Bóg w piekle, czyli o nadziei powszechnego zbawienia

Kim są zmarli, których wspominamy, stąpając po opadłych na cmentarne aleje liściach? To przede wszystkim nasi bliscy oraz ci, których czcimy jako oficjalnych lub osobistych świętych. Chrześcijańska wiara poucza nas, że istnieje realna możliwość kontaktu między nami a rzeszą oglądających Boga twarzą w twarz. Możliwość ta nie ma nic wspólnego z tzw. wywoływaniem duchów, lecz opiera się na wierze w moc ludzkich relacji, które dzięki modlitwie staję się mocniejsze niż sama śmierć. Zwracamy się do obywateli nieba, ponieważ wierzymy, że mogą prosić za nami u Boga. Z drugiej strony, to my wstawiamy się za zmarłymi ufając, że nasza modlitwa – wyzwolona z pęt czasu i przestrzeni – nie pozostaje bez wpływu na kształt ich spotkania z miłosiernym Sędzią. W ten właśnie sposób przeżywamy katechizmowe prawdy o niebie i o czyśćcu. Pozostaje jednak trzecia możliwość zwana piekłem. Czym ono jest? Jak można zgodzić się na istnienie tej krainy rozpaczy i absurdu? A może wieczne potępienie jest tylko biblijną metaforą albo wręcz średniowiecznym wymysłem, od którego w imię wiary w dobrego Boga trzeba jak najszybciej odejść?

Piekło warunkiem miłości

Niekiedy spotkać się można z radykalnym stwierdzeniem: Nie wierzę w piekło! Opinia ta nie musi być wcale heretycka. Co więcej, może nam pomóc w naszych usiłowaniach zrozumienia nauki o piekle. Ewangelia nie polega bowiem na głoszeniu alternatywy: niebo albo piekło. Mistrz z Nazaretu nie przyszedł, by głosić nowinę o dwóch królestwach: Bożym i szatańskim. Nie zostaliśmy wezwani do wiary w piekło, ale do wiary w moc zbawczą Boga. Misja Chrystusa jest od początku do końca misją miłości, nieustannym zapraszaniem do niebieskiej uczty. Historii zbawienia nie można wyobrażać sobie według logiki z czarnego humoru: Niech chętni wystąpią z szeregu, a kto nie wystąpi będzie rozstrzelany! Bóg nie postępuje z człowiekiem na zasadzie kija i marchewki. On nie kusi niebem, by zaraz potem postraszyć piekłem. Stwórca nie uczynił dwóch światów: złego i dobrego. Wszystko, co stworzył Bóg, było dobre. Piekło nie jest Jego dziełem i dlatego mają rację ci, którzy w piekło nie wierzą…

Nie oznacza to, że odrzucamy katechizmową naukę o wiecznym potępieniu. Wręcz przeciwnie, twierdzimy, że możliwość potępienia stanowi konieczny, choć jedynie negatywny, warunek zbawienia istoty wolnej, jaką jest człowiek. Zacznijmy jednak od początku. Bóg nie musiał niczego stwarzać. Jako wspólnota Trzech: Ojca, Syna i Ducha, jest On absolutną Miłością, która nie ma żadnej potrzeby, by wyrażać się w czymś poza sobą. Z Jego boskiej woli stało się jednak tak, że świat istnieje. Sens tego istnienia polega nie na czym innym jak na miłości, to znaczy na powołaniu do współprzeżywania tego, co stanowi naturę Boga. Tak rozumiane istnienie musi być obdarzone wolnością. Tylko istota wolna jest bowiem zdolna do miłości. W tym właśnie miejscu pojawia się problem polegający na nieusuwalnym napięciu pomiędzy wolnością a wezwaniem do miłości. Bóg stwarzając człowieka zdolnym do kochania, nie mógł nie obdarzyć go jednocześnie zdolnością odrzucenia miłości. Osoba wolna ma możliwość powiedzenia Bogu: Nie chcę być z Tobą! Wszechmogący Stwórca nie może zmusić nikogo do otwarcia się na dobro. Przemoc niszczy wolność, a gdzie nie ma wolności, tam nie ma również dobra ani zła. Dlatego też niemożliwe jest stworzenie zdolnego do miłości człowieka bez możliwości tego, co nazywamy grzechem pierworodnym, a w konsekwencji, bez możliwości wiecznego potępienia. Wszechmoc Boża jawi się więc paradoksalnie jako słabość wobec istoty wolnej, do której skierowane jest słowo: Adamie, kocham Cię!

Odmowa miłości może przybierać różne kształty. Wyraża się ona najczęściej w codziennych, banalnych gestach, których chwilę potem żałujemy. W imię ludzkiej wolności musimy jednak przyjąć znacznie poważniejszą możliwość prawie absolutnego zamknięcia się osoby w kręgu nienawiści. Człowiek może zanegować samego siebie odwracając się od źródła sensu swojego istnienia. Taką właśnie sytuację nazywamy potępieniem. Piekło jest po prostu tam, gdzie nie ma Boga. Każda zaś istota wolna, zdolna do miłości Boga, jest jednocześnie zdolna do wyrzucenia wszechobecnego Stwórcy z obszaru swojej wolności. Ta zdolność jest negatywnym warunkiem możliwości wejścia istoty skończonej w relację miłości. Piekło zatem jawi się nie tyle jako kara zesłana przez Boga-Sędziego, co raczej jako możliwość nieodłączna od kondycji osoby powołanej przez Boga do wspólnoty miłości.

Celem powyższej refleksji nie było udzielenie jednoznacznej, zadowalającej nasz intelekt odpowiedzi w kwestii piekła. Żadne zresztą rozumowanie nie powinno pretendować do wyjaśnienia możliwości wiecznego potępienia. Możliwość ta pozostanie bowiem skandalem, którego nie da się uciszyć jakąś teorią. Ponadto wskazanie na stworzoną wolność jako na przyczynę istnienia piekła, nie rozwiązuje w pełni teologicznego problemu zła. Skoro Wszechmogący kocha każdego człowieka i pragnie jego zbawienia, to jakikolwiek przypadek potępienia byłby zarazem wieczną przegraną Boga. Można zatem zapytać: W jaki sposób Bóg – nie łamiąc ludzkiej wolności – mógłby zrealizować swój plan powszechnego zbawienia? Jak Bóg może zbawić kogoś, kto zdaje się tkwić w zamkniętym kręgu rozpaczy i nienawiści?

Spotkanie dwóch samotności

Jedną z prób odpowiedzi na wyżej postawione pytania jest Hansa Ursa von Balthasara rozważanie o wydarzeniu śmierci Jezusa Chrystusa, w tym o Jego zstąpieniu do piekieł[1]. Ten najwybitniejszy – obok K. Rahnera – teolog XX wieku wskazuje na dwa aspekty śmierci Jezusa Chrystusa: aktywny i pasywny. Pierwszy aspekt wyraża się w tajemnicy Wielkiego Piątku. Syn Boży, umierając na krzyżu, uczynił z własnej śmierci najwyższy akt wolności. Okrzyk Ukrzyżowanego: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23,46), stanowi przecież radykalny wyraz nadziei i zawierzenia się osobowej Tajemnicy. Godzina przybitych rąk i nóg Chrystusa łączy się paradoksalnie z momentem zbawczej akceptacji rzeczywistości. Taka akceptacja zaś możliwa jest jedynie jako najgłębszy akt wolności. U Jezusa była ona zresztą owocem całego życia rozumianego jako pełnienie powierzonej Mu przez Ojca misji Sługi Jahwe. Ewangelista Łukasz na przykład ukazuje Chrystusa jako idącego do Jerozolimy, a zatem zmierzającego ku swojej śmierci. Ten aktywny wymiar bycia ku śmierci – jakby powiedział Heidegger – Jezus uwydatnił w słowach: … życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję (J 10,17-18).

Z drugiej strony istnieje pasywny aspekt śmierci Zbawiciela, który – według von Balthasara – wyraża się w prawdzie o zstąpieniu Jezusa do piekieł[2]. W katechizmie czytamy, że Chrystus zstąpił do piekieł, by ogłosić zbawienie uwięzionym duchom (KKK 632, por. 1 P 3,18-19). Jak jednak rozumieć to wydarzenie? Na czym polega głoszenie zbawienia więźniom? Balthasar nie chce interpretować zstąpienia do piekieł jako triumfalnego zwycięstwa Chrystusa nad grzechem. Wyciąga natomiast ostateczne konsekwencje z Pawłowego stwierdzenia, że Bóg uczynił dla nas grzechem Tego, który nie znał grzechu (2 Kor 5,21). Wynika z niego – zdaniem autora – iż Jezus utożsamia się z grzesznikiem pogrążonym w samolubnej rozpaczy. W przeciwieństwie do aktywnego wymiaru akceptacji wielkopiątkowej śmierci na krzyżu, wydarzenie Wielkiej Soboty czyli zstąpienie do piekieł okazuje się pasywnym wyrazem solidarności z umarłymi. Chrystus stać się grzechem dla naszego zbawienia. Oznacza to, że wszedł On rzeczywiście w doświadczenie ostatecznych konsekwencji grzechu, czyli tego, co tradycja nazywa piekłem. Bóg solidaryzuje się do końca nawet z tymi, którzy zdają się być absolutnie zamknięci na Jego miłość. Posłuszeństwo Jezusa wyrażone na Krzyżu objawia się w sposób jeszcze bardziej radykalny w rzeczywistym przyjęciu pasywnego wymiaru wydarzenia Golgoty, w byciu umarłym razem z umarłymi. W swoim zstąpieniu do piekieł Jezus staje obok bezsilnych grzeszników. Nie przepowiada już aktywnie nowiny o zbawieniu, nie triumfuje – w potocznym znaczeniu tego słowa – nad „mocami piekielnymi”, lecz niepokoi grzesznika swoją bezsilnością, swoim byciem grzechem dla naszego zbawienia. Oto niebywała wizja! Człowiek, który odwrócił się od Chrystusa przepowiadającego i nie chciał zatrzymać się przy Ukrzyżowanym, odnajduje w samym centrum swojego piekielnego osamotnienia bezsilną miłość Boga. Podobną wizją dzieli się z nami psalmista: Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twego oblicza? Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę (Ps 139,7-8). Być może tam, gdzie ludzka samolubna wolność stawia granicę Boskiej wszechmocy, jedynie pozbawiona wszelkiej mocy miłość Jezusa może dopełnić dzieła zbawienia. Być może taka właśnie miłość jest w stanie rozbić krąg rozpaczy grzesznika, nie gwałcąc w niczym jego wolności.

Solidarność Boga z człowiekiem jest tak wielka, że von Balthasar nie waha się twierdzić, iż Jezus doświadczył w śmierci krzyżowej piekła. Pojęcie piekła zatem winno być interpretowane w perspektywie chrystologicznej. Oznacza to, że istnienie bez Boga, a taki przecież stan nazywamy piekłem, może być w jakiejś mierze zrozumiany jedynie w obliczu Jezusa ukrzyżowanego. Każda inna perspektywa grozi popadnięciem w mitologię. Chrystusowe Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46) staje się w ten sposób miarą naszego rozumienia rzeczywistości piekła. Doświadczając opuszczenia przez Ojca, Jezus zstępuje do piekieł, by zająć nasze miejsce, by wziąć na siebie skutki naszego grzechu. Dzięki temu chrześcijanin może żywić radykalną nadzieję, że solidarność z każdym człowiekiem, nawet największym zbrodniarzem, jest możliwa.

Czy piekło jest puste?

Komentując Balthasarowską wizję, J. O’Donnell stwierdza: Bóg bierze naprawdę na serio ludzką wolność. Pozwala On wypowiedzieć człowiekowi swoje „Nie” na ofertę miłości posuniętej aż do samowyniszczenia. Zezwala wolnemu człowiekowi wybrać radykalną izolację i samotność. Z drugiej strony, Bóg – za pośrednictwem krzyża – niepokoi swoją miłością  samotność zatwardziałego grzesznika zamkniętego w sobie samym. Bóg nie depcze wolności grzesznika. Jednakże Boża współ-obecność w opuszczeniu grzesznika narusza jego narcystyczną samotność. Grzesznik znajduje się w piekle, ale nie jest już absolutnie sam. Jego samotność stała się współ-samotnością[3].

Nie wiemy, co wyniknie ze spotkania samotności grzesznika z samotnością Ukrzyżowanego. Nie chcemy tutaj rozwijać naiwnie optymistycznej lub wręcz wypływającej z pychy wizji powszechnego zbawienia. Wieczne piekło pozostaje realną możliwością, wobec której biblijna postawa bojaźni i drżenia wydaje się być najwłaściwsza, oczywiście pod warunkiem, że nie mylimy jej z neurotycznym lękiem. Odkrycie znaczenia Jezusowego zstąpienia do piekieł otwiera nam jednak możliwość żywienia nadziei, że nawet największy grzesznik nie odwróci się od Boga-człowieka, którego odnajdzie w swoim potępieńczym – ale jeszcze nie wiecznym – osamotnieniu. Możemy mieć nadzieję, że miłość Boga, poprzez paradoksalną solidarność z tymi, którzy pozostają zamknięci na jakąkolwiek solidarność, jest zdolna zbawić każdego człowieka właśnie w momencie, gdy zostaje odrzucona. Balthasar nie neguje możliwości wypowiedzenia przez człowieka nie wobec Boga, po którym jest już tylko piekło rozumiane jako nieodwołalny stan istnienia poza Bogiem. Czy jednak nie jest obowiązkiem chrześcijanina poparta pokorną modlitwą nadzieja, że nikt nigdy nie dokonał takiego ostatecznego aktu negacji? Dlaczego mielibyśmy nie pragnąć, by w każdym człowieku zrealizowały się słowa Chrystusa ze starożytnej homilii na Wielką Sobotę: Snem śmierci zasnąłem na krzyżu i włócznia przebiła mój bok za ciebie (…), a ta moja rana uzdrowiła twoje zranienie. Sen mej śmierci wywiedzie cię ze snu Otchłani. Cios zadany Mi włócznią złamał włócznię skierowaną przeciw tobie.

W Gaudium et spes czytamy, że skoro za wszystkich umarł Chrystus i skoro ostateczne powołanie człowieka jest rzeczywiście jedno, mianowicie boskie, to musimy uznać, że Duch Święty wszystkim ofiarowuje możliwość dojścia w sposób Bogu wiadomy do uczestnictwa w paschalnej tajemnicy (KDK 22). Czy nie powinniśmy zatem ufać, iż Duch, który wzbudził Jezusa z martwych i wyprowadził Go z piekła, zdoła również ożywić serce najbardziej zatwardziałego grzesznika? Pytanie to wskazuje na aspekt, którego nie może zabraknąć w naszym rozważaniu, a mianowicie na trynitarny charakter wydarzenia zstąpienia Chrystusa do piekła. Mówienie bowiem o Bogu w piekle byłoby pozbawione sensu, gdybyśmy nie wierzyli w jedynego Boga, który objawił się jako Trójca: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.

Rozpoznanie piekła wydarzeniem trynitarnym

W naszych rozważaniach o Trójcy Świętej podkreślamy często – i słusznie – jedność trzech osób Boskich. Nie możemy jednak zapominać, że z drugiej strony Ojciec, Syn i Duch są osobami radykalnie się różniącymi między sobą. Różnice te są jakościowo nieskończenie większe niż pomiędzy ludźmi. Rzeczywistość osobowa charakteryzuje się bowiem tym, że jedność pomiędzy osobami paradoksalnie zakłada separację pomiędzy nimi. Miłość nie może istnieć bez inności. Im bardziej kocham, tym bardziej doświadczam, że drugi jest inny, niesprowadzalny do żadnej całości. Analogicznie, Janowe stwierdzenie, że Bóg jest miłością (1J 4,8), oznacza, że pomiędzy Trzema w Bogu istnieje radykalna inność. Błędem byłoby myślenie, że skoro osoby Boskie nie są trzema, ale jednym Bogiem, to różnią się one tylko troszeczkę. Wręcz przeciwnie, osobowa jedność jedynej natury boskiej zakłada fundamentalną inność trzech Osób.

Powyższa perspektywa pozwala nam zrozumieć możliwość skandalu Krzyża i zstąpienia Jezusa do piekieł. Bez niej okrzyk Boga-człowieka: Boże mój, czemuś Mnie opuścił! pozostałby teatralnym gestem. Tymczasem w śmierci krzyżowej Syn Boży nie doświadcza opuszczenia przez Ojca na niby. Bóg we wcielonym Synu przemierza drogę, która prowadzi do całkowitej samoalienacji: schodzi w głębokości śmierci, doświadcza zupełnego oddalenia od miłości Ojca. To właśnie rozdarcie w samym Bogu stanowi negatywny warunek ludzkiej wolności, która może odwrócić się od własnego fundamentu, czyli Bożej miłości. Bóg – o ile jest wspólnotą trzech różnych osób – ma tą pozornie tylko oczywistą możliwość stworzenia realnej wolności, która nie jest Bogiem. To właśnie dramat rozgrywający się pomiędzy Trzema w Bogu, a w szczególności centralny akt tego dramatu, a mianowicie wydarzenie Chrystusowego krzyża, pozwalają nam choć trochę zrozumieć, jak doskonały Bóg może utrzymywać w istnieniu zbuntowanego przeciw Niemu złoczyńcę. W tej perspektywie nie jest przesadą stwierdzenie, że piekło jest możliwe, gdyż możliwe było opuszczenie Jezusa przez Ojca. Niesłychana historia Trójjedynego Boga, który wszedł w dzieje człowieka, nie kończy się oczywiście na Krzyżu, lecz zmierza ku wielkanocnemu finałowi. Oto przeżywana w posłuszeństwie trupa radykalna samotność Zbawiciela okazuje się być ostatecznym zwycięstwem nad śmiercią. Jezus, mocą osobowej miłości jaką jest Duch Święty, przechodzi przez najgłębszą alienację włączając jednocześnie całą ludzkość w swój dialog miłości z Ojcem.

H.U. von Balthasar tak oto opisuje ten dramatyczny dialog pomiędzy Ojcem i Synem: Jeśli Ojciec musi być uważany za stwórcę ludzkiej wolności – ze wszystkimi przewidywalnymi jej konsekwencjami! – tak więc również sąd i „piekło” należą zasadniczo do Niego; i jeśli posyła On Syna na świat, by świat został zbawiony a nie osądzony, oraz Synowi „przekazuje cały sąd” (J 5,22), musi zatem wprowadził Go, o ile jest Synem wcielonym, również do „piekła” (jako ostatniej konsekwencji ludzkiej wolności)[4]. Chrystus zaś wypełnia powierzoną Mu misję w absolutnym posłuszeństwie. Dzięki temu posłuszeństwu Jezus przeszedł przez ciemności piekła. Dlatego też możemy powtórzyć za von Balthasarem, że piekło należy już do Chrystusa. Zmartwychwstając ze znajomością piekła, Chrystus może przekazać także nam tę wiedzę[5]. A wraz z nią ofiarowuje nam nadzieję że piekło – rozumiane jako stan kary wieczystej – pozostanie jednak puste! Warto o tym pomyśleć nad grobami bliskich i dalekich. Warto wyszeptać z wiarą słowa: I wspomóż szczególnie tych, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.



[1] Nie podejmujemy w tym niewielkim artykule ważnej skądinąd kwestii sensu rozróżnienia pomiędzy piekłem a piekłami. W naszym rozważaniu w pewnym sensie utożsamiamy te dwa pojęcia ze sobą, rozumiejąc je ogólnie jako stan radykalnego oddalenia od Boga. Mówiąc zatem o ludzkim doświadczeniu piekła, nie przesądzamy, czy oznacza ono tzw. wieczne potępienie. Mówienie zaś o zstąpieniu Jezusa do piekieł (piekła) musi być widziane jako coś uprzedniego wobec możliwości tzw. nieodwołalnej kary wieczystej.


[2] Por. H.U. von Balthasar, Il cammino verso i morti, w: Mysterium Salutis (wyd. włoskie), vol. 6, str. 289-324.


[3] J. O’Donnell, Tutto l’essere è amore, w: Hans Urs von Balthasar. Figura e opera, pod red. K. Lehmann i W. Kasper, Casale Monferrato 1991, tłum. wł., str. 344-345.


[4] H.U. von Balthasar, Il cammino verso i morti, dz. cyt., tłum. wł., str. 316.


[5] Tamże, str. 317.

24 myśli nt. „Bóg w piekle, czyli o nadziei powszechnego zbawienia”

  1. Dla mnie to tekst „wyznawcy” credo; ZŁO Nie istnieje.
    Lucyfer i Jego drużyna!!!!!

    Udzielona nam Wolna Wola to dowód Geniuszu Stwórcy i Jego Miłości do człowieka.
    To otrzymane prawo, naszego suwerennego wyboru. Wyboru ostatecznego, radykalnego a nie jakiegoś chwilowego i tymczasowego.
    Krzyż i wypowiedź; „Boże mój, czemuś …..” jest dowodem na to, że to nie sam Bóg siebie uwielbia, tylko sam Człowiek jako”Opuszczony”; jest zdolny do Miłości, będącej Odpowiedzią Bogu.

    Grzechem pierworodnym sprowadziliśmy ZŁO na ziemię. W efekcie nasz BYT jest mieszanką; Dobra od naszego Stwórcy i Zła od Istniejącego, rzeczywistego Lucyfera (szatana) i jego drużyny.
    To mieszkaniec PIEKŁA, na stałe a nie tymczasowo.
    Oddalony od Boga Archaniołem Michałem; ostatecznie.

    Autor tekstu Słowami; „… piekło …….pozostanie puste” zdaje się podważać sens Dzieła Stworzenia i Dzieła Odkupienia Naszego Boga w Trójcy jedynego.

    BO;
    Czym jest Dekalog Mojżesza?
    Czym więc jest odpowiedzialność za nasz czyn?
    Czyż, Nie mamy żadnej odpowiedzialności?
    Czym jest Przykazanie Miłości?
    Czym jest Sakrament Ołtarza?
    Czym jest Sakrament Pokuty i Pojednania?

    Krzyż otwiera człowiekowi bezpośredni wstęp do tego Najwyższego Królestwa z Obecnością Boga.
    Ten akt MIŁOŚCI był niezbędny rodzajowi ludzkiemu, co wcześniej właśnie grzechem pierworodnym oddzielił swoją Duszę od obecności Boga. Wprowadził ją w zależność od Szatana i osadzenie w drugim Królestwie Boga; Piekle – co jest pustką Dobra, a pełnią ZŁA.

    Jezus daje nam dowód, że jego Dzieło stworzenia jest DOBRE. I My mając wolę Dobrą jak On Sami musimy dokonać wyboru ostatecznego.
    Krzyż jest daną nam jego Gwarancją POMOCY, ale tylko pomocy nie ZASTĘPSTWA jak sugeruje autor.

  2. Robert, mam kilka refleksji na temat Twojego tekstu:
    1. „Bóg uczynił grzechem Tego, który nie znał grzechu”. Dla von Balth. wynika z tego, że Jezus utożsamia się z grzesznikiem pogrążonym w samolubnej rozpaczy. Ale wtedy św. Paweł zapewne by napisał, że Jezus stał się grzesznikiem, a napisał: grzechem. Jezus stał się grzechem, a nie grzesznikiem. Może Jezus chciał poznać grzech, bo go nie znał („nie znał grzechu”). Tak bardzo chciał go poznać, że się nim stał. Utożsamił się z grzechem. Bóg stał się człowiekiem, utożsamił się z człowiekiem, aby go poznać. Bóg nie znał grzechu, więc aby go poznać, stał się grzechem. Wtedy go poznał dobrze i mógł coś zaradzić. Ale wtedy stając się grzechem stał się bezsilny. Gdzie się podziała Jego siła? Odłożył ją na bok, bo nie mogła zniknąć przecież.
    2. Ponadto: co to znaczy samolubna rozpacz? Czy jest coś takiego jak niesamolubna rozpacz? Rozpaczam, bo jestem samolubem? Co rozumiesz tu jako samolubność? Dla mnie to sformułowanie nie ma za wiele sensu. Podobnie jak „samolubna wolność”.
    3. Wracając do tematu 1. czy miłość Jezusa może być pozbawiona wszelkiej mocy? Jeśli bezsilna miłość jest w stanie „rozbić krąg rozpaczy grzesznika”, to chyba nie jest taka bezsilna? Jeśli Jezus wziął na siebie skutki naszego grzechu, to chyba musiał mieć siłę, żeby się tym obarczyć? Czyli nie mógł być bezsilny.
    4. Co grzesznikowi przyjdzie w piekle osamotnienia ze współ-obecności bezsilnego Boga? Razem są bezsilni w sytuacji bez wyjścia. Kto ma wtedy moc im pomóc, jeśli Bóg wyrzeka się na zawsze tej mocy (pozostaje bierny, nie aktywny). Chyba że nie wyrzeka się jej na zawsze, ale w końcu ta moc Mu się przywraca. Wyrzeka się mocy, ale ta moc (pomoc) istnieje jakoś, gdzieś, tyle że niedostępna. Jak wyrwać się z bezsilności? Ktoś musi dać jakiś impuls. Skąd on pochodzi? Ten impuls wyraża się w zmartwychwstaniu, które świadczy o tym, że bezsilność Boga jest w jakiś sposób pozorna, czasowa, nieostateczna.
    5. Co to znaczy „naiwnie optymistyczna wizja powszechnego zbawienia”? Może cała Dobra Nowina jest naiwna? Stąd całe tłumy ateistów, którzy naiwniakami nie są.
    6. „Wynikająca z pychy wizja powszechnego zbawienia”? Proszę wytłumacz mi, jak wiara w powszechne zbawienie może wynikać z pychy? Nie jestem w stanie tego pojąć.

  3. Anno!
    Tekst jest ks. Dariusza Kowalczyka, przez pomyłkę nie kliknąłem odpowiedniego autora przy dodawaniu tekstu – przepraszam. Tak więc pytania są do ks. D. Kowalczyka.

  4. Może więcej oficjalnego nauczania Kościoła, a mniej osobistych, protestancko-amerykańskich dywagacji.

  5. H.U. von Balthasar nie był ani protestantem, ani Amerykaninem, ale wiernym Kościołowi kapłanem katolickim. Bardzo cenię Katechizm Kościoła Katolickiego, ale teologia nie polega na jego cytowaniu.

  6. 1. Jezus utożsamia się z grzesznikiem w sensie, że się z nim do końca solidaryzuje. Oczywiście nie staje się grzesznikiem. Ale doświadcza ostatecznych konsekwencji grzechu, czyli radykalnego oddalenia od Boga. Co do Boskiej siły Jezusa, to rzeczywiście można by powiedzieć, że ją odłożył, a mianowicie odłożył w :”ręce Ojca”. Wszak wydarzenie, o którym mówimy, można zrozumieć jedynie trynitarnie.
    2. Słowa „rozpacza” używamy w róznych znaczeniach. Rozpacz matki po stracie dziecka nie musi być samolubna. Natomiast rozpacz „potępieńcza” jest samolubna, gdyż jej istotą jest postawa „nikogo nie potrzebuję, nikogo nie chcę”.
    3. Jezus w stanie całkowitego ogołocenia nie ma siły, która byłaby niejako jego właśnością, którą dysponuje, ale ma siłę polegająca na relacji z Ojcem w Duchu.
    4. Tak to bywa, że czasem więcej można zdziałac bezsilnością niż siłą. To logika Miłości. W tym przypadku miłości trynitarnej.
    5. Naiwnie optymistyczna wizja powszechnego zbawienia, to taka wizja, w której nie bierze się na poważnie rzeczywistości śmierci, sądu i możliwości potępienia. Innymi słowy, to taka wizja, w której brakuje bojaźni Bożej.
    6. Wiara w powszechne zbawienie może wynikać z pychy. Dzieje sę tak np. wtedy, kiedy przestaje być pokorną nadzieją, a staje się doktryną, że wszyscy muszą być zbawieni.

  7. Szanowni Państwo!

    Śledzę ten blog z zainteresowaniem, a ta dyskusja jest, jak sądzę, szczególnie ciekawa. Nieśmiało się wypowiadam, gdyż nie jestem wykształcony w zakresie teologii, lecz filozofii. Niemniej to właśnie teologia wydaje mi się szalenie fascynująca.

    Mam do Dariusza Kowalczyka (który jak mi się wydaje – jest najbliższy oficjalnemu nauczaniu Kościoła), ale także innych autorów wpisów na blogu następujące niżej zadane pytanie.

    Przyjmijmy w zgodzie z Katechizmem, iż jednak piekło istnieje, tak jak wykłada Magisterium, i że nie jest puste. Być może znajduje się w nim niezbyt duża część osób, bo tak jak pisze część z Państwa – Bóg może także pośmiertnie dać jeszcze jedną szansę grzesznikowi na wyjście ze stanu grzechu.

    I teraz przywołując pytanie Leszka Kołakowskiego (zadał je kilkakrotnie w różnych swoich tekstach) – jak ludzie zbawieni, przebywający w niebie, mogą w pełni się cieszyć swoim wiecznym szczęściem, wiedząc, że w innym miejscu (nie traktowanym dosłownie oczywiście) przebywają nieszczęśnicy, pozbawieni na zawsze nadziei? Czy odwracają od nich zupełnie wzrok, i zapominają o nich? Żeby wzmocnić ten problem – co jeśli wśród tych potępionych, jest ktoś z naszych bliskich? Jak można to teologicznie rozwiązać?
    Serdecznie pozdrawiam.

  8. Panie Juliuszu, zwolennicy powszechnego zbawienia wcale nie twierdzą, że piekło nie istnieje i jest puste. Po prostu piekło jest skończone, nie trwa wiecznie, a tylko oczyszcza ludzi ze zła. Słusznie Pan stawia pytanie o odczucia zbawionych wobec potępionych na wieki. Właśnie takie rozważania przemawiają za nieludzkością idei wiecznego piekła. Co do ortodoksji to jednak katechizm krótko (może niezauważalnie dla niektórych) napomyka o tym, że modlimy się wszyscy o zbawienie wszystkich ludzi i że dla Boga wszystko jest mozliwe oraz Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni (pkt 1058). A zatem zostawia furtkę nadziei. Wiadomo, że katechizmy się zmieniają, akcentowane punkty także. Kto wie, który punkt katechizmu będzie uwypuklony i rozwinięty w przyszłości. Ponadto należy przede wszystkim kierować się Biblią, która w sposób pełniejszy niż katechizm opowiada sie za nadzieją zbawienia powszechnego.

  9. Panie Juliuszu. Na to pytanie nie mam oczywiście jednej zadowalającej odpowiedzi. Wskazałbym jednak na trzy rzeczy. Po pierwsze, piekło jest paradoksalnie wyrazem miłości Boga, która nie niszczy tego, kto ją odrzuca. A zatem istnienie piekła nie osłabia Bożej miłości, uczestniczenie w której jest istotą zbawienia i wiecznej radości. Po drugie, pytania Kołakowskiego zakładają, że wiemy z góry, iż nie możemy być wiecznie szczęśliwi, jeśli jakiś np. kuzyn powiedział Bogu definitywne nie. Tymczasem nasze szczęście jest w Bogu, a nie w drugim człowieku, nawet najbliższym. Po trzecie, z tego problemu wynika, że powinniśmy modlić się za wszystkich ludzi, a szczególnie za najbliższych, aby na spotakniu z Bogiem powiedzieli „tak”.

  10. W nauce Kościoła katolickiego to, co oczyszcza po śmierci człowieka ze zła, nie jest piekłem, lecz czyśćcem. Piekło w sensie ścisłym odnosi się do możliwej sytuacji, że człowiek definitywnie i na wieki mówi Bogu „nie”. Katolicka nadzieja powszechnego zbawienia nie głosi zatem, że piekło jest, ale jest w gruncie rzeczy czyśćcem, lecz poważnie bierze pod uwagę możliwość wiecznego potępienia. Można miecć jednak nadzieję, że ta możliwość w nikim sie nie zrealizuje. Ergo, katolicka nadzieja powszechnego zbawienia głosi, że piekło jest realna możliwością, ale pustą, czyli niezrealizowaną.

  11. Szanowna Pani Aniu, Księże Dariuszu, dziękuję za odpowiedzi.

    Zgadzam się z ks. Dariuszem, iż modlitwa za innych ludzi jest b. ważna, aby mogli, w odpowiednim momencie (szczególnie ci wahający się) podjąć pozytywną decyzję w momencie kontaktu z Bogiem.
    Pozwolę sobie kontynuować tę dyskusję.

    „Po drugie, pytania Kołakowskiego zakładają, że wiemy z góry, iż nie możemy być wiecznie szczęśliwi, jeśli jakiś np. kuzyn powiedział Bogu definitywne nie. Tymczasem nasze szczęście jest w Bogu, a nie w drugim człowieku, nawet najbliższym. ” (ks. Dariusz)

    Czy można rozwinąć tę myśl? Czy oznacza to, że pozostawanie w stanie szczęścia w Bogu, oznaczałoby jakąś amnezję wobec innych ludzi? Czy Bóg tak całkowicie mógłby nas wypełnić, iż los innych ludzi pozostawałby dla nas bez znaczenia?

    „Co do ortodoksji to jednak katechizm krótko (może niezauważalnie dla niektórych) napomyka o tym, że modlimy się wszyscy o zbawienie wszystkich ludzi i że dla Boga wszystko jest mozliwe oraz Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni (pkt 1058)” (p. Anna)

    Dziękuję za przypomnienie tego fragmentu. Rzeczywiście – Kościół nigdy nie ogłosił listy „potępionych”, w odróżnieniu od listy świętych i błogosławionych. Nie wiemy też nigdy, co się dzieje w głowach ludzi ewidentnie postępujących źle (przykład dowódcy oddziału kryminalnego SS z Powstania Warszawskiego wspomniany przez p. Rynkowskiego w sąsiednim wpisie), czy może w ostatnich chwilach świadomości ich myśli nie kierują się jednak ku Bogu.

    „Wiadomo, że katechizmy się zmieniają, akcentowane punkty także. Kto wie, który punkt katechizmu będzie uwypuklony i rozwinięty w przyszłości. Ponadto należy przede wszystkim kierować się Biblią, która w sposób pełniejszy niż katechizm opowiada sie za nadzieją zbawienia powszechnego.” (p. Anna)

    Ma Pani rację. Biblia oczywiście jest podstawowym źródłem odniesienia dla teologów. Dla „laików” katechizm jest jednak przydatny, gdyż Biblia zawiera fragmenty ewidentnie niejasne, podczas gdy katechizm ze swojej natury jest dość przejrzysty i zwięzły. Dlatego chcąc pogłębić swoje rozumienie podstaw teologii, korzystam też z pomocy katechizmu. Szczególnie w sprawach dotyczących eschatologii i spraw ostatecznych

    Mam do Państwa następujące, dalsze pytanie. Czy można, w świetle współczesnej teologii, twierdzić, iż piekło dzieli się na jakieś obszary lub poziomy? Wyobrażenia takie istniały w średniowiecznych wizjach (słynny Dante z jego kosmologią). Istnieją także w różnych objawieniach prywatnych – dusze czyśćcowe mają, w zależności od swojego grzechu, przebywać w różnych kręgach itd.
    Jednak we współczesnym myśleniu religijnym odchodzi się często od myślenia o piekle (czyśćcu) jako miejscu, lecz wskazuje się bardziej na stan egzystencji (umysłu?) danej duszy. Co Państwo o tym myślą, czy możemy to w ogóle jakoś spróbować teologicznie uporządkować?

  12. Czuję, że dla niektórych osób wypowiadających się w temacie pytanie Kołakowskiego jest ułomne ze względu na „pewne założenia”, które przyjmuje się implicite konstruując to pytanie (dla mnie to nie są założenia tylko efekt natury serca i umysłu człowieka, którego takim właśnie stworzył Bóg), a także dla tych samych osób wieczne męki „jakiegoś kuzyna” nie są przeszkodą w odczuwaniu wiecznego szczęścia przy spotkaniu z Bogiem. Są jednak ludzie dla których takie rzeczy są fundamentalne, a własne szczęście uzależniaja od „wyzwolenia” wszystkich. Kwestia temperamentu i serca człowieka. I co wtedy? Ja wiem, że dla niektórych inny człowiek, który powiedział „definitywne nie” jest sam sobie winien i staje się jakimś obcym kuzynem, ale proponuję w tych wypadkach na miejsce kuzyna wstawić matkę. Większość z nas ją kochała, tworzyliśmy z nią więź, chociaż niektorym wcześnie którym umarła, albo niektórych nawet zostawiła, porzuciła, więc to doświadczenie jest mniej lub bardziej intensywne i trochę mniej niż powszechne, ale mocno działa na wyobraźnię. Jest to całkiem interesujące ćwiczenie, które myślę otworzy zamknięty umysł, który zgubionego czy skazanego na wieczne piekło traktuje jak jakiegoś innego, który jest w jakimś stopniu obojętny: co, jeżeli wiecznie potępiona będzie własna matka? Czy można być szczęśliwym z Bogiem będąc świadomym, że własna matka jest na zawsze potępiona przez wypowiedzenie swojego definitywnego nie? Jeżeli piekło nie jest puste trzeba się mierzyć z takim ryzykiem, że może w nim być także ktoś inny niż ludzie, którzy są dla nas obojętni. Na koniec powiem, że na całe szczęście są też ludzie, którym nie tylko nie jest obojętny los jakiegoś kuzyna, ale w ogóle los drugiego człowieka znaczy dla nich coś więcej nad szczęśliwe, egoistyczne spotkanie z Bogiem.

  13. Myślę, że w sprawie głoszonej w ciągu wieków w Kościele
    RADOŚCI ZBAWIONYCH TAKŻE Z WIECZNEJ KARY POTĘPIONYCH,
    należy się Panu Juliuszowi nieco więcej informacji.

    Pytanie, czy to możliwe towarzyszy wielu ludziom. Także wybitnym filozofom. Oto jedna z dosadnych wypowiedzi Leszka Kołakowskiego: (…) nie mogę zrozumieć, jak jest możliwe w chrześcijańskim obrazie świata, by ludzie, którzy są zbawieni, a wobec tego nie tylko żadnego niedostatku nie odczuwają, ale oddaleni są od wszelkiego zła i cierpienia, nic w ogóle o istnieniu zła nie wiedzieli. Przecież nie mogą nie wiedzieć o cierpieniach innych! A skoro wiedzą, czy to możliwe, żeby to ich w ogóle nie poruszało? Jak to jest? Nie wiem i nie spotkałem się z żadnym wyjaśnieniem tej kwestii u chrześcijańskich pisarzy, oprócz tego, że mamy uwagę świętego Tomasza z Akwinu, iż zbawieni będą się radować na widok męczarni potępieńców – to straszne przecież, co Nietzsche też podkreśla. Mam nadzieję, że tak nie jest, że oni jednak się nie radują. Ale nie o to mi chodzi, tylko o to, czy oni mogą żyć w wiecznym weselu, zapominając w ogóle o tym, że świat doczesny jest tak pełen cierpienia. Nie znam odpowiedzi na to pytanie ze strony myślicieli katolickich. Może to rozważano, ale ja się z takimi rozważaniami nie zetknąłem” („Czas ciekawy, czas niespokojny”, cz. II. Z Leszkiem Kołakowskim rozmawia Zbigniew Mentzel, Kraków 2008 s. 85-86).
    Radość z cierpienia potępionych często dawała znać o sobie w ciągu wieków. Już pod koniec II wieku Tertulian pisał w sposób daleko odbiegający od ducha Ewangelii. Jego słowa tchnęły pragnieniem pozagrobowej zemsty względem prześladowców i pogańskich władców tego świata. Był przekonany, że boski sąd nad niegodziwymi będzie kiedyś wielkim widowiskiem, którego oglądanie sprawi chrześcijanom wielką radość (De spectaculis,30). Nie jest to świadectwo odosobnione. Św. Augustyn sądził, że zbawieni nie będą w ogóle zdolni do odczuwania współczucia dla potępionych (De civitate Dei XXI,18). Wielu autorów usiłowało w ciągu wieków wykazywać, że wieczne cierpienie grzeszników nie tylko nie naruszy szczęścia zbawionych, ale wręcz przeciwnie – posłuży nawet do jego intensyfikacji. Postawa zbawionych, argumentowano, musi utożsamić się ze sprawiedliwością karzącego Boga. Patrząc na mękę potępionych będą odczuwać tym większą wdzięczność wobec Chrystusa, swego Zbawiciela.

    W rozumowaniu tym przejawia się swoista logika. Postawa niewrażliwości i obojętności wobec losu potępionych łączy się w niej z poczuciem triumfu Boga nad Jego przeciwnikami i ostatecznego zwycięstwa Jego sprawiedliwości. Jeżeli Bóg odnosi zwycięstwo, trzeba się z tego cieszyć. Radość zbawionych jest Jego radością. Zapomnijmy zatem o losie potępionych, choćby to byli nawet nasi najbliżsi! Cieszmy się wraz z Bogiem! Św. Tomasz z Akwinu uważał, iż Bogu zgoła nie przystoi smucić się z czyjejś nędzy. W cierpieniu potępionych widział jedynie ciemne tło, na którym jeszcze wspanialej jaśnieją radość i szczęście świętych (STh I q. 21, a. 3; q. 23, a. 5 ad 3; SThSuppl. III,q. 97, a. 2).
    Niebo tradycyjnej doktryny jest nieczułe na cierpienie zagubionych istnień ludzkich. Zatraca się wtedy całkowicie poczucie międzyludzkiej solidarności losów. Na bramie piekła w „Boskiej komedii” Dantego widnieje napis: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie” Gdyby tradycyjna doktryna wiecznego piekła była prawdziwa, wówczas na bramie nieba należałoby również umieścić kategoryczne słowa: „Porzućcie wszelką miłość i współczucie wy, którzy tu wchodzicie!”

    Poglądy o (dodatkowej) radości zbawionych z wiecznej kary dla niegodziwych pojawiają się również w argumentacji wielu późniejszych, a także współczesnych teologów różnych wyznań. Dowodzą oni, że relacje między ludźmi w życiu pozagrobowym różnić się będą całkowicie od obecnych. W rzeczywistości jest to argument zwodniczy. Miłość Boga obala nasze ludzkie wyobrażenia o Jego sprawiedliwości karzącej grzeszników wieczną męką. Nie kieruje się On logiką obrażonego honoru: nieskończona obraza, a więc także nieskończona i wieczna kara. Tymczasem sprawiedliwość Boga wyraża się najpełniej przez miłosierdzie i przebaczenie. Nie jest na miarę naszych ludzkich wyobrażeń. Bóg sprawiedliwy jest Bogiem miłującym i miłosiernym. Ludzkie poczucie sprawiedliwości karzącej łatwo przeradza się w uczucie zemsty, okrucieństwa i nienawiści. Skłania do tego, aby bez oporu godzić się z myślą o wiecznej karze, a nawet znajdować z tego powodu dodatkową radość.

    Świadomość chrześcijańska nie została jeszcze do głębi przeobrażona duchem Ewangelii. Motyw lęku przed potępieniem łączy się w niej z zadowoleniem z wiecznej kary należnej niegodziwym. Ginie wówczas najpiękniejsza i najśmielsza z ludzkich nadziei – nadzieja na ostateczne pojednanie wszystkich istot rozumnych. Zamiera wówczas także dar współczucia, współczującego serca człowieka i modlitwy wstawienniczej, aby wszyscy zostali zbawieni, czyli uratowani i ocaleni.

    Obrońcy wiecznych mąk nie są w stanie wyjaśnić, jak zbawieni mogą bez końca cieszyć się szczęściem nieba, podczas gdy ich najbliżsi – matki i ojcowie, córki i synowie, żony i mężowie – oraz przyjaciele i znajomi będą wiecznie znosić straszliwe męki w piekle. Nie sposób wówczas mówić, że Bóg będzie prawdziwie „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28), skoro istnieje wieczne piekło, a w nim ludzie przeklinający Boga, który, mieniąc się ich Ojcem, opuścił ich na zawsze w stanie zatracenia. Ci ludzie to nie martwe przedmioty, lecz żywe osoby stworzone na obraz i podobieństwo Boga, które pomimo swoich win zachowują przecież swój rozum, wolę i uczucia. Są istotami myślącymi i zdolnymi do samo-refleksji. Mają one swoich bliskich i za życia łączyły je więzi przyjaźni z wielu innymi. Sam Bóg, ich Stwórca, zapewniał, że umiłował świat i że z miłości Jego Syn oddał swoje życie dla ich ocalenia. W rzeczywistości tak wielu ludzi na świecie nie miało nawet szansy przekonać się, że Bóg jest miłością, gdyż prawdziwej miłości sami nigdy w życiu nie zaznali.

    Odnoszę często wrażenie, iż żarliwi głosiciele wiecznego piekła nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swoich przekonań. Wydają się uspokajać myślą, że cokolwiek się zdarzy, Bóg i tak uczyni to, co dla człowieka najlepsze. Czy wieczna męka może być czymś najlepszym? Ten sposób myślenia poniża Boga i czyni Go pod tym względem istotą moralnie niższą od człowieka. Czy Bóg przedstawiany w takim świetle zasługuje na miłość? Jezus nie ukazywał takiego oblicza Stwórcy wszechświata. Kazał zwracać się do Niego jako do troskliwego i dobrego Ojca wszystkich ludzi.

    Z doświadczenia znamy zdumiewający paradoks miłości. Z jednej strony to ona stanowi o największym szczęściu człowieka, z drugiej zaś czyni go najbardziej podatnym na zranienie, uwrażliwia na nieszczęście i cierpienie innych. Im więcej mam w sobie miłości do najbliższych mi ludzi, tym bardziej obchodzi mnie ich życie oraz ich los ostateczny. Nie mógłbym być szczęśliwy wiedząc, że spotyka ich największe nieszczęście i ostateczne zatracenie. Nic nie jest w stanie zrekompensować człowiekowi utraty kogoś, z kim łączyły go więzi ludzkiej miłości i przyjaźni. To właśnie miłość uniemożliwiałaby wtedy przeżywanie prawdziwego szczęścia. Łączy ona ludzi ze sobą najbardziej intymnie, przenika w głąb całe ich jestestwo. Szczęście jednej osoby jest wtedy złączone ze szczęściem drugiej.

    W przeciwnym razie Stwórca musiałby zmienić ludzką jaźń i tożsamość, ukształtowane w ciągu życia przez wzajemne relacje osobowe. Musiałby dokonać jakiejś eschatologicznej LOBOTOMII, czyli wycięcia pewnych części mózgu na wzór operacji medycznej. W ten sposób wymazałby z umysłu i pamięci zbawionych wszelką wiedzę o potępionych na zawsze osobach, aby nie doświadczały bólu ani wyrzutów sumienia z ich powodu. Jest to wszakże przypuszczenie bezpodstawne i niegodne Boga. W przypadku całej rodziny skazanej na wieczne męki znaczyłoby to, że Stwórca usunie na zawsze wszelką pamięć o rodzicach i najbliższych, jakby w ogóle nigdy nie istnieli… Trudno pomyśleć, że ukryje On przed zbawionymi rzeczywistą porażkę zbawienia. Nie byłoby to Jego prawdziwe zwycięstwo nad złem i grzechem. Kto rzeczywiście miłuje, nie chciałby pozostawać w niewiedzy co do losu ukochanych osób. Nie chciałby, żeby zostały całkowicie usunięte z jego pamięci. Wszelka myśl o eschatologicznym okaleczeniu umysłu jest zgoła niedorzeczna.

    To prawda, że ludzka pamięć, wrażliwość i wyobraźnia mogą podsuwać na myśl osoby, które trudno miłować. Czy można miłować tych, którzy wyrządzili innym nieodwracalną krzywdę i pogrążyli miliony ludzi w rozpaczy i cierpieniu? Mistrz z Nazaretu przypomniał w Kazaniu na Górze o nakazie samego Boga: „Miłujcie waszych wrogów” (Mt 5,44). „Najwyższy” jest „dobry dla niewdzięcznych”. A z tego wniosek: „Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest wasz Ojciec” (Łk 6,35-36). Nakaz miłowania nieprzyjaciół sprawia nam od wieków najwięcej trudności. Jego urzeczywistnienie, bez pomocy Bożej byłoby praktycznie niemożliwe. Jeśli Bóg nakazuje, sam czyni tak pierwszy. Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Jego miłość nikogo nie wyłącza. Jest Zbawicielem wszystkich. Nie przestanie przyciągać ku sobie także najbardziej zatraconych w swoim człowieczeństwie. Jeśli prawdziwie miłuje wszystkich ludzi, uczyni wszystko, by wszystkich wyzwolić i ocalić. Ta nadzieja otwiera serce i wyzwala od koncentracji jedynie na własnym szczęściu.

    *

    Pan Juliusz dziękuje za przypomnienie, że „Kościół nigdy nie ogłosił listy ‘potępionych’, w odróżnieniu od listy świętych i błogosławionych”. W SWOICH ORZECZENIACH, TAKŻE SOBOROWYCH, CZYNIŁ COŚ ZNACZNIE GORSZEGO! CAŁE SPOŁECZNOŚCI LUDZKIE WYSYŁAŁ NA POTĘPIENIE: pogan, wyznawców innych religii, niewierzących, Żydów, heretyków, schizmatyków… Głosił, że poza Kościołem, oczywiście rzymskim, nie ma zbawienia. Możesz rozdać całą majętność, życie oddać za innych, ale jeśli nie znajdziesz się przed śmiercią w Kościele rzymskokatolickim (w jedności z papieżem) – nie będziesz zbawiony. Proszę przeczytać bodaj orzeczenie Soboru Florenckiego z 1442 r. w dekrecie dla Jakobitów:

    „Sacrosancta Romana Ecclesia (…) firmiter credit, profitetur et praedicat, nullos intra catholicam Ecclesiam non existentes, non solum paganos, sed nec Judaeos out haereticos atque schismaticos, aeternae vitae fieri posse participes; sed in ignem aeternum ituros, qui paratus est diabolo et angelis eius’, nisi ante finem vitae eidem fuerint aggregati…..” (DS. 1351).
    Podaję tekst w oryginale. Jest dłuższy. Przeraża wręcz w swojej eschatologicznej zuchwałości. I niezrozumiały dla naszej dzisiejszej wrażliwości i posoborowych przemian świadomości. Nie szafujmy tak łatwo twierdzeniem, że nie ma IMIENNEJ listy potępionych!

  14. Ks. Kowalczyk pisze: „Po pierwsze, piekło jest paradoksalnie wyrazem miłości Boga, która nie niszczy tego, kto ją odrzuca. A zatem istnienie piekła nie osłabia Bożej miłości, uczestniczenie w której jest istotą zbawienia i wiecznej radości”
    Zatem piekło wieczne świadczy o miłości Boga? Cóż to za dziwna miłość, która pozwala na wieki pogrążyć się człowiekowi w cierpieniu? Moja wizja miłości Boga jest inna: Bóg tak kocha człowieka, że nie może pozostać obojętny na jego cierpienie, tym bardziej wieczne i zrobi wszystko (bo może wszystko), aby wyrwać człowieka z cierpienia i z piekła. Wg ks. Kowalczyka to, że Bóg nie niszczy człowieka w piekle, a tylko pozwala mu dalej cierpieć na wieki to dowód Bożej miłości! No cóż, każdy ma w sobie inny obraz Bożej miłości. Ja nie wyobrażam sobie Boga miłosiernego i dobrego, który mógłby pozwolić na moją wieczną mękę. Bóg, w którego ja wierzę, wyciągnie mnie z piekła, ponieważ siła Jego miłości jest większa niż moje opory i zdolna otworzyć bramy piekielne.

  15. Piekło jest wyrazem miłości Boga, bo Bóg jest miłością i wszystko, co istnieć będzie na wieki, jest wyrazem Jego miłości. Dla grzesznika, który wybiera nie-Boga, bycie z Bogiem na siłę byłoby wieczną torturą. Dlatego Bóg nikogo nie zmusza do bycia z Nim na siłę. Tu nie rozmawiamy o tym, czy Bóg zrobi wszystko, czy też nie, by zbawic człowieka, bo sprawa jest oczywista. Rozmawiamy o tym, czy człowiek może powiedzieć Bożej miłości definitywne „nie”. Kościół katolicki naucza, że tak. A człowiek, który mówi Bogu „nie”, wcale nie oczekuje Bożego miłosierdzia. Bo Bóg mu jest niemiły. Lepiej mu bez Boga. I na tym polega właśnie potępienie.

  16. Oczywiście trzeba modlić sie o zbawienie każdego człowieka i Kościół to czyni. Do końca trzeba mieć nadzieję. Jednak z drugiej strony stwierdzenie, że ja na pewno nie będę mógł być wiecznie szczęśliwy, czyli nie będę mógł przyjąć od Boga daru wiecznej radości, jeśli choć jedna osoba będzie potępiona, a szczególnie, jeśli to będzie osoba mi bliska, zalatuje zwykłą pyszałkowatościa stworzenia wobec Stwórcy i Zbawiciela. Nadzieja powszechnego zbawienia ma pozostać nadzieją, w przeciwnym razie staje się heretycką pewnością wyprowadzoną z własnych idei o tym, jaki powinien być Bóg i stworzony przez niego świat.

  17. Trudne jest porozumienie między wierzącymi. Bardzo trudne! Powracamy do

    KWESTII LUDZKIEJ WOLNOŚCI

    dyskutowanej już wcześniej w Kleofasie (Anna Connolly, Jarosław Dąbrowski, Robert M. Rynkowski, Jacek Salij OP, Wacław Hryniewicz OMI) i do problemu rzekomo nieuleczalnej zatwardziałości w negacji Boga. A to przecież Bóg, który już wędrujących przez pustynię Izraelitów zapewniał: „Ja, Pan (JHWH), chcę być twym lekarzem” (Wj 15,26). Wierzę, że jest to Lekarz najskuteczniejszy. Potrafi uleczyć najstraszliwszą chorobę ślepoty ducha. To Bóg, który wedle słów proroka Izajasza zapewnia: „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49,16). Tak, po ludzku mówiąc, żeby nie zapomnieć…

    W moim odczuciu tym, co zastanawia w różnorodnych wersjach doktryny piekielnej jest UPORCZYWE PRZEKONANIE O CAŁKOWITEJ BEZRADNOŚCI BOGA, ograniczonego w swoich możliwościach surowymi zasadami moralności i sprawiedliwości. Sam Dawca stworzonego, kruchego w rzeczy samej, daru wolności miałby pozostać bezradny? Podkreśla się nieustannie, że On sam jest pełnią świętości i moralnej doskonałości, i stąd Jego wymagania są niezmienne. W ten sposób oddalamy się od biblijnej idei miłości, dobroci, życzliwości, troski i miłosierdzia Boga oraz od przekonania o POCIĄGAJĄCEJ MOCY JEGO DOBRA I PIĘKNA, KTÓRA NIE NISZCZY WOLNOŚCI STWORZENIA. Najważniejszą rolę przypisuje się sprawiedliwości karzącej, która czyni zadość obrażonemu majestatowi Stwórcy. Zapomina się o pojęciu sprawiedliwości naprawczej (restorative justice), która funkcjonuje przecież, choćby nieporadnie, w prawodawstwie ludzkim. Czy Bóg ma okazać się gorszy od swojego stworzenia?
    Wydaje się, że jesteśmy więźniami naszych wielce zawodnych wyobrażeń o Bogu i Jego postępowaniu oraz o naszej ludzkiej wolności. Ta WOLNOŚĆ NIE JEST IDOLEM PRZED BOGIEM, jak usiłowałem przekonywać we wspomnianej dyskusji o wolności. Rzeczą najbardziej boską jest nie pozostawić nikogo w stanie zagubienia i zatracenia. Trudno się dziwić, że z powodu błędnego obrazu Boga głoszonego w kościołach i zborach wielu ludzi traciło i nadal traci wiarę. Nie pomogą same hasła „nowej ewangelizacji”!

    Żaden ze zwolenników nadziei powszechnego zbawienia nie przeczy pośmiertnej egzystencji ludzi w stanie, który Pismo Święte nazywa Gehenną, a który później nazwany został piekłem. Przeciwstawiamy się jedynie doktrynie o wieczności tego stanu. Żywimy NADZIEJĘ, ŻE NIKT NIE MOŻE DOBROWOLNIE ODRZUCAĆ BOGA NA ZAWSZE, CZYLI BEZ KOŃCA MU SIĘ SPRZECIWIAĆ I POZOSTAWAĆ W STANIE WIECZNEGO ZATRACENIA. Kiedy człowiek przekona się z własnego doświadczenia, że zło ma zawsze, w sposób mniej lub bardziej bezpośredni, charakter destrukcyjny w stosunku siebie samego i innych ludzi; kiedy wreszcie zrozumie, że Bóg jest ostatecznym źródłem ludzkiego szczęścia i że wszelki bunt prowadzi jedynie do większej niedoli w życiu własnym i innych – wówczas bezpodstawne wydają się racje przemawiające za dalszym oporem. W końcu mogę mieć uzasadnioną nadzieję, że ZABRAKNIE WINOWAJCY ROZUMNEJ MOTYWACJI do dalszego grzesznego postępowania.

    Grzech pociąga za sobą bolesne konsekwencje zarówno dla samego grzeszącego jak i dla innych ludzi. To doświadczenie uczy i skłania rozumną istotę do myślenia, czy ma uzasadniony powód, aby trwać w zatwardziałości. KTO ZROZUMIE, ŻE NIE MA JUŻ MOTYWU DO TRWANIA W STANIE GRZESZNEGO BUNTU, CZY BĘDZIE OBSTAWAĆ PRZY SWOICH DOTYCHCZASOWYCH NEGATYWNYCH DECYZJACH? CZY BĘDZIE PRAGNĄŁ NADAL DOBROWOLNIE ODRZUCAĆ BOGA? Trwanie w grzechu wydaje się wtedy czymś zgoła nieracjonalnym i niemądrym. W przeciwnym razie bylibyśmy podobni do kogoś, kto bezrozumnie i wbrew oczywistości wciąż wkłada ręce do ognia i niszczy swoje własne ciało. Wierzę, że same konsekwencje grzechu uniemożliwiają w końcu dalsze trwanie w mocy zła i przynaglają, aby powrócić do Boga. Mogę mieć uzasadnioną nadzieję (tak, uzasadnioną!), że po przezwyciężeniu niewiedzy i usunięciu wszystkich przeszkód zagubiona istota ludzka (rozumna przecież i nadal myśląca!) podejmie w końcu obiektywnie racjonalną i autonomiczną decyzję, a wówczas wybierze zjednoczenie z Bogiem.

    Gdyby wszyscy nie zostali ocaleni, boski plan zbawienia zostałby udaremniony. Jest to przecież plan Boga miłującego swoje stworzenia, który uczyni wszystko, aby wszyscy mogli się z Nim dobrowolnie pojednać. Nie wierzę tym, co głoszą pogląd o ostatecznej „przegranej” Boga, o rozdartej na zawsze ludzkości i nieuchronnym podziale na zbawionych i potępionych. Gdyby zamiary Stwórcy miały być udaremnione, trudno byłoby wówczas mówić o Jego prawdziwie powszechnym zwierzchnictwie i zwycięskim panowaniu w całym stworzeniu (zob. 1 Kor 15,28). W dodatku męka potępionych w piekle bez końca musiałaby zakłócać czy wręcz uniemożliwiać prawdziwe szczęście zbawionych w niebie. Odczuwaliby oni nieustanny ból na myśl o cierpieniach innych ludzi, zwłaszcza najbliższych, którzy tak wiele znaczyli w ich własnym życiu. Ale o tym już była mowa w obecnej dyskusji.

    Wiem, że przekonanych trudno przekonywać. Powtarzam na koniec – porozumienie jest trudne. Wierzę, że tylko sam Bóg potrafi to czynić skutecznie i z miłością. Czekajmy zatem – każda i każdy z nas – na weryfikację eschatologiczną.
    Tyle moich wczesno-porannych zamyśleń. Życzę Wszystkim dobrego dnia!

  18. Dziękuję ks. Wacławowi za podzielenie się refleksją. Jak ksiądz pisze to aż się chce czytać. Padły w tej dyskusji słowa o heretyckiej zatwardziałości, o pyszałkowatości względem Boga, gdzie pyszałkowatość miałaby oznaczać sprzeciw wobec prezentu wiecznego szczęścia, otrzymanego przez Boga, gdyby szczęściu temu towarzyszyła obecność choćby jednej rozumnej istoty w ogniu infernalnym. Pojawiły się też „zarzuty”, że mamy tutaj do czynienia najczęściej z „błędnym rozumieniem Boga”, albo z Bogiem-ideą – wypowiedziane w taki sposób jakby je wypowiadano w okresie Soboru Florenckiego. Zastanawia mnie zatwardziałość serc innych ludzi. Ludzie ci chętnie wyrzucają innym opieranie się na błednym rozumieniu Boga, a sami przecież opierają się tylko na idei, wyobrażeniu, ale która jest zapewne prawdziwa, choćby jej obraz był nie do pogodzenia z atrybutami: dobrocią i miłością. Tego dysonansu też zdają się zresztą nie zauważać. Ludzie ci szafują słowem herezja w starym stylu… Brak tu rozwagi, ostrożności i mądrości. Mądrość jest widać reglementowana w jakiś przedziwny sposób. Cieszę się, że wypowiedział się tu ks. Hryniewicz, że sprzeciwiła sie Anna. Ja też mam wrażenie, że przekonanych trudno przekonać, ponieważ muszą w pierwszej kolejności zechcieć zrozumieć, z czym jest kłopot, bo to nie jest zwykła operacja logiczna – potrzeba tutaj wrażliwości, empatii i trochę ludzkiego serca. Na to potrzeba dużo więcej czasu niż czas, który poświęcony jest refleksji nad innymi wpisami na blogu. Dlatego może i taka chwila przyjdzie!

  19. Tomku, czy nie wydaje ci się czasem, że z niektórymi ludźmi po prostu nie można dyskutować, bo ta niby „dyskusja” polega na wymienieniu tych samych argumentów w kółko. Niektórzy mają na zawsze określony światopogląd, którego będą bronić zawzięcie, i nie ma na to rady. Postawa, w której zakładam swoją omylność i niepełność wiedzy, jest trudniejsza, ponieważ łączy się z duchowym niepokojem. Z koniecznością ciągłego słuchania innych ludzi i rozważania ich racji. Z koniecznością ciągłego podważania swoich racji. Zaakceptowania, że nasz stan umysłu nie jest nam dany na zawsze, wypracowany, „uformowany”, jak to mówi się ponoć w seminarium (słówko „formacja” jest wielce znaczące, sugeruje, że stajemy się uformowani raz na zawsze). Tymczasem trzeba być elastycznym i otwartym żeby dyskusja miała sens. Nasza forma duchowa czy umysłowa nie jest zastygła w jakiś twardy kamień, ale musi być plastyczna, żeby Bóg mógł ją ulepszać.

  20. Niestety, można próbować czasami przekonać, ale możliwości są ograniczone. Jeżeli ktoś jest w jakiś sposób ukształtowany, poświęcił wiele czasu na zadomowienie się wewnątrz jakiejś koncepcji, albo zbioru idei, to czasami wiele wody musi upłynąć w rzece zanim otworzy umysł na niespójności obrazów, które wydają mu się prawdą. Wszystko zależy też od charakteru i temperamentu osoby. Dajmy na to, że ktoś uważa, że grzesznik, radykalnie odrzucający Boga na ziemskim padole zostanie prze Boga ukarany poprzez wtrącenie do diabła. Mamy do czyniena z człowiekiem, który całe życie odrzucał Boga, ponieważ zaś Bóg tak bardzo go kocha, ukaże go na zawsze! – Wrzucając do ognia infernalnego z miłości, ponieważ gdyby spróbował go naprawić, albo zachecić do innego „życia”, albo zbawić to zrobiłby mu krzywdę: zgubiłby na zawsze istotę osobowości grzesznika i jego samego, ponieważ on jest tym, co się Bogu sprzeciwia. To jest założenie płytkie i niegodne, arbitralne i upraszające, które wypacza obraz Boga jako miłości, osoby jako tego, który się sprzeciwia, albo czyni zło. Przecież ten człowiek, choćby wyrządził innym krzywdę, choćby wyrządzał ją przez całe dorosłe życie – był dzieckiem, które musiało być dobre, a może były momenty, w jego życiu, w których był dobry, może komuś pomógł: słowem był kimś więcej niż się wydaje i to wszystko można przeczuć ludzkim umysłem i sercem. Wystarczy odrobina refleksji. Nigdzie nie spotkałem się z miłością karzącą w świecie, zwłaszcza definitywnie. Ja osobiście uważam, że nawet w tego typu sytuacjach, kiedy mamy „grzesznika”, ktory odrzuca Boga (czyni zło!), to jego istota nie zawiera się w czynieniu zła, ale w byciu, które jest czymś więcej, albo które jest przede wszystkim umniejszane przez czynienie zła, przez zło ograniczane. Dlatego, jeżeli założyć, że miłość Boga do stworzenia nie wygasa, a są na to podstawy w Ewangeliach, wyobrażam sobie bardziej pociąganie i zachęcanie tego, który czynił zło i umniejszał przez to swoje życie do zmiany, albo odbudowanie tego, co zniszczył na nowo, za granicą ludzkiego życia, bo przecież mamy tutaj do czynienia z wiarą, która sięga i dalej, poza śmierć.

  21. Do ks.prof.Dariusza KowalczykaSJ
    Bardzo dziękuję za głębokie i bardzo trafne intuicje teologiczne,które mi osobiście pomogły w dużym zmiejszyć
    trudności w zrozumieniu jak Wszechmogący Bóg w niczym nie naruszając ludzkiej wolności(tym samym godności) może pozyskać człowieka,nawet największego zbrodniarza,dla Miłości.

    Dziękuję również za oszczędne w słowach,ale za to bardzo trafne ukazanie zafałszowań w tzw.”nadziei na powszechne zbawienie”
    Wchodząc niejako w argumentację Księdza Profesora chciałbym od siebie dodać,ze moim skromnym zdaniem zwolennicy tej teorii popełniają błąd saduceuszy,tzn analogicznie(czy raczej automatycznie) przenoszą relacje i rzeczywistości ziemskie na Rzeczywistość nadprzyrodzoną,niewyrażalną Tajemnicę,psychologizują tę Rzeczywistość,odzierają z tajemnicy wszystko: grzech dramat ludzkiej wolności,żeby nie sięgać już dalej.Piekło to taka komórka dla niesfornych dzieci, w której się czasowo zamyka, by miały możliwość zrewidowania swojego głupiego uporu,bo przecież nie wiedzą co czynią

    Najgorsza w grzechu (który jest przecież misterium), nie jest jego „materia” , lecz pycha z nim związana to znaczy:człowiek woli zginąć na wieki niż ugiąć się przed Bogiem.

    Przytoczę tu pewien fragment z Dzienniczka św.Faustyny,który jak uważam rzuci wiele światła na sprawę:

    „O,jak niezbadane jest miłosierdzie Boże.Ale o zgrozo-są też dusze,które DOBROWOLNIE I ŚWIADOMIE TĘ ŁASKĘ ODRZUCAJĄ I NIĄ GARDZĄ.Chociaż już w samym skonaniu,Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny,że JEŻELI DUSZA ZECHCE,ma możność wrócić do Boga.
    Lecz NIERAZ u dusz jest ZATWARDZIAŁOŚĆ tak wielka,że ŚWIADOMIE wybierają piekło,udaremnią wszystkie modlitwy,jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i NAWET SAME WYSIŁKI BOŻE… (Dz,zeszyt 6,punkt70).

  22. Witam! Kroloj nam Chryste!

    Pozwole sobie zacytowac, a cytaty sa najadekwatniejsza forma wypowiedzi w tak waznych tematach dla kazdego Chrzescijanina:
    (Mateusz 25)”Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” – czy tu Chrystus( a nie teolog z „tego Swiata”) mowi cos o braku piekla, o tym ze go nie ma, czy pozostawia zludzenie grzesznikom? Owszem, moc Milosiedzia, w procesie zbawienia, jest ogromna, raczej wieksza niz sie nam zdaje, ale trzeba primo – Chrztu z wody i Ducha Swietego, secundo – zalu za grzechy!( a wiec stanowczego postanowienia poprawy, a nie „akcji spowiedz” i tradycyjnego „jakos to bedzie jak odklepe Ojcze Nasz i Zdrowac Maryjo”)
    Jesli Chrystus cos powiedzial, to ja Mu wierze, a nie teologom dywagantom, czy nawet Papiezowi, to grzesznicy moga sie mylic, Bog Nasz NIGDY!
    Ludzie, ogarnijcie sie, szukajcie Ducha Swietego, przstrzegajcie Dekalogu i uwierzcie w Chrystusa, a nie snujcie hipotezy o braku piekla, albo ze jest puste, szatan zapewne ma wielki ubaw jak czyta takie mysli.

    Z Bogiem!

  23. Ludzie sobie dobierają znajomych, mówią: tego lubię, tego chciałbym bliżej poznać, a tamtego nie, tamten mi działa na nerwy albo go nie lubię. W ten sposób budują się relacje. Bycie z Bogiem to też jest bycie w relacji. Słucham Boga, ufam Mu, kocham Go, albo może nie? Niebo to nie jest tylko obecność Boga. Niebo to miejsce, w którym Bóg jest Królem, jedynym. Jeśli pragnę iść do nieba, to znaczy: zgadzam się na wieczne królowanie Boga, bezwzględnie, na Jego warunkach. I tu rodzi się pytanie: czy ufam Mu? Czy poddaję się temu wszystkiemu, co mówi do mnie Bóg?

    Bóg pragnie budować relacje oparte na miłości – i w miłości Bóg jest powalająco niesamowity. Bóg kocha nas nieskończenie. Objawił nam swoją miłość. Ja nie wyobrażam sobie jak można nie pragnąć być z Bogiem. Ale też wiem, że moje pragnienie to jest mów w pełni świadomy wybór. Nie wiem jak inni… Ale może dla kogoś bycie z Bogiem będzie cierpieniem? To jest trudne, niezrozumiałe, nie chcę wchodzić dlaczego tak jest. Tak samo jak nie rozumiem wielu zachowań ludzi, którzy – jeden drugiemu – czynią nieraz piekło na ziemi. To jest ich jakiś wolny wybór, ale dlaczego tak…?

  24. Do wypowiedzi Ks W. Hryniewicza OMI
    Wydaje mi się, że istotne w dyskusji o piekle jest zwrócenie uwagi na pojęcie WIECZNE PIEKŁO. Wieczne oznacza W PEŁNI. Piekło może trwać ułamek sekundy ale jest pełnią cierpienia. Mówi się przecież o życiu wiecznym nie w kontekście życia bez końca ( bo wiadomo przecież, że dusza ludzka jest nieśmiertelna), ale o życiu wiecznym w znaczeniu w pełni szczęśliwym. Pozdrawiam Księdza serdecznie,dziękując przy okazji za dobro jakie Ksiądz czyni w Kościele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *