Archiwum kategorii: Bez kategorii

Czy Mesjasz naprawdę przyszedł? – kazanie Paula Tillicha

„Teraz o Władco pozwól odejść swemu słudze w pokoju, według             słowa Twojego. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów. Światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. Łk 2, 29-32

 

„Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli»”.  Łk 10, 23-24

 

Kilka dni temu rozmawiałem z moim przyjacielem Żydem na temat idei Mesjasza w judaizmie i chrześcijaństwie. Ostatecznie różnica między nami pojawiła się mniej więcej tam, gdzie pobrzmiewa pytanie skierowane do Jezusa przez uczniów Jana Chrzciciela: „czy to Ty jesteś tym, który miał przyjść, czy też innego mamy oczekiwać”? Zgodziliśmy się, że Żydzi czekają na kogoś innego, podczas gdy chrześcijanie twierdzą, że ten który miał przyjść, rzeczywiście już przyszedł. Chrześcijanie mówią z Symeonem: „nasze oczy ujrzały Jego zbawienie”. Żydzi odpowiadają: „my nie widzieliśmy Jego zbawienia, czekamy wciąż na nie”. Chrześcijanie czują się już szczęśliwi, zgodnie ze słowami Jezusa, ponieważ zobaczyli obecność zbawczej mocy w świecie i historii. Żydzi uważają takie przeświadczenie za niemalże bluźniercze, skoro według ich wiary nic czego należy się spodziewać od epoki mesjańskiej jeszcze nie nastąpiło.

I kiedy bronimy naszej wiary chrześcijańskiej Żydzi przypominają, że świat nie stał się lepszym od czasów Ozeasza czy Jeremiasza, że Żydzi i wraz z nimi ogromna część ludzkości cierpi nie mniej niż dwa tysiące lat temu, że prorockie wizje zagłady są dziś nawet bardziej realne niż w czasach samych proroków.  Trudno na to wszystko odpowiedzieć, ale musimy spróbować, skoro nie tylko Żydzi, ale niezliczona liczba chrześcijan i niechrześcijan, naszych przyjaciół i naszych dzieci, a także coś w nas samych zadaje te właśnie pytania. Trudno na nie odpowiedzieć. Co na przykład możemy odpowiedzieć, gdy dzieci pytają nas o Dziecko w żłóbku, kiedy w niektórych częściach świata wszystkie dzieci „w wieku do lat dwóch” umierały i umierają, już nie z rozkazu Heroda, ale z powodu wciąż wzrastającego okrucieństwa wojny i jej skutków w epoce chrześcijańskiej, a także z braku wyobraźni samych chrześcijan. Albo jak możemy odpowiedzieć Żydom, gdy ci spośród nich, których wrócili z obozów śmierci, gorszych niż cokolwiek w Babilonie, nie mogą znaleźć schronienia nigdzie na ziemi, a już na pewno nie wśród ludów mieniących się chrześcijańskimi? Lub co możemy odpowiedzieć chrześcijanom i niechrześcijanom, którzy uświadomili sobie, że owocem chrześcijańskiej cywilizacji technicznej i społecznej stało się zagrożenie całkowitej zagłady ludzkości? A co mamy odpowiedzieć samym sobie, gdy patrzymy na własne życie, wciąż nieuzdrowione i niezbawione po tym, jak od dwóch tysięcy lat słuchamy orędzia o zbawieniu i uzdrowieniu?

Czy może mamy powiedzieć, że świat oczywiście jest niezbawiony, ale w każdym pokoleniu są mężczyźni i kobiety, którzy są zbawiani ze świata? Nie takie jest orędzie Bożego Narodzenia. Wszyscy ci, co w opowieści o Bożym Narodzeniu oczekują Chrystusa i przyjmują Jego bóstwo, szukają jednocześnie zbawienia Izraela i pogan, a także zbawienia całego świata. Dla nich wszystkich, i dla samego Jezusa, i dla Apostołów, królestwo Boże, uniwersalne zbawienie jest już blisko. Ale skoro takie było oczekiwanie, czy nie musimy stwierdzić, że rozminęło się ono z rzeczywistością? To pytanie jest tak stare jak samo orędzie chrześcijańskie i odpowiedź jest w zasadzie równie stara, jak mówi nasz biblijny tekst. Jezus bierze swoich uczniów na stronę i rozmawia z nimi na osobności błogosławiąc ich, jako że widzą to co widzą. Obecność Mesjasza jest tajemnicą, nie może być ogłoszona nikomu, ani zobaczona przez nikogo, jak tylko przez tych, którzy jak Symeon są kierowani Duchem. Jest coś zaskakującego, niespodziewanego w ukazaniu się zbawienia, coś co przeczy wszelkim pobożnym opiniom i intelektualnym przewidywaniom. Tajemnica zbawienia jest tajemnicą dziecka. Tak była przepowiedziana przez Izajasza, ale także w ekstazie Sybilii i poetyckiej wizji Wergiliusza, w doktrynach misteryjnych i w rytach religijnych celebrowanych w oczekiwaniu nowego eonu.  Wszyscy oni czuli, tak jak pierwsi chrześcijanie, że wydarzenie zbawienia to narodziny dziecka.  Dziecko jest prawdziwe i jakby jeszcze nie prawdziwe, jest w historii, ale jeszcze nie jest historią. Ma naturę widzialną i niewidzialną, jest tutaj i nie tutaj. I taki jest właśnie charakter zbawienia.
Zbawienie ma naturę dziecka. Jak chrześcijaństwo wspomina każdego roku, w najbardziej hucznym swoim święcie, dzieciątko Jezus, a zatem zbawienie, jakkolwiek jest widzialne, jest także niewidzialne. Kto chce zbawienia tylko widzialnego, nie zobaczy Boga w dzieciątku w żłobie, tak jak nie zobaczy Boga w człowieku na krzyżu, nie zobaczy wreszcie w ogóle Bożego działania, które zawsze jest paradoksalne. Zbawienie jest dzieckiem, a gdy urośnie, zostanie ukrzyżowane. Tylko ten, kto zobaczy moc w słabości, całość we fragmencie, zwycięstwo w porażce, chwałę w cierpieniu, niewinność w winie, świętość w grzechu, życie w śmierci, może powiedzieć: moje oczy widziały Twoje zbawienie. Ale to zawsze było trudne i zawsze będzie trudne. To było i będzie tajemnicą, tajemnicą dziecka. I jakkolwiek głęboko świat by nie upadł, nawet ku samozagładzie, jak długo będą żyć ludzie, będą doświadczać tej tajemnicy i mówić: „szczęśliwe oczy, które widzą to, co my widzimy”.

tłum. marval

Ojciec Yves Congar – życie dla Prawdy

Niedawno ksiądz dr Grzegorz Strzelczyk pytał na Facebooku: Kto ma mój egzemplarz Congara „Prawdziwa i fałszywa reforma w kościele” (PL)? I otrzymał odpowiedź: Dobrze, że zginęła. Modernistów lepiej nie czytać… O. Iwo Congar był nie tylko prawdziwym modernistą z krwi i kości, ale także architektem współczesnego kryzysu Kościoła i wiary (powszechnie nazywanego posoborową wiosną). A liberałem był dlatego, że modernizm jest przede wszystkim religijnym liberalizmem.
Ponieważ tego typu anonimowych wypowiedzi o francuskim teologu można znaleźć w internecie więcej, chciałbym przypomnieć sylwetkę tego wybitnego dominikanina.

Yves Congar na trwałe wpisał się w rozwój eklezjologii, ekumenizmu i laikatu, jednak wcześniej przeszedł długą drogę osobistych kłopotów z Rzymem. Zaczęły się one już w 1937 roku, kiedy wydał książkę Chrietiens desunis . Zarzut dotyczył wypowiedzi, iż podziały chrześcijaństwa zubożyły Kościół i zmniejszyły jego siłę. Zdaniem Congara, oczywistą jest rzeczą, ze brakuje czegoś naszemu Kościołowi, by mógł się stać w pełni katolicki! Wspólnoty powstałe z Reformacji, oddzielając się od Rzymu,, zabrały „coś” ze sobą.( J. Puyo, Rozmowy z ojcem Congarem, 1981).

Zaczęły się także kłopoty ze zdrowiem. Pomimo postępującej choroby (stwardnienie rozsiane) Congar w czasie wojny  walczył na froncie w stopniu porucznika. Dostał się do niewoli niemieckiej, z której parokrotnie próbował uciekać. Po powrocie do Francji zaangażował się w działalność pisarską, popierał rozwój nowych ruchów kościelnych, stanął po stronie księży robotników i laikatu. Pod koniec 1947 roku ponownie zaczyna dostawać ostrzeżenia, a potem upomnienia i groźby ze strony Rzymu. Nie podobała się Rzymowi Jego przekonanie o konieczności powrotu do źródeł Objawienia, (szczególnie do Ojców Kościoła), wytykano mu także jego eklezjologię ”ludu Bożego” z aktywnym udziałem wszystkich chrześcijan w życiu Kościoła. W roku 1950 ukazała się encyklika Humani Genesis skierowana przeciw temu wszystkiemu, co nazywano wówczas „nową teologią”. Zadała ona cios wszelkim postępowym teologicznym pracom badawczym. W tym czasie Congar przygotowywał do publikacji książkę Prawdziwa i fałszywa reforma w Kościele. I chociaż książka ukazała się i nigdy nie została potępiona, to nie pozwolono mu jednak na ponowne jej wydanie i na tłumaczenia. Nastąpiły lata osamotnienia i tułaczki. Następną książkę Congara Tajemnica świątyni czytało siedmiu cenzorów i długo nie dopuszczano do druku. Zarzucono mu, że za mało poświęcił miejsca hierarchii, a za dużo tajemnicy zamieszkiwania Boga pośród Jego ludu od Księgi Rodzaju aż po Apokalipsę. Dominikanin musiał opuścić Francję z zakazem wykładania. Zabroniono mu odwiedzania kolegiów, oraz wszelkiej działalności ekumenicznej. Rehabilitację przyniósł mu dopiero pontyfikat Jana XIII, który powołał go na członka komisji przygotowującej Sobór Watykański II, a następnie na stanowisko oficjalnego eksperta – doradcę Ojców Soborowych.

Dużo pracowałem przygotowując większość tekstów soborowych:  „Lumen Gentium”, a zwłaszcza drugi rozdział tej konstytucji: „Gaudiam et spes”, „ Dei Verbum”—tekst o objawieniu; teksty o ekumenizmie, o wolności religijnej, deklaracje o religiach niechrześcijańskich, o misjach. Dużo pracowałem w komisji kleru, która opracowała tekst „Presbiterium Ordinis”. Ojcowie soborowi jakby zapomnieli o księżach…księża potrzebują aby im powiedziano, kim są i jaka jest ich misja w dzisiejszym świecie. Tekst ten jednak zatrzymuje się w pół drogi. Cała praca Soboru została doprowadzona do jakiegoś półmetka…Nie można było iść dalej, by nie tworzyć rozłamów…z drugiej strony nie chciano doprowadzić do sytuacji, by jedna „ szkoła” triumfowałaby nad drugą…Bardzo wyraźnie się to uwidoczniło na przykład w sprawie kolegialności. Ostatecznie nie żałuję tego, gdyż dopiero praktyka kolegialności wykaże, jak daleko może sięgać podział odpowiedzialności”( Tamże).
(Słowa te wydają się być prorocze. Papież Franciszek nieustannie podkreśla, jakie znaczenie ma kolegialność a w tym synodalność Kościoła dla całej ludzkości).

W pracy Prawdziwa i fałszywa reforma w Kościele Yves Congar przedstawił tezę, że w rozwoju Kościoła, który zmierza do realizacji Bożego planu zbawienia, Tradycja nie wyklucza reform. Reforma jest elementem nieodzownym, jednak nie może prowadzić do rozłamu. Podkreślał, ze chodzi mu o reformę w Kościele, a nie reformę pielgrzymującego Kościoła. Congar nie był zwolennikiem tych reformatorów, którzy byli gotowi dokonywać nieprzemyślanych, zbyt pośpiesznych i stronniczych adaptacji Kościoła do współczesnych czasów. Nie był także stróżem skostniałego systemu, często uznającym formy względne za ostateczne. W tym sensie nie był ani konserwatystą ani liberałem wśród teologów. Reformy w Kościele miały według niego nieść nadzieje na to ,, by Kościół, przystosowując się do nowych czasów, stał się bardziej czytelnym znakiem zbawienia”. Takim znakiem w wymiarze świadectwa wiary byli dla niego współcześni święci, np. Teresa od dzieciątka Jezus czy Karol de Foucauld.

J. Puyo niegdyś pytał: Jest Ojciec w Kościele współczesnym jedną z osobistości znaczących. Czy czuje się Ojciec niekiedy niewolnikiem roli, jaką Ojciec odgrywa?– Y.Congar odparł : Moja rola polega na tym, aby być świadkiem tradycji wśród przemian. A tradycja jest czymś zupełnie innym niż mechaniczną afirmację i powtórką przeszłości. Jest ona aktywną obecnością zasady w całej swej historii (Tamże).

Zdumiewająca jest aktywność i dokonania na polu teologii człowieka, który już od czasu Soboru Watykańskiego poruszał się o kulach, a w następnych latach na wózku inwalidzkim. W 1994 roku Jan Paweł II na pół roku przed śmiercią obdarzył Y. Congara godnością kardynalską. Wybitny teolog zdążył jeszcze ukończyć fundamentalne trzy tomowe dzieło Wierzę w Ducha Świętego.

Bóg sumienia

Ponure zaułki Tower of London. Zamyślam się nad losem sir Tomasza Mora więzionego i straconego na Tower Hill z rozkazu Henryka VIII w 1535 roku. Przypominam sobie z wykładów ks. Prof. Jana Pryszmonta słowa, że „sumienie to osąd czynu dokonanego”. Tak rozumiane sumienie pozostawił Tomasz do przemyślenia swemu przyjacielowi królowi. Dla Tomasza Mora sumienie to głos Boga, w który całe życie wsłuchiwał się i za którym podążał. Wiąże się z poczuciem odpowiedzialności, kiedy sumienie popada w konflikt z wymaganiami przełożonych, nie wyłączając przyjaciół.

Św. Tomasz More urodził się w 1478 roku w Londynie. W młodości został świeckim tercjarzem franciszkańskim. Był żonaty, miał czworo dzieci. Wybitnie uzdolniony, szybko został wybrany na członka parlamentu, a następnie awansował na stanowisko Wielkiego Kanclerza. W roku 1532 zrezygnował ze swych urzędów, gdy jako katolik nie mógł poprzeć planów króla dotyczących państwa i Kościoła. W roku 1534 odmówił złożenia przysięgi na akt supremacji, uznający króla głową Kościoła w Anglii. Jego odmowa oznaczała utratę wszelkich przywilejów i skazanie na nędzę swej rodziny.
Czy postąpił słusznie? Zdecydowana większość narodu chociaż opowiedziała się za decyzją króla, to  przecież nie wyparła Chrystusa. Henryk VIII na pewno nie był święty, ale czy byli nimi renesansowi papieże? Tomasz musiał słyszeć o wybrykach Sykstusa IV, Innocentego VIII czy Aleksandra VI Borgii. Za jego czasów tacy papieże jak: Leon X, Paweł III i Paweł IV wychodzili z przesadnymi roszczeniami do pełnej władzy Kościoła. Paweł III zwolnił poddanych króla Anglii Henryka VIII z obowiązku posłuszeństwa, ale ustanowił on także oficjalny trybunał inkwizycyjny, mający na celu tępienie wszelkich przejawów herezji. Wydaje się, że More pamiętał o słowach Pana: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. A jednocześnie pozostał całkowicie lojalny wobec innych słów: Ty jesteś Piotr, [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16, 18 BT).

Tomasz More nie był zgorzkniałem fanatykiem religijnym pozbawionym poczucia humoru. Powiedział kiedyś w więzieniu do strażnika: Gdybym się uskarżał na mieszkanie i wikt u was, to mnie spokojnie wyrzućcie! Po skazaniu powiedział żartobliwie: Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy. Gdy doszedł do podium, na którym miano wykonać wyrok, powiedział do kata: Proszę, pomóż mi wejść. Potem dodał dowcipnie: Postaram się zejść sam. Gdy znalazł się już na szafocie, uściskał kata i szepnął do niego: Odwagi przyjacielu, nie bój się. Raczej pamiętaj, że mam krótką szyję. Uważaj i uderz mocno. Chodzi o twój honor! Powiedziawszy to, położył głowę na pniu, ale po chwili uniósł ją trochę, aby lepiej ułożyć swą długą brodę. Ona nie dopuściła się zdrady stanu – powiedział żartując – a więc nie musi być ścięta.Autor słynnej Utopii napisał w więzieniu inną książkę – „Dialog o pocieszeniu w przeciwnościach”. Jest ona przepełniona ufną wiarą. Pisze: Nie dbam już o rzeczy tego świata. Całe moje studiowanie jest teraz skierowane na rozmyślanie o cierpieniu i śmierci Jezusa Chrystusa.

Każdy człowiek staje w życiu wobec sytuacji granicznych. Ich świadome przeżycie i doświadczenie pozwala, wg Jaspersa, na odczytanie „szyfrów transcendencji”. Jest także w nas zdolność pozwalająca ujmować swoje czyny pod kątem moralnym i odpowiednio je oceniać. Oczywiście w ostatnich stuleciach wyraz „sumienie” uległ znacznej dewaluacji, na co nałożył się konformizm, konsumpcjonizm i inne znaki czasu. Uległy inflacji również takie słowa jak Bóg, honor, ojczyzna. Św Tomasz jest dla chrześcijanina wzorem dlatego, że zawsze podążał za głosem sumienia. Dla niego każde upomnienie przed podjęciem decyzji ( wyboru) jest wołaniem Boga. Nie jest dobrem to, co korzystne, co podnosi życie na wyższy pozom, tylko dobroć Boga, który nawołuje ludzi by byli lepszymi.

W 2000 roku Papież Jan Paweł II ogłosił Świętego Tomasza More patronem polityków. Warto przypomnieć słowa bardzo aktualne. W Liście Apostolskim Motu proprio czytamy: 1.Z życia i męczeństwa św. Tomasza Morusa wypływa przesłanie, które dociera poprzez stulecia do ludzi wszystkich czasów i mówi im, że sumienie ma niezbywalną godność, jest bowiem — jak przypomina Sobór Watykański II — «najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa» (Gaudium et spes, 16). Gdy człowiek jest posłuszny wezwaniom prawdy, sumienie kieruje nieomylnie jego czyny ku dobru. Właśnie ze względu na swoje świadectwo o prymacie prawdy nad władzą, składane aż do przelania krwi, św. Tomasz Morus jest czczony jako zawsze aktualny wzór wierności wyznawanym zasadom moralnym. Również poza Kościołem, zwłaszcza wśród tych, którzy powołani są, aby kierować losami narodów, jego postać postrzegana jest jako źródło inspiracji dla polityki, która za swój najwyższy cel uznaje służbę człowiekowi… 4. Wiele racji przemawia za ogłoszeniem św. Tomasza Morusa Patronem rządzących i polityków. Jedną z nich jest odczuwana w środowisku polityki i administracji państwowej potrzeba wiarygodnych wzorców, które wskazywałyby drogę prawdy w obecnym momencie dziejowym, gdy mnożą się trudne wyzwania i trzeba podejmować bardzo odpowiedzialne decyzje …Właśnie na polu obrony praw sumienia przykład Tomasza Morusa zajaśniał szczególnie mocnym blaskiem. Można powiedzieć, że w bardzo szczególny sposób doświadczał on wartości sumienia, które jest «świadectwem samego Boga, którego głos i sąd przenikają wnętrze człowieka aż do tajników jego duszy» (Veritatis splendor, 58).

Oby dzisiejsza Europa pielęgnowała wartość sumienia w duchu świętego Tomasza Morusa.

Nawrócenie

Boskie Pismo nie tylko zabrania popełniania występków, ale także leczy tych, którzy otrzymali rany z ich powodu. Odczuwa wstręt do nowacjańskiej surowości i oskarża pasterzy, którzy nie okazali tego rodzaju troski o owce. Sam Bóg mówi: „O, pasterze! Słabej nie wzmocniliście, chorej nie uleczyliście, źle się mającej nie przywróciliście do sił, błądzącej nie nawróciliście, zagubionej nie szukaliście”. Jest oczywiste, że ten, kto oskarża zaniedbanie tego rodzaju działania, chce powiedzieć, że słabość owiec zasługuje na opiekę.
Teodoret z Cyru, O herezjach, tł. Przemysław Szewczyk

#Dzięki Franciszku

Kochany Franciszku, przede wszystkim dziękuję Ci za twoją prostotę. Dzięki, że żyjesz – by zacytować Twoje słowa- „radością Ewangelii” i przypominasz, czym jest chrześcijaństwo, w przykładzie Twojego życia obdarte z bogactw, chęci zysku, władzy, wyniosłości, osądzania innych. To niezbyt wypada przyznać, ale cieszę się, że różnisz się stylem od wielu Twoich kolegów w kapłaństwie czy biskupstwie. Wiesz o tym najlepiej, że to nie szata zdobi człowieka, zaś ludzi mierzy się sercem. Analogicznie, ciągle przypominasz, że to nie tron czyni człowieka papieżem (pamiętasz jeszcze, jak podczas jednej z audiencji z piłkarską reprezentacją Argentyny uśmiechnięty pozowałeś do zdjęcia na stojąco, podczas gdy jeden z piłkarzy zasiadł na Twoim miejscu?).

Dziękuję Ci za Twoje personalistyczne podejście do osób słabszych, chorych, odrzuconych. Pamiętam z telewizyjnej transmisji sytuację, gdy podczas przejazdu po Placu Świętego Piotra kazałeś zatrzymać papamobile i wróciłeś do niepełnosprawnego człowieka. Wypatrzyłeś go w tłumie. To z pozoru błahy gest. Osobiście myślę, że dla tego mężczyzny opisany tu moment był jedną z najpiękniejszych chwil w jego życiu, nie wolnym zapewne od bólu i ograniczeń.

POOL/REUTERS
POOL/REUTERS

Dzięki Ci Franciszku za Twój prosty sposób głoszenia Ewangelii, za to, że nie udzielasz prostych odpowiedzi na trudne pytania i nie boisz się wątpliwości. Zazwyczaj Twoje niedzielne komentarze przed południową modlitwą stają się najlepszą homilią, jaką tego dnia dane mi wysłuchać (i to pomimo bycia praktykującym katolikiem). Dziękuję za encykliki, adhortacje, przemówienia (zwłaszcza to wygłoszone w Parlamencie Europejskim czy na Lesbos), proste, czasem zabawne przykłady z życia codziennego.

Nie spotkamy się podczas Światowych Dni Młodzieży 2016. W stolicy trzyma mnie praca. Zresztą, tak masowe spotkanie to chyba nie mój klimat. Ale zapewniam Cię, że z uwagą śledzę Twoje wypowiedzi podczas wizyty nad Wisłą. Zazwyczaj mam na to czas dopiero nocami, ale daję radę. Gdy piszę te słowa, upływa właśnie trzeci dzień Twojego pobytu w Polsce. Dziękuję za homilię o małości i uniżeniu Boga, wygłoszoną w czasie Mszy w bastionie polskiego mesjanizmu. Dziękuję za Twoje wymowne milczenie podczas wizyty w Auschwitz. Dzięki wreszcie za dzisiejszą wizytę w prokocimskim szpitalu, dzieci z pewnością długo jej nie zapomną.

Kiedyś polski filozof, Józef Tischner powiedział, że zmartwychwstaną ostatecznie jedynie Ci, o których ich bliźni przy Końcu dadzą osobiste świadectwo, że byli dobrymi ludźmi. Franciszku, mam wrażenie, że w Twoim przypadku będzie to gąszcz rąk.

Miłość i nienawiść

Miłość jest wypełnieniem Prawa (Rz 13, 10). A nasz Pan, opisując jej charakter, stawia ją za jedyny znak swych uczniów, mówiąc: Po tym poznają wszyscy, że jesteście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu (J 13, 35). Uciekajmy się przeto do miłości, jej się trzymajmy i z nią obchodźmy to święto! Gdzie jest miłość, tam znikają braki serca; gdzie jest miłość, tam milkną namiętności: Miłość nie zazdrości, nie unosi się pychą, nie szuka swego (1 Kor 13, 4-5). Miłość nie wyrządza bliźniemu szkody. Gdzie miłość panuje, tam nie ma Kaina, który by zabił swego brata. Usuń źródło nienawiści, a usuniesz strumień wszelkiego zła. Wytnij korzeń, a nie będzie owoców. Mówię to jednak raczej z troski o tych, którzy nienawidzą, niż o znienawidzonych, bo oni ponoszą największą szkodę i gotują sobie wielką zgubę, podczas gdy ci, którzy muszą znieść nienawiść, otrzymają nagrodę. Patrz, ilu pochwałami został obsypany zabity Abel (Rdz 4, 10). Nawet po śmierci przemawia on przez krew własną i głośno oskarża zabójcę – Kain zaś żyje i zbiera plon swego czynu, wzdychając i drżąc pędzi życie na ziemi. Abel, choć zabity, złożony na ziemi nawet po swej śmierci okazuje swe męstwo i jak Kaina grzech uczynił tak nieszczęśliwym, że musiał wieść życie gorsze od śmierci, tak Ablowi uczyniła cnota nawet po śmierci jeszcze większą sławę. Abyśmy tedy i my tak tutaj, jak i tam większe sobie zgotowali zapewnienie i z tego święta otrzymali większą radość, odrzućmy brudne szaty grzechu, zwłaszcza szatę nienawiści. Choćby się zdawało, żeśmy dokonali wiele dobrych uczynków, wszystko na nic się nie przyda, jeżeli ta brzydka i wstrętna plama tkwić w nas będzie. Obyśmy jej uniknęli wszyscy, a zwłaszcza ci, którzy dziś przez łaskę kąpieli odrzucili starą szatę grzechu i mogą rzucać światło jaśniejsze od promieni słońca.
Jan Chryzostom, Kazanie drugie na Zielone Święta, tł. Wojciech Kania

Bóg jako światłość u św. Jana Ewangelisty

Egzegeta może zajmować się postacią Jezusa w Ewangelii mniej lub bardziej bezbożnie. Dobrze to ukazał w ostatnim swoim felietonie Sławomir Zatwardnicki i nie ma potrzeby wracać do tego tematu. Z drugiej strony jednostronne ukazanie frasobliwego Jezusa pełnego miłosierdzia również nie jest prawdziwe. Chciałbym naszkicować doświadczenie Chrystusa w duchu świętego Jana, „umiłowanego ucznia Pana” i autora słów „ Bóg jest miłością”. Czy św. Jan, apostoł i mistyk, im więcej rozmyślał o postaci Jezusa tym bardziej mógł czuć się wstrząśnięty? W serdecznej bliskości Jezusa, całkowitym otwarciu na nędzę i cierpienie człowieka mógł dostrzec po latach coś, co niewytłumaczalne? Patrzącego Jana, także na coraz częstsze masowe i krwawe prześladowania, ogarnia święta trwoga, o której pisze w Apokalipsie:

I obróciłem się, by widzieć, co za głos do mnie mówił;
a obróciwszy się, ujrzałem siedem złotych świeczników,
i pośród świeczników kogoś podobnego do Syna Człowieczego…
Głowa Jego i włosy – białe jak biała wełna, jak śnieg,
a oczy Jego jak płomień ognia.
Stopy Jego podobne do drogocennego metalu,
jak gdyby w piecu rozżarzonego,
a głos Jego jak głos wielu wód.
W prawej swej ręce miał siedem gwiazd
i z Jego ust wychodził miecz obosieczny, ostry.
A Jego wygląd – jak słońce, kiedy jaśnieje w swej mocy.
Kiedym Go ujrzał, do stóp Jego upadłem jak martwy…( Ap.1,12—17).

W tej jego wizji postać Jezusa, ducha przenikającego cały kosmos jest przerażająca. Postać Jezusa żarzy się i świeci, a na Jego obliczu jaśnieją światła całego świata. (Nie maja racji ci teologowie, którzy podważają światłość Boga i radzą przed światłem uciekać). W tej wizji świat, jakby zjednoczony, rozpala się w istocie Jezusa. Czyż nie jest On życiem życia, „światłością ze światłości”, blaskiem wszelkiego stworzenia? I czy ta wieczna światłość, lśnienie wspaniałości Boga, nie zstąpiła na świat ciemności? Ten potężny blask Boga we wszechświecie rzuca światło na rzeczy, zdarzenia i serca. Wtedy ukazał się zamęt, zło i nikczemność świata. Czas sądu musiał nadejść.

Ale ten sąd jest jednocześnie zbawieniem, bo oświeca ludzkie serca i daje możliwość wyboru. Ci, którzy wybrali Chrystusa muszą zmienić się we wszystkich patynach swego jestestwa. Dopiero wtedy będzie mógł powstać świat całkowicie przenikniony przez światło Chrystusa. Dla św. Jana wybór Chrystusa oznacza stawanie się nieba. I w Ewangelii, i u św. Pawła, i w Apokalipsie widać wyraźne przekonanie, że ci, którzy w Chrystusa uwierzyli, którzy przyjęli chrzest w Jego imię i pozostali wierni temu chrztowi, są wyłączeni z sądu. ( Henryk Pietras SI). A może ci, którzy sadzą sami siebie, nie będą już sądzeni i będą mogli wejść do świata przenikniętego Chrystusem.? W dalszym ciągu wizji czytamy:

Przestań się lękać!
Jam jest Pierwszy i Ostatni i żyjący.
Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków
i mam klucze śmierci i Otchłani ( Ap.1,17—18).

Prawica Chrystusa, która podtrzymuje gwiazdy, kładzie się delikatnie na śmiertelnie przerażonym Janie. Czy potrafię przetrzymać strach spotkania z Nim ( w śmierci)? Jeśli tak, to potrafię wytrwać w oślepiającej Boskości w życiu wiecznym. Chrystus prowadzi nas przez straszliwe doświadczenie śmierci i zagrożenia, abyśmy umieli znieść wieczną radość w Bogu. Na ruinach naszego bytu nadejdzie stan wiecznie Nowego, którego nie da się opisać. Św. Jan może go zaledwie próbować opisać gromadząc i mieszając wszystkie obrazy i kosztowności ziemi:

I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową,
bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły,
i morza już nie ma.
I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe
ujrzałem zstępujące z nieba od Boga,
przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża.
I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu:
«Oto przybytek Boga z ludźmi:
i zamieszka wraz z nimi,
i będą oni Jego ludem,
a On będzie „BOGIEM Z NIMI”.
I otrze z ich oczu wszelką łzę,
a śmierci już odtąd nie będzie.
Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu
już [odtąd] nie będzie,
bo pierwsze rzeczy przeminęły».
I rzekł Zasiadający na tronie:
«Oto czynię wszystko nowe».
I mówi:
«Napisz:
Słowa te wiarygodne są i prawdziwe».
I rzekł mi:
«Stało się.
Jam Alfa i Omega,
Początek i Koniec.
Zwycięzca to odziedziczy
i będę Bogiem dla niego...( Ap.21,1—7).

Tkliwa miłość Chrystusa do ludzi tak wyraźna u synoptyków jest również zaznaczona u św. Jana. Ale u Ewangelisty jest również mocno zarysowana potęga Zbawiciela, która może przerażać. Św. Jan pozwala prowadzić się tej sile w stronę życia i światła bez końca. Chrystus jest dla niego życiem i światłością. I wszędzie, gdzie jest życie i światłość, stoi przed nim Chrystus, może zakryty, ale rzeczywisty. W naszych jakże częstych ciemnościach powinien zabłysnąć wieczny byt, wieczna światłość, boski Logos. Takie było doświadczenie Chrystusa w życiu św. Jana Apostoła i takie jest jego żądanie wobec nas.

Grzegorz z Nyssy, Na psalm szósty o ósmym dniu

Gdy ci, którzy zgodnie z błogosławieństwem proroka przechodzą z mocy do mocy (por. Ps 84(83), 8) i ustanawiają w swoich sercach dobrą drogę wstępowania, chwytają jakąś dobrą myśl, prowadzi ich ona do wyższej myśli, dzięki której dokonuje się wstępowanie duszy coraz wyżej. I w ten sposób ktoś, kto nieustannie dąży dalej (por. Flp 3, 13), nigdy nie przerwie dobrego wstępowania prowadzony wzniosłymi myślami do poznania rzeczywistości, która jest w górze. Powiedziałem wam to, bracia, ponieważ rozmyślam nad psalmem szóstym i dostrzegam konieczny porządek logiczny, zgodnie z którym po [psalmie o] spadkobierczyni ofiarowano nam tekst dotyczący ósmego dnia . Z pewnością znacie dobrze tajemnicę dnia ósmego. To niegodne, że myślenie niektórych kieruje się ku żydowskim opiniom. Oni, sprowadzając wielkość tajemnicy dnia ósmego do wstydliwych części naszego ciała, twierdzą, że przez liczbę osiem wskazane są prawo obrzezania, oczyszczenie po porodzie i tym podobne rzeczy. Chociaż we wspomnianych przepisach zawarta jest ta liczba przy nakazie obrzezania dla chłopca i ofiary oczyszczającej dla kobiety, jednak my, pouczeni przez wielkiego Pawła o tym, że „prawo jest duchowe” (Rz 7, 14), ani nie odrzucamy Prawa, ani nie rozumiemy go w sposób niski, bo wiemy, że tak naprawdę ósmego dnia dokonuje się prawdziwe obrzezanie, wykonywane kamiennym nożem. Wiesz na pewno, że kamień odcinający nieczystość oznacza tę skałę, którą jest Chrystus (por. 1Kor 10, 4), to znaczy Słowo prawdy, i że tego dnia zatrzyma się brudna rzeka ludzkich spraw, po tym jak ludzkie życie przeistoczy się w boskie. Aby dla wszystkich stało się jasne znaczenie tych słów, lepiej wyjaśnię ich sens.
Czas tego życia w pierwszym powstaniu stworzenia wypełnił się w jednym tygodniu. Kształtowanie bowiem zaczęło się od pierwszego dnia, a koniec tworzenia nastąpił wraz z końcem tygodnia. Nastał pierwszy dzień – mówi Pismo – w którym powstały pierwsze rzeczy, w drugim drugie i wszystkie kolejno, aż do szóstego dnia (por. Rdz 1, 1-31). Siódmy dzień, który stał się kresem tworzenia, zamknął w sobie czas rozciągający się razem z kształtowaniem świata. Żadne inne niebo odtąd nie powstało ani żadna inna część świata nie została dodana do tych, które powstały na początku, ale zaistniało stworzenie całkowite, niepodlegające powiększaniu ani zmniejszaniu w swoich granicach; także żaden inny czas nie powstał przed tym, który pojawił się wraz z powstaniem świata, ale natura czasu została ograniczona tygodniem. Dlatego właśnie kiedy mierzymy czas dniami, zaczynając od pierwszego i kończąc liczenie na siódmym, wracamy znowu do pierwszego, zawsze odmierzając całą długość czasu cyklem tygodni, dopóki po przeminięciu rzeczywistości, które są w ruchu, i po zatrzymaniu się kiedyś ciągłego ruchu wszechświata, jak mówi Apostoł (por. 1Kor 7, 31), nie nadejdzie to, co dłużej nie podlega ruchowi, czego nie imają się już żadna zmiana ani żadne przekształcenie, ponieważ to stworzenie zawsze trwa takie samo przez wszystkie następne wieki; w tym stworzeniu dokonuje się prawdziwe obrzezanie ludzkiej natury dzięki usunięciu cielesnego życia i dzięki prawdziwemu oczyszczeniu z prawdziwego brudu. Brudem człowieka jest grzech, który rodzi się razem z ludzką naturą (ponieważ „W grzechach poczęła mnie moja matka” [Ps 51(50), 7]), a więc Ten, który dokonał oczyszczenia naszych grzechów, kiedyś całkowicie oczyści ludzką naturę, usuwając z natury bytów wszystko, co krwawe, brudne i nieobrzezane. Tak właśnie rozumiemy prawo dotyczące dnia ósmego, które dokonuje oczyszczenia i obrzezania, że po zakończeniu tygodniowego czasu po siódmym nastąpi dzień ósmy, nazwany ósmym, ponieważ następuje po siódmym, a nie ma już po sobie kolejnego. Jako jedyny bowiem trwa wiecznie , nie przerywany nigdy nocną ciemnością. Sprawia go inne słońce, dające prawdziwe światło, które od kiedy raz nam się ukazało, jak mówi Apostoł (por. 2Kor 4, 4), nigdy już nie daje się zakryć ciemności, ale objąwszy wszystko swoją jaśniejącą mocą daje nieprzerwane i niezastąpione niczym światło tym, którzy są godni, i czyni samych uczestników tego światła innymi słońcami, jak mówi Słowo w Ewangelii: „Wtedy sprawiedliwi zajaśnieją jak słońce” (Mt 13, 43).
Skoro we wcześniejszym psalmie mowa jest o tej, która ma otrzymać dziedzictwo, a dziedzictwo czeka na godnych w ósmym dniu i w nim odbywa się sprawiedliwy sąd Boga, wynagradzający każdego stosownie do zasług, słusznie więc prorok wraz ze wzmianką o ósmym dniu wprowadza wypowiedź na temat skruchy. Któż bowiem, przypomniawszy sobie o straszliwym sądzie Chrystusa, natychmiast nie ma wyrzutów sumienia i nie odczuwa lęku i trwogi? Choćby nawet był świadomy, że prowadził jak najlepsze życie, jednak spodziewając się skrupulatności sądu, na którym przedkłada się do badania nawet najdrobniejsze przeoczenia, jest przerażony spodziewając się najgorszego i nie wiedząc, jaki wyrok będzie na niego wydany. Dlatego jakby mając przed oczami straszliwe kary: Gehennę, mroczny ogień i wiecznego robaka sumienia (por. Mk 9, 42-47), nieustannie dręczącego duszę wstydem i wzbudzającego nowy ból przypominaniem zdziałanego zła, już teraz błaga Boga, by w gniewie nie wydawał go na badanie ani z powodu gniewu nie poddawał go karceniu za przewinienia. Albowiem sąd wydaje się dziełem gniewu dla skazanych na ostre karcenie polegające na tej strasznej karze. I dlatego, jakby już był jednym z bolejących, naśladuje jęki dotkniętych cierpieniem, dla których to, co spotyka bezbożnych jako odpłata, wydaje się gniewem. Mówi zatem: Nie spodziewam się, że z powodu tego gniewu ktoś będzie próbował przy pomocy strasznego biczowania uzyskać ode mnie przyznanie się do ukrytych grzechów, ale przewiduję wybuch takiego gniewu, kiedy już je wyjawię. Ten sam skutek bowiem, który w odniesieniu do chłostanych wywołuje ból, ujawniając wbrew ich woli ich ukryte złe uczynki, sprawia także sam z siebie wolny wybór, biczując i karząc siebie skruchą, i rozgłaszając ukryty głęboko grzech. A zatem mówiąc: „Nie badaj mnie swoim gniewem, ani nie karć mnie swoją zapalczywością” (Ps 6, 2), [prorok] konsekwentnie ucieka się do miłosierdzia, wywodząc przyczynę zła nie tyle z wolnego wyboru, co ze słabości natury; ulecz miłosierdziem mnie, urodzonego w grzechach, bo ze słabości wpadłem w namiętność. Czym jest ta słabość? Moje kości zostały rozłączone i straciły wzajemne połączenie. Kośćmi nazywa rozsądne myśli podpierające duszę: „Ulecz mnie, Panie, bo moje kości się wzburzyły” (Ps 6, 3). I wyjaśnia zagadkę tych słów, dodając: „Moja dusza bardzo się wzburzyła” (Ps 6, 4). Dlaczego – mówi – odwlekasz uleczenie, o Panie? Jak długo nie będziesz okazywał miłosierdzia? Czy nie widzisz, że ludzkie życie przemija? Uprzedź nawróceniem mojej duszy nieunikniony kres naszego życia, ponieważ po niespodziewanym nadejściu śmierci wszelki zamiar uleczenia jest bezowocny. Nie będzie bowiem już dłużej w śmierci ten, kto pamiętając o Bogu może uleczyć chorobę, która powstała w nim ze zła, bo wyznanie [grzechów] może coś zdziałać na ziemi, natomiast w Hadesie – nie działa.
Następnie jakby ktoś pytał: W jaki sposób wzywasz miłosierdzia, by uleczono przewinienia? W jaki sposób przejednałeś bóstwo? Tak odpowiada: „Zmęczyłem się swoim jękiem” (Ps 6, 7), obmywam łoże grzechu potokami łez. Dlaczego? Dlatego że „w gniewie” – mówi – „moje oko się wzburzyło” (Ps 6, 8) i z tego powodu stałem się kimś starym i gnijącym, ponieważ gniew, zaszczepiony mi przez wrogów, spowodował rozkład w mojej duszy. Jeśli człowiek tak bardzo lęka się z powodu gniewu, który pchnął go do popełniania zła, to jest tym bardziej prawdopodobne, że odrzucą nadzieję zbawienia ci, którzy widzą w swoim życiu nie tylko poruszenie wynikające z gniewu, lecz także wiedzą, jak wielkie namiętności wzbudza pożądanie, chciwość, próżność, żądza zaszczytów, zazdrość i pozostały rój ludzkich wad. Dlatego zwróciwszy się do swoich przeciwników, mówi: „Odsuńcie się ode mnie wszyscy, którzy czynicie nieprawość” (Ps 6, 9). W następnych słowach ukazuje dobrą nadzieję, którą posiadamy na skutek skruchy. Gdy tylko wypowiedział do Boga słowa skruchy i uzyskał świadomość życzliwości Boga względem siebie, rozgłasza łaskę i obwieszcza dar, mówiąc: „Pan wysłuchał mojej prośby, Pan przyjął moją modlitwę” (Ps 6, 10), prosi swoich wrogów, aby się odsunęli biczowani wstydem, by na zawsze pozostało dla niego dobro, którego dostąpił dzięki skrusze, i by jego życie nie potrzebowało kolejnej skruchy. Ten bowiem, kto się zawstydził z powodu uczynienia zła, używa wstydu jako nauczyciela, by więcej nie popaść w występki; dzięki temu w przyszłości będzie się trzymał z dala od podobnych pokus.
Taka jest zatem kolejność dobrej wędrówki w górę: czwarty psalm odróżnił niematerialne dobro od cielesnego i materialnego; piąty stanowi modlitwę o dziedzictwo tego dobra; szósty objawił czas objęcia dziedzictwa dzięki wzmiance o ósmym dniu: ósmy dzień uczynił jawnym lęk przed sądem, sąd napomniał nas grzeszników, byśmy poprzez skruchę uniknęli straszliwego losu, następnie słuszna skrucha, okazana przed Bogiem, ogłosiła nam zysk, jaki z niej dla nas wynika, gdy powiedziała: Usłyszał Pan głos tego, który zwraca się do Niego ze łzami. Dalej, prorok wzywa wrogie myśli do zniknięcia pod wpływem wstydu, aby dobro pozostało dla nas niezmienne w przyszłości. Nie da się inaczej unicestwić wrogiej i bezprawnej myśli, jak tylko poprzez zmuszenie jej do zniknięcia przez wstyd. Wstyd z powodu popełnionego zła staje się ziejącą, głęboką otchłanią, która odgradza człowieka od grzechu jak mur. Wołajmy zatem: „Niech się zawstydzą i niech okażą skruchę wszyscy moi wrogowie” (Ps 6, 11). Wrogami są niewątpliwie domownicy, którzy wychodzą z serca i czynią człowieka nieczystym (por. Mt 10, 36; Mk 7, 15). A kiedy oni szybko uciekną ze wstydu, nastąpi dla nas nadzieja chwały, która nie kończy się wstydem, dzięki łasce Pana, któremu chwała na wieki. Amen.

tł. M. Przyszychowska

Tekst z wstępem i przypisami ukazał się w Vox Patrum 65

https://www.academia.edu/26403905/Grzegorz_z_Nyssy_Na_psalm_sz%C3%B3sty_o_%C3%B3smym_dniu_

Legenda o św. Janie Apostole

Dla wyluzowania przed meczem z Niemcami sięgnąłem po Złotą Legendę bł. Jakuba de Voragine. Ten biskup i dominikanin z XIII wieku zawarł w fantastycznym dziele opowieści i rozważania o świętych, przechowywanych od niepamiętnych czasów przez Kościół. Zdumiewa to, że ten potężny zbiór różnych żywotów — w tym męczenników za wiarę, przedstawionych często w sposób humorystyczny i anegdotyczny – był wykorzystywany w kazaniach na poszczególnie dni roku kościelnego. Jakub de Voragine dokonał jedynie kompilacji tych legend tak, by były one krzepiącą wiarę opowiadaniami dla wiernych, a nawet podręcznikiem(!) dla kleryków w seminariach.
W legendzie na dzień św. Jana Apostoła i Ewangelisty odnaleźć można motywy bardzo stare, sięgające pierwszych wieków chrześcijaństwa. Przeplatają one w piękny sposób prawdę historyczną z legendą i nawet, jeśli sięgają do apokryfów to jednak ukazują w sposób znakomity prawdy ewangeliczne. Oto ta legenda przytoczona prawie dosłownie z niewielkimi skrótami:
Jan, ukochany przez Pana i powołany jako niewinny młodzieniec, skoro apostołowie rozeszli się po zesłaniu Ducha Świętego, udał się do Azji i założył tam wiele kościołów. Cesarz Domicjan dowiedziawszy się o otaczającej go sławie kazał go sprowadzić do Rzymu i przed Bramą Latyńską wrzucić do kotła wrzącego oleju, ale on wyszedł zeń nietknięty, tak jak wolny był zupełnie od zepsucia cielesnego. /Ten fakt opisuje poważny prawnik i teolog z II wieku Tertulian – R.K./ Cesarz widząc to, zesłał Jana na wygnanie na wyspę Patmos, gdzie przebywając w samotności napisał Apokalipsę.
Po śmierci Dioklecjana Apostoł mógł wrócić z wyspy Patmos do Efezu i dalej głosić Słowo Boże. Jan wszedł raz w Efezie do łaźni, by się kąpać, i gdy zobaczył tam heretyka Cerynta zaraz wyskoczył ze słowami: Uciekajmy stąd, aby nie zawaliła się na nas ta łaźnia, w której kąpie się wróg prawdy, Cerynt. (Anegdotę te przytacza już św. Ireneusz w II wieku. Cerynt żył w końcu I wieku w Azji Mniejszej, był zwolennikiem kierunku judaizującego w chrześcijaństwie, i prekursorem gnostycyzmu. „Niejaki Cerynt nauczał w Azji, że ten świat nie pochodzi od pierwszego Boga, tylko od określonej Mocy …O Jezusie twierdził, że nie został zrodzony przez dziewicę… Twierdził, że po chrzcie zstąpił na niego Christos w postaci gołębicy. Wtedy głosił nieznanego Ojca i dokonywał cudów. Następnie pod koniec opuścił potajemnie Christos Jezusa, który cierpiał i powstał ( z martwych). Christos pozostał niecierpiętliwym, ponieważ był natury duchowej” ( Adversus haereses, I.26,1 tł. W. Myszor, Katowice 2016). W innej opowieści autor zbioru legend powołuje się na św. Hieronima –Ojca Kościoła. Otóż Św. Jan bawił w Efezie do późnej starości, tak, że już na rękach nosili go do Kościoła jego uczniowie. Nie mógł już wiele mówić, miał jednak zwyczaj powtarzać te słowa: Syneczkowie, kochajcie się wzajemnie. Wreszcie bracia, którzy z nim byli, zdziwieni, że zawsze to samo powtarzał, zapytali go: Nauczycielu, dlaczego zawsze to samo mówisz? A on odparł: Bo to jest przykazanie Pańskie i jeśli tylko jego będziecie przestrzegać, wystarczy.
Jeszcze jedno opowiadanie sięgające początku III wieku, o cechach może nawet autentycznych, oparte na realnych i znanych skądinąd faktach. Gdy św. Jan miał pisać ewangelie, zapowiedział najpierw post, w czasie którego wszyscy mieli się w tej intencji modlić. Usunął się w ustronne miejsce, aby tam spisać tajemnic Boże i modlił się, aby w czasie pisania nie miał żadnych przeszkód ze strony deszczu i wiatru. Podobno do dziś dnia siły natury otaczają to miejsce w Efezie tymi samymi względami.
Jakub de Voragine stara się być wiarygodnym i powołuje się często na autorów opowiadań, które cytuje. Jest tak w jeszcze jednym tu zamieszczonym opowiadaniu, gdy pisze: A gdy Jan dożył 99 lat, wedle Izydora — Doktora Kościoła z VII wieku — w 67 lat po męce Pańskiej, pojawił mu się Chrystus z uczniami swymi mówiąc: Pójdź do mnie, umiłowany, bo czas już, abyś ucztował u mego stołu z braćmi twymi. I Jan wstał i zaczął iść. Ale Pan rzekł:
„W niedzielę przyjdziesz do mnie. Gdy więc nadeszła niedziela, cały lud zgromadził się w kościele pod wezwaniem św. Jana. A on od pierwszego piania kogutów uczył ich zachęcając, aby byli wytrwali w wierze i skorzy w wypełnianiu przykazań Bożych. Następnie polecił wykopać kwadratowy dół koło ołtarza, a ziemie wyrzucić poza kościół, po czym zstąpił doń i wyciągając do Boga ręce rzekł: Oto przychodzę, zaproszony na ucztę Twoją, Panie Jezu Chryste, dzięki czyniąc, że raczyłeś mnie zaprosić do stołu Twego, boś wiedział, że z całego serca mego pragnąłem Cię. A gdy skończył modlitwę, takie światło zajaśniało nad nim, że nikt nie mógł nań spojrzeć. Gdy zaś światło znikło, znaleziono dół pełen manny, która tam się rodzi aż do dnia dzisiejszego i jakby wytryska na dnie jamy na kształt drobnego piasku, tak jak to bywa w źródłach”.
Złota Legenda zawiera wspaniałe anegdoty o świętych. Niektóre, zaopatrzone w glosy z myślą o prostym odbiorcy nieznającym łaciny, można dostrzec już w zabytkach piśmiennictwa polskiego XIV wieku. „ Zupełnie wyraźne są one w Kazaniach gnieźnieńskich, zwłaszcza w kazaniu o św. Janie apostole”. ( Złota Legenda, wstęp: Marian Plezia,s.49,PAX 1983). Pełne miłości, ukazują pogodną i wręcz wesołą stronę średniowiecznego chrześcijaństwa. Próba odmitologizowania tych tekstów w duchu Bultmanna byłoby barbarzyństwem. Natomiast próba ożywienia letnich kazań starożytną anegdotą…why not? Może jednak średniowiecze nie było tak ciemnie i ponure, jak się czasem wydaje?

Boga masz w sobie

Zdrowie ciała stanowi niewątpliwie w ludzkim życiu dobro, lecz do szczęścia nie wystarczy znać definicję zdrowia, trzeba w zdrowiu żyć. Jeśli ktoś, wygłaszając pochwałę zdrowia, najadł się czegoś szkodliwego i wzdymającego, to jakąż odniósł korzyść z panegiryku o zdrowiu, skoro męczą go choroby? Podobnie powinniśmy rozumieć rozważane zagadnienie: Pan nie twierdzi, że szczęście polega na dowiedzeniu się czegoś o Bogu, ale na posiadaniu Boga w sobie. Błogosławieni bowiem czystego serca, ponieważ oni Boga oglądać będą. Nie wydaje mi się, by obiecywał oglądanie Boga twarzą w twarz temu, kto oczyścił oczy duszy, ale wzniosła nauka podsuwa nam to, co w innym miejscu Pan wypowiada wprost, stwierdzając, że królestwo Boże jest w nas, abyśmy dowiedzieli się, że ten, kto oczyścił serce z grzesznych skłonności widzi we własnej piękności obraz Bożej natury. Zdaje mi się, że ta wypowiedź daje w kilku słowach taką oto radę: Ty, który pragniesz kontemplować prawdziwe dobro! Gdy usłyszysz, że Boski majestat wzniósł się nad niebiosa, że Jego chwała jest nieopisana, piękno niewypowiedziane, natura niepojęta, nie trać nadziei, że możesz zobaczyć to, czego pragniesz! W tobie bowiem zawiera się miara możliwości poznania Boga, bo Stwórca wszczepił [twojej] naturze dobro już w momencie stworzenia.
Bóg wycisnął na swoim stworzeniu podobieństwo dóbr własnej natury, jakby kształtował wosk według jakiejś formy. Lecz zło, zakrywszy ten znak podobieństwa do Boga uczyniło bezużytecznym dla ciebie to dobro, spowiwszy je paskudnymi zasłonami. Jeśli dzięki doskonałości życia obmyjesz brud kalający twe serce, rozbłyśnie dla ciebie piękno podobne do Boskiego. Jak żelazo oczyszczone osełką z rdzy, wcześniej czarne, teraz błyszczy i lśni w słońcu, tak człowiek, gdy zeskrobie ze swego wnętrza, które Pan nazywa sercem, rdzawy brud, naniesiony przez złą pleśń, odzyska podobieństwo do pierwowzoru i stanie się dobry. To bowiem, co jest podobne do dobra, jest dobre. Kto więc wpatruje się w siebie, widzi w sobie to, czego pragnie i w ten sposób czysty sercem osiąga szczęście, bo spoglądając na własną czystość ogląda w obrazie pierwowzór.

Grzegorz z Nyssy, Homilie do błogosławieństw 6, tł M. Przyszychowska