśli chce; ale niech przychodzi również prostak, niewykształcony, małe dziecko. Nasza nauka obiecuje bowiem, że i takich ludzi uleczy, jeśli przyjdą, i uczyni ich godnymi Boga” (III,48). A wreszcie to stwierdzenie: „Dobrem jest być mądrym, ale wbrew opinii Celsusa nie jest dobrem uchodzić za mądrego. I mądrość nie przeszkadza w poznaniu Boga. Ba, nawet prowadzi doń wykształcenie, najlepsze nauki i roztropność” (III,49).

    Echo tych słów rozbrzmiewało w ciągu wieków. Ale cóż! W Kościele znajduje schronienie także to, co przeciętne i źle się mające. Rzesze przeciętnych – jak zauważył przed laty francuski jezuita, Henri de LUBAC („Méditations sur l’Église”) – czują się w nim szczególnie zadomowione i wszędzie nadają mu ton.

    Wobec TAKIEGO Kościoła trzeba było niejednokrotnie usprawiedliwiać swój dystans, ignorować go lub tworzyć własne jego wizje. Dlatego NIEKTÓRE ODŁAMY CHRZEŚCIJAN O CHARAKTERZE GNOSTYCKIM POWSTAŁY M.IN. NA TYM WŁAŚNIE TLE HISTORYCZNYM.

    Nie zmienia to faktu, że chrześcijańscy gnostycy byli, są i będą. (Przypominam o wcześniejszym komentarzu, w którym odwoływałem się do M. Bierdiajewa). A Orygenesa naprawdę czytać warto.

  41. I jeszcze uzupełniająca refleksja ze środka nocy.

    To właśnie Orygenes pisał, że zwłaszcza biskupi powinni być mędrcami („Contra Celsum” III,48). Jaka szkoda dla Kościoła kiedy nie są. Widać to gołym okiem… Kwitnie wówczas – jak powtarza ostatnio Papież Franciszek – zwyczajne karierowiczostwo.

  42. Ojcze Wacławie, bardzo się cieszę, że ksiądz powrócił i przypomniał nam o temacie tej dysputy. Kościół przestraszył się gnozy – jak to już cytowałem z Nowosielskiego – przestraszył się wolnej myśli, tchnienia Ducha Świętego. Podejrzewam, że z bojaźni przed utratą kontroli nad myślą…
    Bolesna uwaga o mądrości Biskupów i ogólnie duchowieństwa – znów przywołuje Nowosielskiego. Dokończę cytat, którym rozpocząłem mój udział w tej dyspucie (z dn. 10.09): „Kościół się dwa razy przestraszył: raz manicheizmu i gnozy, które wypędził ze swojej doktryny, a drugi raz – po protestantyzmie – przestraszył się WYKSZTAŁCENIA duchowieństwa i na uniwersytetach zastosowano formację seminaryjną. A to nie jest kształcenie! Uniwersytety kształcą, a seminaria formują – ksiądz wychodzi z foremki.” (Podgórzec z Nowosielskim)

  43. CZYTAJMY WYWIAD PAPIEŻA FRANCISZKA!

    Jeszcze raz przedłużam dyskusję nad tematem ubiegłego miesiąca. Oto trzy cytaty z wywiadu Papieża – przedostatni śródtytuł: „Jak człowiek pojmuje samego siebie”
    „Pojmowanie człowieka zmienia się z czasem i w ten sposób ludzka świadomość pogłębia się. (…) Tak więc wzrasta się w pojmowaniu prawdy. EGZEGECI I TEOLOGOWIE POMAGAJĄ KOŚCIOŁOWI DOJRZEWAĆ DO WŁAŚCIWYCH OSĄDÓW. Również inne nauki i ich rozwój pomagają Kościołowi w tym wzroście pojmowania. Są takie drugorzędne normy i przypisy kościelne, które swego czasu były wystarczające, ale teraz straciły swoją wagę i znaczenie. Wizja doktryny Kościoła jako monolitu do bronienia bez odcieni, jest błędna”.
    „W myśleniu o człowieku Kościół powinien więc CZERPAĆ Z GENIALNOŚCI, a nie z dekadencji”.
    „Kiedy jakieś wyrażanie myśli nie jest ważne? Kiedy myśl traci z oczu to, co ludzkie, lub kiedy boi się tego, co ludzkie, i pozwala się oszukiwać przez siebie samą. (…) MYŚL KOŚCIOŁA MUSI ODZYSKAĆ GENIALNOŚĆ i zrozumieć lepiej niż człowiek się dziś rozumie, aby rozwinąć i pogłębić własne nauczanie”. (Wyróżnienia moje, WH).
    Link do tekstu wywiadu:

    http://www.deon.pl/religia/serwis-papieski/wywiady-franciszek/art,1,serce-wielkie-i-otwarte-na-boga-calosc-wywiadu.html

  44. Z „Listów” Horacego:
    „Sapere aude”
    („Odważ się być mądrym”
    albo
    „Miej odwagę posługiwać się własną mądrością”).

  45. U zrodel GNOZY:
    Pragnoza to Mandaizm lub mandeizm – Nazwa jej wywodzi się od perskiego terminu manda (nauka), co praktycznie odpowiada greckiemu terminowi ‚gnoza’. Wyznawcy mandeizmu nazywani są mandejczykami. Obecnie są zgrupowani głównie w miejscowościach: Nasirijja,Bagdad i Basra (Irak) i liczą około 15.000 wyznawców . Sprzeciwiają się jakiejkolwiek formie walki i przelewowi krwi. Istotnym elementem tej religii jest chrzest, wzorowany na chrzcie w Jordanie praktykowanym przez Jana Chrzciciela. Stąd nazywanie sa przez swoich arabskich sasiadow shubbi tzn. chrzcielcami, baptystami.

    Mandejczycy swoich kapłanów (osoby dysponujące wiedzą niedostępną dla ogółu wspólnoty) nazywają nazarejczykami (Naṣuraiia) !
    ciekawe ze Świątynie, nazywane „mandi”, budują zawsze w pobliżu strumienia lub rzek, które tradycyjnie nazywają „Jordanem”!
    Są dziś jedną z ostatnich grup, posługujących się nadal dialektem aramejskim z czasów Jezusa, a mandeizm jest jedną z ostatnich wyznawanych nadal religii gnostyckich.
    Niektorzy uwazaja ich za uczniow Jana Chrzciciela.
    W ich Księdze Jana Chrzciciela Jan opisany jest jako prawdziwy prorok, a Jezus jako fałszywy prorok, który początkowo przyłącza się do Jana, a później zdradza i z premedytacją oszukuje wiernych podając się za kogoś, kim nie był (Gnostycki Dualizm (zły i dobry nauczyciel).

  46. Jest jeszcze Mądrość Miłości w tym obszarze działała i Działa Matka Jezusa. To ona łączyła i łączy proste sprawy życia codziennego, życia tych najmniejszych co im „zabrakło wina” z nieuchwytną dla doświadczenia intelektualno-empirycznego tajemnicą cudu. I tak jest do tej pory. Paradoksalnie to nie intelektualna mądrość bazująca na gnozie Platona św. Augustyna i św. Tomasza [Arystoteles był uczniem Platona a akt w jego filozofii to echo platońskiej idei] ale heretycy pierwsi zauważyli Jej Inność [hebr.świętość]

  47. Ma Pan dużo racji. Potrzebna jest jednak synteza umysłu i serca. Rezultatem jest wówczas mądrość serca inteligentnego. Prawosławni teologowie często mówią o „sercu inteligentnym”: le coeur intelligent (Olivier Clément).

    Wybitni średniowieczni myśliciele, przynajmniej niektórzy, także głosili: „Ubi amor, ibi oculus” – gdzie miłość, tam oko. Czy konsekwentnie tę maksymę wcielali w swoje systemy myślowe?

    Pascal pisał przejmująco o roli serca: „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna; widzimy to w tysiącu rzeczy. (…) Poznajemy prawdę nie tylko rozumem, ale i sercem…” (Myśli. Przekład T. Żeleńskiego (Boya) w nowym układzie wg wydania Jacques Chevaliera, W-wa 1958, nr 477 i 479, s. 253).

    Warto się nad tym zadumać.
    Skoro jest Pan lekarzem więziennym, to dodam jeszcze kilka myśli, być może znanych Panu z lektur i codziennej praktyki więziennej.

    SPRAWIEDLIWOŚĆ NAPRAWCZA – MĄDROŚĆ MIŁOŚCI I MIŁOSIERDZIA

    We współczesnej filozofii sprawiedliwości i pedagogii karania zarysowują się nowe koncepcje (zob. J. Consedine, Restorative Justice: Healing the Effects of Crime, Lyttelton, N.Z., Ploughshares Publications, ca. 1995. Autor jest księdzem katolickim, byłym kapelanem więziennym w Nowej Zelandii). Na szczególną uwagę zasługuje jego koncepcja tzw. SPRAWIEDLIWOŚCI NAPRAWCZEJ (RESTORATIVE JUSTICE), którą można by również nazwać sprawiedliwością wyrównawczą. Jej zadaniem jest PRZYWRÓCENIE NA NOWO ZAKŁÓCONYCH RELACJI MIĘDZY LUDŹMI ICH UZDROWIENIE. Sprawiedliwość naprawcza obejmuje dlatego nie tylko ofiary złego czynu oraz sprawców, lecz także ich rodziny i społeczność, w której przestępstwo zostało dokonane. Z pomocą przychodzi filozofia troski o dobro człowieka. Skłania ona do tego, aby wziąć pod uwagę cały szereg motywów, postaw, emocji i środków. Wskazuje na potrzebę współczucia, woli wybaczenia i pogodzenia. Potrzebna jest również mądra mediacja kompetentnych osób, które pomogłyby w trudnym procesie uzdrawiania wzajemnych relacji.

    Sprawiedliwość naprawcza nie koncentruje się na samej karze jako odwecie i środku zapobiegawczym. Idzie znacznie dalej, właśnie w imię miłości do ludzi. Dąży do uzdrowienia sprawców i ludzi dotkniętych przestępstwem w ramach danej społeczności. Kategoria RELACJI pełni w tym sposobie myślenia i postępowania rolę centralną. Chodzi o ich naprawienie i uzdrowienie. Trzeba jednak, aby najpierw przemiana dokonała się w samych ludziach dotkniętych w jakikolwiek sposób czynem przestępczym.

    Warto zastanowić się nad dalekosiężnymi konsekwencjami takiego rozumienia owej „restorative justice”. Ma ono GŁĘBOKIE POWIĄZANIA Z BIBLIJNĄ IDEĄ SPRAWIEDLIWOŚCI I MIŁOSIERDZIA. Koncepcja sprawiedliwości naprawczej skłania do głębokiej rewizji resocjalizacyjnego modelu prawa karnego, które nie liczy się jakże często z godnością osoby ludzkiej i prawami człowieka, a w dodatku jest nieskuteczne. Trzeba zatem podejmować trud resocjalizacji w inny sposób. Metoda inspirowana duchem sprawiedliwości naprawczej przynosi skutki resocjalizacyjne przynajmniej w odniesieniu do pewnej kategorii sprawców przestępstw. Ważne jest to, że nie narusza ona godności i praw osoby, co nadaje jej rys wyraźnie personalistyczny. Poszanowanie godności człowieka stanowi w niej niezbędny warunek całej pedagogii naprawy zniszczonych relacji międzyludzkich.

    Współczesne doświadczenia z reedukacją przestępców są niezwykle pouczające. Psychologia i psychoterapia więzienna pokazują, że trzeba im przede wszystkim okazać życzliwą i szczerą pomoc, aby w ten sposób zdobyć ich zaufanie. Przestępców trzeba leczyć, w przeciwnym razie ofiar przemocy będzie coraz więcej. Praca prewencyjna jest procesem złożonym. Nie wystarcza samo wymierzenie kary w sensie odpłaty, zamknięcie winowajcy w więzieniu. Reedukacja to coś więcej niż wymiar sprawiedliwości i realizacja celów kary. Ludzie, którzy stosują przemoc i popełniają gwałtowne czyny, sami byli zazwyczaj w dzieciństwie traktowani w sposób brutalny fizycznie i psychicznie. W ich życiu zabrakło czegoś bardzo istotnego.

    Przemoc z dzieciństwa jest na ogół spychana do podświadomości i budzi POCZUCIE WSTYDU. Amerykański psychiatra James Gilligan wykazuje, że przestępcy dokonują brutalnych i czynów po to, by ukryć przed samymi sobą i przed innymi, że sami byli ofiarami przemocy. Okazuje się, że niemal zawsze sprawcy przestępstwa uciekający się do przemocy, w przeszłości sami byli traktowani brutalnie, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Wstydzą się tego faktu. Doświadczenie krzywdy fizycznej lub psychicznej, głębokiego upokorzenia i wstydu w dzieciństwie jest ważnym czynnikiem sprzyjającym rodzeniu się przemocy. Ma to miejsce wówczas, gdy dzieci są zaniedbywane, gdy wyrządza się im krzywdę i upokarza zamiast umacniać poczucie własnej wartości. Trzeba więc pomagać ludziom jak mają radzić sobie ze wstydem, który kryje się u samego podłoża przemocy. Wstyd łatwo przekształca się w złość i wściekłość.

    Trzeba winowajcom dopomóc, aby uświadomili sobie źródła własnej przemocy, a także nauczyli się wyrażać inne uczucia niż złość. To dopiero początek terapii. Przemoc zabiła w nich zdolność do uczuć, do miłości, rozumienia innych, współczucia, rzeczywistego poczucia winy, czy wyrzutów sumienia. Przestępca nosi w sobie obumarłą osobowość, wewnętrzną pustkę. Trzeba dużo czasu i wysiłku, by pomóc mu odkryć i rozwinąć na nowo czujące człowieczeństwo. Pozostaje on nadal człowiekiem. To, co zrobił nie pozbawia go należnej mu godności oraz prawa do reedukacji i poprawy.

    Duże znaczenie ma praca nad OBUDZENIEM W WINOWAJCY POCZUCIA WŁASNEJ WARTOŚCI. Gilligan stwierdza, że w ciągu 20 lat nie powrócił do zakładu penitencjarnego ani jeden więzień, który podczas odbywania kary ukończył studia. Poczucie własnej wartości zapobiega recydywie. Dlatego właśnie nauczyciele są ważnymi członkami zespołu terapeutycznego. Okazuje się, że EDUKACJA jest najbardziej skutecznym sposobem powiększania poczucia własnej wartości. Terapia musi być jednak zamierzona na wiele lat, a być może nawet na całe życie. Uświadomienie sobie doznanych krzywd nie wystarcza, aby przestępca wyrzekł się przemocy. Trzeba dać mu motyw do innego życia w postaci wykształcenia. To jeden z najbardziej pokojowych, najbardziej skutecznych i najmniej kosztownych środków przywracania poczucia własnej wartości (Zob. J. Gilligan, “Wstyd i przemoc. Refleksje nad śmiertelną epidemią”, Poznań 2001).

    Ponieważ sam zajmowałem się tymi sprawami, dzielę się tymi myślami także z innymi.

  48. Jestem niewierzący ale nie mam nic przeciwko wierze w Boga/bogów o ile ta wiara nie włazi mi „z butami do łóżka”. Dlatego żyję w zgodnym stadle z tą samą żoną od 43 lat choć Ona jest aktywistką katolicką. Natomiast odstręczają mnie od katolicyzmu ludzie mający się za funkcjonariuszy Boga. Jednak biorąc pod uwagę moje wychowanie i różne „zaszłości” z zaciekawieniem czytam rozważania jak powyższe. Czy mi się to podoba czy nie – jest to istotna część historii i wypada choć troszkę się w niej orientować. Dziękuję, to co przeczytałem przyda mi się.

  49. Poszukuję jakiejś książki podejmującej polemikę z gnozą z punktu widzenia chrześcijaństwa. Znacie jakieś warte przeczytania tytuły?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *