Czyściec

Msza Święta sprawowana jest w intencji zmarłego Jana Kowalskiego w dziesiątą rocznicę śmierci – tego rodzaju słowa najczęściej słyszymy na początku liturgii. Należałoby więc sądzić, że czyściec – bo do niego odwołuje się modlitwa za zmarłych – jest jedną z najlepiej poznanych i najsilniej oddziałujących na praktykę prawd wiary. Dziwić może zatem opinia Zbigniewa Mikołejki, że wiara w czyściec ani nie pobudza […] do dyskusji, ani nie nasyca nowymi treściami religijnych wierzeń i praktyk katolickiego ogółu. Nikt już nie atakuje jej tak gwałtownie, jak średniowieczni heretycy i reformatorzy XVI stulecia, nikt też jej specjalnie nie broni[1]. Nie jest to przy tym opinia odosobniona, bo po części tego samego zdania jest na przykład Joseph Ratzinger[2]. Czy więc ciągle jeszcze dajemy na Mszę po to, by publicznie pokazać pamięć o swoich bliskich albo żeby była okazja do ich wspominania? Nie można wykluczyć, że tak. Ale prawdopodobnie nie bez znaczenia są też wpajane nam przez długie wieki wyobrażenia czyśćca jako piekła, tyle że niewiecznego, z którego można zmarłego „wykupić” dzięki modlitwie.

Eschatyczne Guantanamo

Czyściec przedstawiano niczym amerykańskie więzienie Guantanamo, do którego podejrzani o bycie „wrogimi bojownikami” trafiali na dowolny czas bez postawionych zarzutów, nie mogli ubiegać się o proces przed sądem, byli poddawani torturom. Św. Jan Maria Vianney mówił:

Ach! czy to tak wiele potrzeba, aby się do czyśćca dostać? Posłuchajmy, co mówi w tej mierze Albert Wielki, którego cnoty znane były powszechnie. Oto pokazał się po śmierci jednemu ze swoich przyjaciół i oznajmił, że go Pan Bóg posłał do czyśćca za to, że miał chwilowe upodobanie w swojej nauce. […] Święty Seweryn, arcybiskup koloński, w kilka lat po śmierci pokazał się jednemu ze swoich przyjaciół i powiedział, że był w czyśćcu za to, że odłożył do wieczora modlitwę, którą powinien był zmówić rano. O jakże wielu chrześcijan w czyśćcu będzie za to, że swe modlitwy odkładali na czas inny pod pozorem, że coś ważniejszego mieli do załatwienia![3].

A nie jest to miejsce przyjemne:

Ogień w czyśćcu jest ten sam co w piekle; różnica na tym tylko polega, że nie jest wieczny. Dałby Bóg, żeby która z tych dusz biednych, które tam przebywają, stanęła dziś na moim miejscu otoczona ogniem ją pożerającym i opowiedziała sama męczarnie swoje, napełniła ten kościół swymi jękami[4].

Co prawda lepiej niż do piekła obozu w Korei Północnej trafić do Guantanamo, choć wyobraźnia podsuwa obrazy nie mniej wymyślnych tortur. W opisach Dantego dusze czyśćcowe noszą kamienie, chodzą w żrącym dymie, nieustannie biegają, przechodzą przez ogień. Inni wymyślali jeszcze straszliwsze męki.

Tymczasem „ojciec czyśćca”, jak Jacques Le Goff nazywa nie bez racji św. Augustyna, był w tej kwestii niezwykle ostrożny i chociaż przyjmował istnienie ognia czyśćcowego, nie odważał się go szczegółowo opisywać. Punktem wyjścia sformułowanej przez niego nauki o tym stanie eschatycznym była modlitwa za zmarłą matkę. Augustyn wychodził z założenia, że ze względu na to, iż nie zna się do końca wnętrza człowieka, trzeba modlić się za wszystkich, także za tych, którzy według naszej oceny byli dobrymi ludźmi. Dlatego modlił się za swoją matkę, która być może potrzebuje Bożej pomocy, nawet jeżeli według niego była kobietą świętą. Biskup Hippony wskazywał, że śmierć fizyczna nie kończy możliwości poprawy eschatologicznego stanu zmarłych, że dzięki modlitwie żyjących mogą oni dostąpić radości nieba. Możliwość taka zależy jednak przede wszystkim od jakości ostatnich chwil człowieka, to znaczy od tego, czy umierał w zupełnej nieprzyjaźni z Bogiem, czy może kochał Go, ale nie nade wszystko i nie z całego serca, a po drugie, od modlitwy żyjących, którzy wypraszają dla zmarłego łaskę oczyszczenia. Tyle że dla biskupa Hippony czyściec był raczej zakątkiem piekła niż przedsionkiem nieba[5].

Skromne podstawy w Biblii?

Augustyn był tak ostrożny w kwestii czyśćca zapewne dlatego, że ze wszystkich stanów eschatycznych ma on najsłabsze oparcie w Piśmie Świętym, które wyraźnie na jego temat się nie wypowiada. Nie ma w nim tekstów, które mówiłyby jasno i konkretnie, bez zbędnych obrazów i metafor, o jego rzeczywistości. Tym bardziej nie znajdziemy w Biblii informacji na temat jego charakteru ani też trwałości[6]. Tak naprawdę ta prawda wiary opiera się na dwóch tekstach. Pierwszy pochodzi z Drugiej Księgi Machabejskiej (2 Mch 12, 39–42) i opowiada o tym, jak Juda rozkazał zanosić modły i przygotować ofiarę za poległych żołnierzy, przy których, wbrew zakazowi Prawa, znaleziono pogańskie amulety. Z tego opowiadania płynie wyraźny wniosek, że jego autor przyjmował możliwość uwolnienia od obciążeń moralnych po śmierci, wierzył w skuteczność ofiary i modlitwy oczyszczającej zmarłych ze zmazy grzechu, jakiego dopuścili się za życia na ziemi. Modlitwa i ofiara za zmarłych mają wielkie znaczenie, podobają się Bogu i pomagają ich duszom w osiągnięciu wiecznego szczęścia. Tekst biblijny podkreśla ponadto mocną więź łączącą żywych i umarłych. Wskazuje na istnienie pewnego rodzaju duchowej wspólnoty między nimi, solidarnej odpowiedzialności żyjących za losy tych, którzy przekroczyli próg śmierci[7].

Najistotniejszy jest jednak fragment Pierwszego Listu do Korynitan (1 Kor 3, 13–15): …tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień. Tekst ten nie mówi nic o żarze ognia materialnego, wyraża jedynie myśl o możliwości oczyszczenia po śmierci tych, których życie na ziemi nie było wolne od braków, ale zarazem nie było złe do tego stopnia, aby mieli zostać wyłączeni z radości życia wiecznego.

Jednakże oparta na współczesnej wrażliwości i przekonaniu wielu chrześcijan nadzieja powszechnego zbawienia prowadzi do przeniesienia na piekło licznych funkcji i cech dotąd przypisywanych czyśćcowi. Piekło okazuje się więc tym miejscem, w którym człowiek poddawany jest karze terapeutycznej mającej na celu jego poprawę i zwrócenie się ku Bogu.

Jeśli Bóg ma być w końcu „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15, 28), to wszelki grzech wcześniej czy później musi zostać przezwyciężony i usunięty z dziejów stworzenia. Kto w swoim uporze odrzuca Boską ofertę pojednania, doświadczy Jego miłości i dobroci jako oczyszczającego ognia Jego „gniewu”. To bolesne doświadczenie będzie dla niego karą i środkiem poprawczym. Bóg ani w tym wieku, ani w mającym przyjść nie anuluje tej zbawiennej kary, czyli nie przebaczy w sensie aktu taniej amnestii. Trzeba ją będzie ponieść i w ten sposób przeżyć do końca konsekwencje swojej winy. Nie jest to wszakże kara dla samej kary, lecz uzdrawiająca kara ku poprawie[8].

Dostrzeżenie takich wymiarów piekła powoduje, że i sam czyściec zyskuje szerszą podstawę biblijną niż tylko wskazane wcześniej dwa fragmenty Pisma Świętego, bo w gruncie rzeczy można odnieść do niego również część tekstów mówiących o piekle. W. Hryniewicz podkreśla na przykład, że w znanym wersecie: I pójdą ci na mękę wieczną (eis kolasin aionion), sprawiedliwi zaś do życia wiecznego (eis zoen aionion) (Mt 25, 46) sens użytego przymiotnika aionios zależy od następującego po nim rzeczownika. Asymetria życia wiecznego i kary wiecznej została zachowana dzięki słowu kolasis, które oznacza karę terapeutyczną, karanie w celu poprawy, lekarstwo podane ze względu na zły stan zdrowia, ,,leczenie duszy”. Skoro Nowy Testament określa czynność karania za pomocą kilku innych słów, to zastosowanie w tym miejscu akurat tego nie może być przypadkowe. Zatem kara, o której tutaj mowa, ma charakter poprawczy i leczniczy, a więc nie jest wieczna[9]. Czy nie można dopatrzyć się tu odniesienia do czyśćca? Warto zwrócić uwagę również na znany tekst z Ewangelii Marka (9, 43–50, BT5):

(43) Jeśli zatem Twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. (44) — (45) I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. (46) — (47) Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, (48) gdzie robak ich nie ginie i ogień nie gaśnie. (49) Bo każdy ogniem będzie posolony. (50) Dobra jest sól; lecz jeśli sól smak swój utraci, czymże ją przyprawicie? Miejcie sól w sobie i zachowujcie pokój między sobą.

Hiperboliczne ostrzeżenie przed piekłem jest dość jasne, a na określenie potępienia użyto słowa gehenna (geenna), które jednak nie musi oznaczać wiecznej męki. Jean Carmignac, zwolennik tezy, że Ewangelia Marka (podobnie jak Mateusza i częściowo Łukasza) została przetłumaczona z hebrajskiego (lub z aramejskiego), uważa, że w Mk 9, 49, gdzie ze zdziwieniem czytamy o soleniu ogniem, mamy do czynienia z semityzmem tłumaczeniowym. Źródłem takich semityzmów jest homonimia oraz wieloznaczność słów, które z tego powodu mogły zostać różnie przetłumaczone. Zdaniem Carmignaca w hebrajskim istnieją dwa rdzenie mâlah, z których jeden znaczy „solić”, a drugi „ulotnić się”. Jeśli weźmiemy ten drugi rdzeń, to zdanie zyskuje nowy sens: wszystko w ogniu się ulotni. Błąd tłumacza polega na tym, że nie dostrzegł gry słownej autora i uznał, że dwa razy chodzi o ten sam rdzeń. Mateusz (5, 13) i Łukasz (14, 34) starają się ten trudny fragment ominąć[10].

Hebraista Piotr Muchowski uważa, że hebrajski qumrański był językiem codziennym znacznej części społeczeństwa żydowskiego[11]. Jeśli w tym hebrajskim lub aramejskim naprawdę występuje taka gra słów[12] i rzeczywiście Ewangelia Marka została spisana w którymś z tych języków[13], to Mk 9, 49 należy rozumieć w ten sposób: wszystko w ogniu się ulotni. Wówczas musimy nieco inaczej spojrzeć na wcześniejsze wersy, w których jest mowa o wyłupianiu oka i odcinaniu ręki. Może owo „wszystko”, co ma się ulotnić w ogniu, to właśnie oko i ręka będące powodem grzechu? Może to jest to ulatniające się dzieło, o którym mówi 1 Kor 3, 13–15? Może wejście do życia, królestwa Bożego oznacza konieczność pozbycia się wszystkiego, co odgradza od Boga, a to wszystko ulotni się w ogniu (co nie oznacza, że w owym ogniu znajdzie się grzesznik)? Stuprocentowej pewności co do tego mieć nie można, jednakże są to pewne tropy, które wypada brać pod uwagę, szukając podstaw biblijnych czyśćca. Być może nie są one tak skromne, jak się powszechnie przyjmuje.

Czym jest czyściec?

Czy na zaledwie dwóch fragmentach Biblii można opierać rozbudowaną naukę o trzecim stanie eschatycznym? Z. Kijas słusznie wskazuje na to, że owe teksty otworzyły szeroko skromną furtkę dla refleksji teologicznej, która w ciągu długich wieków, uwzględniając odczucia wielu osób, doświadczenie duchowe wielu ludów, pewien sensus fidei wiernych, doprowadziła do dogmatycznego zdefiniowania istnienia czyśćca i wielu dodatkowych uściśleń na temat jego charakteru[14]. Można dodać, że jeszcze szerzej otwierają ją inne teksty biblijne, które wprawdzie nie wprost, ale mówią o oczyszczeniu po śmierci. Ta podstawa biblijna jest zatem wystarczająca, ale powinna też ona skłaniać do tego, by za przewodnika w refleksji dotyczącej czyśćca obrać raczej św. Augustyna niż św. Jana Marię Vianney’a.

Skoro czyściec jest stanem eschatycznym mającym coś wspólnego i z piekłem, i z niebem, to w piekle i w niebie trzeba szukać elementów, które pozwolą wyrazić jego rzeczywistość. Piekło to królestwo zmarłych, strefa totalnej pustki, to śmierć komunikacji między Bogiem a człowiekiem, stan odcięcia od Boga – Szeol. Niebo przeciwnie – to królestwo życia, bliskości Boga, miłosnej komunikacji. Czyściec byłby zatem czymś pomiędzy nimi.

Bóg nie ma z nami łatwo, bo jeśli nawet nie poddajemy się Szeolowi, to lubimy, żeby On za bardzo nam nie przeszkadzał. Wolimy, aby niczym dżin wyskakiwał z lampy na rozkaz i spełniał życzenia, a potem wracał do niej i nie wtrącał się w nasze życie, by nie wchodził tam, gdzie nie chcemy Go wpuścić. Nie odwracamy się od Boga, nie pozwalamy ogarnąć się całkowicie Szeolowi, ale skrzętnie wyznaczamy swoje terytorium. Nie jesteśmy skłonni, by odciąć rękę czy nogę, które są nam przeszkodą w komunikacji z Nim.

Czy jednak, trwając w takim stanie odcięcia-nieodcięcia, pół-Szeolu, rzeczywiście z Bogiem się komunikujemy? Stosowana z lubością w odniesieniu do czyśćca przez wielu teologów dawniejszych i współczesnych metafora ognia nie musi odejść w niepamięć, tym bardziej że ma ona najmocniejszą podstawę biblijną. Gisberth Greshake słusznie zwraca uwagę na werset z Listu do Hebrajczyków: Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żywego (10, 31, BT5). Wskazuje, że kiedy człowiek doświadcza chwały i zbawienia Bożego, staje się on świadomy swojej ułomności, odczuwa niezdolność do znalezienia pewnego oparcia w samym sobie. Można by powiedzieć, że zaczyna dostrzegać wszystkie te miejsca, w których pozwolił wejść Szeolowi w swoje życie. Człowiek stoi przed trawiącym ogniem, który przenika, prześwietla, sądzi i kwestionuje, ale też oczyszcza i zbawia. Nie bez racji więc św. Jan Maria Vianney kazał świętym przechodzić przez czyściec, chociaż podane przez niego powody brzmią cokolwiek infantylnie. Nawet najświętszy, gdy stanie przed Bogiem, dostrzeże wszystkie te momenty, w których pozwolił, by Szeol zatrzymał jego duchowy rozwój, oddzielił go od Boga, gdy komunikacja oraz zjednoczenie nie stały się takie, jakie mogły być. W świetle Bożym będziemy mogli dostrzec te wszystkie ślady Szeolu w naszym życiu oraz zostawione przez nas na życiu innych, co wywoła ból i cierpienie, zobaczymy te skwapliwie zabrane ze sobą skrawki Otchłani. Dostrzec je będziemy w stanie, ale oczyścić się z nich już nie, chociażby i dlatego, że nie będziemy jeszcze do tego w pełni zdolni. Dokona więc tego Bóg, który niczym złotnik przetapiający i oczyszczający złoto usunie z nas również resztki Szeolu (por. Ml 3, 2–3).

Ratzinger słusznie zwraca uwagę na chrystologiczny charakter tego oczyszczenia. Pojęcie czyśćca zyskuje ścisłą chrześcijańską treść, gdy rozumie się je chrystologicznie i stwierdza, że to sam Pan jest ogniem osądzającym człowieka, przemieniającym i kształtującym go na wzór swego chwalebnego Ciała (Rz 8, 29; Flp 3, 21). Oczyszczenia nie dokonuje nic innego, jak tylko przemieniająca moc Chrystusa, który rozpala swym ogniem nasze zastygłe serca, tak by mogły włączyć się w żywy organizm Chrystusowego ciała. Wejście w obszar ujawnionej rzeczywistości Chrystusa przesądza ostatecznie los człowieka, jest zanurzeniem w ogniu eschatologicznym. Przemieniający „moment” tego spotkania wymyka się ziemskim miarom czasu. Nie jest wieczny, stanowi przejście, ale naiwnością byłoby określać go jako długi czy krótki według wielkości fizycznych – miarą tego momentu są przepastne głębie ludzkiej egzystencji, które ma przemierzyć i przepalić ogień spotkania. Czyściec jest procesem przemiany powodowanym wewnętrzną koniecznością, procesem, w którym człowiek staje się zdolny do jedności z Chrystusem, z Bogiem, a przez to i z całą wspólnotą świętych. Człowieka ratuje „tak” jego wiary[15].

Ostatecznie więc czyściec nie jawi się jako Guantanamo. Można mówić, że jest to coś dobrego, bo Bóg wprawdzie wypala otaczający nas Szeol, ale zwycięża, doprowadza do celu. Bóg po tym oczyszczeniu zabiera nas do siebie takich nie do końca rozwiniętych, dalekich od biegłości w komunikowaniu się z Nim i naszymi braćmi, oddzielonych od nich, niewprawionych w miłości, by mimo wszystko napełnić nas swoim życiem.

Ale szansą na naprawienie tej zakłóconej komunikacji jest też nasze porozumiewanie się między sobą. Modlitwa wstawiennicza to rozmowa z Bogiem, wyjście z Szeolu, wyjście z okopów swojego zamknięcia na Boga i ludzi. Czyściec staje się więc okazją do wspomożenia tego, za kogo się modlimy, w komunikacji, do której on sam być może nie jest jeszcze w pełni zdolny. Zresztą skoro dialog z Bogiem i ludźmi jest naszą przyszłością, to spotykamy się z Nim nie jako wyizolowane jednostki, ale jako bracia i siostry Chrystusa. Modlitwa jest to rozmowa z Bogiem, w której przedstawiamy się Mu – jeśli tak to można ująć – jako zdolni do wspólnoty i komunikowania się. Wspólnoty bardzo poważnie potraktowanej, bo nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, codziennie wraz z Kościołem modlimy się za bezdomnego z dworca, którego od pewnego czasu już nie widujemy, czy za żołnierza, z którego bezimiennego krzyża pozostało jedynie próchno. Każdego dnia pokazujemy, że potrafimy wspólnie walczyć z ogarniającym nas Szeolem i że pamiętamy o wszystkich. Nie da się więc traktować modlitwy za zmarłych jako sumy zamówionych Mszy, w których nawet nie musimy uczestniczyć.

Czyściec, podobnie jak i piekło, zaczyna się na ziemi, i to nie tylko dlatego, że go tutaj sobie wypracowujemy. Już na ziemi można „wpaść w ręce Boga żywego”. Tłumaczenie każdego cierpienia jako czyśćca na ziemi byłoby dużym nadużyciem wobec cierpiących, którzy mogą być Hiobami. Znamienny jest jednak przykład nawróconego przestępcy „Geparda”. To właśnie doświadczenie niemocy, choroby, bliskości śmierci sprawiło, że ten, na którego nie było mocnych, dostrzegł Szeol, w którym tkwił, i mógł stopniowo go odrzucić[16]. Bez wątpienia w życiu każdego człowieka zdarzają się chwile, gdy uświadamia sobie, jak wiele Szeolu jest w jego życiu, jak daleko mu do tego, kim mógłby być, zwłaszcza jeśli chodzi o komunikację z Bogiem i ludźmi. Najczęściej są to momenty bolesne, to jednak one mogą stać się zaczątkiem czyśćca.

*

W filmie Czterej pancerni i pies Tomasz Czereśniak postanowił przejść szlak bojowy z krową Krasulą, harmonią i innymi klamotami. Okazało się to przynajmniej częściowo niemożliwe: krowy nie dało się zabrać, i to nie tylko dlatego, że padła podczas ostrzału. Czyściec wyraźnie nam pokaże, że w drodze do domu Ojca taką Czereśniakową Krasulą były dla nas zajęcia, sprawy, spotkania, iPhone’y. Ale uczyni też z nas, ciągnących ze sobą worek z klamotami, prawdziwych żołnierzy.

[1] Cyt. za: Z. Kijas, Niebo, czyściec, piekło. W domu Ojca, dla kogo, w oddaleniu, Kraków 2009, s. 268.

[2] Raport o stanie wiary (cyt. za: http://www.katolik.pl/o-niektorych-sprawach-ostatecznych,1076,416,cz.html).

[3] J.M. Vianney, O cierpieniach w czyśćcu i o sposobach ratowania dusz cierpiących (cyt. za: http://www.ultramontes.pl/vianney_o_cierpieniach.htm).

[4] Tamże.

[5] Z. Kijas, Niebo, czyściec, piekło, dz. cyt., s. 304–310.

[6] Tamże, s. 270.

[7] Tamże, s. 276, 280.

[8] W. Hryniewicz, Grzech przeciwko Duchowi Świętemu (cz.2) (cyt. za: http://teologia.jezuici.pl/radosc-i-nadzieja-sa-nasza-sila-czesc-druga/#comment-2683).

[9] Por. tenże, Dramat nadziei zbawienia. Medytacje eschatologiczne, Warszawa 1996, s. 92–102. Kolasin aionion tłumaczone jest w polskich przekładach jako ,,męka wieczna” (BP, Kow, EPP, BT4, BGd, BPaul), „wieczne potępienie” (BW-P) albo ,,wieczne odcięcie” (NBGd), rzadziej jako ,,wieczna kara” (PDos, BT5).

[10] Dokumenty qumrańskie pozwoliły dowieść, że w hebrajskim istnieją dwa rdzenie mâlah, z których jeden rzeczywiście znaczy solić, a drugi, istniejący także w Starym Testamencie, którego nie umiano jednak zidentyfikować, znaczy ulotnić się. J. Carmignac, Początki ewangelii synoptycznych, Kraków – Mogilany 2009, s. 58.

[11] Hebrajski qumrański był kwitnącym językiem literatury i był stosowany również jako mówiona odmiana intelektualna – głównie w życiu religijnym. P. Muchowski, Hebrajski qumrański jako język mówiony, Poznań 2001, s. 203.

[12] Zdaniem Kaliny Wojciechowskiej w Biblii jedynym miejscem, w którym pojawia się czasownik mâlah w znaczeniu ulotnić się, rozwiać, będzie Iz 51,6: Niebiosa jak dym zostaną rozwiane (albo rozproszone). […] drugi mlh nawiązuje najprawdopodobniej do użycia jakiegoś ostrego przedmiotu, np. miecza, by coś rozdrobnić; K. Wojciechowska, Koza Carmignaca, czyli jak ulatnia się sól (cyt. za: http://teologia.jezuici.pl/koza-carmignaca-czyli-jak-ulatnia-sie-sol/). Nie wyklucza to jednak używania owego czasownika w takim znaczeniu w hebrajskim qumrańskim za czasów Jezusa.

[13] Maurice Casey wykazał, że istniały spisane w języku aramejskim teksty, które po przetłumaczeniu zostały włączone do Ewangelii Marka: 2, 23 – 3, 6; 9, 11–13; 10, 35–45; 14, 12–26. M. Casey, Aramaic Sources of Mark`s Gospel, Cambridge University Press 1998.

[14] Z. Kijas, Niebo, czyściec, piekło, dz. cyt., s. 286.

[15] J. Ratzinger, Śmierć i życie wieczne, Warszawa 2000, s. 208–210.

[16] A. Bosak, Kradł, katował, gwałcił, ale zdarzył się cud. Nawrócił się (cyt. za: http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090413/MAGAZYN/40755310).

zrozumiec_wiareTekst (wersja zmodyfikowana i skrócona) pochodzi z książki: Robert M. Rynkowski, Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem, Wydawnictwo WAM, Kraków 2015.

 

5 myśli nt. „Czyściec”

  1. Jak rozumieć pojęcie czasu w wymiarze czyśćcowym?
    Czyściec jako proces w człowieku zaczyna się w doczesności czy raczej w wieczności?
    Czy mógłby Szanowny Pan uzasadnić czynnik piekielny w czyśćcowym wymiarze / procesie?
    O to samo poproszę w drugą jakby stronę tą niebiańską.
    Dla mnie nauczanie o czyśćcu jest pozbawione teologicznej grawitacji. Jeśli trwanie czyśćca ma swój początek to i ma swój koniec i do niczego nie jest potrzebne człowiekowi/duchowi.
    Jeśli natomiast czyściec ma wymiar poza czasowy to jak ów czyściec bez końca usadowić obok nieba, a dokładniej mówiąc w Bogu?

    R

  2. Najpierw trzeba wyraźnie powiedzieć, że w oficjalnym nauczaniu Kościoła nie znajdziemy wypowiedzi, które określałyby wyraźnie długość kar czyśćcowych. Kościół milczy w kwestii czasu, jaki spędzają w czyśćcu oczyszczający się. Nie znaczy to jednak, że nie było w historii Kościoła okresów, kiedy kwestię czasu trwania kar czyśćcowych nie tylko traktowano bardzo poważnie, ale posunięto ją niemal do absurdu: wyliczano konkretną liczbę dni, miesięcy czy lat, jakie dusza ludzka spędzić musi w czyśćcu, aby zasłużyć na wejście do wiecznej chwały.
    Współcześni teologowie podkreślają, że chcąc poprawnie zrozumieć „rzeczy ostateczne”, a więc i rzeczywistość czyśćca, trzeba odrzucić wszelkie obrazy kosmiczne, fizyczne i chronologiczne. Zatem trzeba ciągle brać pod uwagę to, że chociaż w mówieniu o czyśćcu pojawiają się określenia o charakterze chronologicznym, takie jak czas, długość itp., czyściec nie jest czasem. Ma on wymiar duchowy i język materialny nie jest w stanie tego wymiaru wyrazić. W rzeczywistości chodzi przede wszystkim o relacje człowieka z Bogiem. Trzeba mówić o czyśćcu jako na momencie przejścia na spotkanie z Miłością. Zatem czyściec to moment opóźnienia w osiąganiu celu ostatecznego, moment rozumiany nie chronologicznie, lecz soteriologicznie. Bo jak mówi Hans Urs von Balthasar: „Bóg jest «rzeczą ostateczną» stworzenia. Jest nią jako osiągnięte niebo, piekło tych, którzy Go utracili, badający sąd i oczyszczający czyściec”.
    Na niepowodzenie skazane są zatem próby wymiernego określenia długości trwania czyśćca, ponieważ trwanie w czasie oraz trwanie czystego ducha, wolnego od czasu, materii i przestrzeni są pojęciami analogicznymi, które nie pokrywają się ze sobą. Tak więc czyściec nie ma nic z wymiaru czasu fizycznego, nie ma w nim następstwa wydarzeń i dlatego też nie może być mierzony w jego jednostkach – dniach, latach, wiekach. Jak mówił Ladislaus Boros, „różnica czasu spędzonego w czyśćcu zamienia się w różnicę intensywności oczyszczenia”.
    Na pytanie o to, czy czyściec zaczyna się w życiu doczesnym, współcześni teologowie odpowiadają, że stanowi on kontynuację procesu wewnętrznej przemiany, która nie została jeszcze w pełni zrealizowana przez człowieka w życiu ziemskim, a która ma go doprowadzić do ostatecznego i pełnego zjednoczenia z Bogiem przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym.

  3. O CZYŚĆCU BARDZIEJ EKUMENICZNIE

    Zamiast oddzielnego wpisu – to mój głos i obszerniejszy komentarz w dyskusji, która niestety nie znalazła żywego oddźwięku. Mija właśnie połowa listopada, miesiąca w którym pamiętamy w sposób szczególny o zmarłych. Widać naszych teologów nie interesują rzeczywiste problemy związane z katolicką teologią czyśćca. A szkoda! Na pytania Regmena (zob. post z 30 października, 00.26) odpowiedział P. Robert (5 LISTOPADA 2015 O 11:50). Może moje refleksje okażą się również w jakiejś mierze pomocne. Proszę o cierpliwość w lekturze.

    1. SŁOWO O „CZASIE PRZEOBRAŻONYM” PO DRUGIEJ STRONIE ŻYCIA

    Istnieją różne koncepcje czasu kształtowane w ramach odmiennych wizji świata. Obok czasu w sensie chronologicznego następstwa zjawisk i wydarzeń (jak to ma dzisiaj miejsce w ewolucjonistycznym obrazie świata ukazywanym przez nauki przyrodnicze), Biblia mówi również o przerwaniu czasu przez śmierć oraz o CZASIE ESCHATOLOGICZNYM, czasie innym, czasie Bożym. Jest to czas eschatologicznego święta stworzenia. W świecie zmartwychwstania życie stworzeń przedłuża się, jest procesem stawania się i towarzyszy mu wzrost uczestnictwa w życiu Bożym. Życie wieczne nie anuluje czasowości stworzenia. Jest to już wszakże CZASOWOŚĆ PRZEOBRAŻONA – „die verklärte Zeit“ (zob. G. Lohfink, Das Zeitproblem und die Vollendung der Welt. W: G. Greshake, G. Lohfink, Naherwartung, Auferstehung, Unsterblichkeit. Untersuchungen zur christlichen Eschatologie, 4. erw. Aufl., Freiburg i. Br 1982, s. 131-155.).

    Nie podzielam poglądu tych teologów, którzy głoszą, że życie pośmiertne jest bezczasowe, absolutnie atemporalne. Chodzi przecież o ucieleśnione ŻYCIE DUCHA, a nie o stan bezruchu i braku rozwoju. Według antropologii biblijnej istotę ludzką stanowią: duch, dusza i ciało (zob. 1 Tes 5,23; Hbr 4,12). Rzeczywistość ducha jest przeciwieństwem stanu immobilności. Statyczność oznaczałaby po prostu brak życia. Życie wieczne nie jest zastygnięciem w pewnego rodzaju nirwanie. Jest twórczym wznoszeniem się w przyjmowaniu daru Bożego życia i jego objawień. Rzecz jasna, że wieczność istot stworzonych nie utożsamia się z absolutną pełnią wieczności boskiej (aeternitas). Jest wzrastaniem w dostępnej stworzeniom pełni życia (aeviternitas). Dynamiczny rozwój ducha nigdy nie ustaje. Cecha czasowości przysługuje istotom stworzonym nie tylko w życiu doczesnym, ale również po zmartwychwstaniu, w owych „wiekach wieków”, o których lakonicznie wspomina Biblia. Wieczność zatem, w odniesieniu do istot stworzonych, nie oznacza całkowitej negacji czasowości, lecz jej przeobrażenie.

    Od lat nawołuję, aby zrehabilitować pojęcie kary naprawczej i terapeutycznej, o czym w swoim wpisie wspomniał Robert Rynkowski. O takiej karze, nawiązując do biblijnego terminu „kólasis aiōnios” w tekście Mt 25, 46 pisali wybitni Ojcowie Kościoła wschodniego (zob. W. Hryniewicz, „Świadkowie wielkiej nadziei. Zbawienie powszechne w myśli wczesnochrześcijańskiej”, Warszawa: Verbinum 2009). Kara naprawcza jest rzeczywiście wieczna w swoich skutkach.

    „Wiecznej” poprawy i przemiany człowieka nie należy pojmować jako nieskończonego procesu czasowego. Jest to wydarzenie o ograniczonym trwaniu, którego zbawcze SKUTKI POZOSTANĄ NA ZAWSZE i które kończy się osiągnięciem nieodwracalnego stanu zbawienia. „Wieczna kara” jest wieczna w swoich dobroczynnych skutkach i dalekosiężnym znaczeniu zbawczym, ale nie wieczna w samym trwaniu. Kara o określonym trwaniu może być nazwana „wieczną” także ze względu na swą jakość i intensywność. Nie jest ona unicestwieniem (jak głoszą zwolennicy anihilacjonizmu w odniesieniu do uporczywych grzeszników) ani wieczną zatratą.

    2. WYZWALAJMY ROZUMIENIE CZYŚĆCA Z FAŁSZYWYCH WYOBRAŻEŃ

    Dopiero od XII w. zaczęto mówić o czyśćcu w formie rzeczownikowej na oznaczenie konkretnego miejsca w zaświatach (zob. J. Le Goff, „Narodziny czyśćca”, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1997, s. 69 nn.). Wcześniej mówiono za św. Augustynem w formie przymiotnika o oczyszczającym ogniu. Obecnie zwraca się uwagę, że samo słowo „czyściec” jest określeniem niezbyt trafnym i właściwym. Budzi ono naiwne i fałszywe wyobrażenia, choć jego zasadnicza treść wskazuje na konieczność uzdrowienia i przejścia człowieka przez oczyszczenie do uszczęśliwiającego spotkania z Bogiem. Sobór Watykański II posłużył się wyłącznie terminem „oczyszczenie”, aby przypomnieć właściwy sens tej doktryny w życiu Kościoła (KDK, 49).

    W potocznym rozumieniu chodzi o „miejsce” (!) cierpienia, w którym ciąży jeszcze na ludziach ciężkie brzemię skutków popełnionego w życiu zła. Dlatego ponoszą odpowiednie kary i pokutują za swoje winy, aby w ten sposób ZADOŚĆUCZYNIĆ Bożej sprawiedliwości. Podkreślam słowo „zadośćuczynić”! To ono jest powodem wielu zastrzeżeń ze strony innych chrześcijan, zwłaszcza prawosławnych. Ale o tym nieco później.

    Rozpowszechniona wizja czyśćca opiera się na pojmowaniu sprawiedliwości Boga w sposób nazbyt ludzki, na wzór systemu penitencjarnego w ziemskich więzieniach. Więzień musi odbyć wyznaczoną karę, zanim będzie mógł powrócić do swojej społeczności. Ta kara ma charakter odpłaty za popełnione grzechy, a zarazem ma służyć uzdrowieniu, poprawie i rehabilitacji winowajcy, który uznaje swoją winę i przyjmuje pokutę. W ciągu wieków wykazano wiele pomysłowości, aby wyliczyć wszelkie możliwe kary czyśćcowe. Uważano, że wymaga tego troska o nawrócenie ludzi. Jest to jeden z elementów rozpowszechnionej w ciągu wieków pedagogii strachu, która pozostawiła trwałe skutki w mentalności wierzących.

    Dlatego czyściec pojmowany jest zazwyczaj przez wierzących analogicznie do obrazów piekła. I tu i tam jest oczywiście ogień, który w piekle płonie wiecznie, a w czyśćcu jest tymczasowy. Na tym polega różnica między jednym i drugim stanem grzesznych ludzi.

    Obraz czyśćca jako miejsca kary i zadośćuczynienia sprawiedliwości Boga ukazuje Go w fałszywym świetle. Przypisujemy Mu swoje ułomne pojęcie sprawiedliwości, która domaga się zadośćuczynienia za obrazę boskiego majestatu. Bóg zostaje upodobniony do mściwego człowieka, a kara przybiera charakter represyjny. Zapomina się wówczas o samej istocie biblijnej prawdy o Bogu miłującym i miłosiernym – o tym, że Jego sprawiedliwość jest miłosierna, miłosierdzie sprawiedliwe. On nie pragnie karać, lecz uzdrawiać chorą wolność człowieka, aby obdarzyć go swoim życiem.

    Właściwe rozumienie czyśćca jako procesu przejścia człowieka do spotkania z Bogiem wymaga wyzwolenia się od fałszywych wyobrażeń i obrazów. Dotyczy to również samego pojmowania wieczności, która nie jest tym samym czasowym następstwem wydarzeń, do którego przywykliśmy w życiu doczesnym. Odchodząc z tego świata wchodzimy w rzeczywistość, która nie zna już czasowych ograniczeń.

    Przyjrzyjmy się ludzkiemu życiu. Istniejemy na ziemi wśród ludzi i z ludźmi naszego czasu. Nasze postępowanie także ich dotyka i wpływa na ich życie. Stają się oni ofiarami naszych zachowań, naszej obojętności, naszych złych uczuć i czynów. Zadajemy innym ból, ranimy ich, niszczymy wzajemne relacje. Ileż tragedii rodzinnych dokonuje się z tego powodu! Ile łez zostało wylanych! Ile cierpień zostało zadanych. Z egoizmu lub nienawiści człowiek człowiekowi potrafi życie zamienić w istne piekło. Dzisiaj, kiedy ludzie doświadczają aktów terrorystycznych i okrutnych prześladowań, przykładów daleko szukać nie trzeba. Piątkowa rzeź w Paryżu dokonana przez fanatycznych islamistów z tzw. Państwa Islamskiego(ISIS) 13 listopada 2015 przejdzie do historii nieludzkich okrucieństw.

    Po śmierci dane nam będzie uświadomić sobie wyraźnie własne winy w stosunku do innych. Będziemy cierpieć z tego powodu, tym bardziej, że tego wszystkiego już nie sposób będzie naprawić. Zrozumiemy może dopiero wtedy wagę przykazania: „Będziesz miłować bliźniego swego jak siebie samego”. Ta świadomość to rzeczywiście gorzkie brzemię do uniesienia. Spóźniony żal będzie tym, co jeszcze pozostanie w naszej mocy.

    Żal z powodu popełnionych win potrafi palić wnętrze jak ogień. Jest to już jednak ogień skruchy i obudzonej miłości, której nam w życiu zabrakło. Cierpienie czyśćca wynika z naszej jeszcze nie oczyszczonej, nie przeobrażonej uczuciowości oraz nieprzeźroczystej miłości. Miłość Boga musi dopiero wypalić w nas to wszystko, co nie jest jej godne i co nie sprzyja pojednaniu z innymi ludźmi naszego życia. W spotkaniu z Bogiem pozbędziemy się fałszywych wyobrażeń o Jego świecie i o naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy żyli blisko nas i naszej życiowej drogi. Nasz świat wewnętrzny wypięknieje w swej przeźroczystości. A to wielka przemiana, która musi się w nas dokonać. Przyniesie ona radość, jakiej jeszcze nie znaliśmy.

    3. DLACZEGO PRAWOSŁAWNI
    NIE AKCEPTUJĄ TRADYCYJNEJ KATOLICKIEJ NAUKI O CZYŚĆCU?

    Większość współczesnych teologów prawosławnych odrzuca katolicką naukę o czyśćcu ze względu na jej charakter ekspiacyjny. Podkreślają oni, że stan między śmiercią a sądem ma charakter twórczego i kolektywnego oczekiwania. Jeżeli zmarli cierpią, to ich cierpienie ma charakter oczyszczenia, a nie ekspiacji i zadośćuczynienia. „Jeżeli istnienie między śmiercią a sądem ostatecznym może być nazwane czyśćcem, to według prawosławnej nauki nie jest to miejsce, ale STAN pośredni oczyszczenia” – pisał PAUL EVDOKIMOV („Prawosławie”. Przełożył ks. Jerzy Klinger, Warszawa 1964, s. 365; wyróżnienie Autora, który zmarł w 1970 r.). Jego zdaniem, prawniczy sens pojęcia zadośćuczynienia przyjęty w zachodniej teologii odkupienia pozostaje obcy duchowości Wschodu. Obce jest dla niej samo pojęcie „oczyszczającej ekspiacji”.

    To samo dotyczy także aspektu kary, zadośćuczynienia i samej zasady ekspiacyjnej w odniesieniu do sakramentu pokuty, nabożeństw pokutnych i stanu pokutnego w czyśćcu. Wynika to z odmiennej wizji zbawienia w myśli prawosławnej. Zbawienie ma przede wszystkim charakter ontologicznej przemiany, uzdrowienia, dojrzewania i uczestnictwa w życiu Boga. Samo jestestwo człowieka podlega w ten sposób wewnętrznej naprawie. Zmarli dojrzewają do uczestnictwa w życiu wiecznym oczyszczając się z wszystkiego, co zniewala ludzkiego ducha. W religijnej świadomości prawosławnych często pojawia się dlatego metaforyczny obraz przejścia zmarłej osoby przez tzw. komory celne (gr.: telonia, scs.: mytarstva). Przechodząc przez nie człowiek uwalnia się od zła i zachowuje tylko to, co należy do Boga.

    Godne uwagi stanowisko zajmuje pod tym względem wybitny, emigracyjny teolog rosyjski ks. SIERGIJ BUŁGAKOW (zm. 1944) oraz zwolennicy jego poglądów. Według niego, Kościół prawosławny odróżnia możliwość trzech stanów w świecie pozagrobowym: stan szczęścia w niebie oraz stan podwójnych mąk infernalnych; pierwszy – z możliwością wyzwolenia od mąk za pośrednictwem modlitw Kościoła oraz mocą wewnętrznego procesu dokonującego się w duszy, drugi – bez tej możliwości.

    W przeciwieństwie do teologów prawosławnych, którzy przyjmują naukę o piekle/Gehennie, a odrzucają naukę o czyśćcu, uznaje on rzeczywistość czyśćca, odrzuca natomiast wieczność piekła, a raczej POJMUJE PIEKŁO/GEHENNĘ NA SPOSÓB CZYŚĆCA. Kościół prawosławny nie przyjmuje, według niego, czyśćca jako odrębnego miejsca lub stanu specjalnego (ze względu na brak wystarczających podstaw biblijnych i dogmatycznych). Nie zaprzecza on jednak możliwości ani istnienia stanu oczyszczenia.

    Rozróżnienie między czyśćcem a piekłem/Gehenną – jako dwoma różnymi stanami – jest w tej perspektywie nieuchwytne, ponieważ pozagrobowy los zmarłych jest nam całkowicie nieznany. Istnieje realna możliwość wyzwolenia się z mąk piekielnych oraz przejścia ze stanu odrzucenia do stanu usprawiedliwienia i ocalenia. Teolog może zatem stawiać sobie pytanie nie o istnienie czyśćca, ale o to, czy w ogóle istnieje piekło/Gehenna jako stan ostateczny, czy też jest ono pewnego rodzaju czyśćcem, a więc stanem oczyszczenia. Potwierdza to fakt, że Kościół prawosławny w swojej modlitwie za zmarłych nie zna żadnych ograniczeń, modląc się na przykład za samobójców (zob. S. Bułgakow, „Prawosławie. Zarys nauki Kościoła prawosławnego”. Przełożył ks. H. Paprocki, Białystok-Warszawa 1992, s. 199).

    Przyznaję otwarcie, że to stanowisko jest mi bardzo bliskie, gdyż od lat głoszę, podobnie jak Bułgakow, nadzieję powszechnego zbawienia, czyli ocalenia wszystkich istot rozumnych, narażając się – podobnie jak w swoim czasie on także – na ciągłe zarzuty i sarkastyczne oskarżenia o herezję.

    4. CZYŚCIEC I PRAKTYKA ODPUSTÓW – REAKCJA MARCINA LUTRA

    To temat osobny, zasługujący na debatę w czasie nadzwyczajnego Świętego Roku Miłosierdzia, który zostanie wkrótce ogłoszony przez papieża Franciszka. Z tej okazji, w kwietniu 2015 r., Franciszek ogłosił bullę, w której potwierdził naukę o odpuście zupełnym i cząstkowym, a we wrześniu rozszerzył ją o dodatkowe wskazówki.

    Kościoły poreformacyjne nie widzą w ogóle podstaw biblijnych dla katolickiej doktryny o czyśćcu. Od samego początku ich sprzeciw budziły zwłaszcza nadużycia wynikające z katolickiej praktyki odpustów.

    Kilka uwag na ten temat, być może drastycznych. Przed wystąpieniem Marcina Lutra, od lat 1470-tych, głosiciele odpustów szafowali różnego rodzaju sloganami, byle tylko zachęcić wiernych do ofiarności. W Niemczech jeden z takich sloganów, w formie rymowanej, brzmiał następująco:

    „Wenn das Geld im Kasten klingt,
    die Seele in den Himmel springt“.
    (Kiedy w skrzynce pieniądz dźwięczy,
    dusza do nieba pryska).

    W Anglii głosiciele odpustów określali nawet czas, w jakim się to dokonuje:

    “In half an hour at the most
    the soul is with the Holy Ghost”.
    (Najpóźniej w pół godziny
    dusza jest już ze Świętym Duchem).

    Wiadomo, co na tego rodzaju porzekadła, którymi posługiwał się w głoszeniu odpustów zwłaszcza niemiecki dominikanin Johann Tetzel (1465-1519), odpowiedział Marcin Luter. Uczynił to pod koniec października 1517 r., kiedy układał swoje 95 tez przeciwko odpustom. Zagroził: „nun will ich der Paucke ein Loch machen”, „teraz zrobię dziurę w tym bębnie”. Słowo „die Pauke” (dzisiaj bez „c”) oznacza instrument muzyczny zwany „kotłem” („bijcie w kotły, w trąby grajcie”!) oraz karcące i natarczywe kazanie. Tetzel organizował całą liturgię, nabożeństwa i procesje w formie kampanii odpustowej. Luter zarzucił mu, że czyni to w sposób bezwstydny i wywołujący oburzenie: „Spojrzyj na swoją matkę, jak dręczona jest w płomieniach ognia! A to cierpi ona z twojego powodu, bo przy pomocy grosza, możesz przyjść jej z pomocą”.

    Niech wystarczy tych kilka uwag, aby uwrażliwić na potrzebę uwolnienia nauki o czyśćcu od niewłaściwego rozumienia odpustów. Ale to temat, wedle uznania administratora blogu, na ewentualną dyskusję w nadchodzących miesiącach.

    5. CZYŚCIEC – PRZESŁANIE PASCHALNE

    Powracam do refleksji o czyśćcu. Wierzę, że jeżeli nie jesteśmy gotowi na spotkanie z Bogiem, to On w swojej miłości dopomoże nam odnaleźć prawdę o swoim życiu. Otworzy nam oczy na to, czego nie potrafiliśmy lub nie chcieliśmy dostrzec. I to może być bardzo bolesne. Miłość Boga wypali wszelkie ślady narcyzmu i grzesznej koncentracji na sobie, zburzy zastrzeżenia, usunie przeszkody nie pozwalające zrozumieć rzeczywistej sytuacji. Tam dopiero prawdziwie zrozumiemy, czym jest prawdziwa miłość do Boga i ludzi stworzonych na Jego obraz i podobieństwo. Tam cierpienie jest bardziej przejrzyste, pomaga bowiem stanąć w prawdzie przed samym sobą. To nie Bóg sprawia nam ból, lecz samo odnalezienie swojej gotowości do przyjęcia ostatecznej prawdy o Nim i Jego Królestwie. Jego miłość i dobroć, przenikając na wskroś nasz umysł i serce, uzdalniają nas do przyjęcia największego daru spełnienia życia.

    W tym sensie prawda o pośmiertnym oczyszczeniu w spotkaniu z Bogiem jest przesłaniem radosnym i prawdziwie paschalnym. Mówi o zdolności rozumnego stworzenia do osiągnięcia celu ostatecznego – do PRZEJŚCIA ze śmierci do życia. Jeżeli Bóg nas nie zatraca, ale Jego miłość oczyszcza nas i przeobraża, cel stworzenia świata zostaje osiągnięty.

    Moc dobra okazuje się w końcu zwycięska. Błądzenie i grzech mają swój kres. Stąd jakże słuszny jest postulat niemieckiego teologa katolickiego, Gisberta Greshake’go, aby przesłanie o czyśćcu było prawdzie Dobrą Nowiną. Pisał on: „Bóg osiąga swój cel. Bóg nas oczyszcza, Bóg nas wypala, ale dociera do celu i dlatego my też dotrzemy do celu. Dlatego na naukę o czyśćcu, względnie o oczyszczeniu po śmierci powinno w dużo większym stopniu padać ŚWIATŁO WIELKANOCNEJ RADOŚCI. Czyściec trzeba głosić jako Dobrą Nowinę, nie jako mroczną perspektywę, nie w skojarzeniu z tymi wszystkimi okropnymi obrazami tak zwanej „pobożności ludowej” i jej wyobrażeniami na temat biednych duszyczek. CZYŚCIEC DAJE NAM NADZIEJĘ, że tam, gdzie życie było takie połowiczne, takie niedoskonałe, może nawet nieudane i chybione, Bóg mimo tego podejmie ów – może całkiem niepokaźny – plon naszej ziemskiej egzystencji, aby przerobić nas na naczynie, które będzie mógł napełnić swym życiem” (G. Greshake, „Życie silniejsze niż śmierć. O nadziei chrześcijańskiej”, przełożyła Joanna Kubaszczyk, Poznań 2010, s. 128; wyróżnienie moje, W.H.) .

    We współczesnej teologii katolickiej utwierdza się pogląd, że oczyszczające cierpienie, które ponosimy jako konsekwencję naszych win popełnionych zwłaszcza przeciwko miłości bliźniego nie ustanie całkowicie. Będzie trwało, aż zakończą się dzieje cierpienia w świecie, kiedy dokona się powszechne pojednanie ludzi między sobą. Trzeba, aby najpierw sprawcy cierpienia otrzymali przebaczenie od tych, którym wyrządzili w życiu krzywdę. Wszelka wrogość i nienawiść musi zostać przezwyciężona. Bez rzeczywistego pojednania nie może być prawdziwego szczęścia. Pośmiertne szczęście we wspólnocie z Bogiem znajdzie swoje dopełnienie dopiero wówczas, kiedy wszyscy ludzie osiągną swój cel ostateczny w komunii z Bogiem. Dlatego, w naszym ludzkim odczuciu, wciąż jeszcze trwa proces oczyszczenia i dojrzewania. Nie jest to samooczyszczenie osiągane jedynie własnym wysiłkiem człowieka. Dokonuje się ono dzięki spotkaniu z Bogiem.

    Powszechna pełnia zbawienia osiągnie swój kres dopiero wraz z końcem dziejów świata. Tak uczyli greccy Ojcowie wczesnego Kościoła. Przejmujące i warte zastanowienia są słowa ORYGENESA o oczekiwaniu świętych. Posłuchajmy: „Jeśli byłeś święty, będziesz się cieszyć opuszczając to życie. Ale radość będzie pełna wtedy, kiedy nie zabraknie żadnego członka twemu ciału. Bowiem ty także będziesz oczekiwać innych, jak sam byłeś oczekiwany. Jeśli bowiem tobie, który jesteś członkiem, radość nie wydaje się wcale doskonała, skoro brak innego członka, o ileż bardziej nasz Pan i Zbawiciel, który jest głową i sprawcą całego ciała uważa, że nie ma dla Niego doskonałej radości, dopóki widzi, że Jego ciału brakuje jednego z członków (non sibi perfectam ducit esse laetitiam, donec aliquid ex membris deesse corpori suo videt). (…) Nie chce więc przyjąć swej doskonałej chwały bez ciebie, to jest bez swego ludu, który jest Jego ciałem i Jego członkami (Non vult ergo sine te recipere perfectam gloriam suam, hoc est sine populo suo, qui est corpus eius et qui sunt membra eius) [Hom. in Leviticum VII,2. Sources Chrétiennes 286, s. 318.320].

    Jeśli nawet święci trwają w postawie oczekiwania na pełnię zbawienia świata, to tym bardziej dotyczy to tych, którzy sami potrzebują oczyszczenia i przeobrażenia. Podobny pogląd przekazuje do dzisiaj liturgia i teologia prawosławna.

    6. WIELKI DAR BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    Jeżeli Bóg jest, obrazowo mówiąc, „ogniem trawiącym” (Pwt 4,24) i oczyszczającym, to spotkanie z Nim w śmierci prowadzi do tak ogromnego wstrząsu i przewrotu w całym jestestwie człowieka, że można je nazwać oczyszczeniem. To oczyszczenie jest równoznaczne z pojednaniem, ocaleniem i przeobrażeniem.

    Stan nazywany oczyszczeniem nie jest karą ze strony Boga, lecz Jego wielkim darem, dzięki któremu dokonuje się w człowieku głębokie przeobrażenie. Przeobrażenia tego wymaga niezmienna miłość Boga do ludzi. Język biblijny nazywa tę przemianę przywdzianiem szaty weselnej, najlepszej jaką się posiada. Nie można wejść do domu Boga w brudnych łachmanach. Mówił o tym Jezus w swoich pouczeniach. Spotkanie z Nim, noszącym ślady swojej męki, lecz zmartwychwstałym i chwalebnym, będzie dla każdego i każdej z nas największym oczyszczeniem i przeobrażeniem. To On ma teraz , „klucze śmierci i Hadesu/Szeolu” (Ap 1,18).

    W teologii katolickiej podkreśla się obecnie, że w osobistym spotkaniu z Bogiem ważna jest przede wszystkim INTENSYWNOŚĆ PRZEŻYCIA. Człowiek w stanie czyśćca nie dojrzał do pełni spotkania z Bogiem. Brak mu prawdziwej miłości do Niego i do innych ludzi. Ma w sobie wiele oporów i zaległości. Nie nauczył się jeszcze przebaczać i przyjmować przebaczenie od innych. Pozostały w nim bolesne i trwałe ślady ziemskich doświadczeń w relacjach z ludźmi jego życia. Są to ślady samolubstwa, pychy, kłamstwa, niechęci i wrogości, które ukrywał przez innymi. Może nadal zamknięty jest w sprzecznościach własnej samooceny, których nawet nie dostrzega.

    Konieczność oczyszczenia wynika z samego wnętrza człowieka. Czyściec dotyczy losu tych, którzy nie odchodzą ze świata jako święci, a z drugiej strony nie są całkowitymi zatraceńcami godnymi Gehenny. Są to przeciętni ludzie, ani całkiem dobrzy, ani całkiem źli, jak większość z nas. Inaczej mówiąc – ludzie na poły dobrzy. To wszystko trzeba przeżyć na nowo, dokonać osobistego osądu życia, skorygować swoje nastawienie, odzyskać życzliwość i miłość do wszystkich ludzi bez wyjątku, a może zwłaszcza do najbliższych.

    W ciągu życia mieliśmy być może wiele zastrzeżeń i buntów wobec samego Boga. Nie umieliśmy pogodzić się ze swoim trudnym losem. Oskarżaliśmy Stwórcę o obojętność i niewrażliwość na głos naszego wołania o pomoc. Byliśmy przekonani, że jest niesprawiedliwy w rozdzielaniu swoich darów i wyznaczaniu dróg życiowych. Jawił się nam jako Bóg milczący i daleki, któremu nie zależy na ludzkim szczęściu i godnym życiu. Nie dał nam drogi szczęśliwej, którą cieszy się w naszym mniemaniu tak wielu innych ludzi, obdarzonych zdolnościami i ujmującą powierzchownością. Czy rzeczywiście nie jest nam nic winien? Czy nie mieliśmy racji skarżąc się na swoje życie? Wciąż koncentrowaliśmy się na sobie samych i swojej niedoli.

    W spotkaniu z Bogiem będziemy w końcu zdolni do powiedzenia Mu wprost tego, co stale nosiliśmy w głębi swego serca. Powiemy Mu o swoich sporach z Nim i niewypowiedzianych skargach. A może w swoich sądach nieraz popełnialiśmy ten sam błąd? Przyjdzie moment wyznania swojej pomyłki, swoich win i zaniedbań. Powiedziano bowiem: „Do Niego przyjdą zawstydzeni wszyscy, którzy się na Niego zżymali” (Iz 45,24). Wstyd jest oznaką skruchy i właściwej oceny samego siebie. A Bóg nie pozostanie obojętny na wszystko, co w życiu przeżyliśmy. Nie zostanie zapomniane żadne dobro wyświadczone innym w potrzebie.

    Tak w przybliżeniu mogłoby chyba przebiegać doświadczenie uwewnętrznienia „męki czyśćcowej”. Z tej bodaj racji trzeba rozstać się z potocznymi wyobrażeniami o czyśćcu jako miejscu, gdzie dusze (!) płoną w ogniu (czy dusza może płonąć?!), wyciągając rozpaczliwie ręce i wzywając pomocy żyjących. Często spotyka się tego rodzaju obrazki, których celem jest pobudzić do pamięci o losie zmarłych, aby w ten sposób skrócić ich mękę przez modlitwę i dobre uczynki. Takie ludowe wyobrażenia zniekształcają prawdę o czyśćcu czyniąc zeń coś w rodzaju tymczasowego piekła. W rzeczywistości jest on znakiem dobroczynnej i życzliwej cierpliwości Boga, który daje grzesznemu człowiekowi możliwość pośmiertnego oczyszczenia.

  4. Czyściec (jeśli istnieje) nigdy nie jawił mi się w wyobraźni jako miejsce kaźni. Myślę, że to taki naturalny przedsionek, gdzie trzeba zdjąć z siebie brudne ubrania zanim wejdzie się do pięknych czystych wnętrz. Często ludzi straszy się czyśćcem, tymi mękami, myślę że niepotrzebnie, bo ludzie boją się umierać. Boją się jak nie piekła, to właśnie czyśćcowej przeprawy i często jeszcze za życia wymuszają na bliskich deklaracje zamawiania mszy św. na wypadek gdyby znaleźli się w czyśćcu i potrzebna byłaby pomoc.

  5. Nauka na temat czyśćca, która nie znajduje potwierdzenia w Piśmie Św. i jest dogmatem uchwalonym przez kościół rzymskokatolicki w VI w. za czasów papieża Grzegorza I
    I.Doktryna czyśćca przeczy biblijnemu nauczaniu na temat istnienia dwóch miejsc pobytu dusz po śmierci – nieba (raju) i piekła. Mat. 7:13-14: „13. Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. 14. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują. (zob. też Łk 16:19-31, Jn 3:36, Ap.19).
    Doktryna czyśćca zaprzecza wystarczalności odkupieńczej ofiary Chrystusa. Pismo Św. naucza, że Chrystus cierpiał za grzechy tych, którzy w Niego wierzą (Dz.Ap. 20:28; 1 Pt 2:21, 3:18). Sprawiedliwy gniew Boży zamiast na nas – spadł na Bożego Syna. Jedyną podstawą mojego (i każdego wierzącego człowieka) zbawienia jest fakt, że Chrystus za mnie umarł (Rzym 14:15). Nie muszę już cierpieć za moje grzechy w „ogniu” („poczekalni do nieba”) gdzie rzekomo dokonuje się oczyszczenie. Wiara w to, że ktokolwiek musi wycierpieć ograniczone w czasie męki w czyśćcu gdzie dokonuje się jego oczyszczenie – uwłacza wystarczalności ofiary Chrystusowej. Nie ma innej przyczyny zbawienia jak ta, że Chrystus umarł w moje miejsce. Pismo Św. uczy, że ci, którzy zaufali Chrystusowi mają zdjęty z siebie ciężar win (każdego grzechu) tak iż Bóg daje każdemu chrześcijaninowi obietnicę wiecznego zbawienia natychmiast po śmierci (Jn 5:24; Ef 2:8-9, 1 Jn 5:12-13). Ci zaś, którzy nie złożyli swoich grzechów przed Chrystusowy krzyż sami będą ponosili ich konsekwencje w wieczności. Ci, którzy nie wierzą Synowi – będą na wieki ścierali się z Bożym gniewem (Jn 3:36, 2 Tes 1:8, Ap 19:1-3). Dlatego kościół powinien bardzo poważnie potraktować słowa Wielkiego Posłannictwa i wezwanie do niesienia Dobrej Nowiny o tym, który przez swoją śmierć i zmartwychwstanie ocalił miliony dusz od ponoszenia po śmierci konsekwencji własnych grzechów. Jeśli Chrystus wziął moje grzechy nie siebie i umarł za każdy mój grzech (Kol 2:13) to odpowiedz: za które grzechy mam jeszcze iść do czyśćca?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *